let me make you coffee tonight
: pt mar 27, 2026 7:47 pm
Upór był jedną z tych cech, których nie potrafiła się wyzbyć i w tej chwili nie zamierzała nawet próbować go temperować. Wiedziała, że gdzieś pod powierzchnią jego słów kryło się ziarnko prawdy, że być może faktycznie wyszła przed szereg szybciej, niż powinna. Być może właśnie przez to stali naprzeciw siebie z własnymi przekonaniami, równie silnym i ugruntowanymi, i choć w jej myślach pojawiał się cień wątpliwości, nie zamierzała oddać mu racji tylko dlatego, że mówił g ł o ś n i e j.
- Naprawdę myślisz, że mając szansę realnie ochronić swoją rodzinę, pójdzie do mafii? - rzuciła ostro, odwracając się w jego stronę z niedowierzaniem malującym się wyraźnie w spojrzeniu brązowych tęczówek. - Myślisz, że wybierze ludzi przed którymi się ukrywa, zamiast tych, którzy mogą go z tego wyciągnąć? - pokręciła głową nerwowo, jakby próbowała wyrzucić z myśli jego tok rozumowania. - To człowiek, który się boi i dokładnie dlatego zrobi to, co dla niego najbezpieczniejsze - urwała na moment, wciągając powietrze, ponieważ musiała powstrzymać coś jeszcze ostrzejszego, co cisnęło się na język. - Albo zamknie się i będzie współpracował dla dobra swojej córki i narzeczonej, albo spróbuje nas sprzedać i wtedy naprawdę wszystko straci - więc tak, była tego pewna - nie pomyliła się, niemożliwe aby tak źle zinterpretowała to, co podpowiadała jej intuicja.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na jego twarzy, uważne i przenikliwe, jakby za wszelką cenę próbowała przedrzeć się przez tę warstwę gniewu, którą właśnie wokół siebie zbudował. - Rinaldi jest dokładnie tym, kim są twoi informatorzy - dodała ciszej, ale twardo, bez cienia zawahania. - Masz ludzi, którzy mówią, bo coś za to dostają - zawahała się na ułamek sekundy, ale było już za późno, żeby się wycofać. - To właśnie tacy ludzie jak oni wypełnili tę teczkę o Bianchim, którą mi dałeś. Dzięki nim uzupełniłeś ją wszystkimi informacjami, których nie ma nigdzie o f i c j a l n i e.
Słowa zawisły między nimi ciężko, nie pozostawiając wiele miejsca na cofnięcie się. Tym razem to ona uderzyła celnie i bez łagodzenia siły tego ciosu, wiedząc, że bardzo szybko może tego pożałować. Była jednak zbyt zmęczona tym, że każda rozmowa kończyła się dokładnie w tym samym miejscu, a oni wzajemnie ciągnęli linę w swoją stronę, zamiast iść w jednym kierunku.
Pozwoliła by cisza opadła i oplotła ich resztą niewypowiedzianych słów, które próbowały wypłynąć na wierzch nieproszone. Czekała, aż zatrzyma samochód, dając jej przestrzeń, której zaczynało jej brakować. - Nie potrafimy ze sobą pracować. Tak jest od pierwszego dnia i z każdym coraz gorzej - wiedziała, że resztę słów może zostawić w domyśle, że nie musi mu tłumaczyć dlaczego tak uważała. Oboje o tym wiedzieli; chociaż jeszcze dwa albo trzy tygodnie temu upierała się, że to on nie potrafi oddzielać życia prywatnego od zawodowego - prawda była taka, że ona również nie potrafiła.
To, co jeszcze niedawno było tylko napięciem między partnerami, teraz miało znacznie większy ciężar i właśnie dlatego każde zderzenie bolało mocniej.
Przekręcając się lekko w jego stronę, oparła plecy o drzwi. - Potrzebuję przestrzeni. Chcę pobyć sama przez kilka minut - nie czekała na jego odpowiedź; pociągnęła za klamkę i wysiadła, wpuszczając do środka ostre, zimowe powietrze, które natychmiast wdarło się pod warstwy ubrań. Drzwi zamknęła za sobą ciszej niż pozwalałyby na to emocje, które jeszcze przed chwilą w niej buzowały.
Nie odeszła daleko, wystarczyło kilka kroków, obejście wokół i zatrzymanie się przy tyle samochodu. Oparła się o bagażnik, czując przez materiał chłód metalu, który w pierwszej chwili aż przeszył ją na wskroś, a jednocześnie sprowadził ją z powrotem do teraźniejszości. Odchyliła głowę lekko do tyłu, przymykając oczy jeszcze raz, tym razem na dłużej. Wciągnęła powietrze głęboko, czując, że to jedna z tych rzadkich, niewygodnych chwil, kiedy instynkt podsuwał jej najprostsze rozwiązanie - miała ochotę zapalić papierosa, pozwolić, żeby dym wypełnił płuca i na moment uciszył wszystko inne.
