Strona 8 z 8

002. champagne was a bad idea

: śr sty 14, 2026 3:51 pm
autor: Madox A. Noriega
Może o to w tym wszystkim właśnie chodziło, że oni walczyli z tymi przeciwnościami, nie poddawali się i wciąż stawiali czoła coraz to nowym wyzwaniom. Ale razem. Ramię w ramię, albo jedno za drugie.
Chociaż Madox wiele razy po prostu chciał wyjść, trzepnąć drzwiami, zostawić te niedopowiedzenia, to wszystko, a jednak... wciąż w tym trwał. Trwał przy niej. I uczył się też czegoś kompletnie nowego, że o miłość też trzeba czasem zawalczyć. A jeśli o walkę chodzi to przecież on był w tym dobry. Cały czas walczył o Emptiness, o to, co tutaj zbudował w Kanadzie, co miał. O nią też był gotowy, nawet jeśli to oznaczało, że oni częściej będą tutaj się tarzać na macie i kłaść na glebę. Chociaż to dzisiejsze było jakoś wyjątkowo oczyszczające. Czy wyszło by im to tak, gdyby siedzieli w jego mieszkaniu? Pewnie co najmniej jedno krzesło by już połamali, albo rozwalili jakiś fikuśny świecznik.
A tutaj nie było takich problemów. Tutaj w ogóle wszystkie inne problemy schodziły na dalszy plan, jego randomowe byłe, Nick Dalton, postrzały, bo tutaj liczyło się to, kto kogo zbije i kto tym razem zaliczy glebę, kto wygra.
Tylko oni w pewnym momencie to już znowu szli ramię w ramię, bo najpierw pewną przewagę miał Madox, kiedy ona się z nim bawiła. A teraz ona, kiedy już kompletnie nie mógł się skupić na niczym innym niż na niej, kiedy się tak do niej wyrywał chaotycznie. Bo on po prostu to czuł. Przy niej. Jego serce rwało się do niej jak szalone.
Wywrócił oczami na to jej tylko ujdzie, doskonale zdawała sobie sprawę jak na niego działała, jak żadna inna. Widziała to kiedy przykleiła go tą szarą taśmą do łóżka, i teraz też to mogła zobaczyć, kiedy znowu się szarpnął, gdy poczuł jej nogę na sobie.
- Co? - wypalił na te jej słowa, że zaraz poczuje coś kompletnie innego. Zanim się zastanowił, ale Madox przecież taki był, lubił prowokować, lubił te wszystkie gierki słowne - co mi zrobisz jak mnie złapiesz?
Tylko, że ona już go miała, kiedy znowu poczuł ją między nogami, a tę jej dłoń na gardle. Zaczerpnął w płuca powietrze z pewnym trudem, ale czy to mu przeszkadzało?
Nie, nawet nakręcało go jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że naprawdę chciał ją przerzucić, tak, żeby on znalazł się na niej, żeby mógł z nią zrobić, co chciał. Może by mu się udało... gdyby się bardziej skupił, a on się już tak rozproszył, że nawet nie zauważył, a znowu leżał pod nią.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc i znowu strzelił oczami.
- Dałem ci po prostu fory - tak, na pewno. Chociaż było w tym coś, że on już wcale nie myślał o tym, żeby z nią walczyć, a kiedy powiedziała o tym, że złamałaby dla niego tych nosów z dziesięć, to się uśmiechnął.
- To musisz częściej przychodzić do klubu, tam jest wielu takich delikwentów, którym by się należało - zdecydowanie Emptiness widziało wiele złamanych nosów, nie tylko nosów zresztą. Ale nie tak spektakularnie jak zrobiła to Pilar, a przynajmniej według Madoxa.
Oddychali ciężko, pot spływał im po karkach, a siniaki... na pewno będzie ich mnóstwo. Ale przecież oni zawsze sobie zostawiali te siniaki, chociaż może zazwyczaj w przyjemniejszy sposób?
Ten też był przyjemny, inny, znowu taki bardzo ich, bo przecież Madox jeszcze z żadną swoją była, czy w ogóle z żadną inna kobietą się tak nie okładał. Chociaż Stewart to pewnie ustawiała po kątach swoich kolegów z policji.
Znowu złapał łapczywie powietrze, kiedy wcisnęła mu łokieć w gardło napinając mięśnie. Zaraz wszystkie je napinając, żeby znowu ją przerzucić, tym razem trochę bardziej z głową, bardziej się na tym skupiając. Udało się, unieruchomił ją przyciskając do maty całym ciałem, tak, że już nie mogła mu się odwinąć, wyrwać. Pochylił głowę nad jej twarzą, ciepły, szybki oddech najpierw omiół jej policzki, a później usta.
- Żadna moja była mnie tak nie kręciła jak Ty, bo żadna nie była taka loca chica - i zaraz się nawet okazało jak bardzo była loca, kiedy go ugryzła, ale czy mu to przeszkadzało? Kiedy oni potrafili się tak gryźć do krwi sprawiając sobie tym jeszcze większą przyjemność. I teraz też Madox jeszcze dwa razy wpił się agresywnie w jej usta, tak, żeby poczuła na języku smak jego krwi. Przejechał tym swoim po jej policzku, zostawiając na nim szkarłatne ślady z rozharatanej wargi, gdy muskał nią jej gładką skórę. Oparł czoło o jej skroń i spojrzał w jej ciemne, duże oczy. Piękne, błyszczące, tak, że serce znowu skoczyło mu w piersi.
- To wygrałem - zadecydował w końcu i podparł się ręką żeby wstać, pozbierał się szybko, a później wyciągnął do niej rękę - jedziemy po twoje rzeczy? Bo później musze jeszcze jechać po telefon, i do klubu, ma być jakaś impreza - przeczesał palcami włosy, powinien tam być od rana. A jego nie było, a do tego nie można było się do niego dodzwonić. Cudownie.
Przejmował się tym jakoś bardzo?
Nieszczególnie, zwłaszcza gdy Stewart już stała, a on ja przyciągnął znowu do siebie.
- Może jutro na śniadanie zrobisz mi ryż? A nie będziemy się napierdalać? - nie to, że to było nieprzyjemne, bo było. Ale za nim wciąż chodził ten jej ryż.

