Strona 8 z 10

tequila con muerte

: pt lut 06, 2026 10:12 pm
autor: Madox A. Noriega
Na pewno by się jeszcze wahał, jeszcze zastanawiał, tak jak przed tym wyjazdem, już wtedy głowił się czy nie pokazać jej tego listu. Ale jeśli okazałoby się, że jego matka jednak nie żyje, to to nie miałoby sensu. Ale żyła, wiec może nabierało go trochę więcej? Madox w Toronto nigdy nie zakładał, że jeszcze ją spotka, nawet nie chciał, miał jej mimo tych przeprosin na papierze wiele za złe. Ale z drugiej strony. Teraz, skoro już tutaj przyjechali.
Spojrzał na nią z ukosa, kiedy go zepchnęła z leżanki, ale dobrze, przynajmniej się ruszył. Chociaż później przetrząsanie walizki szło mu średnio. W swoich rzeczach znalazł nawet jakąś koszulkę Ricardo, pewnie zgarnął ją z prania. No i finalnie znalazł ten list zakopany gdzieś pod skarpetkami, pognieciony i wyglądający jakby przeżył naprawdę dużo. Bo przeżył...
Oddał go Stewart, a kiedy czytała tekst, to jego ciemne tęczówki zawieszone były na jej pięknej twarzy, na tych brązowych oczach, które błądziły po literkach. Czekał na jakąś jej reakcję, na cokolwiek, nawet jeśli miałaby mu powiedzieć, że to jest bez sensu. Ale wiedział, że by nie powiedziała.
Na jej pytanie wzruszył ramionami, ale zamyślił się.
- Nie wiem dokładnie, trzy, albo cztery lata temu, na pewno już po przejęciu Emptiness - bo doskonale pamiętał, kiedy tą pocztówkę wrzucił do szuflady biurka, kiedy tylko zobaczył ten podpis. Długo tam leżała zanim do niej wrócił. Bo przecież miał wtedy inne, ważniejsze rzeczy na głowie, niż jakieś pocztówki od zdradzieckiej matki, na przykłada, żeby spłacić długi, które narobiła, a przy okazji jeszcze utrzymać się w Kanadzie, utrzymać klub.
Pokręcił głową, kiedy zapytała, czy utrzymywali kontakt, bo nie, nic oprócz tego listu.
- Nie wiem... Ale ja mieszkam w zasadzie w jednym miejscu odkąd objąłem Emptiness, no i w Medellin wiedzą gdzie, więc podejrzewam, że tam musiała się dowiedzieć, ale nie wiem od kogo - wątpił w to, że od ciotek, ale może Marie? Może ktoś inny, kto wiedział, gdzie on jest, to nie była żadna tajemnica. Nawet facet, który wysyłał mu z Medellin rum znał jego adres. Podejrzewał, że nawet Rosa go znała, bo przecież przyjaźniła się z Marie, chociaż to może za dużo powiedziane, ale trzymała się blisko. A Rosa kiedyś całkiem lubiła się z jego matką.
- Jak byliśmy w Kolumbii to podpytałem Ticiano czy słyszał coś o mojej matce, czy ktokolwiek coś o niej wie, ale powiedział, że nie - co prawda nie ciągnął kuzyna za język, to było takie luźne pytanie gdzieś pomiędzy przygotowaniami, ale nie wydawało mu się, żeby kłamał. Zresztą nikt wtedy nie odezwał się słowem o Marisol.
A oni przecież też nie po to tam pojechali, szukać jej. Teraz za to, w tym Meksyku zjawili się za jej sprawą, więc Madox czuł, że powinien to sprawdzić. Ale z drugiej strony nie chciał im psuć wakacji, wyjazdu. Zwłaszcza, że już się pogodzili, że te jego tajemnice zeszły na jakiś dalszy plan.
Pokiwał głową, bo wiedział, że to blisko, już to sprawdził, godzina jazdy, z hakiem, ale autem które wypożyczyli może mniej? Zacisnął palce na jej ręce, a jego spojrzenie spoczęło na jej pięknych, czekoladowych oczach. Przez chwilę chciał jej powiedzieć, że pojedzie tam sam. Tylko, to sprawdzi, tyle. Chociaż wcześniej wspominał o tej wycieczce, na którą chciał ją zabrać, to też miał wtedy na myśli to miasteczko. Ale teraz nie był pewny. Wahał się.
A co jeśli to w ogóle jakiś ślepy ślad, jeśli nic nie znajdzie? Mogła w tym czasie opalać się na jakieś plaży, a on by to sprawdził i wrócił.
Nie no wiedział, że by nie mogła. Że nie zostawiłaby go z tym. Bo on też by jej w życiu nie zostawił.
- Myślisz? - zapytał jeszcze jakby się wahał, jakby zastanawiał. Ale tak naprawdę to on już podjął tą decyzję. Stojąc w prosektorium nad tym metalowym stołem, nad tym ciałem, które mogło być jego matką.
Przesunął palcami po wilgotnym karku, te drugiej ręki zaciskając mocniej na jej dłoni, pociągnął ją nawet lekko do siebie.
- Nie wiem... - zaczął, bo akurat tego nie wiedział, czy chce usłyszeć jej tłumaczenia. Jej jakieś przeprosiny. Ale wiedział jedno...
- Chciałbym tylko sprawdzić czy żyje i... jak się ma - musiał to wiedzieć, czy udało jej się uciec, odciąć od tego wszystkiego. Tak jak prawie udało się jemu...
Czy jednak któregoś dnia on naprawdę dostanie z Meksyku telefon, że znaleźli ciało jego matki. Nie życzył jej tego, naprawdę wierzył w to, że to brutalne morderstwo to tylko przypadek. Może był głupi? Naiwny?
Ale mimo wszystko wolałby, żeby ona jednak uciekła. Prowadziła jakieś normalne życie, bez wielkich zbrodni w tle, bo ona przecież tego chciała, do tego dążyła wydając jego ojca.
- Chcesz tam ze mną jechać? Jutro - zapytał w końcu, chociaż spodziewał się odpowiedzi. Wiedział, co usłyszy, bo ją znał. I właśnie za to ją tak kurewsko kochał, że w każdej głupiej, dziwnej, pojebanej sytuacji, była dla niego wsparciem.
- Możemy też pojutrze, albo nie wiem... zostawimy to na koniec wyjazdu - tu też spodziewał się jednej odpowiedzi. Bo sam gdyby mógł, to pojechałby tam od razu. Gryzło go to. Znowu.

