Strona 8 z 8

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 6:31 pm
autor: Santiago de la Serna
Tiago również przyglądał się temu, jak Sergio radzi sobie z małym. Po jego ustach błąkał się lekki uśmiech rozczulenia tym widokiem, bo musiał przyznać, że facet naprawdę dobrze wyglądał z dzieckiem i dobrze sobie z nim radził. Miło mu się również patrzyło na Sergio i Sala razem, bo zawsze wydawali mu się bardzo zgranym związkiem i nieraz im zazdrościł tego, co było między nimi - zawsze marzył o takiej rodzinie, o takiej miłości; a od kiedy zrozumiał, że kocha Alvaro, było mu zwyczajnie przykro, że coś takiego nie będzie mogło zaistnieć między nimi (tak mu się wydawało jeszcze przed tym ostatnim skokiem). Zazdrościł im takich uczuć i takiego zgrania ze sobą.
Słysząc słowa Alvaro o "maniu po tatusiu" pakowania rzeczy do ust, Santiago obrzucił partnera "oburzonym" spojrzeniem i położył dłoń na jego głowie. Niemal w tym samym momencie jego telefon zadzwonił w kieszeni - budzik, nastawiony na godziny brania leków. Santiago wyłączył go, schował z powrotem do kieszeni, ale teraz siedział jak na szpilkach, starając się nie zapomnieć o tym, żeby jednak zaraz wstać i pójść po wieczorną dawkę - po prostu nie chciał tego robić w połowie rozmowy (choć z drugiej strony nie było możliwości, żeby nie robić tego w połowie, bo zawsze byłaby o czymś mowa), nie chciał też, żeby Martinezowie zwrócili na to uwagę, bo niby wiedzieli, że jest chory, ale czym innym była wiedza o tym i świadomość gdzieś z tyłu głowy, a czym innym informacja o tym, że Tiago musi wziąć leki - tym bardziej, że potrzebował do tego Alvaro, bo o ile tabletki był w stanie łyknąć sam, o tyle zastrzyku nie mógł sobie zrobić: za bardzo trzęsły mu się ręce. To drżenie nie było widoczne przez cały czas, ale on niemal cały czas je odczuwał, zwłaszcza wieczorami, kiedy już był zmęczony po całym dniu - a teraz był dodatkowo zmęczony samym faktem spotkania z kimś (niezależnie od tego, że teraz rozmowa była miła i on się cieszył z gości) oraz wcześniejszymi emocjami. W końcu jednak podniósł się chwiejnie z fotela, zastanowił chwilę i w końcu przemógł się, żeby odezwać się cicho do Alvaro.
- Pomożesz mi? - zapytał, po czym zwrócił się do brata i szwagra - Zaraz wrócimy, dajcie nam sekundę.
Ruszył w stronę sypialni, a na miejscu podwinął rękaw i usiadł na łóżku, wyciągając z szufladki odpowiednie leki.

Alvaro Salvatierra

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 7:55 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Alvaro również wiedział co oznaczał budzik w telefonie Santiago; dla pewności zerknął jeszcze na zegarek na jego nadgarstku, który wciąż masował uspokajająco, ale to go tylko upewniło, że wybiła godzina brania leków. Nie mówił jednak nic na ten temat, uznając, że to Tiago powinien podjąć decyzję o tym czy idą teraz czy zaraz. I faktycznie, w końcu to on zarządził, że nadszedł na to czas.
- Jasne - skinął głową z uśmiechem, posłał też jeszcze jeden uśmiech w stronę Martinezów i również podniósł się z fotela, a właściwie z poręczy i ruszył za Santiago w stronę sypialni.
Usiadł przy nim, biorąc od niego strzykawkę i fiolkę z lekiem, który chwilę później nabrał igłą, a potem wymienił igłę na mniejszą.
- Jak się czujesz? - zapytał niepewnie i wziął sobie rękę de la Serny, kładąc ją sobie zewnętrzną stroną dłoni na udzie. Przez chwilę masował jego rękę, uciskając nieco w konkretnym miejscu, w które w końcu wbił igłę i wstrzyknął powoli zawartość strzykawki. Chwilę po tym, gdy skończył i tym samym opróżnił całą fiolkę, uniósł jego dłoń i musnął jego knykcie wargami, każdy z osobna, czule i z typowym dla siebie oddaniem. Potem zgarnął wszystkie medyczne odpadki w jakiś ręcznik papierowy i odłożył na szafkę nocną, zamierzając wyrzucić, gdy będą już wychodzić z sypialni.
Przyjrzał się ukochanemu z troską, łagodnie obracając sobie jego twarz w swoją stronę, po czym pocałował go delikatnie w kącik ust. To chyba również miało być uspokajające i miał nadzieję, że w taki sposób też zadziała.

