tequila con muerte
: ndz lut 08, 2026 10:11 pm
Chciał jej jeszcze coś napisać, może żeby nie wchodziła do tego domu? Nie odwracała ich uwagi? Albo, że ją kocha, ale nie zdążył, bo facet przed drzwiami już walnął w nie dwa razy każąc mu się pospieszyć.
- Dobra, już, już! - zawołał Madox, a zaraz spuścił wodę w kiblu i otworzył drzwi, tylko kiedy wyszedł na korytarz to było... pusto.
Nie miał pojęcia, co tutaj się stało, ale byłby głupi gdyby tego nie wykorzystał. Modlił się tylko w duchu, żeby to jednak nie była Pilar i jej odwracanie uwagi.
Schował telefon do kieszeni i szybko ruszył korytarzem. Wracanie do holu było ryzykowne, było tam widno, przestronnie, od razu by go zauważyli. Ale ten ciemny korytarz zachęcał do zwiedzania.
Tylko, że było tyle tych drzwi, jak nadzieje się na jakiś kolejnych gangusów? Ale oni siedzieli w drugim skrzydle, tam poszło tych dwóch facetów, ciekawe gdzie był Lopez? No i przede wszystkim Marisol…
Chociaż ona akurat mogła być na piętrze.
Za jednymi z drzwi usłyszał jakieś kroki i głosy, więc odruchowo wpadł w pierwsze lepsze na przeciwko. Znalazł się w wielkiej jadali. Ogromny stół i chyba dwanaście krzeseł, na ścianach jakieś drogie obrazy w złoconych ramach, a na komodach porozstawiane bukiety róż w fikuśnych wazonach. Znowu poczuł ten zapach...
Obejrzał się, ale to tylko jedwabna chusta rzucona na oparcie krzesła, przesunął palcami po śliskim materiale. Spojrzenie utkwił w wielkim oknie, ozdobione było pergolą oplecioną pnącą różą. Podszedł do niego zadzierając głowę do góry, ciągnęła się pod sam dach.
Zajebiście.
Kolejne spojrzenie, a już zaraz wychodził na zewnątrz przez duże oszklone drzwi. Podszedł do pergoli i znowu zadarł głowę do góry, w oknie nad nią świeciło się światło. Nie myślał długo, zaraz zdjął czapkę i założył ją na rękę, bo jednak kiedy tylko dotknął sztachetek to poczuł kłujące różane kolce, małe igiełki wbijające się w skórę. Pierdolone, małe igiełki. Ale przez czapkę ich nie czuł, pod butami też nie, chociaż wspinanie się na pergolę jedną ręką szło mu mozolnie, ale w końcu zajrzał do środka wychylając się delikatnie do okna. Rzeczywiście w pokoju siedziała jakaś kobieta, w dopasowanej, jedwabnej sukience, w kolorze krwistej czerwieni, jak te róże. Po plecach spływały jej ciemne, gęste włosy, ale nie widział twarzy...
Przesunął się w bok, żeby może zobaczyć ją pod innym kątem, ale i tak nic to nie dało, a kiedy chciał się poprawić na tej drabinie, to złapał nieopatrznie drugą ręką za szczebelek, tą bez czapki, kolce róży wbiły mu się boleśnie w skórę, aż syknął. I wtedy wykonał jakiś niekontrolowany ruch, który zaowocował tym, że pergola, pod nim pękła, jeden szczebel, a Madox już nie zdążył się złapać, tylko poleciał w dół. Tym razem miał pecha.
To nie było może najgorsze lądowanie bo nie spadł na bruk, ani nawet nie na trawę, tylko na jakiś krzew, nie różę całe szczęście, ale i tak poczuł uderzenie, a przede wszystkim to narobił tyle hałasu łamiąc pod sobą gałęzie, że nawet ta kobieta wyszła na taras, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Madox się zerwał, bo teraz mógł ją zobaczyć, ale mignęła mu tylko znowu, a później krzyknęła po hiszpańsku, że mają w ogrodzie intruza...
Zanim jeszcze zdążył się wygrzebać, to już stało nad nim dwóch kolejnych goryli. Zupełnie innych. To ilu ich tutaj było? Może jeden z nich to Lopez?
- Sorry, pomyliłem drzwi wyjściowe... - zaczął się coś tłumaczyć, ale no jakim cudem on drzwi wyjściowe pomylił z pergolą? Oknem wychodził, jeszcze na piętrze? Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek jeszcze, to już faceci złapali go za fraki i ciągnęli do domu. Z jednej strony to dobrze, że tam, bo przecież na to liczył, ale z drugiej... miał nie dać się złapać. Już po drodze pytali go kim jest i co tutaj kurwa robi, a Madox jak zdarta płyta powtarzał, że jest dostawcą jedzenia i tylko korzystał z kibla, ale drzwi mu się pomyliły. Nie uwierzyli mu, nawet jeden z nich go trochę poszarpał, ale Noriega mu nie oddał, ich było dwóch, ze spluwami, nie miał szans.