Pilar Stewart

tequila con muerte

: pt lut 06, 2026 11:08 pm
autor: Pilar Stewart
Chociaż odpowiadał na jej pytania, w głowie Pilar zamiast robić się nieco bardziej przejrzyście, to tworzył się tam jeszcze większy bałagan, miała w sobie jeszcze więcej zagwozdek. A kiedy powiedział, że cztery lata temu po przejęciu emptiness uświadomiła sobie nagle, jak wiele jeszcze o nim nie wie.
Znała odłamki jego przeszłości, zobaczyła jego rodzinny dom, poznała ciotki, wiedziała dlaczego przeprowadził się do Kanady, ale tak naprawdę nic poza tym. Nie miała pojęcia przecież, jak to się w ogóle stało, że został właścicielem Emptiness, że trafił akurat do Kanady, a nie jakiejś słonecznej Hiszpanii, czy chociażby Meksyku. Przecież to tutaj ludzie mówili w jego języku, nawet nie musiałby uczyć się angielskiego. Tutaj było wiecznie ciepło, a przecież Madox nie znosił zimy. Zawsze na nią narzekał i kurwa… chciała to wszystko wiedzieć. Jego chciała poznać jeszcze bardziej. I teraz, zamiast rozmyślać na temat jego matki, to na krótki moment zafiksowała się na jego punkcie. Nie lubiła mieć w głowie niewiadomych, a ostatnio tylko ich przybywało.
Tylko że teraz nie był czas na tego typu rozmowy. Dzisiaj to on był najważniejszy i jego potrzeby. Jego rodzina. A to co Pilar chciała się o nim dowiedzieć musiało zostać zepchnięte na dalszy plan. I zostało, bo zaraz już rozmawiali o tym, jak ona w ogóle mogła znać jego kanadyjski adres.
Ale to by znaczyło, że z kimś jednak miała kontakt — odpowiedziała praktycznie od razu na jego słowa. Doskonale pamiętała, jak opowiadał jej jeszcze w samolocie do Kolumbii, jak to cała rodzina wyparła się na jego matkę. Jak bardzo jej nienawidzili. Może jednak nie wszyscy? — Wiesz, czy miała tutaj jakieś korzenie? W Meksyku? — znowu rzucała pytaniami, pierwszymi, które przyszły jej na myśl. Jakoś nie dawało spokoju, że ta kobieta w prosektorium była do niej aż tak podobna. Przecież to nie mógł być przypadek? Tylko pytanie na ile Madox znał pochodzenie własnej matki i jej historię. W końcu nie każdy rodzic dzielił się takimi rzeczami z własnym dzieckiem. Może Marisol nie dzieliła się wcale?
Skinęła głową, gdy wspomniał o Ticiano i tym, że nic nie wie. Akurat kuzyna Madoxa nie podejrzewałaby o to, że utrzymywał kontakt ze jego matką. Prędzej jakąś ciotkę albo może faktycznie Marie? Ona przecież była tak dobra, niewinna, z pewnością nie odprawiłaby jej z kwitkiem, gdyby się z nią skontaktowała.
Czuła, jak jego palce zaciskają się na jej dłoni i jak na zawołanie, przysunęła się bliżej, tak, by ich biodra się ze sobą stykały, tak samo jak uda. Żeby nie tylko wiedział, że Pilar była przy nim, ale żeby również mógł to poczuć fizycznie. Utkwiła spojrzenie w jego pięknych, brązowych oczach, kiedy pytał się jej o zdanie. Widziała, że się wahał, że nie był pewien, że to wszystko wcale nie było dla niego nic. Znała już jego oczy na tyle, by z nich czytać. Nie musiała do końca nazwać tego, co widziała, ale przecież zauważyła tą różnicę.
Myślę, że tak — rzuciła nawet bez najmniejszego zawahania. — Uważam, że jeśli tego nie zrobisz… jeśli nie sprawdzisz albo chociaz nie spróbujesz sprawdzić, czy ona tu faktycznie jest, to już w samolocie będziesz tego żałować — przecież Madox nie miał serca z kamienia. Miał w sobie empatię, umiał odczuwać emocje i chociaż przy innych starał się zachowywać zimną krew, Pilar przecież najlepiej wiedziała, jak bardzo jego serce było stworzone do kochania. I to bycia kochanym. A tu była mowa o jego matce. Była pewna, że by tego potem żałował. Może nie mówiłby tego głośno, ale zachodziłby w głowę co by było, gdyby jednak to sprawdził, dlatego Pilar miała zamiar go do tego namówić, czy tego chciał, czy nie.
I jak się zaraz okazało, wcale nie musiała się dużo starać, bo już po chwili zapytał się, czy chciała pojechać razem z nim. Uśmiechnęła się delikatnie, a wolną rękę umieściła na jego policzku.
Nawet jakbyś mnie tam nie chciał to i tak bym z tobą pojechała — powiedziała to z grobowo poważną miną. Bo ona naprawdę nie żartowała. Nie było nawet takiej opcji, żeby puściła go samego. Choćby jej kazał zostać na chacie i nie wpuścił jej do samochodu — ona i tak znalazłaby sposób, by się tam dostać i chodziłaby za nim jak cień w razie gdyby jej potrzebował. — Już ci mówiłam, że jestem przy tobie i nigdzie się nie wybieram. Wiem, że zawsze radziłeś sobie ze wszystkim sam, ale teraz już wcale nie musisz — dodała już o wiele bardziej łagodnie, trochę mniej jak groźba. — Poza tym, co jak trzeba będzie komuś złamać nos? Przecież ty nie umiesz — szturchnęła go w ramię, tak na wszelki wypadek, gdyby zrobiło się zbyt ckliwie. A może tak po prostu wyglądały związki? Może właśnie tak rozmawiali ludzie którzy się kochali? Może był jakiś taki próg, gdzie ta ckliwość zmieniała się w normalne słowa wsparcia? Miłości? Może oni dopiero musieli się tego nauczyć? Po swojemu?
Możemy nawet dzisiaj, jeśli chcesz — nie chciała mu nic narzucać, ale przecież z komisariatem i weryfikacją zwłok sam powiedział, że chciał to mieć już z głowy, że jakby tego nie zrobił od razu, to by go pojebało, to może tu też tak chciał? — Możemy coś zjeść w drodze, na pewną będą jakieś knajpy — i tak nie mieli nic konkretnego w planach. Pewnie finalnie i tak pojechaliby przed siebie i skończyli w dziesięciu różnych miejscach, to równie dobrze mogli w właśnie w tamtą stronę? Podniosła się z leżanki i przykucnęła tuż przed nim, by lepiej widzieć jego twarz. — Chyba, że wolisz jutro. To możemy, z samego rana. Ale nie przekładaj tego na ostatni dzień, bo tylko się zadręczasz — a przynajmniej Pilar by się zaręczyła. Pokurwiłoby ją, gdyby cały wyjazd myslała tylko o tym, co jeszcze musi zrobić.

Madox A. Noriega

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 12:28 am
autor: Madox A. Noriega
- Moja matka... nie lubili jej w Medellin, bo była obca, ale ja nigdy tego nie rozumiałem - bo był dzieckiem, a później to ona jednak odrobinę wsiąknęła w tamten świat. Później to już tylko wszystkie ciotki mówiły na nią, że jest loca, już nie obca. Nie miał pojęcia z kim mogła się kontaktować jego matka. Może miała kogoś bliskiego, ale on o tym nie wiedział, nie interesował się, bo przecież on wolał wspinać się z Ticiano na wszystkie drzewa w okolicy i rzucać niedojrzałym mango z murów ogrodu ciotki w przechodniów.
Za to zaczynał podejrzewać coś zupełnie innego i kiedy Pilar poruszyła tę kwestię, to spuścił wzrok gdzieś na podłogę.
- Nie wiem... To znaczy, wydaje mi się, że mogła stąd pochodzić, ona zawsze była trochę inna niż ciotki, no i jej ulubiona historia, którą mi opowiadała to La Llorona, a wiesz... Ticiano straszył El Sombrerón - widział, że kompletnie tego nie rozumiała, kiedy jej brew skoczyła do góry, więc przejechał palcami po karku, a zaraz znowu utkwił w niej spojrzenie - to nie jest bardzo ważne, to są wiesz... bajki dla dzieci, ale takie które opowiadasz jak chcesz dzieciaka nastraszyć, żeby był grzeczny, no i w Kolumbii jest to El Sombrerón, taki facet w wielkim kapeluszu, który straszy dzieci, ciotki nam o nim opowiadały. A tutaj jest La Llorona, zjawa, płacze za swoimi dziećmi, które utopiła - może za dużo jej nie wytłumaczył. Ale jego matka nie opowiadała o swoim pochodzeniu, nigdy nie mówiła o Meksyku, on po prostu ostatnio starał sobie przypomnieć cokolwiek i tak mu wpadła do głowy ta historia.
Spuścił na moment głowę, opierając łokcie na kolanach.
- To głupie, ale akurat to pamiętałem, więc to sprawdziłem - wyjaśnił jej, bo on od kilku dni sprawdzał już różne tropy. Akurat nazwisko, które nosiła jego matka Cruz była popularne zarówno w Kolumbii, jak i w Meksyku. Ale ta bajka... dała mu trochę do myślenia.
Kiedy się do niego przysunęła, to od razu sięgnął ręką za jej plecy, tak, żeby jego klatka piersiowa oparła się o jej ramię, wiedział, że jest przy nim, ale jednak zawsze lubił mieć ją blisko. Bliżej.
Westchnął ciężko na jej słowa, ale nie dlatego, że się z nią nie zgadzał, bo zgadzał się w każdym jednym zdaniu, po prostu... ona już go tak dobrze znała. Aż na moment zatrzymał te ciemne tęczówki na jej pięknych, brązowych oczach. Tylko w nie patrząc. Żałowałby już na lotnisku.
Pokiwał głową, bo musieli to sprawdzić, chociaż tylko na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że żyje. Chociaż na to co powiedziała później uśmiechnął się delikatnie, wywrócił oczami.
- Tak zakładałem... że nawet jak ci powiem, że jadę do sklepu po mleko, to mnie nie puścisz, bo nie będę wiedział jakie ci do tego kupić ciastka - trącił ją kolanem, chociaż jej kolejne słowa sprawiły, że to on spoważniał. Bo trafiła nimi w jakieś takie sedno, w sam środek, że oni zawsze sobie ze wszystkim radzili sami, oboje, ale już przecież nie musieli. Oparł tę swoją dłoń, w której wciąż trzymał jej palce na swoim kolanie. A na te jej kolejne słowa parsknął nawet śmiechem, krótko, ale szczerze.
- No tak, przyda mi się ochroniarz, od łamania nosów, ale mojej matce nie łam... No chyba, że sobie zasłuży - pochylił się do niej, żeby musnąć wargami skórę na jej ramieniu. Oni zawsze wyrażali tą miłość po swojemu. Czasem w pięknych słowach prosto z serca, czasem w żartach, a czasem po prostu w gestach.
Na moment się zamyślił, kiedy powiedziała to, że mogą nawet dzisiaj. Bo dzisiaj przecież miała być ta kolacja. Ich randka.
Ale przecież Madox wiedział, że nie mógłby się na tym skupić. Na niczym by się nie mógł skupić.
- Możemy? - chciał się upewnić, chociaż czuł, że tak będzie najlepiej. Sprawdzić to, mieć z głowy. Nie myśleć już o tym. Tylko znowu wyłącznie o niej, o Pilar.
A jednak wciąż gdzieś z tyłu głowy miał to, że dzisiaj mieli ten wieczór spędzić zupełnie inaczej. Miała być kolacja, randka. Ale z drugiej strony...
To co to za randka, jak on by się tam nie mógł na niczym skupić? Spuścił spojrzenie w podłogę myśląc jeszcze nad tym, ale kiedy kucnęła przed nim, kiedy jej piękne, duże oczy spoczęły na jego twarzy, to skinął głową.
- Dobra, zróbmy to. Teraz - zadecydował, ale wiedział, że ona go zrozumie. Bo przecież oni byli tacy sami, identyczni. On by się zadręczał, i ona też by to robiła. A finalnie dręczyliby się oboje, bo żadne z nich nie miałoby humoru.
Wstał i wyciągnął do niej rękę. Zerknął jeszcze na swój złoty zegarek na drugim nadgarstku.
- Szybki prysznic i jak wyruszymy za dwadzieścia minut, to będziemy tam akurat na kolację, albo staniemy po drodze, zobaczymy - w zasadzie to Madox nie lubił niczego planować... W ogóle planowanie w ich przypadku, to przecież i tak nie wchodziło w grę. Bo im się coś w jednym momencie mogło odwidzieć.
Chociaż Noriega liczył, że jednak kiedy wejdą pod prysznic, razem, to im się nie odwidzi. Dlatego, kiedy znaleźli się w tej fikuśnej łazience, pod tym dużym prysznicem, to on zawiesił spojrzenie na jej pięknych oczach.
- Zastanawiam się czy ta kobieta nie była jakoś spokrewniona z moją matką, wiesz, bo była do niej bardzo podobna... - zaczął temat, żeby jednak odsunąć od siebie te myśli, które pewnie zaraz znowu zakręciłyby się na niej, kiedy krople wody, którą odkręcił spłynęłyby po jej dekolcie. On najpierw zmoczył włosy i kark, przetarł twarz wytatuowanymi rękami.

Pilar Stewart

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 11:21 am
autor: Pilar Stewart
Słuchała go uważnie, kiedy opowiadał o matce; o tym jak była zawsze trochę inna niż wszystkie ciotki, chociaż on sam wtedy jeszcze nie zwracał na to większej uwagi. I w sumie nie powinien. Był dzieckiem. Dzieci nie powinny zajmować tego typu myśli.
Kiedy wspomniał o strasznych historiach i tym, że jego przychodził straszyć ktoś inny niż Ticiano, faktycznie uniosła wysoko brwi do góry. Nic nie rozumiała z tego, co do niej mówił, a fakt, że jej nikt podobnych bajek — tych dobrych i złych — nigdy nie opowiadał, to jeszcze potęgowało jej zdziwienie. Chociaż kiedy w końcu wyjaśnił, że jeden straszył w Kolumbii, a drugi w Meksyku nabierało to nieco więcej sensu, dlatego zaraz kiwała lekko głową, dając mu znać, że rozumie.
To nie jest głupie — poprawiła go. — W takich sytuacjach każdy szczegół może mieć znaczenie. Nawet jeśli to tylko bajki, które ci opowiadała — taka była prawda. Podczas śledztwa nie powinno się ignorować absolutnie niczego. Ile to Pilar prowadziła spraw, gdzie wielkie poszlaki okazywały się kompletnie zgubne, a to te najdrobniejsze szczegóły lub pojedyncze zdania potrafiły stać się przełomem. Jeśli to były jedyne rzeczy, które Madox pamięta ze swojego dzieciństwa, powinni się tego trzymać.
Tak jak ona miała zamiar trzymać się tego, że z nim pojedzie. Nawet nie rozważała innej opcji. I miał stuprocentową rację — nawet gdyby powiedział, że idzie po mleko, to by go nie puściła samego. Szczególnie nie po tej rozmowie, którą właśnie odbywali. Pilar może i traciłą przy nim czujność, ale też nie stawała się kompletnie głupia na to, co się działo.
Nie mam zamiaru łamać nosa twojej matce — prychnęła głośno, kręcąc przy tym głową. — No chyba, że bardzo sobie na to zasłuży — dodała rozbawiona, chociaż nawet gdyby tak było, gdyby sobie na to zasłużyła, Pilar nie była pewna, czy byłaby w stanie to zrobić. W końcu to była jego mama. Kobieta, która go urodziła i wychowała. Nawet jeśli coś odjebało jej po drodze, nie zasługiwała na lanie. Co najwyżej na jakieś wykręcenie ręki albo podniesiony głos. Chociaż Pilar miała takie przeczucie… może złudne, bo przecież nie znała Marisol, ale jednak czytając to wszystko, co napisała mu w pocztówce, miała wrażenie, że ona naprawdę żałowała tego co zrobiła. Co jemu zrobiła. Dało się czuć matczyną miłość w tych słowach. Zachowała tą uwagę jednak dla siebie.
Uśmiechnęła się szeroko, kiedy w końcu powiedział to zróbmy to teraz. Osobiście też uważała, że to najlepsze wyjście z całej sytuacji. Nie było sensu przeciągać w tego w czasie i się tylko nakręcać. Ten plaster trzeba było zerwać od razu i ewentualnie tamować ranę, gdyby cokolwiek po drodze się wyjebało.
Podążyła za nim wzrokiem, gdy zerwał się z leżanki, a kiedy powiedział o prysznicu, Stewart spojrzała na niego jak na wariata.
Myślałam, że chcemy zaraz jechać — patrzyła na niego poważnie, bo wcale nie żartowała. Ale on chyba też nie? — A ty chcesz brać razem prysznic? — nie, żeby Pilar miała coś przeciwko, ale jednak… ich nagie ciała w połączeniu z ciepłą wodą nie brzmiały jak coś, co miało się skończyć po namydleniu. Z drugiej strony, skoro mieli jakiś plan i cel, może faktycznie byli w stanie się powstrzymać. Ujęła jego dłoń i wstała.
Łazienka była piękna. Ściany zdobiły liczne wzory, w rogach porozkładane były wielkie rośliny, nie wspominając już o wielkości prysznica tuż obok równie dużej wanny. Pilar westchnęła głośno, bo jej głowa już zaczęła kierować się w złą stronę. Finalnie jednak nie powiedziała nic i weszła pod prysznic. Wyrzuciła głowę w tył, przyjmując na czoło i włosy ciepłą wodę. Aż oczy przymknęła, żeby sie nie rozpraszać. Spojrzała na niego dopiero, kiedy znowu zaczął temat Marisol.
Wydaje mi się, że szansa na to jest duża — zgodziła się z nim, bo przecież Pilar myślała o tym już kiedy wyszli z komisariatu, dlatego pytała, czy kobieta w prosektorium była do niej podobna. Coraz mniej uważała, że to przypadek. Szczególnie kiedy wychodziły nowe fakty, jak chociażby pocztówka z adresem czy nawet ta bajka, którą matka Noriegi go straszyła. — Nie masz pojęcia, czy miała jakąś siostrę? — spytała, chociaż przecież zdawała sobie sprawę, że mógł nie wiedzieć. Skoro matka sama o sobie nie mówiła, a on nie zadawał tych pytań, naturalnym było, że w jego głowie brakowało informacji.
Odwróciła się na moment, by zgarnąć na dłoń solidną ilość żelu do mycia i wręcz z automatu podeszła do niego bliżej. Musnęła jego nagą, wytatuowaną skórę pierwsze na ramionach, a zaraz potem klatkę piersiową, obserwując jak spomiędzy jej palcy wychodzi piana. I to był kurwa błąd, bo jej serce zaraz wyrwało się do przodu, a przez kręgosłup przeszedł przyjemny dreszcz.
Nie no kurwa, nie mogę — rzuciła, kręcąc głową i autentycznie musiała się od niego odsunąć. Musiał się umyć sam, jeśli chcieli stąd wyjść w przeciągu następnych pięciu minut. I ona też musiała. Dlatego odwróciła się do niego plecami. To był kurwa bardzo głupi pomysł i nawet rozmowy o Marisol tutaj nie pomagały.
Przysunęła się najbardziej do ściany jak tylko się dało i zajęła sobą. Chociaż nie było łatwo. Szczególnie kiedy przelotnie spojrzała na niego, kiedy płukał włosy z piany, a parująca woda spływała po jego gorącym ciele. Aż jęknęła sobie pod nosem.
Następnym razem, jak będziemy się śpieszyć, to myjesz się w golfie — rzuciła, kiedy już byli po, a Stewart wyszła jako pierwsza, by zaraz podać mu ręcznik. Nie miała pojęcia, jak miałby to zrobić i jak się w tym golfie umyć, ale to już nie jej problem, o.

