clean up the rot before it digs too deep
: pn wrz 21, 2026 6:18 pm
Jej łokieć trafił dokładnie tam, gdzie jej trafić nie powinien. Ból rozlał się impulsem, odbierając mu na moment oddech co pozwoliło, żeby Navarro zdołała wyrwać się spomiędzy niego a samochodu. Cofnął się o pół kroku, bardziej przez reakcję własnego ciała niż siłę samego uderzenia, zaciskając zęby z ciężkim oddechem wyrzucając z siebie jedno z przekleństw; ona w tym czasie zdążyła zwiększyć dzielącą ich odległość, umieścić pomiędzy nimi pojazd i unieść broń.
Broń.
Dotknij mnie jeszcze raz, a będziesz drugim mężczyzną, jakiego w życiu zabiłam.
Na jego twarzy nie pojawił się uśmiech ani żadna z tych kpiących odpowiedzi, którymi zazwyczaj przykrywał wściekłość, zanim zdążyło wyjrzeć na powierzchnię, tym samym dezorientując oponentów. Jego twarz stężała, spojrzenie pociemniało, źrenice zwęziły się, a wzrok przesunął powoli z lufy pistoletu na jej twarz.
Pistolet był pusty.
Pusty.
Wiedzieli o tym oboje, ale brak amunicji nie miał w tej chwili większego znaczenia, bo nawet gdyby w magazynku znajdował się komplet pocisków, nie uwierzyłby jej. Nie uwierzyłby że Navarro pociągnęłaby za spust. I wcale nie dlatego, że celowała akurat w niego; nie był już na tyle głupi, żeby uznawać się za wyjątek w jej całym pieprzonym świecie zasad. Widział jednak, co zrobiło z nią zabicie człowieka, który był dla niej w tamtej chwili kompletnie obcy, który przyszedł uzbrojony, strzelił do niej i bez zawahania dokończyłby robotę, gdyby mu na to pozwoliła. Widział też krew którą z maniakalnym uporem próbowała zmyć, aż nie przykryła jej swoją własną, i słyszał urywany oddech oraz to uparte przekonywanie samej siebie, że istniała jeszcze jakaś wersja wydarzeń, w której nie musiała pociągać za spust. Tamten mężczyzna realnie chciał ją zabić, a mimo to jego śmierć niemal rozłożyła ją na części, których nie potrafiła pozbierać.
— No dalej, Navarro — powiedział cicho. Ruszył wzdłuż maski, bez pośpiechu, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Nie patrzył na pistolet i nacierał, odbierając przestrzeń centymetry po centymetrze — Zrób to.
Chciał zobaczyć, jak długo zdoła podtrzymać tę groźbę, kiedy przestanie chronić ją szerokość samochodu; jak pewnie utrzyma broń, gdy nie odpowie żartem ani nie cofnie się zgodnie z jej żądaniem. Jak odważna była, kiedy on sam nie był tą fałszywą, bezczelnie butną i prowokującą wersją siebie tylko tą, która realnie stała za każdą podjętą decyzją o naciśnięciu spustu, gdy nawet nie było to konieczne. Tą samą, która pociągała za sznurki w kartelu i wydawała wyroki. Tą samą, której nie traktował jej. Nigdy bezpośrednio.
— Nie pytałem, dlaczego nie chcesz jechać do Meksyku, za pierwszym razem kiedy uciekłaś nawet tego nie zasugerowałem — wychrypiał, postępując o kolejny krok naprzód, rozmijając się z rogiem samochodu i wychodząc jej naprzeciw po drugiej stronie. Zatrzymał się. — Pytałem, do kogo zamierzałaś zadzwonić. Jaki masz, kurwa, plan?
Nie była przecież głupia; akurat tyle prawdy o niej miał. Nie próbowałaby więc uciekać skradzionym samochodem wyłącznie po to, żeby przejechać nim kilka kilometrów i dopiero wtedy zastanowić się, co dalej; zdobyła telefon, kluczyki, zmieniła ubranie. Musiała mieć człowieka, miejsce albo chociaż zaczątek planu, o którym mu nie powiedziała, a Visser nie lubił, kiedy ktoś wiedział więcej od niego. Jeszcze bardziej nie lubił, kiedy tym kimś ponownie okazywała się Bianca Navarro.
— Już raz pozwoliłem ci wiedzieć więcej ode mnie, Navarro, i skończyłem w kajdankach, pamiętasz? — Tych samych, która sama zacisnęła na jego nadgarstkach. — Nie popełnię tego samego błędu drugi raz. — Ten pierwszy raz dostatecznie mocno palił go i wyżerał od środka; bo bardziej niż jej zdradą było to jego brakiem czujności. Jego niedopatrzeniem. Jego pomyłką. Czyli czymś, czego dałoby się uniknąć. Gdyby tylko nie był ślepy. — Do kogo? — Przechylił nieznacznie głowę. Chwilę później postąpił kolejny krok w jej stronę, nie spuszczając z niej nieruchomego i niepokojąco pustego spojrzenia; nie było w nim wściekłości tylko coś znacznie gorszego, chłodna, niemal nieludzka uwaga Vissera, który nie kłócił się z nią, a zaczął po prostu rozkładać na części pierwsze.
does this face fit me better?
