Strona 9 z 10

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: śr lip 01, 2026 9:30 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox też się uśmiechnął na ten smród po gaciach, a zaraz strzelał oczami, kiedy Theresa też parsknęła. Dobrze, że im nigdy nie przeszkadzało to, że okazywali sobie uczucia publicznie, mówili te piękne wyznania, jakby nic innego i nikt się nie liczył, jakby byli sami.
Ale nie byli i zaraz się o tym przekonali, kiedy ledwo wysiedli z samochodu, a już musieli się znowu rozdzielić. I niby Noriega wiedział, że tak trzeba, niby przecież znał te tradycje, zdawał sobie sprawę ile czasu czasem kobiety potrzebowały, żeby zrobić się na bóstwo. Charity Marshall cztery godziny na przykład.
To i tak już za nią tęsknił. Zwłaszcza kiedy zakładał na nadgarstek zegarek, który od niej dostał, albo układał włosy, które by mu pewnie i tak zmierzwiła. A potem jeszcze ubierał koszulę, nie wiedział czy będzie pasowała do jej sukienki, bo nie wiedział co dla niego przygotowała.
Na pewno będzie, bo oni stawiali na czerwień, ich kolor już od samego Medellin, kolor miłości, która przecież tam właśnie wykiełkowała, a teraz w tym momencie kwitła już w najpiękniejszy możliwy sposób, na jebanych zgliszczach, na przekór wielu trudnościom. Kolor krwi, która towarzyszyła im tak często, bo przecież oni wiele jej przelali w imię tego uczucia. Własnej. I cudzej.
I teraz ta krew też krążyła już w żyłach szybko, kiedy... szykował się na ich ślub. Dziwne to było, bo pół roku temu, nie, kilka miesięcy wstecz, kiedy już przecież kręcili z Pilar, jak lecieli do Meksyku, to Madox jej powiedział, że on się już nie ożeni. Nie chciał po tym, co go spotkało z Rosą. Bo po co były im jakieś deklaracje?
A teraz co robił?
Najpierw w tym właśnie Meksyku się jej oświadczył, a teraz w Rio zamierzał wziąć ją za żonę. Wbrew wszystkiemu. Nie zważając na to, że ta decyzja może zaważyć na ich życiach. Stanąć krwistym znakiem zapytania nad tym co ich czeka w Toronto.
I tak już sobie grabili, zbierali, a teraz. Ślub.
Ale kurwa, przecież oboje tego chcieli, kochali się nad życie, co nie raz już sobie pokazali. I dzisiaj zamierzali to przypieczętować obrączkami, które wybrała dla nich Pilar.
Pilar o której Madox cały czas myślał, nawet kiedy siedział na dole z Ravim i oglądali mecz, kibicowali żywo Brazylijczykom, razem z całym Rio de Janeiro.
Kiedy padł gol, to cała willa wybrzmiała ich krzykiem, popiół z cygar posypał się po nagich torsach, a ciężkie szklanki z rumem odbiły od siebie, gdy się stuknęli i wychylili je za jednym zamachem. Mecz był w porządku, Madox lubił piłkę nożną, a jednak kiedy na dole pojawiła się Theresa, to zaraz wbijał w nią ciemne spojrzenie.
- Już? - pokręciła tylko głową, a zaraz goniła Raviego po drinki dla nich. Madox odchylił głowę do tyłu opierając się na oparciu kanapy, znowu spojrzał na zegarek.
Jeszcze chwila. Jeszcze trochę.
Tylko Theresa zaraz zagadała go wesoło, że ma coś dla niego.
- Dla mnie? - Noriega spuścił na nią spojrzenie - od Pilar? - zdziwił się, a kiedy oparła mu na brzuchu jakieś zdjęcie, to zaraz je odwracał. Oczy w momencie mu pociemniały, gdy z fotografii uśmiechała się do niego naga i mokra Stewart (zaraz Pani Noriega), z tymi czarnymi kudłami poklejonymi do piersi. Madox złapał więcej powietrza w płuca. A kiedy Theresa poleciała na górę, to odprowadził ją spojrzeniem pod same drzwi, czyli już nawet wiedział, gdzie się ukrywały. Może i na Raviego działało to odpowiednio. Nakręcało go. Ale to był Madox.
On odkrył kolejną fotografię, gdzie Pilar odchylała się dla niego do tyłu, i następną... A potem jeszcze jedną, tą tyłem. I kiedy trzymał już te wszystkie zdjęcia w ręce, to zaraz się wyrwał, zerwał z kanapy. Schody, a potem prosto do tych drzwi, wiedział już do których...
Tylko Ravi go złapał za ramię.
- Gdzie? - rzucił zaciskając palce mocniej na ramieniu Madoxa.
- No kurwa... Widziałeś te zdjęcia? - oczywiście, że nie widział, bo mu ich nie pokazał, bo zaraz wkładał je sobie do tylnej kieszeni spodni. Ale chyba Ravi umiał sobie je wyobrazić, skoro podobne dostał przed ślubem od swojej żony, bo zaraz wyszczerzył się i pokiwał głową.
- Ale to właśnie o to chodzi, żebyś się na nią nakręcił... - wyjaśnił Ravi, a Madox przewrócił oczami.
- Ale ja jestem cały czas na nią nakręcony, wystarczy jedno jej spojrzenie - kiedy jej czarne oczy wpatrywały się w niego pełne dwuznaczności. To mu wystarczało. Jeszcze raz sięgnął do tych fotek i jeszcze raz przełożył je w palcach, aż go skręcało, żeby do niej iść. Pierdolić to wszystko, tradycje, zasady, i ich widzimisię, a potem... pierdolić się z nią, ale Ravi przytrzymał go na kanapie.
- Nie pożałujecie, Theresa wie co robi, zaufajcie jej - zapewnił go Ravi. Ale Madox to już siedział obrażony krzyżując ręce na piersi. Już mu się mecz przestał podobać, a popiół z papierosa spadł mu na buta, wyczyścił go i pyknął kilka kółek z dymu. Ravi zaraz jednak zagadywał go o słowa przysięgi.
- Powiem... coś, prosto z serca? Nie wiem, ale coś wymyślę... - zaczął Madox, a Ravi… w pierwszej chwili to się zerwał krzycząc, że sędzia cwel i był spalony, ale zaraz popatrzyła na Madoxa z boku, jak na debila.
- Lepiej coś sobie przygotuj, bo może ci języka w gębie zabraknąć chłopie - dał mu dobrą radę, ale przecież Madoxowi nigdy go nie brakowało.
Nie, raz mu brakło, kiedy Pilar mu powiedziała, że chce z nim już wziąć ślub. Wyciągnął się na kanapie.
- Ja pierdole... No to nie wiem zacznę od tego, że... - i rzeczywiście brakło mu tego języka, bo tyle chciałby jej powiedzieć, jak kurwa zmieniła całe jego życie, wypierdoliła je do góry nogami, ale nie żałował tego nawet przez chwilę. Jak przewartościował dla niej swoje priorytety, i jak kiedyś w Medellin jeszcze, Emptiness było dla niego najważniejsze, to teraz była ona. Chciał jej powiedzieć, że nie wyobraża sobie życia bez niej, że wolałby już chyba umrzeć niż być sam. Że kochał jej piękne, duże oczy, zadziorne uśmiechy, czarne kudły, każdy pieprzyk na jej skórze i wszystkie tatuaże. Blizny, które nosiła i te, które zebrała już będąc z nim. Że chciałby ją bronić przed całym światem, bo najważniejsze dla niego było jej bezpieczeństwo, ale jednocześnie, nie umiał jej nie narażać. Bo oni uwielbiali adrenalinę, ale jeszcze bardziej on uwielbiał ją.
Tyle rzeczy chciał jej powiedzieć, że teraz w głowie miał jeden pierdolony chaos.
- A ty co powiedziałeś Theresie? - zapytał w końcu, a Ravi się zaśmiał.
- Że chcę z nią spędzić resztę życia, bo sprawia, że moje serce bije szybciej, że moje oczy się śmieją, a myśli wracają do niej z każdej nawet najbardziej odległej podróży. Jest moją bezpieczną przystanią i jedyną miłością - wyrecytował, a Madox się uśmiechnął, bo przecież on to już słyszał, on był bezpieczną przystanią Pilar. A ona...
Ona była kurwa jego portem, gdzie zawsze wracał po kurewsko ciężkim dniu, wszystkimi myślami, całym sercem. Za każdym razem.
- Ładnie - stwierdził, a Ravi znowu się uśmiechnął, ale...
Zaraz zerwali się z kanapy znowu krzycząc.
GOOOOOL!

