tequila con muerte
: pt lut 06, 2026 10:12 pm
Na pewno by się jeszcze wahał, jeszcze zastanawiał, tak jak przed tym wyjazdem, już wtedy głowił się czy nie pokazać jej tego listu. Ale jeśli okazałoby się, że jego matka jednak nie żyje, to to nie miałoby sensu. Ale żyła, wiec może nabierało go trochę więcej? Madox w Toronto nigdy nie zakładał, że jeszcze ją spotka, nawet nie chciał, miał jej mimo tych przeprosin na papierze wiele za złe. Ale z drugiej strony. Teraz, skoro już tutaj przyjechali.
Spojrzał na nią z ukosa, kiedy go zepchnęła z leżanki, ale dobrze, przynajmniej się ruszył. Chociaż później przetrząsanie walizki szło mu średnio. W swoich rzeczach znalazł nawet jakąś koszulkę Ricardo, pewnie zgarnął ją z prania. No i finalnie znalazł ten list zakopany gdzieś pod skarpetkami, pognieciony i wyglądający jakby przeżył naprawdę dużo. Bo przeżył...
Oddał go Stewart, a kiedy czytała tekst, to jego ciemne tęczówki zawieszone były na jej pięknej twarzy, na tych brązowych oczach, które błądziły po literkach. Czekał na jakąś jej reakcję, na cokolwiek, nawet jeśli miałaby mu powiedzieć, że to jest bez sensu. Ale wiedział, że by nie powiedziała.
Na jej pytanie wzruszył ramionami, ale zamyślił się.
- Nie wiem dokładnie, trzy, albo cztery lata temu, na pewno już po przejęciu Emptiness - bo doskonale pamiętał, kiedy tą pocztówkę wrzucił do szuflady biurka, kiedy tylko zobaczył ten podpis. Długo tam leżała zanim do niej wrócił. Bo przecież miał wtedy inne, ważniejsze rzeczy na głowie, niż jakieś pocztówki od zdradzieckiej matki, na przykłada, żeby spłacić długi, które narobiła, a przy okazji jeszcze utrzymać się w Kanadzie, utrzymać klub.
Pokręcił głową, kiedy zapytała, czy utrzymywali kontakt, bo nie, nic oprócz tego listu.
- Nie wiem... Ale ja mieszkam w zasadzie w jednym miejscu odkąd objąłem Emptiness, no i w Medellin wiedzą gdzie, więc podejrzewam, że tam musiała się dowiedzieć, ale nie wiem od kogo - wątpił w to, że od ciotek, ale może Marie? Może ktoś inny, kto wiedział, gdzie on jest, to nie była żadna tajemnica. Nawet facet, który wysyłał mu z Medellin rum znał jego adres. Podejrzewał, że nawet Rosa go znała, bo przecież przyjaźniła się z Marie, chociaż to może za dużo powiedziane, ale trzymała się blisko. A Rosa kiedyś całkiem lubiła się z jego matką.
- Jak byliśmy w Kolumbii to podpytałem Ticiano czy słyszał coś o mojej matce, czy ktokolwiek coś o niej wie, ale powiedział, że nie - co prawda nie ciągnął kuzyna za język, to było takie luźne pytanie gdzieś pomiędzy przygotowaniami, ale nie wydawało mu się, żeby kłamał. Zresztą nikt wtedy nie odezwał się słowem o Marisol.
A oni przecież też nie po to tam pojechali, szukać jej. Teraz za to, w tym Meksyku zjawili się za jej sprawą, więc Madox czuł, że powinien to sprawdzić. Ale z drugiej strony nie chciał im psuć wakacji, wyjazdu. Zwłaszcza, że już się pogodzili, że te jego tajemnice zeszły na jakiś dalszy plan.
Pokiwał głową, bo wiedział, że to blisko, już to sprawdził, godzina jazdy, z hakiem, ale autem które wypożyczyli może mniej? Zacisnął palce na jej ręce, a jego spojrzenie spoczęło na jej pięknych, czekoladowych oczach. Przez chwilę chciał jej powiedzieć, że pojedzie tam sam. Tylko, to sprawdzi, tyle. Chociaż wcześniej wspominał o tej wycieczce, na którą chciał ją zabrać, to też miał wtedy na myśli to miasteczko. Ale teraz nie był pewny. Wahał się.