Nie robiła tego często, właściwie prawie wcale. Ale kiedy już o tym myślała, to znaczyło, że na moment zgubiła grunt pod nogami.
Rhys Madden
- Naprawdę myślisz, że mając szansę realnie ochronić swoją rodzinę, pójdzie do mafii? - rzuciła ostro, odwracając się w jego stronę z niedowierzaniem malującym się wyraźnie w spojrzeniu brązowych tęczówek. - Myślisz, że wybierze ludzi przed którymi się ukrywa, zamiast tych, którzy mogą go z tego wyciągnąć? - pokręciła głową nerwowo, jakby próbowała wyrzucić z myśli jego tok rozumowania. - To człowiek, który się boi i dokładnie dlatego zrobi to, co dla niego najbezpieczniejsze - urwała na moment, wciągając powietrze, ponieważ musiała powstrzymać coś jeszcze ostrzejszego, co cisnęło się na język. - Albo zamknie się i będzie współpracował dla dobra swojej córki i narzeczonej, albo spróbuje nas sprzedać i wtedy naprawdę wszystko straci - więc tak, była tego pewna - nie pomyliła się, niemożliwe aby tak źle zinterpretowała to, co podpowiadała jej intuicja.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na jego twarzy, uważne i przenikliwe, jakby za wszelką cenę próbowała przedrzeć się przez tę warstwę gniewu, którą właśnie wokół siebie zbudował. - Rinaldi jest dokładnie tym, kim są twoi informatorzy - dodała ciszej, ale twardo, bez cienia zawahania. - Masz ludzi, którzy mówią, bo coś za to dostają - zawahała się na ułamek sekundy, ale było już za późno, żeby się wycofać. - To właśnie tacy ludzie jak oni wypełnili tę teczkę o Bianchim, którą mi dałeś. Dzięki nim uzupełniłeś ją wszystkimi informacjami, których nie ma nigdzie o f i c j a l n i e.
Słowa zawisły między nimi ciężko, nie pozostawiając wiele miejsca na cofnięcie się. Tym razem to ona uderzyła celnie i bez łagodzenia siły tego ciosu, wiedząc, że bardzo szybko może tego pożałować. Była jednak zbyt zmęczona tym, że każda rozmowa kończyła się dokładnie w tym samym miejscu, a oni wzajemnie ciągnęli linę w swoją stronę, zamiast iść w jednym kierunku.
Pozwoliła by cisza opadła i oplotła ich resztą niewypowiedzianych słów, które próbowały wypłynąć na wierzch nieproszone. Czekała, aż zatrzyma samochód, dając jej przestrzeń, której zaczynało jej brakować. - Nie potrafimy ze sobą pracować. Tak jest od pierwszego dnia i z każdym coraz gorzej - wiedziała, że resztę słów może zostawić w domyśle, że nie musi mu tłumaczyć dlaczego tak uważała. Oboje o tym wiedzieli; chociaż jeszcze dwa albo trzy tygodnie temu upierała się, że to on nie potrafi oddzielać życia prywatnego od zawodowego - prawda była taka, że ona również nie potrafiła.
To, co jeszcze niedawno było tylko napięciem między partnerami, teraz miało znacznie większy ciężar i właśnie dlatego każde zderzenie bolało mocniej.
Przekręcając się lekko w jego stronę, oparła plecy o drzwi. - Potrzebuję przestrzeni. Chcę pobyć sama przez kilka minut - nie czekała na jego odpowiedź; pociągnęła za klamkę i wysiadła, wpuszczając do środka ostre, zimowe powietrze, które natychmiast wdarło się pod warstwy ubrań. Drzwi zamknęła za sobą ciszej niż pozwalałyby na to emocje, które jeszcze przed chwilą w niej buzowały.
Nie odeszła daleko, wystarczyło kilka kroków, obejście wokół i zatrzymanie się przy tyle samochodu. Oparła się o bagażnik, czując przez materiał chłód metalu, który w pierwszej chwili aż przeszył ją na wskroś, a jednocześnie sprowadził ją z powrotem do teraźniejszości. Odchyliła głowę lekko do tyłu, przymykając oczy jeszcze raz, tym razem na dłużej. Wciągnęła powietrze głęboko, czując, że to jedna z tych rzadkich, niewygodnych chwil, kiedy instynkt podsuwał jej najprostsze rozwiązanie - miała ochotę zapalić papierosa, pozwolić, żeby dym wypełnił płuca i na moment uciszył wszystko inne.
Nie robiła tego często, właściwie prawie wcale. Ale kiedy już o tym myślała, to znaczyło, że na moment zgubiła grunt pod nogami.
Rhys Madden