¿Cuánto tiempo más? 𐙚⋆°🦢。⋆♡

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: czw lip 02, 2026 3:17 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Działo się.
To się kurwa naprawdę działo.
A Pilar tylko czekała, aż coś się… wypierdoli. Przecież zawsze tak było — za każdym razem, jak tylko potrzebowali złapać chwilę dal siebie, jak mieli w sercach natłok uczuć, chcieli coś zrobić, wszechświat zrzucał na ich barki kolejne problemy wraz z kłodami pod nogi. Nigdy nie mieli łatwo, wiecznie kurwa pod górkę. Przyzwyczaiła się do tego tak bardzo, że kiedy wyszła w końcu spod prysznica i usłyszała huk, to już czuła w kościach, że pewnie cała hacjenda się fajczy i trzeba będzie się ewakułować, albo to było trzęsienie ziemi albo kurwa alieni zlecieli z nieba. Cokolwiek. Jednak kiedy tylko wyszła do pokoju okazało się, że to tylko koleżanki Theresy zawitały na salony. Jedna z nich rozwaliła całą wielką walizkę z jakimiś suszarkami, lokówkami i dwudziestoma szczotkami, podczas gdy druga miała ogromna kosmetyczkę z taką ilością pudrów i cieni, jakich Pilar w życiu nie widziała na oczy.
Pojebało cię — powtórzyła do Theresy, gdy ta znalazła się w pokoju.
A przestań, Pilar! To jest normalne — wyjaśniła, machając na nią ręką. Sama rozłożyła się wygodnie na łóżku i westchnęła. — Żałuj, że nie widziałaś jego miny, jak dałam mu zdjęcia!!! — psiknęła zadowolona, podnosząc spojrzenie na Stewart. — Oczy to normalnie całe czarne mu się zrobiły — akurat w to wcale nie było jej trudno uwierzyć. Znała go aż za dobrze. Zarówno jego jak i spojrzenie, o którym mówiła Theresa. Aż momentalnie zrobiło jej się ciepło na samą myśl.
Aż tak? — wyprostowała się, zakładając na siebie bieliznę. — A wiesz, że to mógł być jakiś stan przedzawałowy? To może ja pójdę sprawdzić czy wszystko z nim oke… — już wyszyła do drzwi, już była gotowa zbiec tam z mokrymi włosami i w samej bieliźnie, ale wtedy Trixie i Pixie bezczelnie przytrzymały ją za ramiona i posadziły na fotelu.
Nic nie będziesz sprawdzać. Z nami zostajesz — Theresa przez moment zabrzmiała jak szefowa mafii, której każdy się słuchał, a Pilar aż przewróciła oczami. Z jednej strony była im w chuj wdzięczna, że tak o nich zadbali, a z drugiej w tym samym czasie ich nienawidziła, że byli na tyle bezczelni, żeby ich odseparować. Rzuciła spojrzenie na zegar, który ślamazarnie przesuwał się do przodu. Za wolno. Za, kurwa, wolno. — Dobra, dziewczyny, działamy! — zerwała się z łóżka, a potem juz każda z nich szarpała ją na lewo i prawo. Nawet dostała szczotką w oko, a potem jeszcze odezwała się akurat jak Pixie robiła jej kontur na ustach i zamiast wargi, pomalowała jej całego zęba na czerwono. Można spokojnie powiedzieć, że Pilar z pewnością była jedną z trudniejszych klientek, z jakimi miały okazje pracować — wiecznie się wierciła, kręciła i wcale nie trzymała głowy prosto, jak jej kazały. No cóż, trudno! Sama się o to nie prosiła.
Chociaż kiedy skończyły, a Stewart spojrzała w lustro… no musiała przyznać, ,że wykonały kawał dobrej roboty. Wyglądała ślicznie. Włosy miała zafalowane i gęste, chociaż wcale nie sterczały na wszystkie strony, jak to zazwyczaj miały w zwyczaju. Do tego twarz zdobił delikatny ale zadziorny makijaż. Ładny.
Problemem jednak okazała się sukienka.
Bo kiedy tylko Theresa zobaczyła, że Pilar założyła czerwoną zamiast białej, to zaraz złapała się za głowę i zaczęła się wydzierać, że przecież tak nie może być. Pixie i Trixie to w ogóle aż rzeczy zaczęły pakować, że niby coś przeklęte. Pojebani ci ludzie z Rio de Janeiro. Jednego Jezusa mieli klifie i już panikowali na widok koloru czerwonego. Theresa nawijała, że biały to symbol czystości, a Pilar próbowała jej wytłumaczyć, że z czystością to ona kurwa serio nic nie miała wspólnego, pod każdym możliwym względem. Finalnie skończyło się na tym, że Stewart i tak pójdzie w czym chce i chuj wszystkim w dupę. Proste? Proste!
W tym czasie na dole, Ravi już siedział na telefonie ze swoim ziomkiem od ślubów. Chodził tu z powrotem, jeszcze kątem okaz próbując oglądać końcówkę meczu, chociaż wynik był tak bardzo na korzyć Brazylii, że nie było co się martwić przegraną. Odstawił cygaro do popielniczki i spojrzał na Madoxa.
Dobra, bierz koszule i zbieraj się — rzucił stanowczo, sam schylając się po swoją. Zarzucił ją na ramiona, jednak nie zapiał jeszcze guzików. I dobrze, bo kiedy zerował szklankę z rumem, kilka kropel spłynęło po jego nagiej, owłosionej klacie. — No co się tak patrzysz? Chyba nie myślałeś, że będą jechać z nami? — no tak, bo skoro tyle ich już trzymali z dala od siebie, to trzeba im było jeszcze bardziej dopierdolić, poprzeciągać wszystko. Złapał kluczyki przy komodzie. — Nie bój się, nie ja będę prowadził. Nasz ogrodnik nas zawiezie, RALPH!!!! — krzyknął gdzieś w korytarz, a zaraz zza winkla pojawił się młody chłopaczek, może miał z dwadzieścia lat. Ukłonił się grzecznie i odebrał kluczyki.
Załadowali się do audii, a Ravi oznajmił, że jeszcze muszą podjechać pod tego jego ziomka od ślubów. Facet nie miał nawet prawka i wszędzie poruszał się komunikacją miejską albo z buta, żeby być bliżej z naturą. Trochę był z niego hippis. Mieszkał też w dość dziwnej dzielnicy, bo kiedy zaparkowali, Madox mógł zobaczyć, jak facet schodzi z… domku na drzewie w ogrodzie. Gdy siedział już z nimi w środku okazało się, że to działka jego rodziców, a on się od nich wyprowadził, żeby być niezależnym. Szkoda tylko, że kurwa na ogród do domku na drzewie.
A macie może jakąś miętówkę? — spytał nagle, grzebiąc sobie po kieszeniach. — Matka dzisiaj nie podpięła węża ogrodowego, więc nie miałem jak umyć zębów — świetne wytłumaczenie. Ravi oczywiście się zaśmiał i może nawet znalazł jakąś gumę do żucia, którą mu podał. — A tak w ogóle to gdzie w końcu jedziemy?
Tijuca Forest moi mili! — oznajmił Ravi, chyba pierwszy raz dzieląc się przy Madoxie drobnym procentem tego, co tam zaplanowali dla nich razem z Theresą.

muy pronto ༄˖°.🍃.ೃ࿔*:・

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: czw lip 02, 2026 4:41 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Czas leciał, minuta za minutą, a Brazylia nawet dawała radę w tym meczu, chociaż Madox wcale nie potrafił się skupić, jego ciemne spojrzenie co rusz uciekało na drzwi na piętrze.
- Może sprawdzę, czy nie potrzebują jeszcze drinków, czy coś, tylko zajrzę... - podnosił się już z kanapy, ale Ravi znowu go przytrzymał.
Był kurwa czujny. Nawet jak gadał przez telefon chodząc w kółko po salonie, a Madox się podniósł, to już zastawiał mu drogę na górę. I chociaż Noriega próbował kilka razy, to nie miał szans. Nawet jeszcze sobie obejrzał te zdjęcia, które dostał od Theresy pochylając się do przodu na kanapie, cygaro znowu skiepiło mu się koło buta, ale popiół wsunął stopą pod kanapę. Chyba przez te zdjęcia było jeszcze gorzej, a kiedy Ravi kazał się zbierać, to Madox tak szybko zerwał się z kanapy, że prawie się wypierdolił o stolik kawowy, ale utrzymał równowagę.
- No a... - zaczął i chciał pytać o dziewczyny wbijając spojrzenie w Raviego. Tylko ten zaraz mu wyjaśnił, że nie będą jechać razem - ja pierdole, a jak po drodze się coś stanie? Chyba lepiej jechać razem? - oczywiście, że jeszcze spróbował, ale Ravi kręcił głową, że nie ma takiej opcji.
Madox zarzucił na siebie koszulę i jeszcze stanął pod tymi kręconymi schodami, żeby zadrzeć głowę do góry. Nawet miał napisać Pilar smsa, ale telefon zostawił chyba w pokoju, a zresztą zaraz Ravi wołał go do siebie i razem z Ralphem wyszli przed dom.
Było parno, gorące słońce wciąż jeszcze wisiało wysoko na horyzoncie, a kiedy wsiedli do audii i Ralph wyjechał z podjazdu okazało się... że klima nawaliła. Niby to nie był wielki problem, pootwierali okna, chłodzili się porozpinanymi koszulami, ale i tak po chwili lepiły im się do ciała. A jak jeszcze dosiadł się hipis, który dzisiaj chyba nie tylko zębów nie umył pod ogrodowym wężem, to zrobiło się wesoło.
Madox siedział z tyłu z kolesiem od ślubów, który zaraz przedstawił mu się jako Johnny. Ravi wyciągnął ze schowka paczkę jakiś miętowych cuksów i rzucił im je do tyłu. Zaraz się poczęstowali, były dość orzeźwiające, ale trochę jebały zielskiem...
- O kurwa... Dałem wam te z ziołem - Ravi dopiero przyjrzał się opakowaniu. Ale Johnny się zaśmiał, że to nawet dobrze, na wyluzowanie. W sumie Noriedze też nie przeszkadzało, nawet wpakował sobie kilka tych cuksów do kieszeni.
- A co jest w Tijuca Forest? - Madox wychylił się do przodu zerkając na Raviego, nie zapiął dzisiaj pasa, ale jego nowy kumpel hipis też tego nie zrobił, Ravi też nie. Tylko Ralph, który... prowadził tak średnio pewnie.
- A czego tam nie ma stary? Ale zobaczysz na miejscu, myślę, że wam się spodoba - rzucił tajemniczo Ravi. A Johnny pokiwał głową.
- No na pewno, tylko trzeba uważać na węże - powiedział jakby nigdy nic, a Madox opadł plecami na siedzenie.
- Na węże? - zaraz pytał, ale w zasadzie w Kolumbii też trzeba było na nie uważać. To Toronto przyzwyczaiło go do tego, że jednak wąż był pewnie ostatnią rzeczą, na którą tam trzeba było uważać.
- Najgorsze są żararki, w Tijuca jest ich od chuja - wyjaśnił - agresywne i jadowite skurwysyny - dodał.
- A jak wyglądają? - zapytał Noriega, a Johnny poszukał mu na telefonie jak i zaraz tłumaczył, że najczęściej u nich pojawiają się te żółte i rzucają się w oczy.
Kilkanaście minut później wjechali już na Terytorium Tijuca Forest, przywitał ich duży znak a później...
Wszystko potoczyło się szybko, bo najpierw na drogę wyskoczyła jakaś małpa, Ralph odbił samochodem. A chłopaki połapali się za co mogli, za drzwi i fotele. Samochód i tak zjechał z drogi, ale tak fartownie, że zatrzymał się na poboczu tuż przed wielkim drzewem, nawet poduszki powietrzne nie wystrzeliły. Ś w i e t n i e.
Tylko zaraz się okazało, że dla kogo świetnie, dla tego świetnie, bo z drzewa prosto przez to otwarte na oścież okno... wpadł wąż. Prosto kurwa na Madoxa. Uwaga na węże - pomyślał sobie Noriega.
- Żararka! - krzyknął Johnny wyskakując z auta jak oparzony, a Ravi i Ralph zrobili to samo. Szkoda tylko, że Madox nie mógł bo ten pierdolony wąż przesunął mu się po udzie. Serce podeszło mu do gardła, a kiedy gad przesunął się w kierunku zostawionych przez hipisa, otwartych drzwi, to Madox też wyskoczył.
- Ja pierdole - aż się wzdrygnął. Ale Johnny machał już do nich zza samochodu.
- Ej spoko, to nie żararka, to xenodon, udaje żararkę skubaniec - podszedł do nich z rękami w kieszeniach. Ale Madox i tak się obsrał, w ogóle nie znał się na wężach, a tym bardziej na takich, które udają inne, jadowite i agresywne.
- Ja pierdole... - aż się oparł rękami o kolana łapiąc powietrze w płuca - jeszcze tego brakowało, żeby mnie wąż ugryzł przed ślubem - mruknął. A Johnny poklepał go po plecach.
- No chujowo, bo twoja narzeczona nawet nie mogłaby cię odwiedzić w szpitalu, ale patrzcie tu mam wszystko - teraz im pokazał dopiero jakąś teczkę, którą ze sobą taszczył - podpisujecie, ja to wszystko wysyłam i jesteście legalnie małżeństwem. Robiłem taki kurs... Wiecie jeszcze do wyboru był na ratownika medycznego. Przydałby się przy ugryzieniu węża - oni sobie tutaj gadu gadu, a Ravi w tym czasie podszedł do samochodu, bo jedna strona jakby opadła. No i tak było, bo złapali gumę.
Kurwa.
Czyli jednak coś musiało się spierdolić...
Chyba nie mogli wziąć po prostu tego ślubu bez przygód. Znowu Noriega i Ravi pozdejmowali koszule i zaraz siłowali się z zapasówką. A właściwie to Madox to robił, bo Ravi zwątpił już po chwili, koło się za nic nie chciało odkręcić, ale w końcu jakoś się udało. Każdy z nich próbował, nawet Ralph. Zajęło im to dobre piętnaście minut i kiedy Ravi spojrzał na zegarek, to zaraz ich pospieszał.
- Kurwa mieliśmy, być na miejscu pierwsi... - Ralph trochę bał się usiąść za kółkiem, więc to przedyskutowali. Johnny nie miał prawka, Ravi miał jeszcze pokwasowy zjazd, więc... za kierownicą wylądował Madox, który wcześniej pił, wciągał i jeszcze kilka minut temu zjadł cukierki z weedem. Ale on i tak czuł się z kółkiem pewnie i prowadził lepiej niż Ralph, a zresztą jechali tylko po tym lesie. Potem to już nawet jakąś leśną drogą, dobrze, że Audi miało napęd na cztery. Zaparkowali dopiero przed porośniętą lianami i różnymi dzikimi bluszczami świątynią. Wyglądała jak opuszczona, ale kiedy podeszli bliżej...
To cała była ustrojona w egzotycznych kwiatach, było kolorowo, dziko, pachnąco. Dużo zieleni, a w tle... szum wody? Madox rozejrzał się dookoła znowu wachlując się koszulą. Pasowało to nawet od nich.