Santiago de la Serna

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 8:11 pm
autor: Santiago de la Serna
Nie lubił tych momentów brania leków - z jednej strony dlatego, że po prostu nie lubił kłucia, do którego teraz musiał przywyknąć; ale z drugiej - tej gorszej - strony dlatego, że to również oznaczało obnażenie jego słabości. Nie znosił tego, że Alvaro musi na to patrzeć, że musi mu w tym pomagać, że on nie może tego ogarnąć sam, bo nie jest w stanie wbić głupiej igły w swoją żyłę. Znosił to jednak jakoś, starając się nie myśleć o tym, jak paskudnie się z tym czuje - tym bardziej, że takie sceny miały miejsce dwa razy dziennie. Posłusznie podał rękę partnerowi, opierając czoło o jego ramię i czekając na koniec tych tortur, a gdy ten wreszcie nadszedł, Santiago objął przyjaciela za szyję i wtulił się w niego.
- Żyję - odpowiedział na jego pytanie. Wsunął palce w jego włosy i przez jakiś czas masował skórę jego głowy, tym samym uspokajając samego siebie - potrzebował chwili przytulenia do niego, ochłonięcia w jego ramionach, odpoczynku i jednocześnie regeneracji. Wciąż siedziała mu w głowie kłótnia z Salazarem, to, co brat mu powiedział; mimo, że od tamtego momentu minął już jakiś czas i Santiago nie był już na niego zły; ale był rozżalony i wciąż obawiał się o swoją dalszą relację z bratem. Poza tym był już zmęczony po prostu fizycznie, choć sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać; a już z całą pewnością nie chciał dawać o tym znać Martinezom.
- Zaraz do nich wrócimy, daj mi chwilę - poprosił - I... dziękuję za pomoc.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 8:52 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Palermo uśmiechnął się pod nosem, rozczulony tym widokiem wtulającego się w niego Santiago i przytulił go do siebie czule, obejmując go - jedną ręką w pasie, drugą na wysokości ramion.
Pomyślał teraz o tym, co mówił Salazar przy stole, bo najwyraźniej obaj krążyli jeszcze myślami w podobnych rejonach. Pomyślał o tym, że kiedyś Tiago nie przyznałby się przed nikim do jakiejkolwiek słabości (jasne, teraz też sprawiało mu to problem, ale jednak to robił), nie prosiłby nikogo o pomoc (w ogóle to słowo nie przeszłoby mu przez gardło, a przy Alvaro mu przechodziło i faktycznie prosił go, by ten mu pomógł, gdy sam nie mógł czegoś zrobić, jak choćby w przypadku tych zastrzyków) i nie wtulałby się w nikogo z taką ufnością, z jaką wtulał się w niego. Być może przytulał się tak do swoich żon, ale jakoś Palermo nie sądził, żeby tak faktycznie było - przy nich starał się być silnym, męskim i niezwyciężonym; to on dbał o żony, on był głową rodziny i inne tego typu kwestie.
- Nie masz za co dziękować - przytulił policzek do jego głowy, jeśli Kocur wciąż opierał ją o jego ramię i pogładził go czule po dole pleców. - Nie robię niczego, czego ty nie zrobiłbyś dla mnie. - pocałował go delikatnie w skroń. - I jasne, zostańmy tutaj ile potrzebujesz. - również wsunął palce w jego włosy, masując delikatnie skórę jego głowy. Przez chwilę siedział tak w ciszy, tuląc go do siebie, po czym wyszeptał mu cicho do ucha. - Chcę, żebyś wiedział, że nie uważam, że Salazar miał rację: nie uważam, że źle mnie traktujesz i że ustawiasz mnie tak, żeby ci pasowało, że moje zdanie się dla ciebie nie liczy. Widzę coś wręcz przeciwnego: otwierasz się dla mnie i starasz się zmienić te rzeczy, które jesteś w stanie zmienić, a które wiesz, że sprawiają mi ból albo problem. I... dziękuję ci za to.

Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 9:04 pm
autor: Santiago de la Serna
Przez chwilę teoretycznie nie zareagował na jego słowa, ale wstrzymał na chwilę oddech i znieruchomiał, wczepiając się palcami w jego koszule na karku. Wreszcie jednak odetchnął i pogładził go po plecach.
- Dziękuję, że to mówisz - powiedział cicho - bo naprawdę mocno mnie te jego słowa zabolały. Nie sadziłem, że może o mnie coś takiego myśleć. Wiem, że jestem sukinsynem, ale... mimo wszystko wydawało mi się, że on mnie widzi inaczej. Że mimo całego mojego trudnego charakteru, nie uważa mnie za aż takiego gnoja.
Wyprostował się nagle ze zbolałą miną i przetarł twarz dłońmi, żeby pozbyć się tego ciężaru, który ponownie osiadł na jego barkach i pewnie będzie tam powracał przynajmniej do momentu, aż porozmawia z Salazarem.
- Nieważne - powiedział, przeczesując włosy palcami - Musze sobie z tym jakoś poradzić, ale... nie teraz. Nie będę się przecież użalał i jeśli faktycznie jestem dla niego takim dupkiem, to trudno, jakoś muszę to przeżyć. Ale cieszę się, że ty tak nie uważasz - przyjrzał mu się badawczo, jakby szukał w jego oczach albo w jakimś choćby drobnym ruchu zaprzeczenia jego słowom, jakiegoś znaku, że tak naprawdę Alvaro tez tak myśli, tylko nie chce się do tego przyznać. Nie znalazł jednak nic takiego, więc po chwili uśmiechnął się do niego ciepło i czule, i położył dłoń na jego policzku - Chyba trzeba do nich wracać, prawda? Nie można gości zbyt długo pozostawiać samych, bo gotowi pomyśleć, że nie są u nas mile widziani. Ale, Alvaro... tak, staram się, chcę się dla ciebie zmienić, ale nie dam rady za każdym razem okazywać swoich emocji i uczuć; nie chcę tego robić zawsze i wszędzie. Chcę się to nauczyć robić dla ciebie i przed tobą, ale nie przed innymi. Dobrze?