Wprowadzili go do holu, jeden złapał go za rękę i ją wykręcił do tyłu, a Madox się schylił, gdyby chciał to by się wyrwał, to nie był mocny, ani nawet solidny chwyt. Widać było, że facet wcale nie walczy wręcz. Pewnie od razu by mu strzelił w kolano.
- Gadaj co tu robisz, bo jak nie to ci wpierdolimy... - zagroził jeden z nich.
- Ja tylko przywiozłem jedzenie, ja nic... - zaczął Madox, ale nie dokończył, bo wtedy przyszedł jakiś trzeci facet... A zaraz się okazało, że to ten grubas, z którym rozmawiał.
- Co jest kurwa? - zapytał.
- Złapaliśmy go w ogrodzie - odpowiedział ten, który wykręcał rękę Noriegi. Przy okazji ten trzeci wspinał się po schodach i to za nim Madox powiódł spojrzeniem.
- No przywiózł ci żarcie Lopez.
- Jakie żarcie? Ja nic nie zamawiałem... - odpowiedział i teraz wykręcił mu rękę mocniej, Madox czuł, że zaraz wyskoczy mu ze stawu, ale się nie poruszył.
- Gadaj co tu robisz gnoju! Kto cię przysłał?! - tym razem ryknął na niego grubas, a przy okazji się zamachnął i walnął Noriegę prosto w zęby, Madox od razu poczuł na języku metaliczny posmak krwi. Ale jego oczy utkwione wciąż były w tarasie na piętrze...
I rzeczywiście stanęła tam ta kobieta, ale wciąż nie było widać jej twarzy, rozmawiała z mężczyzną, który do niej wszedł.
- Co jesteś kurwa jakiś niedorozwinięty?! Nie rozumiesz co się do ciebie mówi?! - grubas kontynuował, a Lopez zaśmiał się głośno.
- Ja tylko... - zaczął Madox, ale nie skończył, bo już na schodach, nad nimi zatrzymał się ten trzeci facet.
- Dobra, zamknijcie go. Esme kazała przyjść do salonu... - rzucił a sam ruszył do tego skrzydła, gdzie chyba mieli tą swoją bazę, może po resztę? Tych dwóch za to znowu pochwyciło Noriegę za fraki i pociągnęli go w przeciwnym kierunku. Wepchnęli do pierwszego pokoju i zatrzasnęli za nim drzwi, usłyszał dźwięk przekręcającego się klucza...
Pilar Stewart
- Dobra, już, już! - zawołał Madox, a zaraz spuścił wodę w kiblu i otworzył drzwi, tylko kiedy wyszedł na korytarz to było... pusto.
Nie miał pojęcia, co tutaj się stało, ale byłby głupi gdyby tego nie wykorzystał. Modlił się tylko w duchu, żeby to jednak nie była Pilar i jej odwracanie uwagi.
Schował telefon do kieszeni i szybko ruszył korytarzem. Wracanie do holu było ryzykowne, było tam widno, przestronnie, od razu by go zauważyli. Ale ten ciemny korytarz zachęcał do zwiedzania.
Tylko, że było tyle tych drzwi, jak nadzieje się na jakiś kolejnych gangusów? Ale oni siedzieli w drugim skrzydle, tam poszło tych dwóch facetów, ciekawe gdzie był Lopez? No i przede wszystkim Marisol…
Chociaż ona akurat mogła być na piętrze.
Za jednymi z drzwi usłyszał jakieś kroki i głosy, więc odruchowo wpadł w pierwsze lepsze na przeciwko. Znalazł się w wielkiej jadali. Ogromny stół i chyba dwanaście krzeseł, na ścianach jakieś drogie obrazy w złoconych ramach, a na komodach porozstawiane bukiety róż w fikuśnych wazonach. Znowu poczuł ten zapach...
Obejrzał się, ale to tylko jedwabna chusta rzucona na oparcie krzesła, przesunął palcami po śliskim materiale. Spojrzenie utkwił w wielkim oknie, ozdobione było pergolą oplecioną pnącą różą. Podszedł do niego zadzierając głowę do góry, ciągnęła się pod sam dach.
Zajebiście.
Kolejne spojrzenie, a już zaraz wychodził na zewnątrz przez duże oszklone drzwi. Podszedł do pergoli i znowu zadarł głowę do góry, w oknie nad nią świeciło się światło. Nie myślał długo, zaraz zdjął czapkę i założył ją na rękę, bo jednak kiedy tylko dotknął sztachetek to poczuł kłujące różane kolce, małe igiełki wbijające się w skórę. Pierdolone, małe igiełki. Ale przez czapkę ich nie czuł, pod butami też nie, chociaż wspinanie się na pergolę jedną ręką szło mu mozolnie, ale w końcu zajrzał do środka wychylając się delikatnie do okna. Rzeczywiście w pokoju siedziała jakaś kobieta, w dopasowanej, jedwabnej sukience, w kolorze krwistej czerwieni, jak te róże. Po plecach spływały jej ciemne, gęste włosy, ale nie widział twarzy...