muy pronto estaremos juntos ⋆.ೃ࿔🌸*:・

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: czw lip 02, 2026 6:06 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Dobrze jest… — mruknęła po raz s e t n y, kiedy Pixie wraz z Theresą poprawiały jej sukienkę i grzebały w ciemnych włosach. Pilar naprawdę ostatnie na co zwracała uwagę, to to, w którą stronę układały się jej włosy, szczególnie, że zaraz i tak je sobie poprzerzuca, jak to miała w zwyczaju. Słaba była z niej dama. Już sam fakt, że pozwoliła się tak odstrzelić wychodził ponad normę. Pewnie gdyby to od niej zależało, po prostu ubrałaby sukienkę, wysuszyła włosy i tyle. A zamiast tego wyglądała jak księżniczka prosto z piekła rodem w tej czerwonej, koronkowej sukience.
Musisz wyglądać idealnie! — Theresa nie dawała za wygraną. Wczuła się do tego stopnia, że zaczęła jej nawet grzebać w cyckach, żeby poprawić piersi w miseczkach. Pixie za ten czas nałożyła jej róż nawet na obojczyki, żeby je podkreślić, a kiedy Stewart im się wyrwała z głośnym serio kurwa wystarczy, to w końcu odpuściły.
Złapała do ręki telefon, po czym wcisnęła go do torebki razem z obrączkami i nim dziewczyny zdążyły cokolwiek jeszcze powiedzieć, Pilar… im spierdoliła. Pobiegła prosto na dół, po schodach, prawie wywalając się na szpilkach. Tak bardzo nie mogła się go już doczekać. Chciała go zobaczyć. Ale okazało się, że w salonie było pusto.
Gdzie Madox? — spytała zmieszana, gdy dziewczyny do niej dołączyły.
Już pojechał z Ravim na miejsce — Theresa wyciągnęła swój telefon i napisała do kogoś SMSa. — Przecież nie możecie się widzieć przed ceremonią — Stewart aż wywaliła oczami. Bo co to za kolejna durna zasada? Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze się okaże, że nawet podczas składania przysięgi nie będą mogli się zobaczyć. Jebane Love is blind w Rio de Janeiro.
Nie pochwalała tego pomysłu, ale już ich tutaj nie było, więc co innego mogła zrobić? Poszła razem z nimi na zewnątrz, gdzie już czekał samochód z jakimś kolesiem za kółkiem. Pilar znowu uniosła zaskoczone brwi na Therese i zaraz dowiedziała się, że to ich kierowca, który zawiezie je do miejsca docelowego. Pożegnały się z Trixie i Pixie, a potem załadowały do środka.
Stresujesz się? — zagadała kobieta, zapinając pas.
Nie, a powinnam? — Pilar wzruszyła ramionami. Zdawała sobie sprawę, że pewnie większość kobiet w takim momencie odczuwałaby stres czy pewnego rodzaju obawę, ale oni z Madoxem przeszli już tak wiele stresujących sytuacji, że ten ślub… to była kurwa bułka z masłem, sama przyjemność. Mafia celowała im w głowy, chcieli ich zabić, porwać, utopić, a jednak oni z tego wychodzili cało. I może nawet zrobili dookoła tyle dobrego, z tym uratowaniem Therese życia i pomocy Almie w ostatnim czasie, że może nawet los się lekko nad nimi zlitował? Oni mieli zamiar wziąć ślub, a świat jeszcze nie płonął. To musiał być jakiś znak od losu.
Droga — o dziwo — minęła szybko i bez jakichkolwiek komplikacji (dzięki kostki, chociaż kurwa raz). Stewart nie miała pojęcia, gdzie właściwie jadą, ale po drodze zobaczyła wielki napis park narodowy i kilka ciekawostek o lasie deszczowym, do którego właśnie jechali. Kierowca podjechał najbliżej, jak się tylko dało, ale kawałek i tak trzeba było przejść z buta. Chwile porozmawiały o ich życiu w Kanadzie, Pilar mocno pościemniała o tym, co robią w robocie, a już po chwili znalazły się przed piękną świątynią. Wszystkie ściany oraz filary były obrośnięte bluszczem, a środek zamiast przypominać wrak miejsca, które kiedyś tętniło życiem, był przyozdobiony licznymi kwiatami i… czerwonymi różami.
Tak myślałam, że czerwony to wasz kolor — Theresa puściła jej oczko, również rozglądając się po wnętrzu. — Ale Ravi to ogarnął, co? Przepiękne — miała rację. Było przepięknie, niesamowicie wręcz. Oni sami w życiu by sobie czegoś takiego nie sprawili (na pewno nie, jak Madox nie chciał stówki wydać na ślub), a tutaj? Było bajecznie. DZIKO. Kurewsko w ich stylu. Tylko brakowało…
Mieli tu być już dawno temu — Theresa podrapała się po głowie, a Pilar od razu spojrzała na nią podejrzanie.
Jak to kurwa dawno temu? — warknęła.
Spokojnie, na pewno zaraz będą — dla niej spokojnie, ale Stewart już doskonale wiedziała, jakiego czasami miewali pecha. Jej głowa od razu powędrowała wgłąb tych bardziej negatywnych myśli. Złapała za telefon i wykręciła numer Madoxa, ale oczywiście był wyłączony. Kurwa. I już zamiast stać spokojnie, chodziła od lewej do prawej cała zestresowana. Już miała nawet iść osobiście ich szukać, kiedy… — O! Idą!!! — krzyknęła Theresa, wychylając się zza filara, sprawiając, że Pilar momentalnie odetchnęła. — Ravi zapnij tą koszule do chuja! — wydawał się do swojego męża, machając na niego ręką. A Pilar stała. Jak gdyby nigdy nic. Dokładnie pod tymi pięknymi różami, które rozpościerały się aż do sufitu, podczas gdy ciepłe promienie słońca skąpały jej skórę.
I wtedy go zobaczyła.
W końcu.
Wyglądał obłędnie. Niesamowicie. Jak jebany Bóg, który stąpił na tą planetę, albo właśnie diabeł, który pofatygował się z samego dna piekła, żeby się z nią ożenić. I dopiero wtedy to do niej dotarło. Kurwa uderzyło ją to tak mocno, że aż serce przeskoczyło jej w klatce piersiowej i rozpoczęło szaleńczy pęd. I chociaż to ona miała iść do ołtarza, skończyło się na tym, że szedł do niej Madox. A ona czekała na niego w środku, z uśmiechem na ustach tak kurwa szerokim, że aż bała się, że zaraz coś się wypierdoli. Ale nie wypierdoliło. Theresa klasnęła zadowolona w dłonie gdzieś obok, ale Pilar i tak nie ściągała z niego spojrzenia.
Te ves jodidamente sexy wyglądasz kurewsko dobrze, tylko tyle była w stanie z siebie wydusić na start, gdy w końcu do niej podszedł. W pierwszej chwili chciała się do niego wyrwać, rzucić na niego i pocałować, ale wtedy jakiś śmierdzący gościu z walizką przebiegł między nimi i ustawił się za ich ramionami, sprawiając, że musieli się lekko cofnąć. — Dostałeś zdjęcia? — rzuciła praktycznie niemo, ale spokojnie mógł to wyczytać z ruchu jej warg. — Mam jeszcze kilka na potem — uśmiechnęła się bezczelnie.
Ekm!! — ziomek z walizką odchrząknął i zaraz do niej sięgnął, wyciągając jakąś kolorową szarfę z napisem udzielanie ślubów 4 life, którą przerzucił sobie przez ramię. Wyglądał w tym zajebiście durnie, ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie oni, bo oni już patrzyli tylko na siebie. Głęboko w oczy, które u niej jak i u niego były już praktycznie czarne, podczas gdy klatki piersiowe chaotycznie unosiły się w górę i dół. — Zebraliśmy się tutaj, aby…
NIE! — krzyknęła nagle Pilar, otwierając szeroko oczy. Theresa pisnęła i zarzuciła sobie ręce na głowę, a Ravi aż się wyprostował. Wyglądało to trochę tak, jakby Pilar już teraz chciała zrezygnować ze ślubu. — Czekajcie, kurwa — mruknęła i sięgnęła do torebki po… telefon. — Słuchaj… — mówiła i klikała coś na wyświetlaczu, czego Madox nie mógł zobaczyć, raz po raz podnosząc na niego spojrzenie. — Wiem, jak bardzo chciałeś, żeby… — ale nawet nie zdążyła mu wyjaśnić, bo na ekranie już pojawiła się znajoma morda… Williama. — Żeby Will był tutaj z tobą, ale się nie dało, więc zgadaliśmy się i… — podeszła w końcu do swojego przyszłego męża, pokazując mu jego najlepszego kumpla na FaceTimie.

Madox A. Noriega William N. Patel

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: czw lip 02, 2026 6:06 pm
autor: William N. Patel
Czekam na ten telefon od Pilar tak długo, że już zdążyłem wyjebać pół butelki szampana i spalić chyba ze dwa jointy. Co prawda flaszkę miałem otworzyć jak będą sobie mówić tak, ale stała taka zamknięta i za bardzo kusiła. Mi bąbelki szybko uderzają do głowy, więc można powiedzieć, że jestem już w stanie al dente, szczególnie, że odpalam właśnie trzeciego blanta i ledwie zdążę ściągnąć bucha, a tu mnie wzywa dźwięk telefonu. Lecę więc z balkonu na łeb na szyję i odbieram, żeby od razu dmuchnąć w taką trąbkę rozwijaną jak się ma czasem na imprezach - Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia!! - krzyczę, a potem widzą wnętrze mojej dłoni, jak umieszczam telefon w mini statywie na blacie, już po chwili wiszę nad nim opierając łokcie na stole i wbijam spojrzenie w ekran - Pokażcie się - proszę, w międzyczasie ściągając bucha i jak się prezentują pięknie to aż klaszcze w dłonie - Kurwa, zajebiście wyglądacie, klasa w chuj. Co to za miejscówa? Muszę wam coś powiedzieć, na początku myślałem, że to nie może się udać i szczerze miałem nadzieję, że się nie uda, ale teraz jak tak na was patrzę to, Pilar, powiem ci, że nie mogłaś trafić na bardziej popierdolonego gościa, a ty Madox na bardziej popierdoloną laskę. I jest w tym coś magicznego, że jest na tym pojebanym świecie ponad osiem miliardów ludzi i tacy jak wy znajdujecie siebie - znowu łapię bucha - Normalnie jak widzę dwójkę takich szczęśliwych ludzi to jeszcze bardziej wierzę w te wszystkie pokrewieństwa dusz i przeznaczenia, bo inaczej tego nazwać nie można. Niesamowita sprawa, ciężko znaleźć drugiego takiego, który zrozumie cię jak nikt inny, ale jak was widzę razem to kurwa, naprawdę wiem, że to możliwe, jak dwie połówki tego samego... Czegoś - zawieszam się na moment w swoich zjaranych myślach - Jezu, bierzecie już ten ślub bo się zaraz rozkleję - ze wzruszenia, zresztą zawsze płaczę na ślubach, bo wierzę w miłość, szczególnie taką jak ich.

Pilar Stewart Madox A. Noriega

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: czw lip 02, 2026 10:08 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Okazało się, że Ralph, który był... no chujowym kierowcą, zboczył z drogi i w ogóle jechali taką przez dżunglę, a do tego jak Madox siadł za kółkiem to podjechał autem praktycznie pod samą świątynię, co też w ogóle było niezgodne z prawem, ale kto by się tym przejmował? Zwłaszcza teraz, kiedy oni w tych opuszczonych, ale pięknych ruinach mieli brać ślub?
Nikt się nie przejmował.
Bo po chwili ekipa wysiadła z samochodu i we czterech ruszyli w kierunku świątyni. Ravi z przodu wachlując się połami koszuli, za nim Madox, który tą swoją, czerwoną, zapinał po drodze i wkładał w spodnie. Podwinął jej rękawy i zostawił te kilka odpiętych guzików pod szyją, bo było gorąco...
To jak kurwa będzie jak w końcu zobaczy Pilar?
Za Madoxem dumnie człapał Johnny, a ten pochód kończył Ralph. Weszli po schodach do świątyni i w pierwszej chwili Noriega omiótł spojrzeniem wnętrze, bo wyglądało... no zajebiście. Aż zagwizdał, a Ravi uśmiechnął się szeroko i zaczął nawijać, że te róże to sobie wymarzył na kwasie, otworzyło mu się trzecie oko i wtedy on zobaczył, że oni muszą wziąć ten ślub właśnie tu.
W tej dzikiej, opuszczonej świątyni, z dala od ciekawskich oczu, w sercu lasu deszczowego. W akompaniamencie szumu wodospadu i śpiewu dzikich, kolorowych ptaków. A te róże będą symbolem ognia, który... Coś tam.
Nie dokończył, bo Madox już się wyrwał do przodu, najpierw zobaczył Theresę, która do nich machała, krzyczała do Raviego. Na którego Noriega jeszcze raz obejrzał się przez ramię, przez co gdzieś na samym środku się potknął, ale utrzymał równowagę i odwrócił się do przodu.
I wtedy ją zobaczył. W końcu.
W pierwszej chwili go... Zamurowało, co zdarzało się wyjątkowo rzadko, żeby Madox się zawahał, stanął w miejscu. Zatrzymał się, a serce momentalnie wyrwało mu się w piersi, do niej. Rzeczywiście zrobiło mu się gorąco, a po plecach przeszedł przyjemny dreszcz, kiedy ciemne spojrzenie prześlizgnęło się po jej sylwetce. Aż wstrzymał w płucach powietrze, kiedy wędrowało przez materiał czerwonej koronki, idealnie opinający się na jej ciele. Kiedy zaczepiło o te... dzisiaj tak ładnie ujarzmione kudły, aż się uśmiechnął, kiedy czarne już oczy zatrzymały się na tych jej. Tak samo ciemnych i ognistych. Wyglądała nieziemsko, Pilar zawsze dla niego wyglądała dobrze, nago (chyba wtedy najlepiej), w dresie, w jego koszulach i w sukienkach. W tej czerwonej z Medellin. Ale dzisiaj już chyba przeszła samą siebie. Madox nie mógł oderwać od niej spojrzenia. Tak jakby znowu byli tutaj sami, nic innego się nie liczyło, tylko to, że mieli się tu pobrać.
Kurwa. To się naprawdę działo.
Zaraz wyrwał się do niej i te schodki do ołtarza pokonał chyba w trzech susach. Sięgnął do niej i zaczepił palcami o materiał koronki, kiedy chciał złapać ją w pasie i przyciągnąć do siebie, ale wtedy wbił się między nich Johnny ze swoją teczką.
- Eres hermosa, te deseo jodidamente, no puedo apartar la vista de ti - jesteś piękna, tak kurewsko cię pragnę, że nie mogę oderwać od ciebie wzroku, piękne sobie wyznania złożyli, ale Madox naprawdę nie mógł oderwać od niej oczu, którymi zaraz zresztą wywracał na te zdjęcia - chyba zadziałały tak, jak miały - zrobił krok w jej kierunku, ale wtedy hipis odchrząknął, a zaraz narzucał na szyję szarfę i rozkładał na ołtarzu, na którym pewnie kiedyś składali jakieś ofiary, bo wyglądał jakby miał na sobie plamy po krwi, dokumenty, które mieli podpisać. W końcu Noriega ruszył się z miejsca i zaraz stał przy Pilar, żeby sięgnąć do jej ręki, kiedy gość od ślubów zaczął to...
Zebraliśmy się tutaj, ale Stewart mu się wyszarpnęła z tym nie na ustach, a serce w momencie podeszło mu do gardła, szybciej chyba niż przy tym jebanym wężu.
- Jak to nie? - rzucił od razu i chyba naprawdę gotowy był ją złapać, gdyby miała mu tu zaraz odwalić jakąś uciekającą pannę młodą. Ale... chyba nie miała zamiaru. Madox uniósł jedna brew wpatrując się w swoją jeszcze (przez chwilę) narzeczoną. A kiedy z telefonu odezwał się głos Williama, to, znowu brakło mu języka w gębie. Bo wiadomo, że Madox jej cały czas nawijał jak to by chciał, żeby Patel był jego świadkiem, ale nie spodziewał się, że Pilar do niego zadzwoni. Chociaż on przecież zawsze chciał, żeby jednak się zakumplowali, bo Will był dla niego jak brat. I to, że mogliby chociażby porozmawiać przez telefon, w tym najważniejszym dla niego dniu, naprawdę dużo dla niego znaczyło.
Dopiero po chwili jak Patel zaczął nawijać to Madox wyrwał się do Pilar i teraz to już bez skrępowania objął ją w pasie przyciągając do siebie - gracias, cariño - rzucił jej do ucha na moment wtulając policzek w jej pięknie ułożone dzisiaj, czarne, włosy. A zaraz machał do Williama do kamerki.
- Stary, jeszcze nie! Jeszcze się nie zgodziła, czekaj... - rzucił kiedy Patel złożył im gratulacje i zerknął z ukosa na Stewart. Przysunął się do obiektywu, ale kiedy Will poprosił, żeby się pokazali, to Madox się odwrócił, a zaraz wziął telefon od Pilar, żeby kamerką przejechać powoli po jej sylwetce - ale ze mnie szczęściarz - mruknął ciszej w mikrofon, a potem jeszcze pokazał Williamowi całą świątynię, którą Ravi dla nich przygotował i ich świadków, którzy też pomachali do kamery. Noriega znowu stanął koło swojej przyszłej żony, a jak Will zaczął to na początku myślałem, że to nie może się udać, to podniósł na nią spojrzenie - wyłączę go... - bo by to pewnie zrobił, ale Patel kontynuował. I zaraz też walnął im piękną przemowę. Madox przysunął telefon do twarzy - dzięki - rzucił, a potem jeszcze pokazał Willowi Pilar, a właściwie to Patel mógł widzieć, jak on stoi z telefonem i się na nią gapi. Ale zaraz oparł smrtfona na tym ołtarzu, tak, żeby ich łapał i trochę Johnnyego, który już pociągał nosem po tym co powiedział William.
Znowu odchrząknął.
- Dobrze... Już? Mogę? - zapytał, a Madox pokiwał głową i złapał Pilar za rękę, żeby spleść jej palce ze swoimi - Kochani zebraliśmy się tutaj, żeby połączyć tych dwoje ludzi węzłem małżeńskim. Teraz powinienem powiedzieć coś o tym jak to pięknie, że się spotkaliście na swojej drodze, ale myślę, że kolega powiedział już wszystko - skinął głową na Williama - dlatego ja przypomnę wam tylko, że małżeństwo jest związkiem dwojga ludzi, że to nie tylko miłość, którą się darzycie, to wzajemny szacunek, pomoc i zaufanie. I dzisiaj składając sobie przysięgi zobowiązujecie się do wierności, do pielęgnowania rodziny, którą w dniu dzisiejszym założycie, razem - Johnny popatrzył po ich twarzach, a zaraz zerknął na świadków - najpierw ty powtarzaj za mną - zwrócił się do Madoxa.
- A moja przysięga? - zapytał od razu Noriega.
- Zaraz, najpierw formułka, a potem obrączki i przysięga... - wyjaśnił Johnny, a Madox skinął głową - Świadomy praw i obowiązków wynikających z zawarcia małżeństwa, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z... A jak właściwie panna młoda ma na imię? - zapytał, bo w sumie z Madoxem się poznali, ale ze Stewart nie.
- Pilar! - wtrącili się razem Ravi i Theresa, który ściskali się za ręce. A kobieta już pociągała nosem.
- Z Pilar, i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe - Johnny spojrzał na Noriegę, a on w pierwszej chwili odwrócił się do swojej przyszłej żony, bo miał to wszystko spamiętać?
No chyba tak.
- Świadomy praw i obowiązków, przysięgam nad życie, że uczynię wszystko, żeby Pilar była ze mną szczęśliwa, a nasze małżeństwo było zgodne i trwałe - powiedział praktycznie na jednym oddechu, a jego ciemne oczy odszukały te równie ciemne, piękne, Pilar.
- Może być - rzucił Johnny - teraz Pilar, świadoma praw i obowiązków wynikających z zawarcia małżeństwa, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Madoxem i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe - powtórzył i poczekał, aż ona też to zrobi, a zaraz dodał - dobra, to gdzie są obrączki? I teraz ta wasza przysięga - spojrzał znacząco na Noriegę, żeby dać znać, że to ten moment. A kiedy Pilar sięgnęła po obrączki, to Madox się modlił w duchu, żeby tylko... Umiał to wszystko co chciał jej powiedzieć ubrać w słowa.