Madox A. Noriega

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 12:42 pm
autor: Madox A. Noriega
Madox też to czuł, że czasem po prostu szczegóły, jakieś niuanse, dają więcej poszlak niż trop, który wydaje się czymś wielkim. Może on nie prowadził śledztw, ale za to był dobry w tych drobnych gestach, w tych pojedynczych zdaniach, które wyłapywał z rozmowy, które mogły go na coś naprowadzić. Tak jak La Llorona naprowadziła go na Meksyk. Jeszcze była taka piosenka, którą jego matka śpiewała mu do snu, ale nie pamiętał kompletnie słów. Tylko melodię.
Uśmiechnął się szerzej, kiedy powiedziała to, że nie ma zamiaru łamać nosa jego matce, a później znowu szturchnął ją, tym razem biodrem.
- A jak się na mnie rzuci i będzie chciała mnie udusić? - zapytał, co prawda nie podejrzewał, że jego matce mogłoby aż tak odwalić. Ale z drugiej strony, czy Madox tak naprawdę ją znał? Miała swoje... szaleństwa.
Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie jeszcze mocniej, ale tylko na moment zaciskając palce na jej gładkiej skórze.
Bo to, że wciąż siedzieli obok siebie nadzy, rozgrzani, rzeczywiście sprawiało, że ten wyjazd mógł się znowu przeciągnąć, odłożyć w czasie. A jeszcze ten wspólny prysznic, który zasugerował Noriega.
- No przecież... damy radę - rzucił jakby nigdy nic. Bardzo to jest ciekawe, bo to Madox zazwyczaj zaczynał, on już na tym szezlongu, kiedy dopiero co skończyli, chciał ją znowu prowokować. Ale teraz postawił sobie za punkt honoru to, że jednak to będzie szybki... prysznic.
Skręcił trochę wodę, żeby była bardziej chłodna, kiedy puścił ją sobie na kark, jakby to miało cokolwiek pomóc. Ale może trochę pomoże?
Dlatego zaczął temat matki, żeby jednak zająć czymś innym myśli, chociaż jego spojrzenie łapało już te jej mokre, gorące ciało, aż się zawiesił i dopiero kiedy zapytała czy nie wie coś o siostrze matki, to uniósł wzrok na jej oczy.
- Nie, nigdy nie mówiła o żadnej rodzinie. Ona tam była zupełnie sama, nawet nie poznałem swoich dziadków, zawsze była tylko rodzina ojca... - nabrał ciężko powietrze w płuca, bo coś mu się przypomniało - chociaż była jakaś Esmeralda, nie wiem kto to, po prostu jak matka - urwał, bo akurat Pilar sunęła swoimi rękami po jego ciele i przez kręgosłup przeszedł mu ten elektryzujący dreszcz. Aż mocno nabrał powietrze w płuca i wyrwał się do niej bliżej, już nawet pochylił się w jej kierunku, ale wtedy powiedziała to nie no kurwa, nie mogę, strzelił oczami w sufit, ale no mieli się spieszyć...
Zresztą on też zamierzał powiedzieć coś, co mogło trochę ostudzić ten zbierający się już między nimi ogień.
Znowu nabrał powietrze w płuca, sam rozcierając po skórze ten żel.
- Przed ślubem, jak Rosa... - zerknął na nią z ukosa, ale oboje wiedzieli, że Rosa już nic dla niego nie znaczyła - miała kupić sukienkę, to dostała ją od mojej matki, i ona wtedy powiedziała, że to sukienka Esmeraldy, założyłem, że to po babce, czy coś... - Madox trochę nagle żałował, że nie był bardziej dociekliwy, ale z drugiej strony... To jego matka była zupełnie jak on, po prostu nie mówiła o sobie. On też nie mówił, tylko przed Pilar się otwierał. A Marisol… chyba przed nikim.
Namydlił się dość sprawnie, pozostało się spłukać, chociaż ciemne spojrzenie zjechało z pleców Pilar, na jej pośladki, gdzie nawet sprzedał jej lekkiego klapsa, kiedy do niej podszedł, żeby znowu puścić na siebie wodę, odchylił do tyłu głowę spłukując piane z włosów.
- W golfie? Od razu w skafandrze nurka może? - wziął od niej ręcznik i najpierw wytarł nim włosy, a później cały się wytarł i rzucił go gdzieś na drzwi. Kiedy wyszli do pokoju, to w międzyczasie szukał jakiś bokserek w bagażu, ale też rozglądał się za swoim telefonem.
- Widziałaś mój telefon? - kurwa... żeby tylko nie miał go w tym spodniach, w których wylądował w basenie. Bo to by był kolejny, który zniszczył. Sprawdził kieszenie i na szczęście go tam nie było. Leżał sobie jakby nigdy nic na jakiejś szafce przy łóżku. Sięgnął po niego wciągając bokserki na tyłek.
- W ogóle nie sprawdzałem jeszcze... - zaczął, a zaraz stanął, żeby wklepać coś w google, Guadalupe, Meksyk, Acpaulco, Mairosol Cruz Noriega, zwężał trochę krąg wyszukiwania. Przesunął palcem po ekranie i w pewnym momencie go zamurowało...
Patrzył w ten wyświetlacz przez kilka długich chwil. W końcu zmarszczył brwi.
- Pilar zobacz - zaraz stał obok niej, kiedy zakładała na siebie jakiś kolejny koronkowy stanik, bo tamten to nawet nie wiadomo gdzie leżał, a gdy jej oddał telefon, to nawet jej chciał pomóc z zapięciem, ale to mu wychodziło jeszcze gorzej niż rozpinanie.
To co jej pokazał, to był nekrolog z zawiadomieniem o śmierci Marisol Cruz Noriega, przykładnej obywatelki i działaczki Guadalupe, matki, żony... co?
Tylko, że oni już wiedzieli, że to przecież nie była Marisol. Dlaczego jakaś lokalna gazeta wydrukowała takie bzdury?
Madox aż nabrał powietrze w płuca i mogła to poczuć na karku, ale stanik to jednak musiała sobie zapiąć sama, bo chociaż on się z tym męczył, kiedy czytała nekrolog, to i tak mu się nie udało i już zaraz zabierał jej swój telefon, żeby znowu go przeskrolować.
- Nie ma nic więcej... - stwierdził, a później coś tam jeszcze ponaciskał - to też wygląda w ogóle jakby było usunięte z tej strony gazety - ale jakiś tam ślad został jeszcze w google.
W międzyczasie, to w końcu wciągnął na siebie spodnie i zarzucił na kark jakąś kolorową koszulę.

Pilar Stewart

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 1:33 pm
autor: Pilar Stewart
Jakby się na niego rzuciła i chciała go udusić to… zdecydowanie by się jej odwinęła. Wszystko by zrobiła, żeby ją powstrzymać i Noriega doskonale o tym wiedział. Pilar by własną matkę pobiła, nawet gdyby znalazła ją po trzydziestu latach, gdyby chociaż podniosła rękę na Madoxa. Chociaż to akurat nie byłoby trudne, bo przecież pod żadnym względem nie byłaby do niej przywiązana emocjonalnie. To wszystko to w ogóle było jedno wielkie gdybanie, bo po pierwsze: oni nawet nie wiedzieli, czy w ogóle uda im się znaleźć prawdziwą Marisol, a po drugie, to czy ona w ogóle będzie chciała z nimi rozmawiać, nie wspominając nawet o rzucaniu się.
Trzeba to było wziąć na chłodno, tak samo jak cały prysznic pod jakim się znaleźli, chociaż to wcale nie było łatwe. Kurewsko trudne tak właściwie. Szczególnie kiedy widziała jego obłędne, ciemne spojrzenie, jak sunęło po jej nagim ciele.
Tylko zaraz wspomniał o Rosie i Pilar momentalnie wróciła na ziemię. Nie była o nią zazdrosna, wiedziała, jak wielkie uczucie dzielili z Noriegą, a jednak nic nie mogła poradzić na niewielkie ukłucie, które pojawiło się w jej brzuchu na samo wspomnienie ich wspólnego-niedoszłego ślubu.
Też bym tak założyła — przyznała mu rację. Zazwyczaj takie rzeczy były przekazywane z pokolenia na pokolenie, jak na przykład pierścionki zaręczynowe, czy inne części biżuterii, więc całkiem poprawnie Madox z góry uznał, że to pewnie po jego babce. — Myślisz, że Esmeralda to mogła być jednak siostra? Może jakaś kuzynka? A może faktycznie babka? — bo tego przecież nie wiedzieli. Może od początku miał rację i tak naprawdę Esmeralda była matką Marisol.
Westchnęła ciężko, bo tych niewiadomych było coraz więcej. i chociaż Madox sprawował się naprawdę świetnie z tym przypominaniem sobie coraz to nowych rzeczy, przywoływaniu kluczowych wspomnień, tak na ten moment pozostawiało ich to z jeszcze większą niewiadomą niż faktycznie klarować rzeczy.
Tak jak niewiadomą było to, co powinien założyć na siebie Madox, żeby nie kusić swoim gorącym ciałem. Golf, pianka do surfowania… było jej to kompletnie obojętne. Cokolwiek, żeby się zasłonić.
Może być i skafander — prychnęła, sama łapiąc za ręcznik i się wycierając. — Bylebym nie musiała oglądać twojego obłędnego ciała, bo się kurwa nie potrafię powstrzymać — rzuciła całkiem szczerze i bez najmniejszych ogródek. A potem nachyliła się do przodu i przerzuciła włosy w dół, by zebrać z nich nadmiar wody i przy okazji zrobić staranny turban. — Nie moja wina, że tak na mnie działasz — to była tylko i wyłącznie jego wina, że tak wyglądał. Że samą swoją obecnością sprawiał, że Stewart chciała się na niego rzucić i już na sam widok była mokra spragniona, by mieć go bliżej. Nawet teraz, kiedy on już wychodził z łazienki, zrównała się z nim i złapała go za tyłek. Chociaż kiedy spytał o telefon, az wywaliła oczami.
Przysięgam, na urodziny kupuje ci smycz na telefon — pokręciła głową z niedowierzaniem. Bo jak to się działo, że on średnio co godzinę szukał komórki? Przecież to było wręcz niemożliwe mieć taką sklerozę do tego, gdzie kładzie się własne rzeczy. — Albo po prostu szarą taśmą ci go gdzieś przykleimy. Wiem, że lubisz — oboje lubili. Chyba od tego razu w Emptiness mieli jakąś słabość do taśmy. Całe szczęście tym razem obeszło się bez tego, bo telefon okazał się być… na stoliku nocnym. Nawet nie schowany, po prostu sobie tam leżał, jak gdyby nigdy nic.
Stewart skomentowała to jedynie głośnym prychnięciem i zaraz podeszła do własnej walizki, szukając stanika. Nim jednak zdążyła go zapiąć, Madox już wołał ją do siebie.
Co jest? — spytała z automatu i po chwili już stała przy łóżku, odbierając do niego telefon. Wyświetlacz pokazał nekrolog Marisol, a przynajmniej tak mówił tekst, chociaż przecież oni już doskonale wiedzieli, że ta kobieta wcale nią nie była. Pilar zmarszczyła brwi, czytając tekst. — No to przynajmniej już wiemy, że nie miała prawa jazdy twojej mamy przez przypadek — rzuciła spokojnie, przybliżając sobie jeszcze czarno-białe zdjęcie kobiety. Wyglądała jak ta z prosektorium. Działaczka Guadalupe, matka, żona… I do głowy nasuwał się tylko jeden wniosek. — Wygląda na to, że wiodła całe swoje życie pod jej tożsamością — udawała Marisol. Tylko znowu to znaczyło jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi. Dlaczego? Od kiedy? Jak do tego doszło? A przede wszystkim: gdzie w tym wszystkim jego prawdziwa matka? Bo skoro ta kobieta udawała Marisol to… co, ta prawdziwa udawała ją? Miała kompletnie inna tożsamość?
Kurwa.
Wciąż nic nie wiedzieli.
Czekaj, daj mi to — rzuciła w końcu, kiedy po raz setny próbował zapiąć jej stanik, a zamiast tego tylko przejeżdżał po plecach Pilar szorstkimi opuszkami, rozpraszając ją. Oddała mu telefon i sama zabrała się za zapięcie, z którym uporała się w jednym geście. — No ale skoro była jakąś działaczką, to powinno być coś więcej na jej temat w gazetach? — wróciła do tematu, nachylając się do walizki i wyciągając z niej szczotkę. Rozczesanie jej kudłów wcale nie należało do najłatwiejszych czynności. Musiała podzielić sobie włosy na kilka sekcji i robić to sukcesywnie od dołu do samej góry. Przy okazji w myślach wciąż to wszystko analizowała. Nic tutaj nie trzymało się kupy.
No a weź spróbuj Esmeralda… i panieńskie nazwisko twojej mamy — to też mógł być jakiś trop, a mogło też pokazać mu się jedno wielkie zero w wynikach. Nie zmieniało to faktu, że trzeba było spróbować. — Jest coś? Cokolwiek? — dopytała, szarpiąc się z wielkim kołtunem, a kiedy w końcu jej włosy były odpowiednio rozczesane, znowu przykucnęła przy walizce.
Sukienka? — spytała, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Wyciągnęła kilka lunych, zwiewnych, chociaż czerwoną postanowiła zostawić na jutro. — Wiem, że miałam chodzić bez majtek, ale na spotkanie z twoją mamą chyba jednak jakieś ubiorę — dobrze, że jednak zabrała kilka marnych sztuk. Ostatnie co by chciała, to paradować przed Marisol bez bielizny.