Pilar Stewart

002. champagne was a bad idea

: śr sty 14, 2026 4:42 pm
autor: Pilar Stewart
Absolutnie i niezaprzeczalnie chciała to wygrać. Ba, kiedy podejmowała rękawice, ona była święcie przekonana, że tak właśnie się stanie. Że będzie w stanie wykorzystać swoje umiejętności, zagrać na jego braku skupienia i jakoś to będzie, nawet jeśli był od niej większy i silniejszy. Tylko problem w tym, że on nie tylko był większy i silniejszy ale również posiadał większe umiejętności. Nie mogła o tym wiedzieć, bo przecież nigdy nie widziała, jak się bije. Bo czego ona była świadkiem? Jak okładał Ruby o biurko? Albo jak po prostu przyjebał Ticiano za to, że ją poddusił? Czy może jak się rzucił na starego wuja? To wszystko było jedynie marnym pokazem tego, co naprawdę potrafił i Pilar tego dnia na własnej skórze przekonała się jak wiele umiał. I chociaż jeszcze próbowała, do samego końca nie chciała dać za wygraną, tak finalnie musiała chyba skapitulować. Przecież nie było takiego ruchu, który pomógłby jej w tej sytuacji.
Jasne, gdyby to była faktycznie sytuacja zagrażająca życiu, pewnie mogłaby spróbować wgryźć się w jego szyję i przerwać zębami żyły, ale przecież nie była. Oni się tu tylko bawili i wyzbywali negatywnych emocji, jeszcze przy tym wszystkim zwierzając się sobie na tematy, których w życiu nie byliby w stanie samoistnie poruszyć podczas poważnej rozmowy przy stole. Chociaż powiedzmy sobie szczerze: oni i rozmowa przy stole? Jasne. Chyba po chwili stół byłby do góry nogami, a krzesła za oknem. A tutaj? Proszę bardzo jak kulturalnie. Jedynie jedna rozerwana do krwi warga i masa siniaków. Tyle wygrać!
Uśmiechnęła się bezczelnie na jego ostatnie już wyznanie. Uwielbiała, kiedy jego usta układały się w loca chica w ten charakterystyczny sposób, wypowiedziany z najbardziej ognistym akcentem. Aż ciepły dreszcz przeszedł wzdłuż jej ciała, a już po chwili znowu go całowała. Mocno, agresywnie, zachłannie i do utraty tchu. Tak, jak lubili najbardziej. A Pilar to już w ogóle, bo to przecież miał być taki wspaniały poranek, czuła w sobie tak wielką miłość jak z rana mogła się na niego pogapić przez pół godziny, nie mogąc się doczekać aż wstanie, aż będzie miała go blisko, tylko dla siebie. I teraz w końcu miała. Na kilka ulotnych sekund, kiedy tak pięknie okradali się z powietrza, a ona czuła, że nie chciałaby być aktualnie w żadnym innym miejscu na ziemi.
Do momentu, w którym oznajmił, że wygrał.
Jak to wygrałeś? — spojrzała na niego oburzona, odchylając głowę. — Przecież było cztery do trzech, jakim niby cudem nagle wygrałeś? — szarpnęła się, ale oczywiście nic to nie dało. Nie no kurwa, wygrał. Nie było opcji, żeby Pilar jakkolwiek się stąd wygramoliła, a to faktycznie dawało mu pewne pierwsze miejsce w starciu. — Ale to tylko dlatego, że masz cięższą dupę!! — wystawiła język, a po chwili znowu chciała go dziabnąć w wargę, tylko się jej odsunął i jedynie zastukała zębami. Była przekonana, że gdyby wagowo mieli tyle samo na liczniku, spokojnie mogłaby go położyć jeszcze ten jeden raz i wygrać. Tylko czy był się teraz sens wykłócać? Niekoniecznie. Tak samo, jak nie miała nic do gadania w kwestii mieszkania. W końcu się założyli, a Stewart akurat była słownym człowiekiem. Przyjęła zakład, to teraz musiała się z niego wywiązać. I zamierzała. Pozostawała tylko jeszcze jedna, drobna kwestia, która wiedziała, że nie spodoba się Noriedze…
Pojadę sama, możesz spokojnie jechać do klubu i po telefon — zaczęła spokojnie, zbierając się z ziemi i poprawiając przy okazji za duże gacie, które zsunęły się o wiele za nisko, odsłaniając materiał koronkowych majtek, a może po prostu nie chciała na niego patrzeć, jak będzie o tym mówić? — I tak wrócę dopiero późnym wieczorem… — rzuciła, grzebiąc w sznurku, który nagle nie chciał się rozwiązać. Dopiero spojrzenie Madoxa, które w nią wwiercał sprawiło, że uniosła głowę. — No co tak patrzysz? Przecież dzisiaj jest ta impreza w barze — wyjaśniła, nabierając więcej powietrza w płuca i starając się wyglądać na obojętną. Od razu wróciła do siłowania się ze sznurkiem. Wszystko, byleby na niego nie patrzeć. Oczywiście, że miała zamiar tam pójść. Nie będzie teraz chować się po kątach tylko dlatego, że Nick Dalton miał kilka jej zdjęć w schowku w samochodzie. Poza tym będzie tam przecież masa policji, więc można śmiało stwierdzić, że nie było bardziej bezpieczniejszego miejsca na imprezę niż właśnie urodziny komendanta.
Posiedzę chwile i wrócę — dodała po chwili, szarpiąć paznokciem za ten przeklęty sznurek. Jak tak kurwa dalej pójdzie, to będzie musiała je albo rozciąć albo wziąć te galoty do domu. — Ty i tak pewnie masz robotę — wiedziała, że to dla niego żaden argument, ale przecież nie mógł ciągle bagatelizować klubu. Nawet dla niej. — A na śniadanie zrobić ci ryż — dodała jeszcze na ochłodę, podnosząc lekko głowę i posyłając mu delikatny uśmiech. No tylko czy ten ryż i uśmiech będą w stanie go udobruchać i zaraz nie będzie kolejnej afery?