Pilar Stewart William N. Patel

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pt lip 03, 2026 9:29 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Do Williama napisała jeszcze na wyspie, kiedy miała swoje siedem minut w niebie kiblu sama ze sobą, po tym jak jebnięta Maria zamknęła ją w nim na amen. Siedziała wtedy na podłodze i myślała o tym wszystkim, co się działo i co zostawili za sobą w Toronto. Patel nie był jej bliski, nigdy się nie lubili, jeszcze grubo przed tym, jak Noriega pojawił się na stałe w jej życiu. Gardziła tym, co potrafił robić za pieniądze, ale wiedziała też, że dla Madox był jak brat. Był człowiekiem, który niezależnie od tego, co by się nie działo, kiedy robiło się źle, stał za nim murem. Nie raz ratował go z opałów, a przecież takich przyjaźni nie dało się podważyć. Nie można było tego ignorować i ona nie miała zamiaru. Wiedziała, że tu do nich nie przyleci, ale wtedy pomyślała, że może chociaż połączą się na kamerce, żeby Noriega mógł się chociaż z nim zobaczyć. Wymienić kilka słów i uśmiechów. Żeby był obecny, nawet jeśli nie pochwalał do końca tego związku, uznawał go za toksyczny. Bo przecież skoro Williamowi zależało na Madoxwie chociaż w dziesięciu procentach tak jak Pilar, to wiedziała, że w sercu głęboko chciał jego szczęścia. I zasługiwał na to, żeby być w tak ważny dzień obok niego, chociaż wirtualnie. Dlatego przerwała ceremonie i dała wszystkim zawał. Nie chciała tego, po prostu zapomniała wcześniej ustawić telefonu, a potem tak bardzo zakręciła się widokiem swojego obłędnego narzeczonego, że po prostu wyleciało jej to z głowy.
W końcu jednak się udało, że gdy Patel krzyknął te głośne gratulacje, cały odjebany jak klaun w dodatku jeszcze z rozwijaną trąbką, uśmiechnęła się szeroko. Niby nie pochwalał, a jednak cieszył się razem z nimi. Przyjemny to był widok. Jeszcze przyjemniejszym była twarz Madoxa. To jak się ucieszył na jego widok, oczy błyszczały z zadowolenia. Wykonała obrót, gdy Noriega przejął telefon, żeby pokazać przyjacielowi swoją przyszłą zonę. Włosy zafalowały w powietrzu, jednak sukienka pozostała przyklejona do ciała.
Przewróciła oczami, gdy zaczął swoją przemowę i nawijał o tym, jak miał szczerą nadzieję, żeby to się nie dało, bo tylko kurwa William potrafił być tak szczery w momencie, kiedy powinien trochę pościemniać. Ale zaraz okazało się, że to był jedynie żałosny wstęp to przepięknych słów, które po chwili popłynęły z jego ust. Miał sto procent racji — byli pierdolnięci. Popierodloni nawet. I fakt, że dwójka tak pojebanych ludzi znalazła się na swojej drodze faktycznie było wyjątkowe. Rozumieli się jak nikt inny, dzielili uczucie tak silne, że nawet chyba ta klasyczna śmierć nie byłaby w stanie ich rozłączyć, bo przecież znaleźliby się w każdym wcieleniu. Waliła się Noriegę i uśmiechnęła do Willa, wciskając do kadru.
Dzięki, William — wow, chyba pierwszy raz powiedziała do niego po imieniu, a nie nazwisku. Progres? Zdecydowanie. Szczególnie biorąc pod uwagę, że uraczyła go szczerym uśmiechem. — Fajnie, że jesteś — dodała. Bo szczerze? Teraz to wszystko było jakieś takie pełne, spełnione, jakby William jako trzeci świadek był jedynym brakującym elementem układanki.
Odstawili go na ołtarz, zaraz obok Johnnego, który już lekko pomagał noskiem ze wzruszenia. Nawet sięgnął po obsmarkaną już chusteczkę do kieszeni i dodał do niej jeszcze więcej glutów. Siorbnął aż w końcu przywołał się do porządku. Pilar również — otrzepała ramiona, spuściła trochę napięcia z karku, a następnie stanęła na swoim miejscu, przodem do Madoxa, zaglądając w jego przepiękne, ciemne oczy. Jej palce mimowolnie zacisnęły się mocniej na jego szorstkich dłoniach, gdy facet nawijał o tym, jak małżeństwo było nie tylko miłością, ale też szacunkiem, pomocą i zaufaniem. Oni akurat to wszystko wykonywali zajebiście. Czasami z większymi lub mniejszymi podporami, ale ze wszystkiego potrafili znaleźć wyjście i jakiś kompromis. I to chyba o to w tym wszystkim chodziło — żeby potrafić się dojść. Ufać sobie.
Uśmiech nie schodził jej z twarzy, gdy Madox powtarzał przysięgę, a kiedy przyszła jej pora, złapała w płuca więcej powietrza. Akurat Pilar pamięć miała doskonałą, dlatego spamiętanie dwóch zdań w żadnym stopniu nie było dla niej problemem.
Świadoma praw i obowiązków wynikających z zawarcia małżeństwa, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Madoxem Noriegą i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe, trwałe i zajebiste — to ostatnie już dodała poza formułą, ale nie mogła się powstrzymać. W końcu oni cali byli zajebiści, to nawet nie podlegało wątpliwości. Gdy John spytał o obrączki, znowu się szarpnęła i sięgnęła do torebki. Wyciągnęła piękne, czerwone pudełko i podała je mężczyźnie.
O jakie ładne — skwitował po tym, jak sobie je otworzył i pooglądał w pudełku. Dopiero po chwili postawił przed sobą na otwartej dłoni, a Madox po raz pierwszy mógł zobaczyć, jakie cudeńka dla nich sprawiła. Dla niej piękny, złoto-czerwony pierścionek z krzewami i czerwonymi kamyczkami, a na środku ten największy, mieniący się w słońcu, podczas gdy na niego czekała obrączka z prawdziwym wsadem, z tego samego kamienia. Może i nie wyglądały jak zwykłe obrączki, ale oni też nie byli zwykłą parą. Byli parą wariatów, która chciała być razem przeciwko całemu światu, to i obrączki mogli mieć odjechane.
I co teraz? — spytała, patrząc do na Madoxa, to na ich kapłana.
No jak to co? — również spojrzał na nią, jakby była jakaś niedoinformowana. — Teraz ostatnia chwila, żeby powiedzieć swojemu przyszłemu mężowi, co czujesz, nim oficjalnie zostaniesz jego żoną — wyjaśnił, a Stewart aż się bardziej wyprostowała. Bo to teraz? Te przemowy, których nawet nie przygotowała? Kurwa.
Dobra — serce waliło jej w piersi. Miała w głowie tak wiele myśli… wszystko nagle kłębiło się w jej głowie. Zdania latały bez najmniejszego sensu, obijając się o czaszkę, aż musiała wypuścić głośno powietrze. Po prostu powiedz to co czujesz, swoimi słowami, przypomniała sobie słowa Theresy jeszcze z auta, gdy rozmawiały o przysięgach. Nikt nie oczekuje, że to będzie idealne. Bo przecież oni nigdy nie byli, nie? Zawsze wszystko robili po swojemu. I ona miała zamiar swój monolog również powiedzieć chyba tak… że tylko on będzie potrafił to zrozumieć.
