Rozdział III. Too late, still you.
: pt sie 28, 2026 6:07 pm
trigger warning
przekleństwa, erotykaBo przecież rzeczywiście, kiedy trzymał go w szpitalu w ramionach, kiedy głaskał czarne, gęste włosy Esme i patrzył w jej zmęczone oczy, to wtedy jeszcze... ich kochał.
Ją, do szaleństwa, pierdolonej obsesji, która kazała mu ją porwać z Meksyku, i to dzieciątko, które powstało z ich połączenia. Tego pięknookiego, delikatnego anioła i prawdziwego diabła. Madox. Oczy miał po matce, ale usposobienie po ojcu.
Tak jak Amra miała po nim.
Charakterek, który mu dzisiaj pokazała, ten upór i to, że buzia jej się nie zamykała.
A dzisiaj ta Noriegi… nie umiał znaleźć słów, żeby opisać to wszystko co w nim siedziało. Tą złość na ojca, wściekłość, chęć zemsty, która unosiła mu klatkę piersiową w szybkim, niespokojnym oddechu. Tą tęsknotę, za tym co stracił bezpowrotnie... Tą miłość, która rozpierdalała go od środka gdy patrzył na nią.
Bo jak miał ją nienawidzić?
On w więzieniu miał trudno, kurewsko. Ale ona tu może jeszcze gorzej. Sama z dzieckiem, bez przerwy walcząca o to, żeby go wyciągnąć z pudła. Kurwa. Ile ona dla niego zrobiła...
A teraz go oszukiwała, i przecież widział w jej oczach to, że kłamała. A nawet kurwa nie umiał mieć jej tego za złe.
Przez chwilę nawet. Ja pierdole. Pomyślał sobie, że ona naprawdę nie chciała, żeby to on był ojcem Amry. Bo Madox... Kurwa. No jakim on mógłby być ojcem? On nawet nie lubił dzieci. Nie miał do nich cierpliwości, jakim mógł być wzorem do naśladowania, jak sam takiego nigdy nie miał. Ojciec go nienawidził. A matka nie potrafiła obronić.
I on też na pewno nie umiałby się z nią obchodzić. Z małą Amrą. Zawiódłby ją, tak jak zawodził Pilar.
Nie chciał, ale za każdym jebanym razem, kiedy on stawał na jej drodze, to wszystko wypierdalało się do góry nogami. Ich wspólna droga nigdy nie była usłana różami, same kurwa ciernie. Ból. Rozpacz. Tęsknota...
I tylko ta miłość.
Tylko czy ona była jeszcze coś warta?
Kiedy kazała mu spierdalać, a on wyciągnął list, na którym rzekomo sam od niej tego wymagał. Nigdy by jej tego nie powiedział, nigdy nie pozwolił. Nawet jeśli brzmiało to kurewsko źle. To nie pozwoliłby jej odejść.
- Z albumu, Amra mi go pokazała, ale to nie są moje słowa - pokręcił głową i kiedy ona na niego krzyczała, to on znowu odezwał się do niej spokojniej, z wyrzutem - jak mogłaś w to uwierzyć? Jakbyś mnie kurwa nie znała - a znała go. Czasami lepiej niż on sam. Bo on przecież wiecznie zarzekał się, że jest p a s k u d n y. Zły. Że nie ma dobrego serca, i tylko ona wiedziała, że to jest nieprawda. Tylko ona widziała w nim to dobre serce.
Bo przecież on zazwyczaj był narwany, agresywny, działał pochopnie, pod wpływem impulsu, chwili...
I teraz też te emocje z niego wychodziły w tym, jak zaciskał palce na jej nadgarstku, mocno, do bólu.
Myślisz, że ja nie kochałam?!
Tak myślał, cały kurwa czas, kiedy siedział w więzieniu, a ona go nie odwiedzała, a ona nie napisała do niego już nigdy więcej, tak właśnie myślał, że ta jej miłość w pewnym momencie się wypaliła, zniknęła. Myślał, że nie chciała go znać. Wyszła za mąż i była szczęśliwa. Z kimś innym. Była tamtego.
Zacisnął palce mocniej na jej ręce, kiedy się szarpnęła, a czarne oczy wbił w te jej, ogniste, czekoladowe, najpiękniejsze na świecie.
- A ja kurwa nie wiedziałem! - warknął na nią, bo oboje zostali oszukani. Kurewsko wykiwani przez starego Noriegę. I może gdyby oni nie wpadli na siebie znowu... Gdyby ta niewidzialna siła, jakieś pierdolone połączenie dusz nie przyciągało ich do siebie, to wcale by się o tym nie dowiedzieli, że to wszystko były kłamstwa. Stek bzdur. Narracja budowana przez jego ojca, żeby ich zranić.
Udało mu się.
Bo oni już nie byli tymi zapatrzonymi w siebie dzieciakami. Już nie byli tymi osiemnastolatkami, którzy łapali każdą chwilę beztroski. Zmienili się. Złamali, w pewnym momencie poddali. Nie wierząc w to uczucie, które kiedyś między nimi paliło się żywym ogniem. W ten pierdolony pożar, który jako małolaty potrafili wywołać jednym zaczepnym uśmiechem i spojrzeniem w oczy.
To już nie istniało.
I Madox czekał aż ona mu to powie. Aż każe mu odejść.
Ale tego nie zrobiła.
Dlatego zaraz odezwał się on, zaraz mówił jej to wszystko co przecież ona też mu powiedziała ostatnio. Co zresztą. Kurwa. Widział to wszystko w jej spojrzeniu, w tym jak spinała się pod jego dotykiem. Jak jej usta drżały, a oczy ciskały w niego gromami. Złość i miłość.
Mieszanka iście wybuchowa.
Którą zaraz przekazywał jej w tym pocałunku. Agresywnym, dzikim, mieszającym w głowach. Tworzących w nich istny chaos. Bo w tym momencie pożądanie mieszało się z tęsknotą. Czułość z agresją. I ta miłość... ze złością. Na siebie nawzajem, ale najbardziej na tą pierdoloną niesprawiedliwość, która ich spotkała.
A kiedy Pilar go od siebie odepchnęła, to od razu szarpnął się do niej.
- A czyja? - wypalił. Czarne spojrzenie zawiesił na jej ustach, na pełnych, gorących wargach zaczerwienionych od tego dzikiego pocałunku - czyja kurwa jesteś Pilar? - warknął na nią i gotowy był może do niej znowu doskoczyć, ale... - Galena Wyatta? - wycedził przez zęby - czy... - nie dokończył, bo zacisnęła palce na jego koszulce, bo szarpnęła za nią, tak, że na nią wpadł. Mocno, aż musiał się zaprzeć ręką o biurko - moja. I to moje imię będziesz dzisiaj krzyczeć - powiedział pewny swego, a potem sam się do niej wyrwał. I ich usta znowu spotkały się w pocałunku. Słodko-gorzkim. Obłędnym. Takim, który palił pod skórą, sprawiał, że ta drżała. A jego płuca opuszczały niekontrolowane, dzikie pomruki. Spijali je ze swoich ust, te jej jęki, jego mruczenie i oddechy, które urywały się w piersiach. Języki odnalazły się w zmysłowym, ognistym tańcu, a wytatuowane palce sięgnęły do niej już bez żadnych hamulców, bez żadnego skrępowania, jakby rzeczywiście była jego, podążając znajomymi ścieżkami. Po jej biodrach, na uda na których je zacisnął sadzając ją na biurku. Mruknął w jej pełne wargi, kiedy oplotła go długimi nogami. Nawet nie zwrócił uwagi na te rzeczy, które posypały się po podłodze, bo czarne spojrzenie wisiało na jej oczach. Wsunął czubki palców pod jej koszulkę, podwijając ją do góry, a zaraz ściągał ją z niej przez głowę.
- Ja pierdole - wyrwało mu się, kiedy przerzucał materiał przez jej głowę. Był na nią tak nakręcony, jak nigdy. Przesunął spojrzeniem po jej koronkowym staniku, który zaraz... szarpnął, a delikatny materiał rozszedł się w jego rękach. Madox aż wypuścił ciężko powietrzę z płuc, prosto w jej dekolt, kiedy odsłonił jej piersi, które falowały w szybkim, płytkim oddechu, między którymi spływał złoty łańcuszek z serduszkiem i puszczał mu migotliwe oczko. Zawiesił na moment na nim wzrok, a zaraz on też ściągał z siebie koszulkę. Miał na sobie dużo więcej tatuaży niż te sześć lat temu. Dużo więcej blizn, które odznaczały się na smagłej skórze. Widać też było, że przypakował, bo kiedy się do niej wyrwał, bliżej. Kiedy ich złote łańcuszki zmieszały się w jedno, a serca waliły w piersi obijając się o siebie, to mięśnie mu się spięły, zarysowały pod skórą. Spierzchnięte wargi podążyły na wędrówkę po jej żuchwie, gdzie skórę szczypnął zębami, po brodzie, na długą szyję, na której składał mokre pocałunki, kontrastując je ugryzieniami. I już wcale nie przejmował się tym, że zostawi jej po sobie ślady. Niczym się kurwa nie przejmował. Bo liczyła się tylko ona. Bijące od niej ciepło, jej gorące ciało, które badał palcami ze śmiałością. Jej obłędny zapach, który wdzierał się do mózgu, kiedy wtulał szorstki policzek w jej szyję.
Liczyły się tylko jaj palce, które z wprawą i bez zawahania odbezpieczyły jego pasek. Ciężka klamra wysunęła się ze szlufek waląc z hukiem w podłogę. A Madox zaczepił paznokciem o suwak jej spodni, przesunął po nim palcem, między jej uda. I nawet przez spodnie czuł jak bardzo go chciała, jak wyrwała się do niego. Ocierała o niego, w tym jebanym niedoczekaniu.
Ale dzisiaj nie zamierzał kazać jej czekać, przeciągać tego. Bo zaraz ściągał z niej spodnie równo z nią. Nie były im kurwa potrzebne. Wylądowały na podłodze, gdzieś w tym całym chaosie i rozpierdolu, który już tutaj stworzyli.
W pięknym, poukładanym gabinecie Galena Wyatta.
Y es mi nombre el que gritarás hoy.