Przesunął się w bok, żeby może zobaczyć ją pod innym kątem, ale i tak nic to nie dało, a kiedy chciał się poprawić na tej drabinie, to złapał nieopatrznie drugą ręką za szczebelek, tą bez czapki, kolce róży wbiły mu się boleśnie w skórę, aż syknął. I wtedy wykonał jakiś niekontrolowany ruch, który zaowocował tym, że pergola, pod nim pękła, jeden szczebel, a Madox już nie zdążył się złapać, tylko poleciał w dół. Tym razem miał pecha.
To nie było może najgorsze lądowanie bo nie spadł na bruk, ani nawet nie na trawę, tylko na jakiś krzew, nie różę całe szczęście, ale i tak poczuł uderzenie, a przede wszystkim to narobił tyle hałasu łamiąc pod sobą gałęzie, że nawet ta kobieta wyszła na taras, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Madox się zerwał, bo teraz mógł ją zobaczyć, ale mignęła mu tylko znowu, a później krzyknęła po hiszpańsku, że mają w ogrodzie intruza...
Zanim jeszcze zdążył się wygrzebać, to już stało nad nim dwóch kolejnych goryli. Zupełnie innych. To ilu ich tutaj było? Może jeden z nich to Lopez?
- Sorry, pomyliłem drzwi wyjściowe... - zaczął się coś tłumaczyć, ale no jakim cudem on drzwi wyjściowe pomylił z pergolą? Oknem wychodził, jeszcze na piętrze? Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek jeszcze, to już faceci złapali go za fraki i ciągnęli do domu. Z jednej strony to dobrze, że tam, bo przecież na to liczył, ale z drugiej... miał nie dać się złapać. Już po drodze pytali go kim jest i co tutaj kurwa robi, a Madox jak zdarta płyta powtarzał, że jest dostawcą jedzenia i tylko korzystał z kibla, ale drzwi mu się pomyliły. Nie uwierzyli mu, nawet jeden z nich go trochę poszarpał, ale Noriega mu nie oddał, ich było dwóch, ze spluwami, nie miał szans.
Wprowadzili go do holu, jeden złapał go za rękę i ją wykręcił do tyłu, a Madox się schylił, gdyby chciał to by się wyrwał, to nie był mocny, ani nawet solidny chwyt. Widać było, że facet wcale nie walczy wręcz. Pewnie od razu by mu strzelił w kolano.
- Gadaj co tu robisz, bo jak nie to ci wpierdolimy... - zagroził jeden z nich.
- Ja tylko przywiozłem jedzenie, ja nic... - zaczął Madox, ale nie dokończył, bo wtedy przyszedł jakiś trzeci facet... A zaraz się okazało, że to ten grubas, z którym rozmawiał.
- Co jest kurwa? - zapytał.
- Złapaliśmy go w ogrodzie - odpowiedział ten, który wykręcał rękę Noriegi. Przy okazji ten trzeci wspinał się po schodach i to za nim Madox powiódł spojrzeniem.
- No przywiózł ci żarcie Lopez.
- Jakie żarcie? Ja nic nie zamawiałem... - odpowiedział i teraz wykręcił mu rękę mocniej, Madox czuł, że zaraz wyskoczy mu ze stawu, ale się nie poruszył.
- Gadaj co tu robisz gnoju! Kto cię przysłał?! - tym razem ryknął na niego grubas, a przy okazji się zamachnął i walnął Noriegę prosto w zęby, Madox od razu poczuł na języku metaliczny posmak krwi. Ale jego oczy utkwione wciąż były w tarasie na piętrze...
I rzeczywiście stanęła tam ta kobieta, ale wciąż nie było widać jej twarzy, rozmawiała z mężczyzną, który do niej wszedł.
- Co jesteś kurwa jakiś niedorozwinięty?! Nie rozumiesz co się do ciebie mówi?! - grubas kontynuował, a Lopez zaśmiał się głośno.
- Ja tylko... - zaczął Madox, ale nie skończył, bo już na schodach, nad nimi zatrzymał się ten trzeci facet.
- Dobra, zamknijcie go. Esme kazała przyjść do salonu... - rzucił a sam ruszył do tego skrzydła, gdzie chyba mieli tą swoją bazę, może po resztę? Tych dwóch za to znowu pochwyciło Noriegę za fraki i pociągnęli go w przeciwnym kierunku. Wepchnęli do pierwszego pokoju i zatrzasnęli za nim drzwi, usłyszał dźwięk przekręcającego się klucza...
Pilar Stewart