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę stała przed ołtarzem i mówiła komuś, że go kocham, prawdopodobnie powiedziałabym mu, że go zdrowo popierdoliło i wysłała go do lekarza w trybie pilnym — zaczęła jakże pięknie, a Theresa z Ravim gdzieś obok prychnęli z rozbawieniem. — Nie, ale ja mówię serio — ona naprawdę nie żartowała, ale przecież oni nie mogli o tym wiedzieć. O jej przeszłości. O tym jak traktowała związki przed Noriegą. — Ale potem pojawiłeś się ty. Wyjebałeś to wszystko przez okno i kurwa… — pokręciła głową. Miała w głowie za dużo rzeczy, które chciała mu powiedzieć. Ale przecież większość on i tak już wiedział. Wiedział doskonale, co do niego czuła. To jak uwielbiała to jaki był. Dlatego zaraz złapała kolejny oddech. — Dobra nie, kurwa, inaczej — zacisnęła mocniej palce na jego dłoni i zrobiła minimalny krok w jego kierunku, nawet na moment nie spuszczając spojrzenia z jego ciemnych oczu. — Pingwiny po znalezieniu właściwego partnera wracają do niego, choćby dzieliły je tysiące kilometrów — zaprezentowała jedną z zapamiętanych ciekawostek z naklejek ze zwierzątkami. — My też zawsze do siebie wracamy. Niezależnie od tego, jak źle by nie było, jak bardzo świat nie waliłby się na głowę… ani chciał nas zabić — Theresa z Ravim znowu się zaśmiali. Znowu nieźwiadomi jak bardzo prawdziwe było to ostatnie zdanie. — Ty znajdujesz mnie, a ja ciebie zawsze. Tak samo jak znalazł ją po porwaniu przez Daltona i uratował jej życie. Niezależnie od tego, gdzie by nie byli. — Wilki potrafią komunikować się bez słów podczas polowania. My chyba też umiemy. Wystarczy jedno spojrzenie, a ja doskonale wiem, co ci siedzi w głowie. Widzę w twoich oczach każdy jeden durny pomysł jaki miewasz i też to, jak bardzo mnie kochasz — były to najpiękniejsze oczy, jakie widziała w życiu. Niesamowite. Jedyne w swoim rodzaju, które chowały tak wiele skrajnych emocji. — Słonie nigdy nie zapominają. Mają kurwa zajebistą pamięć. I ja też nigdy nie zapomnę tego wszystkiego, co dla mnie zrobiłeś. Tego jak zabrałeś mnie do Medellin, jak pokazałeś swoje dzieciństwo i te wszystkie niespełnione marzenia, jak się pierwszy raz przede mną otworzyłeś, jak smarowałeś mnie tą kurwa obrzydliwą maścią twojej ciotki… Jak pierwszy raz powiedziałeś mi, że mnie kochasz. A ja kurwa uciekłam, bo tak się przeraziłam… tego, że ktoś mógłby coś do mnie poczuć. A ty się nie poddałeś. Walczyłeś o mnie, dałeś mi czas, nigdy się kurwa nie poddałeś, a było do tego kilka świetnych okazji. Jak Jaguar, który poluje cierpliwie. Ty też czekałeś — miała pełną świadomość tego, że gdyby nie Madox, to oni nie mieliby prawa buty. Nie istnieliby. To tylko i wyłącznie dzięki jego zawziętości i silnemu charakterowi teraz stali przed sobą, z tak pięknym bagażem doświadczeń i wyznawali sobie miłość. I za to była mu kurewsko wdzięczna. — Serce kolibra potrafi napierdalać ponad tysiąc razy na minutę — a o koliberkach trochę już widzieli. — Nie wiem, ile razy moje waliło, kiedy pierwszy raz mnie pocałowałeś, ale jestem pewna, że było blisko rekordu. I jest za każdym razem, kiedy mnie dotykasz, kiedy na mnie patrzysz, kiedy mówisz mi, że mnie kochasz. A czasami wypierdala poza skalę — aż spojrzała gdzieś do góry w stronę sufitu, jakby coś mokrego zbierało się jej w oczach. Zatrzepotała rzęsami i wróciła do jego spojrzenia. — Bo to wszystko, co mi dajesz, jest poza skalą. To twoje kurewsko dobre serce, które mało kto widzi. To jak pomagasz, jak się troszczysz, jak walczysz o to co kochasz. I ja nie wiem, czy istnieją zwierzęta, które uczą inne, czym jest miłość, ale na pewno są ludzie. A przynajmniej jesteś ty. Pokazałeś lasce z bidula, że można ją kochać i że ona też potrafi to robić. W najpiękniejszy możliwy sposób. I nie wiem, co los ma dla nas w planach, pewnie same kurwa najgorsze rzeczy. Ale wiem, że jak będziemy razem, to jakoś damy sobie radę. Nigdy nie było łatwo, wiecznie się potykamy, ale to jest i tak najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Ty jesteś najlepszym, co mnie spotkało. Kocham cię i kurwa nie mogę się doczekać, żeby kochać cię również jako Pilar Noriega — zakończyła, chociaż ledwo, bo głos już grzązł jej w gardle. Nie była dobra w monologi, a jednak tutaj powiedziała chyba naprawdę sporo, chociaż i tak nie umywało się to do wszystkiego, co czuła w sercu. Theresa i Ravi chlipali sobie z boku, a Johnny po raz kolejny już smarknął w chusteczkę. Znowu tą zużytą. Pilar natomiast nie spuszczała wzroku ze swojego (lata moment) przyszłego męża.

Te amo más que a la vida misma ₊˚⊹ᰔ

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pt lip 03, 2026 2:06 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i ślub, może kogoś triggeruje
Rzeczywiście z Williamem na kamerce, który przez większość czasu pokazywał im środek swojego nosa, kiedy pochylał się do aparatu, żeby lepiej słyszeć, ten obrazek był już chyba kompletny.
Chociaż dla Madoxa to już dawno był.
On tylko czekał, aż Pilar mu powie, że to już. Chociaż tego ich już to się spodziewał, kiedy załatwią te wszystkie sprawy, które czekały na nich w Toronto, a tu proszę...
To było już, w tej chwili. I poczuli to dobitnie, kiedy zacisnęli palce na swoich ciepłych dłoniach, kiedy stanęli przed tym gościem z szarfą śluby 24/7.
Było w tym trochę chaosu, był element humorystyczny, i pierwiastek szaleństwa, ich niezorganizowanie. Ale za to dobrzy ludzie, których często spotykali na swojej drodze. Było w tym wszystko co przez ten czas, kiedy zaczęła się ich wspólna przygoda, towarzyszyło im na porządku dziennym.
A przede wszystkim oni, pewni tego uczucia i tego, że chcieli je przypieczętować ślubem, jak niczego innego na świecie.
Madox od razu chciał się wyrwać ze swoją przemową, bo on przecież zawsze do wszystkiego był pierwszy, zawsze hej do przodu, ale Johnny go zastopował, bo najpierw musieli powiedzieć te regułki, oczywiście Noriega nie zapamiętał, bo on się cały czas rozpraszał, patrzył na Pilar i wytatuowanymi palcami sunął po jej delikatnej skórze, głaskał jej dłoń. Nie mógł się na nią napatrzeć. I nie mógł przestać się cieszyć. Ubrał to trochę w swoje słowa, ale ich mistrz ceremonii się zgodził, a kiedy przyszła kolej Pilar, to Madox aż wstrzymał powietrze. Mocniej zacisnął palce na jej ręce, a ciemne spojrzenie nawet na moment nie zjechało z jej pięknych, dużych oczu. Parsknął śmiechem, kiedy zakończyła formułkę.
- Na pewno będzie zajebiste - musiał się wtrącić, bo chyba przecież nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. A gdy Pilar sięgała po obrączki, to przysunął się do niej, żeby też do nich zajrzeć, ale oddała pudełko Johnny'emu. I Madox dopiero na jego ręce zobaczył te obrączki, które wybrała Stewart (Pani Noriega zaraz), najpierw podniósł na nią spojrzenie, a zaraz spuścił je na pudełeczko, i znowu na nią - salvaje - powiedział do niej prawie bezgłośnie, bo były piękne i dzikie, jak oni. Nie klasyczne, tylko takie, z czerwonym kamieniem, jaki Madox wymarzył sobie już kiedyś. Już pierścionek zaręczynowy dla Pilar miał być z czerwonym oczkiem, a był z literką M. Jedyny w swoim rodzaju. Tak jak te obrączki.
- To teraz ja... - znowu się wyrwał do tej swojej przysięgi, póki jeszcze wiedział co chce powiedzieć. Wiedział? Czy już zupełnie wszystko poprzestawiał?
Ale Johnny już oznajmił, że teraz pierwsza ma być panna młoda, więc Noriega tylko zacisnął mocniej palce na jej dłoni. A czarne oczy odszukały jej przenikliwe, piękne spojrzenie. Znowu się uśmiechnął, kiedy Pilar zaczęła, bo pewnie oni to pół roku temu jeszcze odesłaliby do lekarza każdego, kto by powiedział, że się pobiorą. Oni...
Policjantka i kret?