Madox A. Noriega

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 2:53 pm
autor: Madox A. Noriega
- Nie wiem, nie znam się na sukienkach - jęknął odchylając do tyłu głowę, bo może jakby się znał, to by wiedział, że nie była to suknia z zeszłej epoki. Ale dla niego była normalna, Rosa i tak ją przerabiała, ale jakoś mu się wtedy rzuciło to Esmeralda, bo nigdy wcześniej nie słyszał tego imienia. Wzruszył ramionami.
- Ale myślę, że to był ktoś jej bliski, skoro miała tę sukienkę - tylko właśnie mogła to być siostra, albo nawet jakaś kuzynka? Przyjaciółka... Każdy.
Coraz więcej pytań tworzyło się w ich głowach. A Madox to już po prostu cały czas starał się cokolwiek sobie przypomnieć, jakieś szczegóły, kim mogła być ta Esmeralda, może jego matka powiedziała coś jeszcze? Aż się na moment oparł czołem pod tym prysznicem o jakieś chłodne kafelki i z tego stanu wyrwały go dopiero słowa Pilar.
- Loca - rzucił strzelając oczami w sufit, ale się do niej uśmiechnął. Bo mimo wszystko, to przecież podobało mu się to jak na nią działał, jakoś miło łechtało to jego ego, że nie mogła się powstrzymać. I kiedy klepnęła go w tyłek, kształtny swoją drogą, to on też się nie mógł powstrzymać, żeby się do niej nie odwrócić, nie szarpnąć i nie dziabnąć ją gdzieś w bok. Lekko, ale zaczepnie...
Mało brakowało, żeby znowu jej nie łapał i nie sadzał na komodzie, albo nie przerzucał sobie przez ramię, no ale jednak całą swoją silną wolą, się powstrzymał. Zajął się telefonem.
- Przydałaby się - mruknął, bo on rzeczywiście zawsze kładł ten telefon gdziekolwiek, a potem go szukał. Miał go w ręce, a później nie miał, i nawet nie miał pojęcia, gdzie go zostawił. Tak jak też tym razem. W końcu go jednak zlokalizował, ale obejrzał się na nią przez ramię, na wspomnienie o tej szarej taśmie.
- A gdzie? - zapytał i oparł sobie smartfona o klatę, prezentują jej, czy tutaj pasuje, a później na czole, pokazując jej czubek języka. W końcu jednak się nim zajął wpisując tam nazwisko swojej matki. Od razu musiał się z nią podzielić tym, co znalazł. Tylko, że Madox to zupełnie nic z tego nie rozumiał. Dopiero kiedy Pilar zaczęła wyciągać z tego jakieś wnioski, to się zwiesił z palcami opartymi między jej łopatkami, na tym zapięciu stanika.
- Myśli, że ona podawała się za moją matkę? - zapytał marszcząc brwi, ale przecież mogło tak być. Tylko dlaczego? No i gdzie w tym wszystkim jest prawdziwa Marisol?
Dopiero kiedy kazała jej zostawić zapięcie, to się odsunął, to już znowu grzebał w swoim telefonie. Wszedł nawet na jakąś stronę Guadalupe, ale nie była aktualizowana od kilku lat. Zaraz ją cofnął. Madox nigdy nie był dobrych w takich rzeczach, w jakimś szperaniu po sieci, dociekaniu. Dużo lepszy był w przepytywankach. Chociaż jeszcze przesunął palcem po wyświetlaczu, ale nic nie rzuciło mu się w oczy. Jakiś kurwa bieg po zdrowie i znowu Marisol Cruz Noriega. Jakiś piknik rodzinny i też jej nazwisko, ale bez zdjęć, krótkie wzmianki w lokalnej prasie. Coś tam robiła dla społeczności tego miasteczka.
Skrzywił się delikatnie, bo dlaczego ona nie mogła takiego życia wieść w Medellin? A tutaj nagle kurwa, matka, żona i kochanka. Aż wywrócił oczami.
Chociaż zaraz te ciemne tęczówki podniosły się na Pilar, kiedy zaproponowała, żeby wpisał to Esmeralda Cruz, przez moment gapił się, jak ona rozczesywała te czarne, piękne włosy kudły, ale w końcu to zrobił.
Przesunął palcem, nic szczególnego, ale w końcu wyświetlił mu się jakiś stary artykuł, gdzie wspomniane było Acapulco.
Wszedł w niego i go przejrzał nawet nie zwracając uwagi na to o co pytała go Pilar. Nawet na tą zaczepkę z majtkami nie podniósł na nią wzroku. Nie skomentował.
Przesunął do zdjęcia. Jakaś licealna drużyna sportowa, biegaczki, zdobyła medale na zawodach w Acapulco, trzy dziewczyny z medalami uśmiechały się do zdjęcia...
- Kurwa - rzucił i poczuł jak po plecach przechodzi mu dreszcz, ale nie żaden przyjemny, jakieś kurwa dziwne ciarki, aż włosy na karku mu się zjeżyły.
Zaraz znowu stał przy niej, tak blisko, że jego naga klatka piersiowa oparła się o jej plecy, kiedy jej to pokazywał przez ramię w telefonie.
- Widzisz tą dziewczynę? - przybliżył zdjęcie, a później przełączył na tą z nekrologu, były do siebie podobne, bardzo podobne, ale ta z Acapulco była dużo młodsza, cofnął na to zdjęcie - ta i ta, prawie identyczne - aż wypuścił powietrze prosto w jej ramię i przesunął palcem po podpisie zdjęcia, trzy nazwiska, a miedzy nimi Esmeralda Cruz.
Odsunął się i zrobił dwa kroki w przeciwnym kierunku przesuwając ręką po karku, a najdziwniejsze w tym wszystkim, że one były jeszcze kurewsko podobne do jego matki. Albo może to była jego matka? W tej gazecie, jeszcze raz otworzył zdjęcie podsuwając je sobie pod sam nos, ale miało trochę słabą jakość, było stare, bardzo stare. To mogła być jego matka zanim przyjechała do Kolumbii. Albo ta kobieta z prosektorium. Pokręcił głową, zakładając na siebie buty, które wygrzebał z walizki. Oczywiście zostawił po sobie na łóżku Sajgon, ale za bardzo się tym nie przejął, bo zaraz już patrzył na Stewart.
- Gotowa? - bo on był, już ściskał w ręce kluczyki do samochodu.