Broń.
Dotknij mnie jeszcze raz, a będziesz drugim mężczyzną, jakiego w życiu zabiłam.
Na jego twarzy nie pojawił się uśmiech ani żadna z tych kpiących odpowiedzi, którymi zazwyczaj przykrywał wściekłość, zanim zdążyło wyjrzeć na powierzchnię, tym samym dezorientując oponentów. Jego twarz stężała, spojrzenie pociemniało, źrenice zwęziły się, a wzrok przesunął powoli z lufy pistoletu na jej twarz.
Pistolet był pusty.
Pusty.
Wiedzieli o tym oboje, ale brak amunicji nie miał w tej chwili większego znaczenia, bo nawet gdyby w magazynku znajdował się komplet pocisków, nie uwierzyłby jej. Nie uwierzyłby że Navarro pociągnęłaby za spust. I wcale nie dlatego, że celowała akurat w niego; nie był już na tyle głupi, żeby uznawać się za wyjątek w jej całym pieprzonym świecie zasad. Widział jednak, co zrobiło z nią zabicie człowieka, który był dla niej w tamtej chwili kompletnie obcy, który przyszedł uzbrojony, strzelił do niej i bez zawahania dokończyłby robotę, gdyby mu na to pozwoliła. Widział też krew którą z maniakalnym uporem próbowała zmyć, aż nie przykryła jej swoją własną, i słyszał urywany oddech oraz to uparte przekonywanie samej siebie, że istniała jeszcze jakaś wersja wydarzeń, w której nie musiała pociągać za spust. Tamten mężczyzna realnie chciał ją zabić, a mimo to jego śmierć niemal rozłożyła ją na części, których nie potrafiła pozbierać.
— No dalej, Navarro — powiedział cicho. Ruszył wzdłuż maski, bez pośpiechu, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Nie patrzył na pistolet i nacierał, odbierając przestrzeń centymetry po centymetrze — Zrób to.
Chciał zobaczyć, jak długo zdoła podtrzymać tę groźbę, kiedy przestanie chronić ją szerokość samochodu; jak pewnie utrzyma broń, gdy nie odpowie żartem ani nie cofnie się zgodnie z jej żądaniem. Jak odważna była, kiedy on sam nie był tą fałszywą, bezczelnie butną i prowokującą wersją siebie tylko tą, która realnie stała za każdą podjętą decyzją o naciśnięciu spustu, gdy nawet nie było to konieczne. Tą samą, która pociągała za sznurki w kartelu i wydawała wyroki. Tą samą, której nie traktował jej. Nigdy bezpośrednio.
— Nie pytałem, dlaczego nie chcesz jechać do Meksyku, za pierwszym razem kiedy uciekłaś nawet tego nie zasugerowałem — wychrypiał, postępując o kolejny krok naprzód, rozmijając się z rogiem samochodu i wychodząc jej naprzeciw po drugiej stronie. Zatrzymał się. — Pytałem, do kogo zamierzałaś zadzwonić. Jaki masz, kurwa, plan?
Nie była przecież głupia; akurat tyle prawdy o niej miał. Nie próbowałaby więc uciekać skradzionym samochodem wyłącznie po to, żeby przejechać nim kilka kilometrów i dopiero wtedy zastanowić się, co dalej; zdobyła telefon, kluczyki, zmieniła ubranie. Musiała mieć człowieka, miejsce albo chociaż zaczątek planu, o którym mu nie powiedziała, a Visser nie lubił, kiedy ktoś wiedział więcej od niego. Jeszcze bardziej nie lubił, kiedy tym kimś ponownie okazywała się Bianca Navarro.
— Już raz pozwoliłem ci wiedzieć więcej ode mnie, Navarro, i skończyłem w kajdankach, pamiętasz? — Tych samych, która sama zacisnęła na jego nadgarstkach. — Nie popełnię tego samego błędu drugi raz. — Ten pierwszy raz dostatecznie mocno palił go i wyżerał od środka; bo bardziej niż jej zdradą było to jego brakiem czujności. Jego niedopatrzeniem. Jego pomyłką. Czyli czymś, czego dałoby się uniknąć. Gdyby tylko nie był ślepy. — Do kogo? — Przechylił nieznacznie głowę. Chwilę później postąpił kolejny krok w jej stronę, nie spuszczając z niej nieruchomego i niepokojąco pustego spojrzenia; nie było w nim wściekłości tylko coś znacznie gorszego, chłodna, niemal nieludzka uwaga Vissera, który nie kłócił się z nią, a zaczął po prostu rozkładać na części pierwsze.
does this face fit me better?