Wiedział, że mówiła serio i nawet zanim dodała coś jeszcze, to on już sięgał wytatuowanymi palcami, żeby musnąć skórę na jej policzku. Ale na jej kolejne słowa strzelił oczami w sufit. Chociaż przecież to też była najszczersza prawda. Bo według zasad Pilar Stewart to mogli się ze sobą przespać tylko dwa razy, a po Medellin nie powinni się już w ogóle spotykać. Bo to było niebezpieczne. Bo nie miało prawa buty w ich przypadku. Miłość? No jak?
Tak właśnie.

Madox znowu parsknął śmiechem, kiedy jego jeszcze narzeczona stwierdziła, że powie to inaczej. Już tyle razy wyznawali sobie miłość w najpiękniejszych słowach, więc co tu było do dodania?
Tylko zaraz się okazało, że jednak było, a Noriega aż otworzył usta, kiedy Pilar mu wyskoczyła z ciekawostką, którą kiedyś czytali w batonach. Ale zaraz się uśmiechnął, słuchał jej, chociaż przecież musiał ze sobą walczyć, żeby się jej nie wcinać, bo taki był Madox, że zawsze musiał gadać. Zawsze miał coś do powiedzenia.
A tym razem słuchał. O tym, jak zawsze do siebie wracali. Chociaż czasem cały świat się przeciwko nich sprzymierzał. Na przekór wszystkiemu, bo inni mogą się jebać. Często to powtarzali.
- Zawsze cię znajdę - no musiał, bo chyba by go skręciło, gdyby tego nie zrobił. Ale przecież on jej to powtarzał zawsze, że wszędzie by ją znalazł, na końcu świata, na samym dnie piekła... Tam to chyba w jego łóżku.
- Serio? - i znowu jej przerywał na tą ciekawostkę o wilkach, bo mu chyba umknęła, ale Pilar mogła mu ją czytać, kiedy zajadała się w łóżku przed snem czekoladą, a Madox czasami już wtedy nie kontaktował, bo jemu wystarczyło, że przytulił policzek do poduszki, a już spał. Zamknął się jednak i tylko te ciemne oczy, które się w nią wpatrywały mogły jej powiedzieć... No właśnie to, jak bardzo ją kochał.
Na ciekawostkę o słoniach skinął głową, bo ją pamiętał. I jak wtedy jej powiedział, że tak jak ona, bo Pilar też miała zajebistą pamięć, trochę się wtedy poprzepychali, że powiedział jej, że jest jak słonie, ale złapał ją wtedy na ramię i wyniósł z sypialni pod zimny prysznic, żeby ostudzić ten ognisty temperament. Ale nic to nie dało, nigdy nie dawało, bo kiedy byli obok siebie, to ten ogień się z nich wylewał.
Kiedy mówiła dalej, o Medellin, o tym, jak się przed nią otworzył, jak wyznał jej miłość, a ona uciekła, a potem on o nią zawalczył, jak jaguar, to przysunął się do niej bliżej i znowu sięgnął do jej policzka, który musnął delikatnie palcami - zawsze będę o ciebie walczył - wtrącił się znowu i może by już nawijał o tym, że wszystko by dla niej zrobił i poświęcił, ale Pilar kontynuowała tym razem nawiązując do koliberków, które też przecież przewijały się w ich wspólnej historii. Którego piórko nosiła na sercu, bo było symbolem tego... że on jak te koliberki, chciał odganiać wszystkie jej koszmary. Starał się.
Uśmiechnął się na wspomnienie tego ich pierwszego pocałunku, bo przecież to wisiało w powietrzu chyba od tego spotkania w klubie, gdzie pierwszy raz ze sobą zatańczyli, a właściwie to poszarpali się na parkiecie. Później, kiedy bezczelnie flirtowali przy trupie Marco...
A wydarzyło się dopiero w Medellin.
Nagle. Bo na nich te wszystkie rzeczy zawsze spadały nagle. Nie tworzyli klimatu, nie zastanawiali się. Szli... za głosem serca.
Mniej myśl, więcej czuj Pilar - to jej wtedy powiedział. A on przy niej czuł, cały kalejdoskop różnych emocji. Uczuć, które chował przed całym światem.
Jak to dobre serce, to, że on też potrafił bezinteresownie pomagać, troszczyć się i walczyć o to, co kochał. A ją kochał, całym sobą. I zaraz znowu sięgnął do jej szyi, żeby oprzeć na niej miękko palce, a skroń przyłożyć do jej czoła - kocham cię, najbardziej na świecie i też nie mogę się doczekać - powiedział i już się do niej wyrwał, chciał te piękne słowa przypieczętować pocałunkiem. Już czuł na ustach smak jej pełnych, gorących warg, ale wtrącił się Johnny.
- Jeszcze nie! Ej, pocałunek na koniec... Możemy już przejść... - chciał powiedzieć, że mogą przejść dalej, ale Madox zaraz się do niego odwrócił.
- Nie, czekaj, też muszę coś powiedzieć - oczywiście, że musiał, chociaż może nie zabrzmi to tak ładnie, jak te wszystkie wyznania, które składała mu Pilar, do tego upstrzone ciekawostkami o zwierzętach, bardzo w ich stylu. Noriega złapał w płuca więcej powietrza i znowu wbił ciemne spojrzenie w jej piękne, czekoladowe oczy - chciałem nawijać o tym jaka nasza miłość jest piękna, i jak przetrwa wszystko, o tym jak na nas spadła, pierdolnęła jak grom z jasnego nieba, ale ty już to powiedziałaś... Najpiękniej na świecie - zajrzał jej głęboko w oczy - więc może powiem ci jak... Bałem się, kiedy mówiłem ci, żebyś mniej myślała, a więcej czuła, bo bałem się do ciebie poczuć coś więcej. Bo tak kurewsko mnie przyciągałaś, a jednocześnie wiedziałem, że... No przecież to nie mogło się udać, ale zobacz gdzie teraz jesteśmy - obrzucił spojrzeniem tą świątynię, ale zaraz utkwił je znowu w Pilar - i wiele razy się zastanawiałem czy to ma sens, czy nie skończymy kurwa gdzieś na dnia jeziora Ontario, ale potem dochodziłem do wniosku, że nawet jeśli tak, to kurwa wolę spróbować, niż potem żałować, że tego nie zrobiłem, bo każdy dzień z tobą jest tego warty. Za każdy oddałbym wszystko co mam. Mój klub, wszystkie pieniądze, a nawet życie. Bo ono bez ciebie byłoby gówno warte - bo Madox wolałby już skonać, niż trwać bez niej. Znowu jego wytatuowane palce przesunęły się po jej odkrytym ramieniu - lecąc do Meksyku mówiłem ci o tym, że nigdy więcej się nie ożenię, a potem właśnie tam podjąłem decyzję, że chcę, żebyś została moją żoną. Bo ty w jednej chwili potrafisz sprawić, że kocham cię nad życie, a potem nienawidzę, a potem kocham i nienawidzę na raz. Sprawiasz, że się uśmiecham, że się przejmuję, że się zastanowię. Tak dużo rzeczy, że... nie wiem - aż wywrócił oczami, a Theresa w tym czasie wydmuchała głośno nos w chusteczkę - ale wiem jedno... Nie wymieniłbym tego co mamy na nic innego na świecie, i niczego bardziej, nigdy, nie byłem pewny, jak tego, że chcę żebyś została moją żoną. Teraz, a nie jak wszystko się ułoży, bo nam się nigdy nie ułoży. Bo my jesteśmy jak te dwa niedopasowane do całości puzzle, które pasują tylko do siebie, bo jesteśmy... popierdoleni - tu zerknął jeszcze w telefon na Williama.
I znowu się szarpnął, żeby pocałować swoją jeszcze przez chwilę narzeczoną, ale znowu wtrącił się Johnny.
- Obrączki! - i wystawił je w ich kierunku - powtarzajcie, Pilar przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności... - nie dokończył, bo Madox już wyjął tą dla Pilar z pudełeczka i sięgnął do jej dłoni, do serdecznego palca, na który zaczął ją powoli wsuwać.
- Pilar przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości, nie zawsze idealnej, ale takiej, że kurwa pokona wszystko. Wierności, zawsze i na zawsze. I tego, że już cię nie opuszczę do śmierci, albo i dłużej, bo znajdę cię w każdym jebanym życiu i wcieleniu, nawet bez tego ślubu astralnego - wsunął obrączkę na jej palec i zaraz podniósł ją sobie do oczu. Pasowała idealnie, złożył na jej dłoni kilka pocałunków i przytulił na moment do niej zarośnięty policzek. Johnny za to wystawił pudełeczko z drugą obrączką w kierunku Pilar. Łzy ciekły mu po policzkach tak, że już nakapały na to satynowe wysłanie pudełka. Theresa i Ravi też chlipali pociągając nosami. Już wycierali się chyba jedną chusteczką nie mogąc opanować wzruszenia.