Madox A. Noriega

002. champagne was a bad idea

: śr sty 14, 2026 5:59 pm
autor: Madox A. Noriega
Madox umiał się bić, to był fakt, on lepiej umiał się bić niż strzelać, ale czemu się dziwić, skoro on już za dzieciaka z Ticiano obracał się w takim towarzystwie, że musiał się tego nauczyć, a później jeszcze miał tą przygodę z nielegalnymi walkami zanim jeszcze wyjechał z Medellin. W Kanadzie też wcale nie próżnował, on do tej pory dwa razy w tygodniu chodził z chłopakami się bić, z tymi swoimi gorylami, z których większość była jednak większa od niego, a on i tak od nich nie odstawał. A zresztą z tym jego charakterem, który przyciągał kłopoty i podejrzanych typów, musiał umieć się bić. I to zazwyczaj nie tak chaotycznie jak to wyglądało dzisiaj, bo zazwyczaj raczej ciężko było go rozproszyć. I tak Stewart wyszło to perfekcyjnie. Za dobrze może nawet.
Zresztą nie mógł sobie pozwolić na przegraną, kiedy na szali było to, czy ona się do niego wprowadzi, czy nie. Chciał żeby się wprowadziła, musiał wygrać. Dlatego wcale się nie poruszył, nawet kiedy jeszcze próbowała go od siebie odepchnąć, kiedy jeszcze próbowała go zrzucić, nie dając jej już żadnych szans. Nawet ten dziki, ognisty pocałunek, któremu znowu dali się porwać nie sprawił, że ją puścił, chociaż kurwa, czuł jak wszystkie mięśnie mu się spinają, kiedy walczył ze sobą, żeby jednak nie zacisnąć palców na jej udzie, żeby jednak nie dotknąć jej policzka, nie odgarnąć z niego czarnych kudłów, które lepiły się do ich spoconych twarzy.
- Normalnie - rzucił od razu na te jej słowa, jak to wygrał i tylko jeszcze mocniej docisnął ją do gleby. Jeszcze coś jej chciał powiedzieć, że ona wcześniej oszukiwała, naginała zasady, to on też może, wywrócił znowu oczami, ale później oparł skroń o jej czoło - bez dyskusji - rzucił jej ten tekst, który ona wczoraj mu tak namiętnie powtarzała, zanim w końcu się podniósł, zanim uciekł przed jej kolejnym ugryzieniem - no i dlatego, że nie umiesz się przy mnie skupić, i vice versa - wyciągał już do niej rękę, żeby ja podnieść, a kiedy stanęła to on sobie jeszcze kilka razy uderzył w worek, mocno, z całej siły, której jednak nie wkładał aż tyle, kiedy oni się tak okładali. Dopiero na jej słowa złapał za worek i go zatrzymał, wbił w nią ciemne tęczówki. Już jej chciał powiedzieć, że w porządku, bo przecież nie był jakimś Nickiem Daltonem, żeby za nią chodzić, ale kiedy kontynuowała, to zrobił krok w jej kierunku.
Miał taką chwilę zawahania, kiedy powiedziała o tej imprezie, i to nie chodziło o to, że nie mogła sobie chodzić na imprezy, mogła, bardziej mu chodziło o tego pierdolniętego Daltona.
- Pilar... - zaczął i zerknął na ten sznurek, z którym się tak męczyła. Zaraz już stał przy niej i sięgnął do jej ręki, żeby puściła ten sznurek.
- Zaciskasz go... - mruknął, chociaż wcale nie to chciał jej powiedzieć, może bardziej coś w stylu, żeby darowała sobie tę imprezę biorąc pod uwagę fakt, że Nick Dalton tam będzie... A jak już ustalili to chłop miał na jej punkcie jakąś obsesję. Ale Pilar przecież nie była dzieckiem, a on nie mógł jej zabraniać takich rzeczy. No i skoro to była jakaś policyjna impreza, to przecież chyba rzeczywiście nie było bezpieczniejszego miejsca w Toronto. Sięgnął delikatnie do tego jej sznurka.
- Dobra, ale bądź ostrożna, a jakby coś się działo, to napisz do mnie - teraz to on na nią nie patrzył, tylko na ten jej sznurek - a jakby Dalton coś kombinował to spuść mu łomot - i teraz dopiero podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Żeby ciemne tęczówki utkwić w jej dużych, brązowych oczach.
- Chwilę? To aż takie nudne są takie imprezy? - uniósł jedną brew - baw się dobrze Pilar, tylko, żebyś sobie tam nie przygruchała jakiegoś numeru dziesięć, dziewięć? - przechylił na bok głowę, a kiedy ona tak szarpała tym sznurkiem, to znowu jej go wyrwał - poczekaj... To trzeba zębami - i jak to powiedział, to rzeczywiście zaraz padł przed nią na kolana i jej ten sznurek zaczął rozsupływać zębami - mam... - wymamrotał, bo oczywiście, że miał robotę, codziennie miał. Chociaż Emptiness ostatnio nawet nie tak najgorzej radziło sobie bez niego. Powymieniał trochę ludzi, wyjebał postrzeloną Ruby. Pomógł sobie palcami i w końcu odsupłał ten supeł.
- Ha! - rzucił triumfalnie i zadarł do góry głowę, żeby na nią spojrzeć, oczywiście nie mógł sobie odmówić, żeby jej do siebie nie przyciągnąć i nie szczypnąć zębami skóry tuż nad koronką jej majtek. Zaraz jednak pozbierał się z ziemi.
- Zajebiście, to muszę jeszcze kupić ryż i jajka - uśmiechnął się do niej, a już po chwili to wciągał na siebie swoje ciuchy. Nie miał zamiaru jej robić afery z powodu imprezy z pracy, mieli swoje życia, które musieli pogodzić, jeśli chcieli. No jeśli chcieli być razem. A on chciał.
- To weź moje auto, podrzucisz mnie do klubu, a ja później wezmę firmowe - zaproponował jeszcze, bo oczywiście, że mieli jakiś tam firmowy samochód, którym zazwyczaj jeździła Maddie na tipsy pewnie i do fryzjera, ale tym razem mógł go wziąć Madox.
Kiedy już się pozbierali, poubierali ciepło i wreszcie wyszli z tej sali, to Noriega jeszcze ze trzy razy zapytał Pilar co jeszcze ma kupić i na co by miała ochotę. A w aucie to cały czas jej pokazywał, tu ogrzewanie, tu światła, tu wycieraczki, no bo jednak to jego BMW to się trochę różniło od jej Toyoty, a przede wszystkim to pewnie tym, że mogło wyciągnąć ponad trzy stówki na liczniku. A do setki rozpędzało się w trochę ponad 3 sekundy...

koniec


Pilar Stewart