A co jeśli to w ogóle jakiś ślepy ślad, jeśli nic nie znajdzie? Mogła w tym czasie opalać się na jakieś plaży, a on by to sprawdził i wrócił.
Nie no wiedział, że by nie mogła. Że nie zostawiłaby go z tym. Bo on też by jej w życiu nie zostawił.
- Myślisz? - zapytał jeszcze jakby się wahał, jakby zastanawiał. Ale tak naprawdę to on już podjął tą decyzję. Stojąc w prosektorium nad tym metalowym stołem, nad tym ciałem, które mogło być jego matką.
Przesunął palcami po wilgotnym karku, te drugiej ręki zaciskając mocniej na jej dłoni, pociągnął ją nawet lekko do siebie.
- Nie wiem... - zaczął, bo akurat tego nie wiedział, czy chce usłyszeć jej tłumaczenia. Jej jakieś przeprosiny. Ale wiedział jedno...
- Chciałbym tylko sprawdzić czy żyje i... jak się ma - musiał to wiedzieć, czy udało jej się uciec, odciąć od tego wszystkiego. Tak jak prawie udało się jemu...
Czy jednak któregoś dnia on naprawdę dostanie z Meksyku telefon, że znaleźli ciało jego matki. Nie życzył jej tego, naprawdę wierzył w to, że to brutalne morderstwo to tylko przypadek. Może był głupi? Naiwny?
Ale mimo wszystko wolałby, żeby ona jednak uciekła. Prowadziła jakieś normalne życie, bez wielkich zbrodni w tle, bo ona przecież tego chciała, do tego dążyła wydając jego ojca.
- Chcesz tam ze mną jechać? Jutro - zapytał w końcu, chociaż spodziewał się odpowiedzi. Wiedział, co usłyszy, bo ją znał. I właśnie za to ją tak kurewsko kochał, że w każdej głupiej, dziwnej, pojebanej sytuacji, była dla niego wsparciem.
- Możemy też pojutrze, albo nie wiem... zostawimy to na koniec wyjazdu - tu też spodziewał się jednej odpowiedzi. Bo sam gdyby mógł, to pojechałby tam od razu. Gryzło go to. Znowu.
Pilar Stewart
Spojrzał na nią z ukosa, kiedy go zepchnęła z leżanki, ale dobrze, przynajmniej się ruszył. Chociaż później przetrząsanie walizki szło mu średnio. W swoich rzeczach znalazł nawet jakąś koszulkę Ricardo, pewnie zgarnął ją z prania. No i finalnie znalazł ten list zakopany gdzieś pod skarpetkami, pognieciony i wyglądający jakby przeżył naprawdę dużo. Bo przeżył...
Oddał go Stewart, a kiedy czytała tekst, to jego ciemne tęczówki zawieszone były na jej pięknej twarzy, na tych brązowych oczach, które błądziły po literkach. Czekał na jakąś jej reakcję, na cokolwiek, nawet jeśli miałaby mu powiedzieć, że to jest bez sensu. Ale wiedział, że by nie powiedziała.
Na jej pytanie wzruszył ramionami, ale zamyślił się.
- Nie wiem dokładnie, trzy, albo cztery lata temu, na pewno już po przejęciu Emptiness - bo doskonale pamiętał, kiedy tą pocztówkę wrzucił do szuflady biurka, kiedy tylko zobaczył ten podpis. Długo tam leżała zanim do niej wrócił. Bo przecież miał wtedy inne, ważniejsze rzeczy na głowie, niż jakieś pocztówki od zdradzieckiej matki, na przykłada, żeby spłacić długi, które narobiła, a przy okazji jeszcze utrzymać się w Kanadzie, utrzymać klub.
Pokręcił głową, kiedy zapytała, czy utrzymywali kontakt, bo nie, nic oprócz tego listu.
