Strona 10 z 10

tequila con muerte

: ndz lut 08, 2026 10:11 pm
autor: Madox A. Noriega
Chciał jej jeszcze coś napisać, może żeby nie wchodziła do tego domu? Nie odwracała ich uwagi? Albo, że ją kocha, ale nie zdążył, bo facet przed drzwiami już walnął w nie dwa razy każąc mu się pospieszyć.
- Dobra, już, już! - zawołał Madox, a zaraz spuścił wodę w kiblu i otworzył drzwi, tylko kiedy wyszedł na korytarz to było... pusto.
Nie miał pojęcia, co tutaj się stało, ale byłby głupi gdyby tego nie wykorzystał. Modlił się tylko w duchu, żeby to jednak nie była Pilar i jej odwracanie uwagi.
Schował telefon do kieszeni i szybko ruszył korytarzem. Wracanie do holu było ryzykowne, było tam widno, przestronnie, od razu by go zauważyli. Ale ten ciemny korytarz zachęcał do zwiedzania.
Tylko, że było tyle tych drzwi, jak nadzieje się na jakiś kolejnych gangusów? Ale oni siedzieli w drugim skrzydle, tam poszło tych dwóch facetów, ciekawe gdzie był Lopez? No i przede wszystkim Marisol…
Chociaż ona akurat mogła być na piętrze.
Za jednymi z drzwi usłyszał jakieś kroki i głosy, więc odruchowo wpadł w pierwsze lepsze na przeciwko. Znalazł się w wielkiej jadali. Ogromny stół i chyba dwanaście krzeseł, na ścianach jakieś drogie obrazy w złoconych ramach, a na komodach porozstawiane bukiety róż w fikuśnych wazonach. Znowu poczuł ten zapach...
Obejrzał się, ale to tylko jedwabna chusta rzucona na oparcie krzesła, przesunął palcami po śliskim materiale. Spojrzenie utkwił w wielkim oknie, ozdobione było pergolą oplecioną pnącą różą. Podszedł do niego zadzierając głowę do góry, ciągnęła się pod sam dach.
Zajebiście.
Kolejne spojrzenie, a już zaraz wychodził na zewnątrz przez duże oszklone drzwi. Podszedł do pergoli i znowu zadarł głowę do góry, w oknie nad nią świeciło się światło. Nie myślał długo, zaraz zdjął czapkę i założył ją na rękę, bo jednak kiedy tylko dotknął sztachetek to poczuł kłujące różane kolce, małe igiełki wbijające się w skórę. Pierdolone, małe igiełki. Ale przez czapkę ich nie czuł, pod butami też nie, chociaż wspinanie się na pergolę jedną ręką szło mu mozolnie, ale w końcu zajrzał do środka wychylając się delikatnie do okna. Rzeczywiście w pokoju siedziała jakaś kobieta, w dopasowanej, jedwabnej sukience, w kolorze krwistej czerwieni, jak te róże. Po plecach spływały jej ciemne, gęste włosy, ale nie widział twarzy...
Przesunął się w bok, żeby może zobaczyć ją pod innym kątem, ale i tak nic to nie dało, a kiedy chciał się poprawić na tej drabinie, to złapał nieopatrznie drugą ręką za szczebelek, tą bez czapki, kolce róży wbiły mu się boleśnie w skórę, aż syknął. I wtedy wykonał jakiś niekontrolowany ruch, który zaowocował tym, że pergola, pod nim pękła, jeden szczebel, a Madox już nie zdążył się złapać, tylko poleciał w dół. Tym razem miał pecha.
To nie było może najgorsze lądowanie bo nie spadł na bruk, ani nawet nie na trawę, tylko na jakiś krzew, nie różę całe szczęście, ale i tak poczuł uderzenie, a przede wszystkim to narobił tyle hałasu łamiąc pod sobą gałęzie, że nawet ta kobieta wyszła na taras, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Madox się zerwał, bo teraz mógł ją zobaczyć, ale mignęła mu tylko znowu, a później krzyknęła po hiszpańsku, że mają w ogrodzie intruza...
Zanim jeszcze zdążył się wygrzebać, to już stało nad nim dwóch kolejnych goryli. Zupełnie innych. To ilu ich tutaj było? Może jeden z nich to Lopez?
- Sorry, pomyliłem drzwi wyjściowe... - zaczął się coś tłumaczyć, ale no jakim cudem on drzwi wyjściowe pomylił z pergolą? Oknem wychodził, jeszcze na piętrze? Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek jeszcze, to już faceci złapali go za fraki i ciągnęli do domu. Z jednej strony to dobrze, że tam, bo przecież na to liczył, ale z drugiej... miał nie dać się złapać. Już po drodze pytali go kim jest i co tutaj kurwa robi, a Madox jak zdarta płyta powtarzał, że jest dostawcą jedzenia i tylko korzystał z kibla, ale drzwi mu się pomyliły. Nie uwierzyli mu, nawet jeden z nich go trochę poszarpał, ale Noriega mu nie oddał, ich było dwóch, ze spluwami, nie miał szans.
Wprowadzili go do holu, jeden złapał go za rękę i ją wykręcił do tyłu, a Madox się schylił, gdyby chciał to by się wyrwał, to nie był mocny, ani nawet solidny chwyt. Widać było, że facet wcale nie walczy wręcz. Pewnie od razu by mu strzelił w kolano.
- Gadaj co tu robisz, bo jak nie to ci wpierdolimy... - zagroził jeden z nich.
- Ja tylko przywiozłem jedzenie, ja nic... - zaczął Madox, ale nie dokończył, bo wtedy przyszedł jakiś trzeci facet... A zaraz się okazało, że to ten grubas, z którym rozmawiał.
- Co jest kurwa? - zapytał.
- Złapaliśmy go w ogrodzie - odpowiedział ten, który wykręcał rękę Noriegi. Przy okazji ten trzeci wspinał się po schodach i to za nim Madox powiódł spojrzeniem.
- No przywiózł ci żarcie Lopez.
- Jakie żarcie? Ja nic nie zamawiałem... - odpowiedział i teraz wykręcił mu rękę mocniej, Madox czuł, że zaraz wyskoczy mu ze stawu, ale się nie poruszył.
- Gadaj co tu robisz gnoju! Kto cię przysłał?! - tym razem ryknął na niego grubas, a przy okazji się zamachnął i walnął Noriegę prosto w zęby, Madox od razu poczuł na języku metaliczny posmak krwi. Ale jego oczy utkwione wciąż były w tarasie na piętrze...
I rzeczywiście stanęła tam ta kobieta, ale wciąż nie było widać jej twarzy, rozmawiała z mężczyzną, który do niej wszedł.
- Co jesteś kurwa jakiś niedorozwinięty?! Nie rozumiesz co się do ciebie mówi?! - grubas kontynuował, a Lopez zaśmiał się głośno.
- Ja tylko... - zaczął Madox, ale nie skończył, bo już na schodach, nad nimi zatrzymał się ten trzeci facet.
- Dobra, zamknijcie go. Esme kazała przyjść do salonu... - rzucił a sam ruszył do tego skrzydła, gdzie chyba mieli tą swoją bazę, może po resztę? Tych dwóch za to znowu pochwyciło Noriegę za fraki i pociągnęli go w przeciwnym kierunku. Wepchnęli do pierwszego pokoju i zatrzasnęli za nim drzwi, usłyszał dźwięk przekręcającego się klucza...

Pilar Stewart

tequila con muerte

: ndz lut 08, 2026 11:06 pm
autor: Pilar Stewart
Nie szło po ich myśli.
Ale kiedy szło?
Wiecznie musieli improwizować. Przecież u nich wiecznie się coś wypierdalało. I chociaż Pilar została złapana praktycznie od razu, naprawdę miała nadzieję, że chociaż Madoxowi się uda dostać na górę, podczas gdy jej zostało granie słodkiej idiotki, która przyszła się tylko zabawić.
Zabawić z tymi gorylami. Ta. Ten jej pomysł miał w sobie więcej dziur niż szwajcarski ser. Tylko z drugiej strony był jednym, jaki gwarantował jej wejście do środka. W każdym innym wypadku wywaliliby ją przecież za bramę i tyle by było z wielkiej misji odnalezienia Marisol. Musiała teraz grać w tą grę. I miała zamiast.
Dlatego poszła z jednym z goryli do środka i pozwoliła zaprowadzić się do salonu. Szczęka bolała ją od uśmiechania się. Kurwa, nie pamiętała kiedy ostatni raz musiała się tak szczerzyć. Ale musiała, bo facet ciągle się jej przyglądał, podczas gdy ona rozglądała się po domu, oczywiście udając zachwycenie.
Ale świetna chata!! — kwiczała z podekscytowana, przechodząc wzdłuż korytarza, zawieszając oko na licznych malowanych obrazach i różach w wazonie na co drugiej komodzie. Róże. Wszędzie były róże. W ogóle cały ten dom wyglądał, jakby mieszkała tu jakaś kobieta. Miał w sobie ten damski faktor — w wystroju jak i zapachu, jaki unosił się w powietrzu.
Chociaż kiedy jeden z goryli podszedł do niej bliżej, jakiś grubasek, to Pilar bardziej niż kwiaty poczuła obrzydliwą wodę kolońską pomieszaną z kiełbasą z grilla. Aż się skrzywiła.
¿Qué clase de muñeca es ésta? A co to za laleczka? Spytał i zaraz stał przed Pilar, przyglądając się jej z wielkim uśmiechem. Aż się mu oczy zaświeciły. — ¿Qué pasa, bonita? Co tam ślicznotko?
Ella no habla español Ona nie mówi po hiszpańsku, odpowiedział mu zaraz ten nabity, który ją tu przyprowadził, a grubasek tylko skinął głową. — Pero ella dijo que quería ir a la fiesta. Así que la llevéAle powiedziała, że chce na imprezę. No to ją wziąłem. Ciężko było jej nie przewrócić oczami, jednak spięła się w sobie na tyle, na ile mogła, uśmiechając od ucha do ucha. Szczególnie kiedy grubcio mierzył ją wzrokiem.
Lubisz imprezować? — odezwał się po angielsku, osadzając ciemne spojrzenie na jej twarzy. — Skąd jesteś, chica?
No w końcu, ktoś, kto umie mówić — otworzyła szerzej oczy i zwinnym ruchem wzięła tym razem grubaska pod rękę. — Ten wasz hiszpański jest mega hot, ale nic z niego nie rozumiem — machnęła głową tak mocno, że aż jej włosy przelotnie osadziły się na jego twarzy, aż musiał je sobie ściągnąć. — Ja jestem z Toronto. To w Kanadzie. Wiesz gdzie jest Kanada? Twój kolega mówił, że kręcicie tu imprezę? — znowu podskoczyła i zaraz wbiegła w głąb salonu rozglądając się dookoła, jakby naprawdę szukała całej reszty ludzi do tej mniemanej imprezki, podczas gdy tak naprawdę próbowała zapoznać się z nowym pomieszczeniem i przy okazji jakoś zlokalizować Madoxa. Tylko po tym drugim nie było nawet śladu.
Z dobrych rzeczy, goryle wydawały się łyknąć jej nową personę, bo zaraz posadzili ją na jednej z wielkich kanap i zaproponowali coś do picia. Oczywiście, że się zgodziła, chociaż za nic nie miała zamiaru tego pić. Szczególnie nie po tym, co miało miejsce z Daltonem, ale udawać przecież mogła prawda? W międzyczasie spytali się jej o imię — przedstawiła się jako Megan — a ona zaś zapytała się ich, dlaczego nie leci żadna muzyka. Najlepiej głośno, żeby zagłuszyć poczynania Noriegi potańczyć. Tylko nim jeden z goryli zdążył odpalić głośnik, zza okna wybrzmiał donośny huk, sygnalizując jasno, że ktoś był w ogrodzie. Znowu.
Kurwa.
Nie miała pojęcia kto, ale przecież mogła się domyślać. Jej serce momentalnie podeszło do gardła. Złapała kilka głębszych oddechów, zaciskając palce. Przez moment liczyła na to, że wszyscy pójdą to sprawdzić i zostawią ją samą, ale przecież to byłoby zbyt piękne, by było prawdziwe. I faktycznie. Jeden z nich wciąż siedział z Pilar, uśmiechając się do niej zalotnie, bo przecież po angielsku nie gadał za grosz. Nawet zaczął nucić jakąś piosenkę, chyba zamiast tej muzyki, którą miała obiecaną. Nie na długo jednak, bo zaraz główne drzwi trzasnęły, a liczny stukot butów i stęków wybrzmiał z korytarza.
A potem go usłyszała.
Jego głos, kiedy tłumaczył się, że tylko przywiózł jedzenie.
Kurwa.
Kurwa.
Kurwa.
Chciała coś zrobić. Zerwać się z miejsca i tam pobiec, dać się ponieść swojej impulsywności, tylko co by to dało? Tylko dowaliłaby im jeszcze bardziej i wtedy już na pewno byliby do odstrzału. Chociaż może…
Tam fiesta??? — spytała nagle, zrywając się z miejsca. Pokręciła biodrami przesadnie podekscytowana i już chciała skierować się do miejsca imprezy, kiedy facet złapał ją za nadgarstek.
No — warknął, zaciskając na niej palce. — Tu te quedas Ty zostajesz, dodał, a Pilar naprawdę musiała spiąć się w sobie, by po pierwsze nie wyrwć mu się i nie wykręcić mu ręki, a pod drugie, żeby nie dać nic po sobie poznać, że ją to wszystko ruszyło ani że rozumie, co właśnie powiedział.
Więc no fiesta? — wydęła usta, a facet pokiwał głową i zaraz ściągnął ją sobie na kolana. Niedobrze, bo był tak blisko, że jeszcze trochę i wyczułby, jak bardzo Pilar waliło serce. Bo to już nawet nie chodziło o udawanie czy nie, już nawet nie o to, że jej ciało zaczęło ogarniać to nieprzyjemne uczucie przerażenia pod wpływem cudzego dotyku, tylko o to, że ona bała się o Noriegę. Z salonu kompletnie nie było widać, gdzie go zabierają. I co oni kurwa teraz mieli zrobić? Jedynym plusem było to, że nie wybrzmiały jeszcze żadne strzały.
Trzeba to było traktować jako dobry znać, bo innego nie było. To był jej jedyny punkt zaczepienia.
Znowu chciała się ruszyć z miejsca, może właśnie pod pretekstem pójścia do kibla, ale wtedy nagle do zalonu weszło trzech nabitych facetów. Wśród nich był ten jeden poprzedni grubasek, natomiast kolejna dwójka nie była jej znana. I Pilar im też nie.
¿Qué clase de imbécil es ese?Co to za dupa? Warknął jeden z nich, przyglądając się uważnie Pilar. — ¡Deshazte de ella, Esme llegará pronto! Weź się jej pozbądź, bo Esme zaraz tu będzie, dodał szybko, rozsiadając się tuż obok nich na kanapie. To samo zrobiła cała reszta. W tym czasie goryl, który miał ją na kolanach, próbował wytłumaczyć im, że mogli się zaraz z nią zabawić i nim w końcu doszli do jakiegoś sensownego rozwiązania, czy wyprosić Pilar, czy ją jednak zostawić, to akurat do pomieszczenia weszła jakaś kobieta.

Madox A. Noriega

tequila con muerte

: pn lut 09, 2026 12:14 am
autor: Madox A. Noriega
Pomieszczenie, w którym znalazł się Madox było małe, ciasne, klaustrofobiczne wręcz, jakaś spiżarka czy coś takiego. Było ciemno, ledwo coś widział, ale na ścianach dookoła znajdowały się jakieś regały od góry do dołu zastawione słoikami, butelkami i jakimiś paczkami z ryżem i cukrem. Czyli tak, wrzucili go do spiżarni. Po omacku szukał światła na ścianach, ale go nie znalazł, w końcu sięgnął wyżej i natrafił na sznurek od samotnej żarówki nad drzwiami. Nic jednak mu to nie dało, zrobiło się trochę widniej, ale mogło mu to pomóc jakby szukał tu kurwa dżemu, albo mąki. Rozejrzał się po pomieszczeniu, żadnych okien, nic. Tylko te drzwi. Pociągnął za klamkę, oczywiście, że były zamknięte. Zamachnął się i walnął w nie barkiem, ale nic to nie dało, nawet jakby je kopnął to podejrzewał, że by nie ustąpiły, małe, solidne, drewniane drzwi i jakiś kurwa podwójny zamek. Bo zaraz grzebał przy nim. Za cholerę go nie otworzy, chociaż takie zwykłe potrafił otwierać...
Czyli to pomieszczenie miało służyć za spiżarnię, ale też za... loch? Do przetrzymywania intruzów.
Westchnął ciężko i wyjął telefon z kieszeni, przez chwilę patrzył na wyświetlacz, chciał do niej napisać. Zadzwonić? Ale kurwa...
A jeśli tylko ją wkopie? Może była gdzieś w domu? Może się przyczaiła. Nie no nie mógł tego zrobić.
Właściwie nie wiedział co ma teraz zrobić. Kucnął opierając ręce na głowie.
No myśl Madox...
Pod drzwiami dostrzegł jakiś ruch, a potem dotarły do niego strzępki rozmowy.
- Esme kazała wszystkich zebrać w salonie...
- Myślisz, że to chodzi o niego? No przecież on jutro... - nie dowiedział się co on jutro, bo kroki już się oddaliły.

Do salony weszła szczupła brunetka, miała na sobie dopasowaną, jedwabną sukienkę, w kolorze krwistej czerwieni, idealnie podkreślała jej sylwetkę, szerokie biodra, głębokie wcięcie w talii, nie za duży, ale kształtny biust. Burza czarnych włosów spływała jej po ramionach i plecach. Twarz o delikatnych rysach zdobił nienaganny makijaż i tylko zmarszczki w kącikach ust zdradzały, że nie jest już młódką. Była piękna, urzekająca, latynoska mamacita na dziesiątkę. Nic dziwnego, że wszystkie spojrzenia od razu zawisły na jej postaci. Zwłaszcza, że jej wysokie szpilki odbijały się echem o marmurową posadzkę, a ona weszła do pomieszczenia tak pewnie, z jakimś takim ogniem, że nawet ten wielki kark, który trzymał Pilar na kolanach drgnął niespokojnie.
Dopiero kiedy brunetka podeszła bliżej, to Stewart mogła się przyjrzeć jej twarzy. Tym ciemny, czekoladowym oczom, które wyglądały jakoś tak znajomo...
- Kto to jest kurwa?! - rzuciła po hiszpańsku. Cała rozmowa toczyła się w tym języku. Oczywiście ochrona była pewna, że Pilar nic nie rozumie.
- Przyszła się tutaj... zabawić - odpowiedział grubasek, ale zaraz jeden z kumpli spojrzał na niego krzywo, jakby wiedział co się święci.
Bo brunetka tupnęła nogą i odrzuciła do tyłu czarne włosy.
- Zabawić kurwa?! - krzyknęła, a jej długi paznokieć wbił się w klatę grubego, zrobiła krok w jego kierunku - jutro ma przyjechać Pablo, a wy się tutaj zabawiacie? - zapytała patrząc po wszystkich twarzach, a później zamachnęła się i strzeliła grubaska w twarz, aż jej ręka odbiła się na jego policzku, złapał się za niego natychmiast, ale nikt nie ruszył się z miejsca. Brunetka za to minęła Pilar i podeszła do tego, który z nią przyszedł, Madox już wiedział, że to był Lopez. Ten sam, który prawie wybił mu bark.
- Wyjeb ją stąd, albo ukręć jej łeb... - rzuciła patrząc mu w oczy. Ale wtrącił się ten, który trzymał Stewart na kolanach, chyba rzeczywiście wpadła mu w oko.
- Nie mówi po hiszpańsku, to jakaś turystka... - rzucił, ale brunetka nawet się nie obejrzała, machnęła tylko ręką.
- To ją wyjeb - powiedziała i już zamierzała się odwrócić, ale Lopez znowu się odezwał.
- A ten facet z ogrodu? - zapytał. Mężczyzna, który trzymał Pilar zacisnął palce na jej nadgarstku.
- Choć - mruknął łamanym angielskim, a zaraz szarpnął ją do drzwi prowadzących do holu.
- Powiedział wam coś? - zapytała kobieta patrząc na Lopeza. Ten pokręcił głową - gdzie jest? - kontynuowała, ale zanim Lopez odpowiedział, to Pilar już została wyciągnięta do holu.
- No fiesta, no fiesta dulce, iść już, papa, szefowa demonica - próbował jej to wyjaśnić, kiedy patrzyła na niego tymi dużymi, pięknymi oczami. Była śliczna. Ale przecież nikt tutaj nie chciał podpaść szefowej, nawet on.
- Juancho, Esme już jest? - nagle z drzwi na przeciwko wyszedł kolejny facet, ten który trzymał Pilar - Juancho, skinął głową - a ty co? - dopytał ten drugi i zerknął na Pilar.
- Ja ją tylko odprowadzę do drzwi - Juancho znowu pociągnął Pilar, tym razem w kierunku drzwi wejściowych. A ten drugi zniknął w salonie.
- Eres hermoso... - jeszcze się z nią zatrzymał przy drzwiach, ale zaraz je otworzył.

Pilar Stewart