Acepta este anillo como señal de mi amor 🕊♡₊˚ 🦢・₊✧💍

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pt lip 03, 2026 3:16 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Dwójka dzikusów.
Co mogło pójść nie tak?
Dosłownie wszystko.
Ale chyba żadne z nich nie spodziewało się, że to zajdzie aż tak daleko. Że jedna przypadkowa salsa na parkiecie będzie jedynie początkiem ognistej wymiany spojrzeń i przypadkowego dotyku. Że jedna podróż do Medellin sprawi, że mężczyzna, który obiecał sobie, że już więcej się nie zakocha, że żadnej kobiecie się już nie da po tym, co stało się na jego weselu, będzie w stanie otworzyć się na kogoś tak bardzo. Powiedzieć jej o swoich marzeniach, pokazać prawdziwego siebie, którego przez wiele lat ukrywał pod maską twardego właściciela klubu i pokochać. I ona, która całe życie wierzyła w to, że nie jest godna kochania. Że w jej gwiazdach szczęście wcale nie było pisane, a związki to jedynie problem, którego nie potrzebowała. Jak bardzo się kurwa myliła. Bo teraz już widziała, że on był wszystkim, czego potrzebowała. Był powietrzem, dzięki któremu mogla oddychać pełną piersią, był bezpieczną przystanią, która chroniła ją od złego i przede wszystkim był jebanym ogniem, który sprawiał, że skóra wrzała.
Tak jak teraz, gdy mówiła swoje przemówienie z przekonaniem i prosto z serca. Nie planowała tego, kurwa, nawet nie sądziła, że zapamiętała tak wiele zwierzęcych ciekawostek z tych naklejek. Słowa po prostu same opuszczały jej usta. A serce biło jak szalone. Do niego. Dla niego. Wyrywało się w piersi tak mocno, że jeszcze trochę i by się na niego rzuciła. Nie umiała ustać w miejscu. Nie, kiedy jego oczy patrzyły na nią w ten sposób, kiedy szorstka dłoń muskała jej policzek z czułością, która dosłownie mrowiła skórę. I kiedy myślała, że już bardziej roztrzęsiona być nie mogła, kiedy krew pulsowała nawet na skroni… on zaczął swoją przemowę.
Uśmiechnęła się, gdy mówił, że ta jej była piękna i wszystko już powiedziała, chociaż uśmiech kompletnie zszedł jej z twarzy, gdy wyznał, że się bał. Bał, gdy kazał jej myśleć mniej, a więcej czuć. Ściągnęła brwi, patrząc na niego jeszcze uważniej, bo to było coś… czego nie wiedziała. Nie miała pojęcia, że on się tego bał. Że bał się czegokolwiek. W końcu to zawsze ona miała więcej wątpliwości, ona ich stopowała. A jednak teraz, na ślubnym kobiercu Noriega przyznał przed nią, że też nie był na to gotowy. Też tego nie chciał, wzbraniał się od tych uczuć, które w finalnym rozrachunku okazały się silniejsze od nich. Tak silne, że teraz oczy Pilar teraz autentycznie robiły się wilgotne.
Wszystko jeszcze przed nami — wtrąciła głupio, gdy wspomniał o tym, że wiele razy zastanawiał się, czy nie skończą na dnie jeziora. Ale taka była prawda. Oboje doskonale wiedzieli, że ich problemy wcale nie skończą się z chwilą, w której powiedzą sobie tak. Ba, one jeszcze bardziej się nawarstwia, zrobią się kurewsko ciężkie, ale… nie niemożliwe do pokonania. Bo w końcu kto jak nie oni? Nie miała wielu porównań, a jednak czuła, że miłość, jaką oni do siebie mieli, był kurwa jedyna w swoim rodzaju. Była niepowtarzalna. Nie do podrobienia i nie do złamania. Warta każdego cierpienia, dokładnie tak, jak wspomniał Madox. Bo przecież oni wiecznie kochali się nad życie i nienawidzili najbardziej na świecie. A potem znowu kochali. I tak w kółko, cały, jebany kalejdoskop emocji.
Bo my jesteśmy jak te dwa niedopasowane do całości puzzle, które pasują tylko do siebie, bo jesteśmy... popierdoleni.
Pięknie to powiedział. Tak kurwa niesamowicie, że w końcu jedna samotna łza, która ulotniła się z jej oka spłynęła po policzku, chowając się gdzieś pod brodą. Pilar była wzruszona, kompletnie rozłożona na łopatki jego przemówieniem. Tym jak wielki progres zrobił, jakim mężczyzną się stał. Była z niego niesamowicie dumna. I wciąż nie potrafiła uwierzyć, że to ona była szczęściarą, która dostała od niego te wszystkie uczucia, tą piękną miłość. Nierealne. Tak nierealny jak to, że silna i niezależna pani detektyw, stała teraz przed swoim przyszłym mężem i nie było w niej ani krzty waleczności czy odpowiedniego trzymania gardy. W tamtym momencie, przez te kilka minut, była po prostu kobietą wrażliwą i szczerze poruszoną chwilą, jaką było jej dane przeżyć.
Wyrwała się do Noriegi, kiedy tylko skończył, ale Johnny był szybszy. Ze swoją zasmarkaną chusteczką znowu wcisnął się między ich ciała, rozdzielając w ostatniej chwili. Pilar aż westchnęła ciężko. Aż ją kurwa skręcało, żeby dotknąć Madoxa, rzucić się na niego, posmakować jego obłędnych ust, za którymi tęskniła przez ostatnie dwie godziny. Ale pierwsze obrączki. No tak.
Wbiła spojrzenie w swojego faceta, gdy tak wyrwał się z obrączką, nim ich urzędnik zdążył chociażby dołączyć swoją formułkę. Mówił ją po swojemu i Stewart musiała przyznać, że była ona po stokroć lepsza niż to, co było od niego wymagane. Wystawiła dłoń do przodu, uśmiechając się szeroko, gdy pierścionek wylądował na jej palcu. Serce znowu zabiło w piersi, chyba waląc tak szybko jak to serce koliberka, które lada moment wybuchnie. I ona też wyrwała się nawet nim Johnny zdążył wziąć oddech.
Madox, przyjmij tą obrączkę i kochaj mnie zawsze tak bardzo, jak ja będę kochać ciebie, a cała reszta po prostu jakoś się ułoży — wyrzuciła z siebie cokolwiek przyszło jej do głowy i złapała jego dłoń, po czym wsunęła pierścień na odpowiedni palec. Wyglądał pięknie. Czerwone kamienie mieniły się w promieniach słońca, które przedzierały się przez dziury w świątyni. Zamiast jednak go puścić, ona zacisnęła mocniej palce na ciepłej skórze Noriegi i przystawiła sobie jego dłoń do ust, a następnie musnęła czule miejsce, gdzie znajdowała się obrączka.
Johnny odchrząknął jeszcze raz. Chwilę zajęło mu odzyskanie głosu, bo wzruszenie skutecznie odbierało mu resztki profesjonalizmu. Otarł policzki, spojrzał na nich znad mokrej, całej już kurwa ociekającej glutami chusteczki i pokiwał głową.
Dobra... to teraz już serio oficjalnie — mruknął, zerkając jeszcze do swoich papierów, jakby chciał się upewnić, że niczego nie pomylił. — Skoro złożyliście sobie przysięgę małżeńską, wymieniliście obrączki i zgodnie oświadczyliście, że chcecie zawrzeć związek małżeński… — Zrobił krótką pauzę, jakby chciał ich jeszcze kilka sekund przeciągnąć, ale kiedy Pilar pozwala mu wymowne spojrzenie, to zaraz się ogarnął. — Na podstawie uprawnień, które posiadam do prowadzenia ceremonii ślubnych, wcale nie zakupionej z neta, ogłaszam was mężem i żoną — powiedział W KOŃCU, a potem wszystko poszło już jak po sznureczku. Theresa z Ravim krzyknęli zadowoleni, ich kierowca też zaklaskał pod filarem, ale Pilar już nawet nie zwracała na nich uwagi, bo jedyne kogo widziała to swojego… męża.
M ę ż a kurwa.
Męża, na którego od razu się rzuciła, nawet nie czekając na pozwolenie od Johnnego. Po prostu wyrwała się do przodu, złapała nogieaę za ramiona i uniosła nogi, żeby opleść go w pasie, a następnie wpiła się w jego usta mocno i agresywnie. Tak jak przecież oboje najbardziej lubili. Był to tak wyczekany pocałunek, że aż cała zadrżała w jego ramionach. Już jako Pilar Noriega. I cyk!

¡Mi marido! 💍💐👰🏻‍♀️🤵🏻

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pt lip 03, 2026 4:37 pm
autor: William N. Patel
Ilu ich tam w końcu było to się nie doliczyłem, ale cała ta miejscówka, zgromadzeni goście, a przede wszystkim państwo młodzi wyglądali fantastycznie. Madox był dla mnie jak brat i to taki, którego nawet moja niespokrewniona z nim matka traktowała jak własnego syna. Znaliśmy się jebane dziesięć lat i przez cały ten czas nie widziałem, żeby jakakolwiek inna dziewczyna dawała mu tyle szczęścia, a w naszej wspólnej historii przewijały się naprawdę tabuny kobiet. Mogłem nie lubić Pilar, chociaż mam wrażenie, że nasza niechęć wzięła się znikąd i ciągnęła przez wieki głównie dlatego, że zwyczajnie się nie znaliśmy, ale jedno jest pewne - była najważniejszą osobą w życiu Madoxa i mam nadzieję, że vice kurwa versa. Wbijam spojrzenie w ekran, podpierając się na łokciach i z wolna paląc skręta obserwuję ceremonię. Zioło mam od Noriegi. To znaczy z tego słoika, o którym pisał, zresztą szampana też znalazłem w jego lodówce. Normalnie to bym pewnie został z Gabą i w jej towarzystwie czekał na info, ale ona ani chlać nie mogła, ani kopcić, więc pewnie by jej język do dupy uciekł, jakbym to robił przy niej. Więc towarzyszy mi Peach, której podaję skręta ponad blatem, słucha równie uważnie, chociaż siedzi po drugiej stronie stołu. Wszystkie te słowa, które padają z ich ust są kurewsko piękne i nie umiem już trzymać łez pod powiekami, dosłownie mi ciekną po policzkach i w tym momencie jestem na maksa wdzięczny Pilar, że choćby pośrednio mogłem tu być. Peach podaje mi chusteczkę nad telefonem, więc smarkam głośno i wycieram oczy, a potem całą twarz. Nie sądziłem, że doczekam dnia, w którym niepokorny Madox Noriega odda komuś całe swoje serce. W ogóle całego siebie. Kiedy mistrz ceremonii ogłasza ich mężem i żoną to znowu klaszczę w dłonie i dmucham w trąbkę, ryżem bym nawet sypnął, ale bym musiał potem zbierać. Po tych wszystkich ślubnych rytuałach proszę, żeby pokazali swoje obrączki, a jako ostatnie słowa rzucam, że życzę im jeszcze zajebistej nocy poślubnej, chociaż akurat w to nie wątpię żeby jakieś fotki wysłali, hehe. Do zobaczenia w Toronto, gołąbeczki. Do zobaczenia w Toronto państwo Noriega.

Pilar Noriega Madox A. Noriega