- Nie wiem... Ale ja mieszkam w zasadzie w jednym miejscu odkąd objąłem Emptiness, no i w Medellin wiedzą gdzie, więc podejrzewam, że tam musiała się dowiedzieć, ale nie wiem od kogo - wątpił w to, że od ciotek, ale może Marie? Może ktoś inny, kto wiedział, gdzie on jest, to nie była żadna tajemnica. Nawet facet, który wysyłał mu z Medellin rum znał jego adres. Podejrzewał, że nawet Rosa go znała, bo przecież przyjaźniła się z Marie, chociaż to może za dużo powiedziane, ale trzymała się blisko. A Rosa kiedyś całkiem lubiła się z jego matką.
- Jak byliśmy w Kolumbii to podpytałem Ticiano czy słyszał coś o mojej matce, czy ktokolwiek coś o niej wie, ale powiedział, że nie - co prawda nie ciągnął kuzyna za język, to było takie luźne pytanie gdzieś pomiędzy przygotowaniami, ale nie wydawało mu się, żeby kłamał. Zresztą nikt wtedy nie odezwał się słowem o Marisol.
A oni przecież też nie po to tam pojechali, szukać jej. Teraz za to, w tym Meksyku zjawili się za jej sprawą, więc Madox czuł, że powinien to sprawdzić. Ale z drugiej strony nie chciał im psuć wakacji, wyjazdu. Zwłaszcza, że już się pogodzili, że te jego tajemnice zeszły na jakiś dalszy plan.
Pokiwał głową, bo wiedział, że to blisko, już to sprawdził, godzina jazdy, z hakiem, ale autem które wypożyczyli może mniej? Zacisnął palce na jej ręce, a jego spojrzenie spoczęło na jej pięknych, czekoladowych oczach. Przez chwilę chciał jej powiedzieć, że pojedzie tam sam. Tylko, to sprawdzi, tyle. Chociaż wcześniej wspominał o tej wycieczce, na którą chciał ją zabrać, to też miał wtedy na myśli to miasteczko. Ale teraz nie był pewny. Wahał się.
A co jeśli to w ogóle jakiś ślepy ślad, jeśli nic nie znajdzie? Mogła w tym czasie opalać się na jakieś plaży, a on by to sprawdził i wrócił.
Nie no wiedział, że by nie mogła. Że nie zostawiłaby go z tym. Bo on też by jej w życiu nie zostawił.
- Myślisz? - zapytał jeszcze jakby się wahał, jakby zastanawiał. Ale tak naprawdę to on już podjął tą decyzję. Stojąc w prosektorium nad tym metalowym stołem, nad tym ciałem, które mogło być jego matką.
Przesunął palcami po wilgotnym karku, te drugiej ręki zaciskając mocniej na jej dłoni, pociągnął ją nawet lekko do siebie.
- Nie wiem... - zaczął, bo akurat tego nie wiedział, czy chce usłyszeć jej tłumaczenia. Jej jakieś przeprosiny. Ale wiedział jedno...
- Chciałbym tylko sprawdzić czy żyje i... jak się ma - musiał to wiedzieć, czy udało jej się uciec, odciąć od tego wszystkiego. Tak jak prawie udało się jemu...
Czy jednak któregoś dnia on naprawdę dostanie z Meksyku telefon, że znaleźli ciało jego matki. Nie życzył jej tego, naprawdę wierzył w to, że to brutalne morderstwo to tylko przypadek. Może był głupi? Naiwny?
Ale mimo wszystko wolałby, żeby ona jednak uciekła. Prowadziła jakieś normalne życie, bez wielkich zbrodni w tle, bo ona przecież tego chciała, do tego dążyła wydając jego ojca.
- Chcesz tam ze mną jechać? Jutro - zapytał w końcu, chociaż spodziewał się odpowiedzi. Wiedział, co usłyszy, bo ją znał. I właśnie za to ją tak kurewsko kochał, że w każdej głupiej, dziwnej, pojebanej sytuacji, była dla niego wsparciem.
- Możemy też pojutrze, albo nie wiem... zostawimy to na koniec wyjazdu - tu też spodziewał się jednej odpowiedzi. Bo sam gdyby mógł, to pojechałby tam od razu. Gryzło go to. Znowu.
Pilar Stewart