Pilar Stewart

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 5:36 pm
autor: Pilar Stewart
Myślę, że tak — odpowiedziała praktycznie od razu na jego pytanie, czy uważała, że kobieta w prosektorium podawała się za jego matkę. A przynajmniej wszystko na to wskazywało. Te poszlaki, które mieli — chociaż niewielkie — składały się właśnie na to, że ktoś podszywał się za jego matkę. — Tylko pytanie, gdzie w tym wszystkim rola twojej matki. Zamieniły się dokumentami? Czy może Marisol przyjęła kompletnie inne dane? Czy może… — zawahała się. Tego ostatniego pytania wcale nie chciała wypowiadać na głos, bo przecież to wszystko, co mówiła Pilar było jedynie spekulacjami. Jej umysł wręcz naturalnie brał pod uwagę wszystkie scenariusze, nawet te najczarniejsze. I ten ostatni, który prawie wypowiedziała okrawał się właśnie o to, że przecież istniała również szansa, że jego matka już nie żyła, a Esmeralda, czy kimkolwiek była ta kobieta, po prostu przywłaszczyła sobie te dokumenty. Nie chciała jednak tego wypowiadać. Nie teraz, kiedy on był tak bardzo w to wszystko zaangażowany. Nie chciała mu jeszcze dowalać. Trzeba było po prostu wierzyć, że akurat ta wersja wydarzeń nigdy nie miała miejsca.
Spojrzała na niego znad walizki, kiedy pytała sie o sukienkę i bieliznę, jednak twarz Noriegi wciąż była wbita w telefon. Nie mogła od niego oczekiwać atencji, kiedy przecież tak intensywnie siedział w tych wszystkich artykułach, próbując się czegoś dowiedzieć, więc finalnie złapała pierwszą lepszą sukienkę — luźną, niebieską, która ładnie kontrastowała z jej ciemną karnacją. I oczywiście majtki. Majtki też w tym wszystkim były ważne.
Nim zdążyła się jednak w pełni ubrać, on już klął pod nosem i zaraz stał za jej plecami. Uniosła wysoko brwi i spojrzała na wyświetlacz telefonu, który nagle znalazł się tuż pod jej nosem. Złapała więcej powietrza w płuca.
Faktycznie podobne — przysunęła się jeszcze bliżej, łapiąc jego dłoń od tyłu i przyciągając. Twarze kobiet — chociaż różniły ich dziesiątki lat wciąż miały te same rysy, kształt nosa i nawet oczy. — Wygląda jak ta sama osoba — jak Esmeralda Cruz. I to już był taki przypadek, w który Pilar za nic by nie uwierzyła. Nie dość, że wyglądały tak samo, to jeszcze miały to samo nazwisko? To jeszcze matka Madoxa wspominała to imię w przeszłości, to od niej miała mieć sukienkę dla Rosy? Nie ma opcji, że to zbieg okoliczności. Przekręciła głowę, spoglądając na niego wymownie. I chyba już naprawdę nie trzeba było mówić nic więcej.
Przyjrzała się dokładnie jak odszedł, by przejść się po pokoju. Jak przejechał nerwową dłonią po karku. Podeszła w jego kierunku i spokojnie położyła dłoń na jego ramieniu. Nic nie mówiła, dała mu to po prostu przetrawić, będąc obok. Dopiero po chwili westchnęła.
Zapniesz mi sukienkę? — spytała luźno i zaraz odwróciła się do niego tyłem, zgarniając na bok jeszcze wciąż mokre włosy. — Daj mi pięć minut — poprosiła i kiedy w końcu uporał się z zamkiem, Pilar zgarnęła kosmetyczkę i zniknęła za drzwiami łazienki. Na szybko wysuszyła włosy, układając je trochę niesfornie, trochę byle jak, ale kto by się tym teraz przejmował? Z pewnością nie ona, bo już po chwili faktycznie wyszła cała gotowa, mieszcząc się w czasie, o jaki go poprosiła. Zarzuciła na nogi buty, nawet nie spoglądając w stronę szpilek, które wciąż leżały wygodnie w walizce. Miało być wygodnie.
Gotowa — uśmiechnęła się delikatnie w jego kierunku, a zaraz znalazła się przy nim i korzystając z tych ostatnich chwil w samotności, ujęła jego policzki, by złożyć na pełnych ustach miękki pocałunek. Dużo rzeczy chciała mu powiedzieć, razem z jakiś ckliwym będzie dobrze, ale finalnie nie zrobiła nic z tego. Zgarnęła z komody kluczyki do furki, a przynajmniej chciała, bo przecież tam właśnie je kładała, tylko wcale ich tam nie było. Znalazła je dopiero gdzieś na ziemi, jebnięte tuż koło świecznika.
Dobra, vamos — zakręciła nimi na placu i skierowała się do drzwi, tuż za Madoxem. Zanim jednak wyszła do przedsionka, odwróciła się na mięcie i podbiegła do leżanki, żeby zgarnąć do torebki list z pocztówką. Może bez sensu było go brać ze sobą, a zaś z drugiej strony, mógł się przecież przydać. Szybko dołączyła do Noriegi.
Kiedy przechodzili przez salon, złapała ich Giulia, wymachując energicznie łapami. Stała przy wielkiej wyspie na samym środku, a na placie panował istny chaos. Wyglądało, jakby to Pilar z Madoxem próbowali cokolwiek ugotować, ale jak się okazało, to ona robiła… drinka. Drinka kurwa.
Wy napijecie się z nami? — zapytała łamanym angielskim i uśmiechnęła się szeroko. Cóż, przynajmniej była ubrana.
Nie możemy — Stewart opowiedziała od razu. — Śpieszymy się — bo przecież się spieszyli. Mieli przed sobą ponad godzinę drogi, już nawet pomijając fakt, że żadne z nich nie chciało tu siedzieć z Giulią i Matteo. Tylko ona za nic nie dawała za wygraną,
Madox, Madox, Madox — zerwała się na równe nogi i okrążyła go dookoła, dziabiąc palcami jego koszulkę. — Spróbujesz mojego drinka? Wyglądasz na kogoś, kto umie w drinki. Per favore!!!!

Madox A. Noriega

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 6:52 pm
autor: Madox A. Noriega
Ciemne tęczówki błądziły po jej twarzy, kiedy to mówiła. Już raz dzisiaj prawie pochował matkę, nie chciał tego powtarzać. Nie chciał o tym wcale myśleć, że mogła nie żyć, znowu. Wciąż jeszcze była jakaś nadzieja i to jej teraz się trzymał, chociaż to wszystko było coraz bardziej skomplikowane...
Dwie takie same kobiety? Czy jedna? Czy Esmeralda to była jego matka? Zanim wyjechała do Kolumbii? Czy jej siostra? Miał w głowie tyle pytań, które się tylko nawarstwiały, a żadnej sensownej odpowiedzi. Już nie chodziło tylko o Marisol, bo jeszcze była jakaś Esmeralda? Cały czas przeglądał coś w telefonie, kiedy oparła mu dłoń na ramieniu i w pierwszej chwili jakoś drgnął, spiął się, ale zaraz odpuścił, zaraz wypuścił powietrze z płuc ze świstem, a potem nawet odwrócił się w jej kierunku. Ciemne tęczówki złapały jej błyszczące, czekoladowe spojrzenie. A kiedy zapytała, czy zapnie jej sukienkę, to pokiwał głową. Dopiero teraz zwracając na nią uwagę, na tę jej sukienkę, wsunął telefon do kieszeni i jeszcze opuszkami palców przejechał po jej nagich plecach, zanim sięgnął do suwaka. Pochylił głowę nad tym jej odkrytym ramieniem.
- Ładna sukienka - wyszeptał jej do ucha, no bo mógł się przejmować matką, w ogóle mieć w głowie te sto różnych myśli, pytań i wątpliwości. To co do jednego nie miał, do niej. I tego, że była z nim w tym wszystkim, dzisiaj w ładnej, niebieskiej sukience. Szarpnął za suwak, oczywiście, że zbyt gwałtownie i musiał się od niej odsunąć, wygładzić go palcami i dopiero zasunąć powoli. Udało się.
W ciągu tych pięciu minut o które go poprosiła, to leżał już na łóżku ze spuszczonymi nogami, gdzieś obok tych swoich rozwalonych ciuchów i znowu skrolował telefon. A kiedy powiedziała, że jest gotowa, to ten smartfon mu wypadł, i dobrze, że się odchylił i nie dostał nim w czoło, tylko odbił się od łóżka lądując na podłodze. Jednak refleks miał niezły. Zaraz się podniósł i pozbierał telefon, znowu włożył go do kieszeni spodni, a kiedy Pilar stanęła obok niego, to chciał ją złapać za rękę i pociągnąć do wyjścia, ale ona już opierała dłonie na jego zarośniętych policzkach, a później złączyła ich usta w tym miękkim pocałunku. Kąciki jego ust od razu uniosły się ku górze. Bo to nawet było lepsze od jakiegoś będzie dobrze, zdecydowanie.
Na to jej vamos, ruszył do wyjścia, ale przecież kluczyki, tylko, że o tym pomyślała już Pilar, więc on postanowił wbić w nawigacje adres... Jaki adres?
Już miał wrócić po pocztówkę, ale o tym też pomyślałam Stewart. On by bez niej pewnie zginął. A w klubie potrafił być taki zorganizowany.
Madox tylko zerknął w kierunku Guili, kiedy ich zawołała, ale zaraz objął w pasie Pilar, mogli się przecież wykręcić tą randką i kolacją.
- Mamy już zarezerwowany stolik... - spróbował jeszcze po Pilar, ale Guilia już wbiła palce w materiał jego wciąż rozpiętej koszuli, już szarpała go do tej kuchennej wyspy, na której mieli wszystko. Madox by pewnie z tego zrobił całe menu z Emptiness. Zahaczył palcami o bok Stewart, żeby ją pociągnąć za sobą do tego blat. Nie mieli czasu, chęci też nie szczególnie. Ale kiedy Noriega zobaczył te podziabane limonki, jakby kroił je jakiś rzeźnik, to aż uniósł jedną brew.
- A co robisz? - zapytał i zerknął na jakiś dzbanek, w którym Guilia zamieszała drinka. Zaraz wzięła wysoką szklankę i nalała mu tej brei.
- Mohito - powiedziała wesoło - spróbuj - no przecież jak tylko spróbuje, to nic się nie stanie. Zerknął na Pilar, a potem na tą szklankę...
I to było kurwa najgorsze mohito, jakie on pił w życiu. A pił różne podłe, na przykład w Medellin jako gnojek. Wziął łyk, za duży, bo aż nim parsknął, a reszta ulała mu się po brodzie i spłynęła po klacie.
- O kurwa... co ty tam dodałaś? - zapytał i wytarł usta wierzchem dłoni, a Guilia w tym czasie wycierała się, bo dostała tym parsknięciem chyba gdzieś w czoło.
- No limonka, cytryna, ten syrop, tamten, rum, tequila... - jak mu zaczęła wymieniać, to Madox z każdą chwilą robił coraz większe oczy. Pokręcił głową, nawet chwilę zastanawiał się nad tym, czy nie wyjebać tego do zlewu, no ale szkoda alkoholu. Może jak się zchlają z Matteo to im już będzie wszystko jedno?
Zerknął na Pilar z ukosa, bo przecież się spieszyli, ale z drugiej strony, to aż mu szkoda było ich nowych współlokatorów, że będę takie gówno pili.
- Zrobię im tego drinka i lecimy - stwierdził i sięgnął do szafek po jakiś kolejny dzbanek. Chociaż w pierwszej chwili jak patrzył na ten syf, to mu się odechciewało, no ale zrzucił jakieś podziabane jak siekierą limonki do kosza, a potem wziął następne i pokroił je na desce dużym nożem, w ładne cząstki, do tego cytryny. Zastanawiał się cały czas czy Guilię przerosło krojenie, czy o co chodziło. Wrzucił te owoce do dzbanka, oczywiście jeden kawałek limonki pakując sobie do ust. Do tego listki świeżej mięty i cukier, ugniótł je razem jakąś drewnianą łyżką, zalał rumem, potem wsypał lód i dopełnił wodą gazowaną. Zamieszał. Zajęło mu to może pięć minut, nawet nie, ale drink prezentował się sto razy lepiej niż to co serwowała im Guilia.
- Teraz spróbuj - nalał do kolejnej szklanki i podsunął włoszce. Upiła łyk i od razu oblizała wargi.
- Jak w Just Cavalli! - zapiszczała zadowolona.

Pilar Stewart

tequila con muerte

: sob lut 07, 2026 8:57 pm
autor: Pilar Stewart
Mieli jechać.
Spieszyli się.
Przed nimi była ponad godzina drogi, a jeszcze przecież mieli po drodze zgarnąć coś do siedzenia, co dokładało jakieś trzydzieści minut do terminarza. Grafik był napięty i ostatnie czego potrzebowali, to żeby zatrzymała ich w domu ulubiona para swingersów… i to jeszcze na drinki. Na drinki, kurwa. Jeszcze y zrozumiała, gdyby potrzebowali pomocy; gdyby Giulia wkręciłą sobie włosy do sokowirówki albo przez przypadek upierdoliła Matteo kutasa nożem, ale przecież nic takiego im się nie działo.
Tylko zaraz okazało się, że mieli inny problem. Problem w postaci obrzydliwego drinka, który Madox zaraz po spróbowaniu wypluł prosto na twarz blondynki. Aż kwiknęła, a pojedynczy listek limonki ostał się na jej czole. Ale chyba nie zauważyła, więc Pilar tylko prychnęła i pozwoliła jej żyć w tej wielkiej niewiedzy.
W pierwszej chwili sama chciała podejść i to spróbować, czy faktycznie było takie ohydne, jednak finalnie wyszła z założenia, że skoro Madox się prawie porzygał, to może nie było co nawet poddawać tego ocenie.
Wywaliła oczami, kiedy Noriega oznajmił, że zrobi im porządne drinki.
Cariño… — rzuciła krótko, spoglądając na niego wymownie. Naprawdę musiał się teraz bawić w Matkę Teresę Koktaili i ratować ich kubki smakowe? A co ich to obchodziło? Tak na serio, przecież nawet mogli się tym potruć, a Pilar i Madoxowi nic nie powinno do tego być. Tylko że on już ładował się za wyspę i przebierał limonki w koszyku.
Stewart westchnęła głośno. Chyba nie miała tutaj siły przebicia, a przecież bez niego i tak nigdzie by nie pojechała. Podeszła więc bliżej i chociaż nie chciała siadać, tak Matteo zaraz odsunął jej jeden z hokerów i chyba z trzy razy wypowiedział jej imię z tym swoim śmiesznym włoskim akcentem. To jak miała mu odmówić? Przecież gdyby tego nie zrobiła, to pewnie przez kolejne pięć minut by tak do niej nawijał. Chociaż z drugiej strony, kiedy już siadła on dalej nawijał.
Czym się zajmujesz, Pajlar? — przysiadł się obok, podpierając się na łokciu i opierając głowę na otwartej dłoni, przy okazji zawieszając na Stewart ciemne spojrzenie. W pierwszej chwili chciała pocisnąć mu ten sam kit, co taksówkarzowi, że mieli własną knajpę. Tylko zanim to zrobiła, jej mózg w ostatniej chwili wysłał odpowiednie ostrzeżenie, że jeszcze będą im kazali coś zajebistego ugotować, więc może lepiej, żeby nie odsłaniać tych wielkich kulinarnych talentów.
Pracuję w marketingu — rzuciła w końcu. Bezpieczna odpowiedź. Było to na tyle wiarygodne, że nie wymagało pokazywania swoim umiejętności i też na tyle nudne, żeby nikt nie chciał ciągnąć ten rozmowy. Chociaż Matteo chyba chciał, bo już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. — A Madox jest barmanem — dodała szybko, poprawiając się na krześle i wskazując na niego dłonią. Tylko akurat tym faktem ucieszyła się jedynie GIulia, która zaraz zaklaskała energicznie w dłonie i podskoczyła, przez to ten kawałek mięty, który miała na czole, spadł gdzieś na podłogę. Matteo natomiast dalej się jej przyglądał.
Świetnie się składa… — zaczął, a Stewart aż przeklęła w myślach. Co się świetnie składa? No kurwa co? — Bo wiesz, ja mam swój biznes, ten no commerciale taki i chętnie bym się ciebie podpytał o kilka rzeczy. Jak masz chwilę, to możemy iść na górę i chętnie pokaże ci mojego…
Nie mam — wtrąciła się praktycznie od razu, nawet nie dając mu dokończyć co jego chciał jej pokazać i to jeszcze na górze. — Śpieszymy się, więc może później. Skończyłeś tego drinka? — zerwała się z krzesła i podeszła na drugą stronę wyspy, gdzie Noriega już polewał koktail do szklanek. Złapała za jedną i upiła dwa duże łyki. — No i super, zajebiste. Lepszego w życiu nie piłam. A teraz musimy już iść — dodała, łapiąc Madoxa za fraki i dosłownie wyszarpując w stronę korytarza.
Ci ludzie byli niemożliwi. Potrafili zagadać ich do tego stopnia i się wokół nich zakręcić, że pewnie spędziliby tam następne pół godziny, a przecież mieli co robić. I to nie byle co. Przesunęła dłoń z materiału jego koszulki na przedramię, by po chwili spleść ze sobą ich palce.
Na zewnątrz wciąż było ciepło, powietrza nie było za wiele, chociaż lekki wiatr dodawał nieco orzeźwienia. Sięgnęła do torebki i już po chwili podrzuciła kluczyki w jego kierunku. Tak dobrze czuł się na tych popierdolonych ulicach Meksyku, że Pilar nawet nie miała zamiaru się wychylać. Chciał jeździć, to nie jeździ.
Aż tak zły był ten drink? — prychnęła, ładując się do środka na miejsce pasażera i zapięła pas. — Daj mi twój telefon, to ustawie nawigacje — poprosiła, a kiedy w końcu jej go podał, to Pilar wyciągnęła jeszcze kopertę i przepisała adres. — Pokazuje czterdzieści minut. Jak przyciśniesz to pewnie i krócej — spojrzała przelotnie na Noriegę i ustawiła mu telefon na jednym ze stojaczków tuż przy klimatyzacji.
Kiedy w końcu wyjechali z podjazdu, Pilar złapała za swoją komórkę i zaczęła grzebać w internecie w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na trasie, w którym mogliby coś zjeść.
Za dwadzieścia kilometrów jest jakaś knajpa z tacosami — zaproponowała, przy okazji sprawdzając mapę. — Chyba, że zjemy jak będziemy już wracać? — bo to też przecież było okej, jeśli chcieli pierwsze sprawdzić ten adres. Może nawet lepiej?

Madox A. Noriega