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 9:26 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Nie, oczywiście, że nie znalazł nic takiego - jedyne co mógł znaleźć w jego oczach to oddanie i uwielbienie, które było tam niemal od zawsze oraz czystą i również niezmienną od lat miłość. Nie było więc ani w jego oczach, ani w mimice, ani w czymkolwiek żadnego śladu fałszu, bo najzwyczajniej w świecie mówił to całkowicie szczerze, prosto z serca.
- Nie jesteś aż takim sukinsynem - mruknął w odpowiedzi, ale z uśmiechem i błyskiem w oczach, co ewidentnie świadczyło o tym, że teraz trochę sobie żartuje; podobnie, jak żartował Santiago, posyłając mu oburzone spojrzenia na fotelu. W rzeczywistości nie uważał go za sukinsyna, jedynie co, to zdawał sobie sprawę z tego, że czasem (no dobrze, często - zwłaszcza przy innych, niekoniecznie przy nim i przy rodzinie, ale zwykle po prostu w pracy, gdy zarządzał ekipą) bywał dupkiem i nie raz i nie dwa ludzie mieli ochotę zdzielić go za coś w pysk. Być może jego postrzeganie Santiago wynikało z miłości, którą go darzył, ale nie sądził, że to była jedyna przyczyna. De la Serna po prostu dobrze go traktował, nawet jeśli w tym czasie cały świat traktował tak, jakby miał mu służyć.
Przytulił policzek do jego dłoni i przymknął lekko oczy, uśmiechnięty. Spoważniał nieco, gdy usłyszał ostatnie słowa, ale właściwie w pełni je rozumiał, więc jedynie pokiwał głową i otworzył oczy, poprawiając mu kołnierzyk czarnej koszuli pod szyją.
- Dobrze. Zgoda. - oparł na chwilę czoło o czoło mężczyzny. - Y me disculpo de nuevo.
Podniósł się wreszcie z łóżka, bo Tiago miał rację i faktycznie trzeba było wracać do gości. I do syna, którego z gośćmi zostawili. Wyciągnął go niego rękę z uśmiechem i wciąż tą samą bezbrzeżną miłością w spojrzeniu.

Santiago de la Serna Sergio Martinez Salazar Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 25, 2026 9:38 pm
autor: Santiago de la Serna
Uśmiechnął się do niego blado i pocałował go w czoło w podziękowaniu za jego słowa.
- Nie przepraszaj - wyszeptał, przyłożywszy czoło do jego czoła i pogładziwszy go po policzku. Kiedy zaś Salvatierra wstał, Santiago chwycił jego dłoń i jeszcze kilka sekund zbierał się w sobie, zanim w końcu wstał - znowu chwiejnie - i wtulił się w niego mocno, zanim w końcu ruszył razem z nim do salonu, wspierając się na jego ramieniu. Dzięki pomocy Alvaro usadowił się z powrotem w fotelu i powiódł wzrokiem po pozostałych w salonie chłopakach, uśmiechając się do nich.
- Czy pan domu dobrze się wami zajął pod naszą nieobecność? - zapytał, sięgając po kieliszek. Teraz drżenie jego dłoni robiło się coraz bardziej widoczne, ale Santiago udawał, że nic się nie dzieje i miał nadzieję, że Martinezowie nie zwrócą na to uwagi.
Mały Tiago zamachał rączkami na widok tatusiów, powracających z niesamowicie długiej - jak dla niego - nieobecności i uśmiechnął się szeroko do Alvaro, porzucając bransoletkę Sergio i zrzucając ją na podłogę. Kiedy zauważył stratę, jęknął żałośnie i błyskawicznym ruchem schylił się, żeby ją podnieść, co niechybnie skończyłoby się upadkiem na głowę z wysokości kanapy, gdyby równie błyskawicznie Sergio go nie przytrzymał i sam mu nie podał swojej biżuterii.
- Macie ochotę jeszcze coś zjeść? - zapytał Santiago, zerkając w stronę stołu - Indyka jeszcze starczy nam na najbliższy miesiąc, więc jedzcie, czym chata bogata. Jak to mawiają różne babcie świata: bo się zmarnuje i po co ja tyle się nagotowałam?
Parsknął śmiechem, ale propozycja dokładki była szczera, zwłaszcza, że żaden z nich nie zjadł chyba zbyt dużo w tamtych nerwach.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez