Strona 10 z 10

clean up the rot before it digs too deep

: śr wrz 23, 2026 3:31 pm
autor: Robin Visser
Przez chwilę naprawdę zamierzał zrobić dokładnie to, co jej powiedział. Wsiąść, ruszyć i pozwolić, żeby każde z nich zdechło od własnych decyzji osobno. Problem polegał na tym, że samochód, do którego wrócił, zdawał się robić wszystko, żeby zirytować go jeszcze bardziej. Drzwi zamknęły się z pustym, blaszanym trzaskiem, fotel ugiął pod nim z nieprzyjemnym skrzypnięciem, i jebało w nim starym mcdonaldem.
Visser zacisnął szczękę. Oczywiście. Stracił ludzi, pieniądze, własne ubrania, kilka samochodów i osobę, która właśnie po raz kolejny wybrała kierunek przeciwny do tego, który uważał za rozsądny; czemu więc miałby przynajmniej dostać auto, którego zawieszenie nie błagało o śmierć przy każdym uskoku asfaltu? No nie, lepiej mu dojebać całkowicie, prawda?
Oparł dłonie o kierownicę, przez sekundę patrząc na wyblakłe logo biedomarki pośrodku, jakby samo jego istnienie było kolejną osobistą zniewagą, i już miał wrzucić bieg, kiedy na parking wlało się białe światło reflektorów. Czarne sportowe BMW wtoczyło się pod dystrybutory niemal bezgłośnie, wypolerowane do tego stopnia, że światła stacji przesuwały się po lakierze jak po tafli szkła.
Spojrzał jeszcze raz na popękany plastik własnej deski rozdzielczej.
Pierwszy jego cios który padł jeszcze można było uznać za reakcję na agresywny ton i zachowanie – choć te były absolutnie zrozumiałe i całkiem sensowną opcją na moment, w którym ktoś próbuje ci ukraść auto. Kolejnego ciosu tak naprawdę nie potrzebował już do niczego; ani następnego oraz każdego kolejnego, który nastał po nich. Cofnął faceta za róg budynku, poza światło stacji, i tam zwyczajnie pozwolił, żeby wszystko, co od kilkunastu godzin trzymał w sobie na coraz krótszym łańcuchu, wreszcie się zerwało.
Przy Biance wciąż istniała klatka – miała jej twarz, jej głos, strach pojawiający się w oczach i to zasrane miejsce, które dawno temu zrobił dla niej po właściwej – choć z perspektywy dla niego: bardzo niewłaściwej – stronie własnych zasad; Tutaj nie już żadnego powodu, żeby zamknąć bestię z powrotem, kiedy już wyrwała się na zewnątrz.
Nie pamiętał później dokładnie momentu, w którym przestało chodzić o samochód. Może wtedy, gdy pierwsza krew została mu na knykciach; może dopiero wtedy, kiedy błaganie zaczęło mieszać się z ciężkim oddechem. Wiedział tylko, że ten brak oporu nie uspokoił go ani trochę. Przeciwnie, pozbawiony konieczności reagowania na cokolwiek poza własnym gniewem, stał się jeszcze brutalniejszy, jak zwierzę, które przez zbyt długi czas rzucało się na pręty, aż ktoś wreszcie zostawił otwarte drzwiczki.
Złapał mężczyznę za włosy, poderwał mu głowę i uderzył nią o ścianę. Raz. Drugi. Za trzecim rozległ się trzask a na ścianie została ciemna smuga, która zaczęła spływać po elewacji. Jeszcze jedno uderzenie wgniotło skroń w cegłę z krótkim, paskudnym trzaskiem, po którym ciało mężczyzny zrobiło się w jego rękach cięższe, pozbawione nawet tych ostatnich odruchowych prób osłonięcia się przed kolejnym ciosem. Ale nawet wtedy go nie wypuścił. Zrobił to dopiero, kiedy zamalował szeroko szkarłatem elewację i kiedy już cokolwiek przestało trzaskać pod kolejnym uderzeniem buta w nieruchome ciało.
Zostawił, kiedy jego własne mięśnie zaczęły drżeć od zmęczenia.
Złapał to, co kiedyś było właścicielem samochodu, pod ramionami i przeciągnął po asfalcie do stojącego nieopodal kontenera. Ciało uderzyło o metal przy wrzucaniu do środka, pokrywa zamknęła się z głuchym trzaskiem, a kilka chwil później Visser siedział już za kierownicą auta, które w r e s z c i e nie wyglądało, jakby miało rozpaść się przy pierwszej większej dziurze. Mięciutka, pachnąca skóra pod plecami, ciężka kierownica pod palcami, świecący komputer pokładowy z cienkim ekranem i cudowny zapach choinki zapachowej – tej zielonej; wszystko było bliskie temu, do czego przywykł. Do czego był przyzwyczajony.
Przetarł knykcie o materiał spodni, pozwalając, żeby ostatnie resztki tamtego dzikiego, rozszalałego czegoś wróciły gdzieś pod skórę i dopiero wtedy spojrzał na drogę, którą kilka minut wcześniej zniknęła Navarro.
Zacisnął palce na kierownicy, zacisnął je niemal boleśnie, z całej siły próbując zdławić myśl, która świdrowała namolnie jego umysł. Jebana Navarro nawet jak jej nie było obok, zatruwała mu umysł.
I nie powinien był, absolutnie nie powinien, w ogóle o tym myśleć.
Ani tym bardziej, chwilę później, wdeptywać pedał gazu w podłogę samochodu, który z przyjemnie satysfakcjonującym rykiem wyrwał naprzód ekspresówką, płynnie omijając wolniej poruszające się przeszkody rozlane po trzech pasach. Przeanalizował spojrzeniem pierwsze znaki, odnotowując z obrzydliwie niekomfortową dla niego satysfakcją, że nie było żadnego pobliskiego zjazdu, który musiałby uwzględnić próbując namierzyć Navarro.
Jego spojrzenie przesuwało się po tablicach rejestracyjnych mijanych samochodów, w poszukiwaniu jedynej kombinacji, która go interesowała i była całkowicie spójna z tą, która widniała na blachach tandetnego klekota, którym oddaliła się Navarro.
Galopadę bezsensownych przemyśleń – splot własnych wyrzutów sumienia i konsekwentnych prób zwyzywania siebie od debili, kretynów i żałosnych pantoflarzy – na moment uciszył, aby obrócić w umyśle jedną z informacji, którą mu podała w ramach pożegnania. Samo nie jedź przez Winnipeg Navarro jeszcze mogłaby wnioskować operacyjnie. Ale wszystko to o Thunder Bay, o konkretnym jeziorze, konkretnym kutrze i konkretnym kapitanie nie pasowało do agentki FBI.
Jego umysł dopatrywał się w tym jednego, żałosnego jak sam Visser, wyjaśnienia – to pozostałość poysiącu dwustu siedemdziesięciu ośmiu dniach Ortegi co oznaczało, że Bianca wchłonęła znacznie więcej kartelowego know-how, niż pewnie sama chciałaby przyznać i potrafiła od siebie odciąć.
Wypatrzył znajome blachy kilka minut później. Zwolnił jednak, zanim zdołał przykleić się jej do zderzaka, pozwalając, żeby pomiędzy nimi zostało kilka samochodów. Nie musiała wiedzieć, że za nią jechał. W zasadzie – nie chciał, aby wiedziała. Bo to byłoby już wyjątkowo żałosne, a nie chciał, aby podniesiono poziom jego żenady do potęgi trzeciej.
Po prostu nie ufał temu jej pieprzonemu przyjacielowi. Człowiek, który stworzył Ortegę, wiedział, gdzie ją wysłano i do kogo; a teraz Bianca zamierzała postawić na niego własne życie tylko dlatego, że kiedyś miała powód nazywać go swoim i on jej jeszcze nie zdążył realnie nastraszyć dłońmi wokół karku czy groźbą śmierci – której notabene nigdy nie wykonał.
Eres de los míos.
Powiedział jej to wcześniej i, na własne nieszczęście, nadal było prawdą. Jebało to w jego umyśle wszystkie konstrukcje po całości. Był najwyraźniej niezdrowy na umyśle i należało stwierdzić to nie przez fakt, że chwilę temu skatował mężczyznę a potem jego trupa. Tylko dlatego, że mając realną drogę ucieczki i tak się jej nie trzymał. Trzymał się, kurwa, ogona Navarro. Mogła odjechać od niego, wybrać inną drogę i innego człowieka do pomocy, ale dopóki on nie wiedział, czy ten człowiek nie wbije jej noża w plecy przy pierwszej okazji, nie zamierzał pozwolić jej zniknąć mu z oczu.
A pomoże jej, oczywiście, tylko dlatego, żeby móc wyskoczyć zza rogu i z całą satysfakcją wykrzyczeć jej prosto w twarz ‘mówiłem, że tak kurwa będzie’. Tylko, kurwa, dlatego.
good luck my ass

clean up the rot before it digs too deep

: śr wrz 23, 2026 5:07 pm
autor: Bianca Navarro
Plan.
Potrzebowała planu.
Wbrew pozorom nie miała go zbyt wiele. Gdy jej dłonie zacisnęły się na kierownicy, miała wyłącznie telefon, z którym mogła coś zrobić, osobę, do której może mogła zadzwonić, samochód, którym mogła gdzieś pojechać. Miała też lusterko, w które nie mogła spoglądać, pod żadnym pozorem, niezależnie od tego jak bardzo jej wzrok uciekał w tę stronę.
Nienawidziła Robina Vissera.
Powtarzała sobie to jak mantrę, wyjeżdżając ze stacji benzynowej i włączając się do ruchu. Wypowiadała to pod nosem w postaci przekleństw wyrzucanych pod nosem po hiszpańsku gdy jej noga uderzyła w pedał gazu, wypychając ją na drugi pas. Najwyraźniej do tego ograniczała się jej przemyślana strategia - do znalezienia się jak najdalej od niego i pomyślenia co dalej dopiero wtedy.
I nawet wtedy, wbrew sobie, jej wzrok sporadycznie zerkał w górne lusterko, spoglądając na samochody tkwiące za nią. Żaden z nich nie był tym, który ukradł Visser. Mógł przecież ukraść inne, powinna je notować - nawet zaczęła, wymieniając pod nosem ich cechy charakterystyczne i ostatnie literki tablic rejestracyjnych, nim zorientowała się, że nie miało to żadnego sensu. Robin był już w drodze do Thunder Bay, jeśli jej posłuchał, bądź Winnipeg jeśli uważał - może słusznie - że znów próbowała go oszukać.
Był już daleko, daleko stąd, a ona zdusiła w sobie irracjonalny zawód, który wywołało w niej to przeświadczenie. Jej frustracja miała maleć w miarę, gdy dystans między nią, a mężczyzną, się pogłębiał, zamiast tego zdawała się rosnąć.
Un idiota pomposo.
Plan. P l a n.
Telefon znalazł się w jej dłoni. Wpatrywała się w niego zdecydowanie zbyt długo i zbyt intensywnie jak na fakt prowadzenia w tej samej chwili pojazdu, gryząc przy tym policzki od środka w wyrazie niezdecydowania. Wierzyła, że Ryder był jej przyjacielem - kiedyś. Ale nie była głupia. A Visser niestety miał rację - wszystko mogło się zmienić. Nie mogła po prostu do niego zadzwonić i sprawdzić, czy dalej żyje, tym samym informując wszystkich w jego okolicy o własnym położeniu.
Jej myśli intensywnie skakały z tematu do tematu, starając się znaleźć rozwiązanie. Potrzebowała metody kontaktu. Potrzebowała jednak przede wszystkim wiedzieć, czy dalej żył.
Po nieznośnie długim czasie wybrała numer do sekretariatu Wagner College. Udając studentkę, pokrótce spytała, czy najbliższy wykład z gościnnie wykładającym tam kryminologię panem Fletcher ma się odbyć tak, jak planowano.
Gdy w słuchawce głos poinformował ją, że pan Fletcher nie stawił się na ostatni wykład i nie było z nim kontaktu, rozmowa szybko dobiegła końca.
Jedną dłonią zdemontowała telefon, wyjmując z niego kartę sim i przełamując o rozwalającą się deskę rozdzielczą nim, wraz z urządzeniem, wywaliła ją przez okno. Otworzyła schowek, zerkając na cokolwiek przydatnego w środku i z obrzydzeniem zamknęła go, dostrzegając niepokojącą ilość chusteczek.
Niesamowity samochód sobie ukradła.
Po godzinie zmieniła go na inny. Zajechała na inną, dużo popularniejszą stację benzynową z okolicznym mcdonaldem. Prawdopodobnie to pracownika gastronomii pozbawiła środku powrotu do domu po ciężkiej pracy, włamując się w miejscu, w którym nie dostrzegła żadnych kamer.
Przed tym weszła nawet na stację benzynową - teraz wyglądając jak człowiek - po kanapkę i kawę, za którą zapłaciła kradzionymi z obrzydliwego samochodu pieniędzmi.
Minęła godzina. Jeśli ruszył do Winnipeg, powinien być w okolicy Washago. Jeśli do Thunder Bay, byłby... koło Port Severn. Mapa tego pieprzonego, obcego jej kraju była już wyryta w jej czaszce, niezdolna do bycia wymazanym. Musiała wiedzieć, gdzie jest, zawsze, wszędzie, musiała się dobrze kamuflować.
Dlaczego w ogóle zastanawiała się nad tym, gdzie był?
W jakiś niezrozumiały sposób wciąż czuła na sobie jego obecność. Był blisko niej przez pieprzone trzy i pół roku, ta obecność wrosła w nią, stała się czymś stałym, czy tego chciała, czy nie. Nawet teraz, gdy mknęła drogą szybkiego ruchu na północny wschód, wciąż miała wrażenie, że był na wyciągnięcie ręki. Okazjonalnie jej oczy spoglądały w lusterka i po szybkim upewnieniu się, że nie było w nich żadnej policji, karcąc się w myślach nakazywała sobie skupienie na drodze. Na tym, co było naprzeciw, a nie co mknęło w przeciwnym kierunku, inną drogą i nosiło bardzo irytujący wyraz twarzy, który wyrył się w miejscu obok tej przeklętej mapy.
Nawet z nogą permanentnie wciśniętą w pedał gazu nie miała szans dostać się do Fletchera tego dnia. Nie miała nawet pojęcia, czy będzie tam, gdzie podejrzewała, że mógł być - ale jeśli przestał pojawiać się na uniwersytecie, możliwości były dwie. Albo nie żył.
Albo był na pieprzonej Alasce.
Pięć godzin. Musiał być już w Sudbury, jeśli jechał podobnie jak ona. Prawdopodobnie jechał jeszcze szybciej, byle tylko wydostać się z tego kraju do swojego przeklętego Meksyku. Obok, o ironio, w Ontario było Espanola. Może już poczułby namiastkę domu gdyby nie to, że Meksyk nigdy nie powinien być jego domem. Był do tego zbyt blady.
Nie spostrzegła, gdy słońce schowało się za horyzontem. W jej samochodzie tkwiła analogowa mapa zakupiona na stacji benzynowej jak w czasach pewnie przed jej narodzinami, która okazała się mniej przydatna niż obserwowanie znaków. Jej ciało było wymęczone - nieustanną walką, doznanymi obrażeniami, przede wszystkim jednak wiecznym napięciem, które wtargnęło w jej mięśnie i nie chciało odpuścić. Jej determinacja i wściekłość mogły utrzymać ją za kółkiem przez pięć godzin, ale nie mogły doprowadzić jej do pieprzonej Alaski. Tym gruzem podróż tam zajmie jej tydzień.
Znajdując się na bardziej niszowych drogach, podziękowała w duchu za bogatą roślinność Kanady i schowała pojazd między drzewami, nieopodal nieszczególnie przyciągającego uwagę motelu z rodzaju tych, w których jest się mordowanym.
Do trzech razy sztuka.
Z gotówką w dłoni - kradzioną, jak na profesjonalną reprezentację p r a w a przystało - spotkała się ze znudzoną recepcjonistką, która nieszczególnie podnosiła na nią wzrok i nie wymagała żadnego rodzaju small talku. Z satysfakcją odnotowała brak kamer nim, upewniwszy się, spytała, czy oferowali prysznic, przez co dziewczyna spojrzała na nią jak na idiotkę.
To oznaczało tak.
Z kluczykiem w dłoni wyszła na zewnątrz i wspięła się na pierwszą kondygnację, odnajdując właściwe drzwi. Wokół było pusto, las zasłaniał to miejsce przed główną drogą, jej samochód był niewidoczny.
Dobrze.
Wsunęła kluczyk do zamka i weszła do środka żałośnie małego pokoju, zamykając rygiel za sobą.

robert

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 24, 2026 9:46 am
autor: Robin Visser
Powinien był zmienić samochód, bo Navarro ze swoją paranoją (i intelektem, którego nigdy jej nie odmawiał, pomimo nazwania jej głupią jak but) mogła prawdopodobnie szybko skojarzyć charakterystyczne, lśniące, czarne auto, które podąża za nią od dłuższego czasu, ale nie mógł sobie odmówić tego luksusu. Należał mu się, kurwa, po dobach w areszcie, konieczności leżenia na prześmierdniętej kanapie, nocy spędzonej na czuwaniu nad stanem Navarro i po dwóch kąpielach w jeziorze.
Samochód był wygodny, pachnący i wynagradzał mu zeszłą męczarnię.
Przez kolejne dni trzymał się jej w wystarczającej odległości, żeby nie sprowokować żadnego z tych paranoicznych spojrzeń w lusterko, które zdążył u niej poznać aż za dobrze. Początkowo zakładał, że prędzej czy później Navarro odbije gdzieś na zachód, zatrzyma się na dłużej albo przynajmniej zacznie zachowywać się tak, jakby miała jakiekolwiek pojęcie, dokąd właściwie zmierza. Z każdą kolejną setką kilometrów zaczynał jednak podejrzewać, że jej plan rzeczywiście sprowadzał się do konsekwentnego oddalania się od wszystkiego, co znała.
Kiedy minął kolejny dzień, a ona nadal uparcie parła na północny zachód, kilka razy złapał się na niewypowiedzianym pytaniu, dokąd, do jasnej cholery, Navarro zamierzała dojechać. Na jebaną Alaskę? To był ten ekwiwalent rzucania wszystkiego i wyjeżdżania w Bieszczady?
Nie próbował się do niej zbliżyć. Nie dawał jej znać, że wciąż za nią jedzie, nie wysyłał żadnych wiadomości i nie pojawiał się przypadkiem przy dystrybutorze na tej samej stacji, chociaż kilka razy miał ku temu niemal idealną okazję. Potrzebował zresztą czasu nie tylko po to, żeby zdecydować, co właściwie zamierza zrobić dalej. Przez długie godziny za kierownicą porządkował własne myśli, rozkładał na części to, co wydarzyło się między nimi, próbował ułożyć plan, który nie zakładał bezmyślnego podążania za Biancą przez pół kontynentu i za każdym razem dochodził do mniej więcej tego samego wniosku: następnego dnia nadal widział jej samochód przed sobą.
Zdążył już nazwać się idiotą, skończonym kretynem, a przynajmniej dwukrotnie również pierdolonym pantoflarzem, choć to ostatnie określenie zirytowało go na tyle, że przez dobre pół godziny w imię zasad nie pozwolił sobie o niej pomyśleć.
Nie zmieniało to faktu, że nadal jechał.
Każdego ranka znajdował wystarczająco rozsądny powód, żeby zrobić jeszcze kilkaset kilometrów, a wieczorem wystarczająco dobry, żeby nie zawrócić; gdzieś pomiędzy jednym a drugim dopracowywał kolejne warianty własnej ucieczki, analizował możliwości zdobycia dokumentów, pieniędzy. Zastanowił się nawet, czy nie postanowi sobie skończyć wypasając renifery czy inne karibu, biorąc pod uwagę jak bardzo na wypizganą północ się wspinali.
Do kolejnego postoju wszystko szło zresztą podejrzanie dobrze. Navarro nie zrobiła niczego, co kazałoby mu sądzić, że zauważyła jego obecność, nie próbowała zgubić ewentualnego ogona i po raz kolejny zatrzymała się na noc w jednym z tych przydrożnych moteli, które wyglądały tak, jakby ostatni remont przeprowadzono w nich jeszcze przed jego narodzinami.
Co w praktyce oznaczało, że podczas gdy Navarro najwyraźniej rozgościła się w pokoju z łóżkiem, ciepłą wodą i, jeśli szczęście jej dopisało, nawet działającym ogrzewaniem, on znów spał w samochodzie zaparkowanym gdzieś między drzewami i krzakami jak skończony idiota.
Wtedy nawet zaczął rozważać, czy określenie pierdolony pantoflarz nie zaczynało przypadkiem nabierać niepokojąco trafnego wydźwięku, ale szybko uznał, że jeśli jeszcze raz sam siebie tak nazwie, wysiądzie z auta tylko po to, żeby obić komuś mordę dla odzyskania równowagi psychicznej.
Sen zaczął w końcu brać nad nim górę, kiedy gdzieś w połowie nocy pod motel podjechały dwa ciemne SUV-y. Z jednego wysiadł mężczyzna, którego twarz wydała mu się jakoś podejrzanie znajoma, choć z tej odległości i przy słabym świetle nie potrafił dopasować jej do żadnego nazwiska ani miejsca. Facet, w parze ze swoim niziutkim kompanem, zniknęli w motelu, a po senności Vissera nie było już śladu.
Ciszę nocną w motelu, w pokoju Navarro przerwał klik zamka; mechanizm ustąpił gładko, jakby ktoś po drugiej stronie posiadał właściwy klucz. Sekundę później drzwi uchyliły się powoli, wpuszczając do środka pas światła smutnej żarówki z korytarza.
I pierwsze, co Navarro mogła zobaczyć w powstałej szczelinie, nie należało raczej do uspokajających widoków Tak jakby otwierające się drzwi w środku nocy nie były same w sobie alarmujące. W pokoju pojawiła się najpierw ciemna lufa broni, a dopiero za nią jej właściciel.
Mężczyzna wszedł do środka ostrożnie, zamykając za sobą drzwi bez spuszczania wzroku z Navarro. Nienagannie ułożone, wyżelowane włosy i twarz mogły wydawać się Biance znajome. Coś mogło skierować jej wspomnienia jeszcze do budynku federacji albo nawet do akademii.
— Kopę lat, Biancia — odezwał się, na twarzy mając niemal triumfalny uśmiech. Na pewno nie taki, który sugerował, że realnie cieszy się na niespodziewane spotkanie po latach tylko jakby bardziej cieszył się z tego, że on, żeluś, jest w znacznie lepszej pozycji niż stara znajoma. Charakterystyczny, zachrypnięty głos, pozwolił Navarro w końcu skojarzyć gębę z nazwiskiem. Robert Pravandovsky
Biancia

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 24, 2026 4:38 pm
autor: Bianca Navarro
Parę dni było wystarczającym czasem, by stworzyć choćby namiastkę przygotowania.
Wystarczającym, by rana w jej boku przestała tak cholernie rwać, by umysł mógł odrobinę się opanować. Panika ustąpiła, cofając się w nieustanne napięcie wyczuwalne pod powierzchnią, nieustannie szukające swojego ujścia. Rany na dłoniach zasklepiły się do strupów i trzymanie kierownicy przestało być źródłem nieustannego dyskomfortu. Jej plecy były w obiektywnie lepszym stanie, czyniąc siedzenie w fotelu niemalże przyjemnym doświadczeniem.
Wystarczającym, by mogła odrobinę pomyśleć.
Nieodświeżona i w żaden sposób niewyspana następnego dnia zdobyła lewy telefon na kartę, wyrzucając staromodną mapę do kosza. Znalazła też inne ubrania, normalne ubrania, wyrzucając czerwoną sukienkę do kosza. Zmieniła samochód na inny, zakurzony, zostawiony na parkingu rzęch, którego nikt nie będzie szukał przez dłuższy czas.
Drugiego dnia dostrzegła czarne BMW wsuwające się na stację benzynową, z której wcześniej wyszła, wracając się po tabletki przeciwbólowe.
Trzeciego zrobiła się pewniejsza. Z wykorzystaniem swojego telefonu i wiedzy, którą zakorzeniła w niej Sinaloa, zorganizowała dla siebie broń. Pistolet wylądował w schowku między siedzeniami, a ona parła naprzód.
Ani razu jej myśli świadomie nie sięgały w tył.
Odwracała wzrok gdy jej oczy wpatrywały się w lusterko nieco zbyt długo. Karciła się na głos gdy łapała się na zastanawianiu nad tym, w jakim miejscu był teraz. Uciszała swoje sumienie przeglądając na telefonie najnowsze wiadomości i udawała, że wcale nie przegląda ich dwukrotnie, z większą uwagą, sprawdzając, czy żaden przestępca na wolności nie został pochwycony.
Udawała dalej, zaczynając sprawdzać wiadomości ze Stanów Zjednoczonych, a później z pieprzonego Meksyku.
Pierwszy raz była tak naprawdę sama. Miała agencję. Miała kartel. Nigdy wcześniej nie była zdana wyłącznie na siebie, nigdy nie musiała być. Musiała dostać się do tej pieprzonej Alaski, musiała zdobyć inny paszport - krótkoterminowy plan, ponieważ nie była w stanie stworzyć długoterminowego. Nie na razie.
Musiała nie zastanawiać się nad tym, co zrobiłby o n w tej sytuacji.
Musiała przestać słyszeć jego złośliwe komentarze w głowie w chwilach, w których popełniała błędy. Musiała przestać widywać jego twarz w tłumie osób zgromadzonych na stacjach i na parkingach. Musiała zrozumieć, że przypadkowe słowa wyrzucone za jej plecami gdy stała przy kasie nie brzmiały wcale jak Godverdomme. Musiała wyrzucić go ze swojego życia permanentnie.
Czwartego dnia znów dostrzegła to eleganckie, sportowe BMW. Błysnęło w jej lusterku tylko na chwilę, znikając za sznurem aut.
Wiedziała, że jej czas był ograniczony.
Paranoiczne myśli nakazywały jej ryglowanie drzwi w każdym motelu, w jakim się zatrzymywała. Trzymały ją w bezsennych nocach, w których ściskała w dłoni pistolet i wpatrywała się w sufit, nasłuchując dźwięków dobiegających z drugiej strony ściany.
Nie sądziła jednak, że piasek w klepsydrze skończy się akurat t e j nocy.
Chłodny metal broni pieścił jej dłoń gdy chwyciła ją mocniej, zsuwając z łóżka na dźwięk otwieranego zamka. Panika przemknęła przez jej ciało wraz z tym zmęczeniem, które budowało się w niej od pięciu dni, i które wcale nie znikało w miarę, gdy oddalała się od Toronto.
Odnotowała twarz mężczyzny, który wkroczył do pomieszczenia. Znała go. Przypisywała go w myślach do wszystkich operacji, o których wiedziała, że brał w nich udział. Nie spodziewała się, że w ogóle dotykał jej sprawy.
- Pravandovsky - warknęła, odpowiadając jego lufie broni własną. - Trochę późno na odwiedziny.
Drzwi uchyliły się szerzej. Zerknęła za jego ramię - wiedziała, że musiało być ich więcej, co najmniej dwójka. Nie wszedłby tutaj sam, bez wsparcia. Nie miałby tego pyszałkowatego wyrazu twarzy, gdyby wiedział, że nie może nacisnąć na spust bo ona odpowie mu tym samym.
- Dajmy sobie z tym spokój - westchnął, z nutą udawanej irytacji, bo wyraz samozadowolenia na jego twarzy wyraźnie wskazywał, że bawił się w tej chwili całkiem dobrze. - Wiedziałaś, że nie uda ci się daleko uciec. Zresztą, północ, naprawdę?
- Ile ci płacą za mieszanie się w takie gówno, Robercie? - syknęła w odpowiedzi. Przesunęła się nieco, zgarniając leżący obok telefon - kolejną rzecz, którą miała pod ręką. Broń wycelowana w nią drgnęła, lecz nie zrobiła niczego, by sprowokować naciśnięcie na spust.
- Nie masz pojęcia, o czym mówisz - odrzucił z nieskrywaną satysfakcją i przeniósł wzrok na telefon w jej dłoni. - Zadzwonisz na policję? - zadrwił, wkraczając głębiej do małego pokoju, który nagle stał się jeszcze mniejszy.
Ekran urządzenia rozświetlił się, prezentując biel tworzonej wiadomości wraz z pokaźnym załącznikiem i dziesiątką nadawców. Jej jedyne zabezpieczenie.
- Cała operacja w Sinaloa od początku do końca - odrzuciła z groźbą, jej kciuk zawisł nad przyciskiem wysłania. - Wyślę to prasie - dodała, jakby agent miał problem z dodaniem dwóch do dwóch. - Mogę nie wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, ale wielu innych inteligentnych osób będzie miało okazję się nad tym pochylić.
Uśmiech zbladł na twarzy mężczyzny, przekształcając się w coś w połowie będącego ironicznym grymasem, a w połowie wyrazem niezadowolenia. Jego broń uniosła się nieco wyżej, jakby wcześniej celował w jej serce a teraz - prosto między oczy.
- Jeśli należysz do tych inteligentnych osób, Navarro, to wiesz, że nie powinnaś tego nikomu wysyłać - odpowiedział, przeczesując nażelowane włosy wolną ręką, drugą zaś wciąż celując do niej z broni. - Czy warto za to umierać?
Tak, szepnęło jej głupie serce, rwąc się do odpowiedzi. Tak, bo i tak umrę powtórzył umysł, świadom tego, że groźba wysłania wiadomości do prasy kupowała jej zaledwie parę kolejnych minut, w których musiała zadecydować, czy naciśnie na spust i czy zdoła wyskoczyć przez to pieprzone okno tak, jak oczami wyobraźni robiła już wielokrotnie.
Myśl, Navarro, myśl. Co zrobiłby...
- Gdzie on jest? - ostre pytanie przebiło ciszę nim zdążyła odpowiedzieć. Agent rozejrzał się po pokoju z podejrzliwością, zahaczając nawet butem o drzwi do łazienki, które tkwiły obok niego. - Gdzie jest Visser?
Czyli go nie złapali.
Niewytłumaczona ulga przemknęła przez jej ciało w abstrakcyjnej reakcji. Zaraz po niej pojawiła się złość - on uciekł, a ona tkwiła w tym gównie odgrażając się telefonem. Nawet, jeśli decyzja należała do niej, nic nie stało jej na przeszkodzie by winą obarczyć jego, gdy wygrzewał swoją dupę w Meksyku czy gdzie indziej.
- Daleko stąd - odrzuciła zaczepnie, przesuwając się powoli w stronę okna, wciąż nie mając nic poza oględnym planem, który w teorii znała do perfekcji, w praktyce nie zastosowała go nigdy. - Może w Stanach, może z powrotem w Holandii - wymieniała, Meksyk nawet nie pojawił się wśród propozycji. - Nie sądzę, żebyście go kiedyś znaleźli.


it's not paranoia if they're really out to get youer

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 24, 2026 10:16 pm
autor: Robin Visser
Wszystko w sposobie, w jaki pojawili się pod motelem, wyglądało wystarczająco źle, żeby odezwał się ten znajomy, paskudny ucisk gdzieś pod żebrami, ale sam instynkt nie był jeszcze dowodem – nawet jeśli często chwalił się, że uratował mu dupę niejednokrotnie.
Dwóch mężczyzn, dwa luksusowe samochody, późna pora i wybór jakiegoś paskudnego, spleśniałego motelu, nadal nie oznaczały jednak, że przyjechali właśnie po Navarro, prawda?
Gówno prawda.
Nie zamierzał jednak heroicznie wbiegać do motelu wymachując groźnie pięściami. Potrzebował planu. On miał z a w s z e plan.
Obszedł motel szerokim łukiem, trzymając się poza światłem lamp, sprawdzając zaparkowane SUV-y. Pierwsza rzecz, która od początku była niepokojąca – były dwa duże auta na dwóch facetów. A obaj wysiedli z jednego. Jeśli więc drugi nie był autonomicznym cudem technologii – a nie był, bo już dawno by o tym wiedział, jako certyfikowana dziwka na bajery i nowości – oznaczało to, że ludzi było więcej.
A dwójka, która weszła do środka, nie wyglądała na Maryję i Józefa, którzy błąkali się od gospody do gospody, szukając miejsca w stajence dla siebie i swojego osiołka oraz pozostałych zwierząt gospodarczych.
Wciąż było lato, więc jeszcze miał parę miesięcy do wesołego Alleluja i dzielenia się jajkiem. Prawdopodobnie popierdolił nie tylko bajkę, ale też święta, miesiące, osiołek się zgadzał, jednak nie miało to teraz większego znaczenia.
P l a n był więc banalnie prosty: nie robić niczego głupiego, dopóki ktoś inny nie zrobi czegoś głupiego pierwszy (tak, to był jego słynny plan). Przede wszystkim musiał ustalić, ilu dokładnie ich było i który z samochodów miał ich stąd później zabrać. Przesunął się jeszcze kawałek dalej, wystarczająco, żeby przez przyciemnione szyby drugiego SUV-a dostrzec zarysy kolejnych sylwetek. Dwie. Może trzy. Siedzieli nieruchomo i patrzyli w stronę motelu. Nie musiał być geniuszem, żeby wiedzieć, że nie przyjechali tutaj podziwiać uroku grzyba na suficie i lokalnej fauny w pościeli. Jeśli coś miało się wydarzyć, ci w samochodzie byli zapleczem.
Ustawił się więc tak, żeby mieć jednocześnie na oku wejście i oba samochody, po czym po prostu czekał. Jeśli dwóch mężczyzn wyjdzie spokojnie i odjedzie, będzie mógł uznać, że jego instynkt tym razem trochę się rozpędził. Jeśli wyjdą z Navarro, sprawa stanie się znacznie prostsza. Teoretycznie – wtedy będzie miał potwierdzenie, że przyjechali po nią i że powinien interweniować. No genialny plan. Praktycznie – gdyby miał jej pomóc to był rozkład około pięciu chłopa na Navarro i niego, uzbrojonego co najwyżej w siłę przyjaźni tak zwanego eres de los míos.
Gdyby ktoś pytał to nie uznawał jej za przyjaciółkę.
Ale plany to miał genialne. Zawsze brzmiały głupio, Bianca zawsze określała je hasłem idiotyczne lub to nie jest plan, jeśli miała akurat tego dnia lepszy humor, czasem przez jesteś zjebany, kiedy akurat najpewniej była w tym cyklu własnej menstruacji.
Nie były idiotyczne. Były nieprzewidywalne. Dla innych.
Pod osłoną nocy, wykorzystując każdą plamę cienia pomiędzy lampami, ruszył w stronę pustego SUV-a, z którego wcześniej wysiadła dwójka zmierzająca do motelu. Nie spieszył się. Ostatnie, czego potrzebował, to zwrócić na siebie uwagę siedzących kilkanaście metrów dalej kolegów, zanim zdążył zrobić cokolwiek bardziej konstruktywnego niż dostać wpierdol na parkingu.
Drzwi ustąpiły bez najmniejszego oporu. Visser przez sekundę patrzył na nie z niedowierzaniem, najwyraźniej próbując zdecydować, czy właśnie trafił na największych idiotów północnej Kanady, czy może ktoś naprawdę zostawił mu otwarte auto specjalnie. Uznał, że pierwsza opcja bardziej schlebiała jego aktualnej sytuacji, więc w ramach kolejnego etapu swojego absolutnie genialnego planu wsunął się do środka, zamknął za sobą drzwi możliwie bezgłośnie i przecisnął pomiędzy fotelami na ty, do bagażnika SUV-a.
Skulił się w zdecydowanie mniej luksusowych warunkach, niż obiecywała marka samochodu, ale przynajmniej z perspektywą, że jeśli tamci wrócą, sami zawiozą go dokładnie tam, gdzie najwyraźniej zamierzali pojechać.
Tam obmyśli nowy, równie świetny plan.
Również tam Navarro znowu obrazi i jego i ten plan
W końcu dobiegły go przytłumione głosy z zewnątrz, potem trzask drzwi motelu i cięższe kroki na żwirze. Visser uniósł głowę tyle, ile pozwalała mu przestrzeń bagażnika, nasłuchując, aż rozpoznał trzeci rytm pomiędzy dwoma męskimi. Lżejszy. Krótszy. Navarro.
Przez szczelinę pomiędzy siedzeniami zobaczył najpierw Żelusia, chwilę później jego kolegę Grubusia, a pomiędzy nimi Nvarro prowadzoną w stronę samochodu z i miną sugerującą, że jeśli tylko dostanie okazję, obydwu bardzo dokładnie wyjaśni, co sądzi o ich metodach transportu. Dopiero po chwili dostrzegł dłonie spięte z tyłu plastikową trytytką.
To właściwie rozwiązywało kilka wcześniejszych wątpliwości. Nie przyjechali tu na kawę, Navarro najwyraźniej nie postanowiła spontanicznie dołączyć do ich małej wycieczki, a jego genialny plan po raz pierwszy od kilku dni zaczynał przypominać coś więcej niż bardzo rozbudowaną serię złych decyzji.
Wstrzymał nerwowo oddech, gdy otworzyli drzwi by wepchnąć Navarro do tyłu, wspomnieć coś o tym, żeby sobie darowała próby ucieczki, bo uruchomili child-lock, a następnie przeszli naprzód, aby wsiąść i odpalić auto.
Parę chwil później próbował nie być rzucanym po przestrzeni bagażnika, kiedy samochód żwawym tempem pokonywał wertepy prowadzące do wybranego przez Navarro odpowiednika Hiltona.
— Daj znać naszym, że mogą szykować samolot, będziemy za jakieś czterdzieści minut. Paczka jest w drodze — odezwał się Robert Pravandovsky, pseudonim sceniczny: Żeluś. Jego krępy koleżka natychmiast wykonał połączenie i przekazał to wszystko, oraz głupio powtarzał prawie każde ze zdań wypowiadanych po drugiej stronie telefonu.
the shit i do for you

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 24, 2026 11:10 pm
autor: Bianca Navarro
No właśnie, gdzie w tym momencie był Visser?
To nie tak, że to pytanie nigdy nie przeszło jej przez myśl. Wracało do niej irytująco często, zwykle w momentach, w których najmniej się tego spodziewała. Wtedy, gdy wydawało jej się, że widzi jego obecność bądź w tłumie wyczuwała jego perfumy. Gdy jej dłoń wodziła po nierównych krawędziach rany patrząc, czy tkanka zaczynała się już zabliźniać - i zastanawiając kiedy racjonalnym będzie wyjęcie tych grubych szwów, które prawdopodobnie będą równie nieprzyjemne wychodząc co wtedy, gdy wchodziły w jej ciało.
Podejrzewała, że był już w Meksyku. Był ambitny, posiadał ego i bezczelność w sobie, która mogłaby kazać mu twierdzić, że wciąż znajdzie tam przychylnych mu ludzi. Może próbował odbudować swoją reputację i obijał w tym momencie komuś mordę. Może chował się po piwnicach wiedząc, że nie był już w żadnym miejscu bezpieczny.
A może tkwił w Holandii. Wrócił na ojczystą ziemię by tam rozkręcić coś swojego. Ludzie jego pokroju nie pozostawali bezczynni zbyt długo, a on posiadał wiedzę i umiejętności by rozkwitnąć na lokalnym rynku, który pewnie był bardzo daleki do Meksykańskich warunków.
Mógł być wszędzie, podczas gdy ona była pakowana na tył samochodu.
Jej plan zakładał okno, kupiony sobie czas i odrobinę szczęścia. Zapomniała już, że jej szczęście wyczerpało się parę dni temu - jeśli nie parę pieprzonych lat temu. Wyślij zostało wciśnięte, telefon zrzucony na ziemię, zdeptany butem. Zniszczenie dowodu na to, co zrobiła, wydawało jej się istotne i faktycznie takie było - szkoda tylko, że zabrało jej czas, którego potrzebowała by się wydostać.
Chwilę później jej ręce były wykręcone do tyłu, czoło uderzyło w ścianę a przy uchu wraz z obrzydliwym, gorącym oddechem pojawiło się pytanie do kogo to, kurwa, wysłałaś?
Cóż, do paru osób, którym ufała i paru tych, którzy byli mniej zaufania godni. Im więcej, tym lepiej.
I gdy mentalnie szykowała się na śmierć, nie spodziewała się, że ta będzie miała postać eleganckiego samochodu.
Szarpnęła wpychające ją do pojazdu ręce - jej sprzeciw kupił jej wyłącznie obcą dłoń we włosach i głowę wciskaną do środka siłą. Czy tego chciała, czy nie, wylądowała na eleganckiej skórze fotela.
- Samolot? Nie wiedziałam, że zostanę tak królewsko potraktowana - prychnęła, bezskutecznie wiercąc się w siedzeniu, jakby koniecznie musiała osobiście sprawdzić wytrzymałość plastikowej trytytki. - Poprzedni preferowali kulę w łeb. Najwyraźniej tak było szybciej.
Nie rozumiała czego mogli od niej chcieć - poza listą osób, które dostały wszystkie spisane przez nią dane. Wiedziała wyłącznie, że panika znów osiadała w jej klatce piersiowej na myśl o samolocie. Bo gdzie mieliby ją wywieźć? Dlaczego miałaby wracać do Stanów? By wepchnięto ją przed sąd i potraktowano jak kryminalistę? Poprzednim razem próbowano ją z a b i ć.
- Zamknij mordę - rzucił tęgi mężczyzna, którego nie znała. Z jakiegoś powodu jego ton ją uraził, choć w obecnej sytuacji trudno było mówić o tym, by mogły wydarzyć się gorsze rzeczy niż bycie wepchniętą na tył samochodu.
- Dlaczego? Mamy czterdzieści minut do spalenia - warknęła, odrywając się od oparcia. Była przekonana, że któryś z tych gnojów używał j e g o perfum, lecz gdy pochyliła się naprzód, nie potrafiła ustalić który. Pewnie Pravandovsky. - Robert, tu cerdo habla innecesariamente.
- Wiesz, Navarro - odrzucił z przekąsem mężczyzna, widziała na sobie jego spojrzenie, odbijające się w środkowym lusterku. - Z tą gębą bardziej ci było do twarzy w Ortedze. Nawet język się zgadza.
Robert, czysty, idealny, b i a ł y Robert ze swoim pieprzonym akcentem i eleganckim podejściem. Faktycznie przy nim wyglądała niemal jak zwierzę w tym stanie, ale podejrzewała, że dla niego była nim jeszcze gdy oboje odbierali swoje odznaczenia z Akademii.
Pochyliła się naprzód wyłącznie po to, by splunąć prosto na środek szyby jego i d e a l n e g o samochodu.
- Y pareces estar follándote a tu propia madre.

i can smell you everywhere i go

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 25, 2026 12:35 pm
autor: Robin Visser
Przez te pierwsze kilka minut podróży spędził na próbach znalezienia pozycji, w której własne kolana nie wbijałyby mu się w żebra przy każdym bardziej ambitnym spotkaniu zawieszenia z dziurą.
Drugie kilka na słuchaniu Navarro.
Czyli, jak się okazało, na słuchaniu jej plującej jadem na ludzi, którzy związali jej ręce, zamknęli ją w samochodzie i właśnie wieźli w kierunku samolotu mającego zabrać ją Bóg jeden wiedział dokąd.
Uśmiechnął się pod nosem przy hiszpańskim komentarzu o matce Żelusia, zanim zdążył się przed tym powstrzymać.
Mogli ją związać, porwać i zagrozić czymkolwiek chcieli, a ona i tak znajdowała w sobie wystarczająco dużo energii, żeby obrazić komuś rodzinę. Właściwie przez ułamek sekundy poczuł coś absurdalnie zbliżonego do d u m y. Zaraz potem samochód podskoczył na kolejnym wyboju i Visser uderzył głową o plastikową obudowę, co skutecznie uleczyło go z bardziej sentymentalnych odruchów.
Żeluś jednak nie wyglądał na zachwyconego.
— Jeszcze raz oplujesz mi samochód albo odezwiesz się do mnie w ten sposób i przestaniesz podróżować tak komfortowo, Navarro. Najwyżej opowiem jakąś przykrą historię o tym, że ktoś inny do ciebie dotarł przede mną i taką cię znalazłem.
Navarro najprawdopodobniej znowu odszczeknęła coś, co byłoby u niego godne pochwały. Teraz najprawdopodobniej celem miał się stać krępy przyjaciel Pravandovskiego, bo okrągły knypek odwinął się i walnął, choć na oślep, w jakiś z punktów na ciele Bianci.
— Zostaw ją — odezwał się Robert.
— To niech przestanie obrażać mi mamę!
Trzask powtórzył się, mocniejszy i głośniejszy, kiedy Navarro znowu nie utrzymała swojego jęzora za zębami.
— Bob!
— Babci też niech mi nie obraża!
Visser przesunął ostrożnie dłoń po wykładzinie bagażnika, szukając czegokolwiek, co mogło później okazać się użyteczne. Gaśnica była całkiem dobrą opcją; klucz do kół również – fajny i cieżki. Nawet pieprzona parasolka dostałaby chwilowo awans do kategorii broni. Nie znalazł jeszcze niczego szczególnie imponującego, ale nie zamierzał wyskakiwać zza siedzenia tylko dlatego, że jego cierpliwość właśnie zaczynała się kończyć. To byłoby dokładnie to, czego Navarro zawsze od niego oczekiwała: idiotyczny pomysł bez drugiego kroku. A miał przecież plan.
Plan zakładał, że poczeka.
Plan nie zakładał natomiast, ile razy Grubuś może dotknąć Navarro, zanim Visser przestanie mieć plan.
Pravandowski podkręcił radio, by zagłuszyć dalsze komentarze i nie eskalować konfliktu pomiędzy towarzyszem a kobietą. Cały czas jednak obserwował ją czujnie we wstecznym lusterku.
Plusem wybrzmiewającego stanowczo za głośno Despacito było to, że Visser mógł zacząć oddychać normalnie, nie obawiając się wykrycia. Większość podróży upłynęła im na słuchaniu latynoskich hitów i podśpiewywania Boba, aż w końcu szyba w dachu SUV-a zamiast przepuszczać widok na nocne niebo, wpuściła obraz wysoko osadzonego, halowego stropu. Najpewniej był to hangar.
Samochód zwolnił, wykonał jeszcze jeden szeroki skręt i w końcu zatrzymał się całkowicie. Visser przestał macać wykładzinę w poszukiwaniu kolejnych cudów techniki użytkowej i znieruchomiał, nasłuchując ponad ostatnimi taktami duetu Fonsiego i Demi Lovato.
Gdzieś obok odezwały się inne silniki, potem głosy, trzask drzwi i charakterystyczne echo, którego nie dało się pomylić z otwartą przestrzenią. Skończył im się etap wycieczki krajoznawczej, a zaczął moment, w którym Navarro najpewniej miała zostać przeładowana z jednego środka transportu do drugiego jak wyjątkowo wkurwiona przesyłka ekspresowa z niewyparzoną gębą.
Nie podobało mu się to ani trochę.
Samochód dawał mu przewagę, której nikt poza nim nie był świadomy; samolot mógł mu ją odebrać w ciągu kilku sekund.
Jeśli wyprowadzą Biancę i zamkną za sobą drzwi hangaru, zostanie w bagażniku z kluczem do kół i niezwykle bojową parasolką, podczas gdy ona poleci sobie w chuj wie którą stronę świata. Poczekał więc tylko do momentu, aż drzwi z przodu otworzyły się kolejno, a głosy zaczęły oddalać od samochodu, po czym ostrożnie uniósł się wyżej i spojrzał przez szczelinę między siedzeniami.
Sytuacja wyglądała beznadziejnie.
Zacisnął mocniej palce na znalezionym wcześniej kluczu do kół, wybierając go na swoją broń. Poczekał, aż większość się rozejdzie do swoich zadań, ale grzejący już jeden z dwóch silników ze śmigłem, niewielki samolot, dosadnie dawał mu do zrozumienia, że nie było miejsca na błędy.
Bagażnik otworzył się, odsłaniając Boba, który chwilę wcześniej, czekającemu już na schodkach Robertowi dał znać, że jeszcze parasolkę weźmie. Nim jednak klapa uniosła się całkowicie, Grubuś stracił oczodół i pół twarzy po bliskim spotkaniu z kluczem. Jakikolwiek dźwięk zniknął w warkocie pracującego silnika. Ciało mężczyzny opadło na podłogę i zalało się szkarłatem, a Visser wyskoczył z bagażnika i pokonał dystans między pojazdem a samolotem sprintem. Zaalarmowani mężczyźni, ruszyli za nim z opóźnieniem. On sam wskoczył po rozklekotanych schodkach samolotu, a potem zatrzasnął drzwi do samolotu i zabezpieczył je.
Co sprowadziło się do tego, że technicznie odciął pogoń, a praktycznie zatrzasnął się w niewielkiej przestrzeni samolotu z pozostałą częścią napastników. Oraz Navarro. W dłoni miał klucz. I marzenie.
Marzenie o tym, żeby przynajmniej teraz nie usłyszeć, że jest zjebany i przyszedł tu bez planu.
like in the good old days

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 25, 2026 1:26 pm
autor: Bianca Navarro
Była im potrzebna ż y w a.
Świadomość tego bardzo powoli osadzała się na jej myślach, z początku trudna do wyobrażenia. Nawet wtedy, gdy wsadzali ją do samochodu zamiast wyeliminować tu i teraz, podstępne wizje podpowiadały jej wszystkie inne, potencjalne scenariusze.
Może nie chcieli robić sobie problemów tutaj, w motelu. Może planowali wywieźć ją gdzieś, gdzie eliminacja jej byłaby cicha, dyskretna. Może zaraz któryś z nich zmieni swoje zdanie i odwróci się do niej by splamić tapicerkę swojego eleganckiego samochodu jej krwią.
Do tego wszystkiego nie pasował jeden element - samolot.
Im więcej czasu spędziła wewnątrz SUVa tym mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że może jednak była im do czegoś potrzebna. Nie miała pojęcia do czego. Nie miała żadnej wartości, żadnej wiedzy, której nie przekazałaby wraz ze swoimi raportami. Wykonała już swoje zadanie - od tego czasu była tylko luźnym końcem gonionym przez całe, pieprzone Toronto.
Przeświadczenie o swojej względnej nietykalności było doskonałym paliwem do jej irytacji. Była wściekła, że udało im się ją złapać - nawet, jeśli wcześniej przez pięć dni unikała pogoni. Była wściekła, że zrobił to pieprzony, elegancki Robert, który nigdy szczególnie jej nie lubił i widok zadowolenia na jego twarzy skutecznie posyłał ją w stronę krawędzi.
- Lo siento, ¿he arruinado vuestros planes? - syknęła z tyłu samochodu, w którym czuła się o s a c z o n a. Zastanawiała się, czy dokładnie w ten sam sposób czuł się Visser gdy to ona wpakowała go na tyły całkiem podobnego SUVa. - Deberías decirle cómo te sientes, Robert. Parece que está desesperado por tu polla.
Dłoń ze świstem przemknęła tuż przy jej uchu, uderzenie rozbiło się z tysiącem igieł na jej policzku. Zacisnęła zęby, dusząc w sobie syknięcie, które pragnęło wydostać się na zewnątrz pod wpływem ciosu.
- ¿Tu madre te enseñó esos modales? - wbrew logice, jej ciało przesunęło się jeszcze do przodu, nadgarstki mocniej naparły na trytytki oplecione wokół nich. - ¿Eran estos todos los hombres a los que les gustaba visitarla por la noche?
Cofnęła się, dostrzegając determinację na jego twarzy - niewystarczająco szybko. Wierzch męskiej dłoni sięgnął jej kości policzkowej, swoim beznadziejnym celem niemal pozbawiając ją oka.
Pieprzyć to.
Jej ciało nie było zdolne do pogodzenia się z tą sytuacją. Wierciło się w miejscu, podczas gdy umysł roztrząsał wszystkie możliwości, wyglądał na zewnątrz w poszukiwaniu znaków określających, gdzie w ogóle była bądź sprawdzał, czy aby na pewno w samochodzie nie było nic, czego mogłaby użyć.
A wszystko to w akompaniamencie j e g o perfum, które nieustannie czuła, plecami oparta o siedzenie, choć nie potrafiła określić który z nich dzielił swój gust z Robinem Visserem.
Spięła się dostrzegając ciemne wnętrze hangaru. Panika znów zakradła się do jej serca, nogi zaparły się w samochodzie, odmawiając wyjścia dopóki ktoś nie chwycił jej za ramię i boleśnie wyciągnął na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło w jej skórę - piekło w miejscach, które sięgnęła pięść.
Była otoczona, a szum pracujących silników samolotu sprawiał, że jej żołądek zwijał się w supeł.
- Naprawdę, mogłabyś sprawiać mniej problemów - warknął Pravandovsky, wchodząc w jej przestrzeń gdy za wszelką cenę usiłowała trzymać od niego dystans.
Zadarła głowę, mierząc spojrzeniem tego obrzydliwego spojrzenia, jego pieprzoną pewność, że ją m i a ł, że udało mu się ją dopaść. Splunęła, na przekór swojemu instynktowi spojrzenia - ślina wylądowała na jego czole, malując je wyrazem oburzenia i absolutnej furii.
- Myślisz, że potrzebuję cię całej, Navarro? - prychnął, skracając dystans między nimi, jego obleśne palce zacisnęły się na jej szczęce gdy siłą nakierował jej twarz ku własnej. Z tak bliska widziała strużkę śliny spływającą między jego zarośniętymi brwiami. - Potrzebuję cię żywej. Chcesz przekonać się, jaka jest różnica?
Palce wpijały się boleśnie w jej szczękę. Szarpnęła do tyłu, wyrywając twarz z imadła, pozbawiona jednak poprzedniej buty.
Myśl, że w tym samolocie miałaby zostać z nim zamknięta studziła jej wojowniczość, choć tylko na chwilę.
- Gdzie mnie zabierasz? - spytała, wkraczając po schodkach do samolotu, w którym kurewsko nie chciała się znajdować. - Do Waszyngtonu? - zadrwiła, uparcie zatrzymując się w przejściu póki nie została do środka wepchnięta. - Urządzicie mi ładny proces?
Samolot był strasznie kosztowną operacją jak na wyciągnięcie jej z Kanady. Jej wzrok przesunął się po jego środku - małym wnętrzu, w którym czekał na nią inny, uzbrojony agent i Żeluś prowadzący ją między rzędami siedzeń. Była tak skupiona na szukaniu dla siebie drogi ucieczki bądź potencjalnej broni, której mogłaby użyć, że nie dostrzegła tego, co działo się na zewnątrz.
Nie zauważyła broni póki ta nie wtargnęła do środka samolotu.
Drzwi zamknęły się z hukiem, blokując jednocześnie. Jej wzrok pomknął rzez połowę długości małego samolotu, zatrzymując na j e g o oczach.
Pieprzony Robin Visser był tutaj. T u t a j.
I gdy szok tego doświadczenia na moment ją zatrzymał, gdzieś pod nim zalała ją fala niezidentyfikowanych emocji, na które żadne z nich nie miało żadnego czasu.
Odwróciła się, butem wymierzając kopnięcie prosto w zgięcie kolana Roberta, który odwrócił się w stronę wyjścia. Mężczyzna runął naprzód, opadając na kolano niezdolny do zatrzymania własnej fizjonomii. Rzuciła się na niego wściekle, zakładając spięte trytytką ręce na jego szyję i ciągnąc w tył, słysząc gardłowy charkot wydostający się z jego krtani zamiast przekleństwa.
Wiedziała, że za jej plecami był kolejny napastnik. Wiedziała też, że nie będzie w stanie utrzymać go ani chwili dłużej.
Tylko na tyle, by jego odchylona, trzymana w imadle sylwetka wyłoniła odsuniętą marynarką broń w kaburze na jego piersi. Broń, którą miała nadzieję, że Visser wyciągnie nim Pravandovsky ją zwyczajnie z siebie zrzuci.

fuck them fbi apparently

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 25, 2026 9:37 pm
autor: Robin Visser
Jego spojrzenie momentalnie złapało się znajomego kształtu wewnątrz samolotu. Resztę sytuacji umysł domalował z powrotem z chwilą niepotrzebnej zwłoki.
Drugi mężczyzna już sięgał po broń, więc Visser rzucił kluczem w jego stronę bez większej nadziei, że trafi. Wystarczyło mu, że tamten poświęcił ułamek sekundy na unik, żeby Holender rzucił się do przodu i położył dłonie na kolbie pistoletu Pravandovskiego. Zacisnął na niej palce, szarpnął, ale broń nawet nie zdążyła opuścić kabury. Robert natychmiast wcisnął własne palce pomiędzy jego, ciągnąc w przeciwną stronę, jednocześnie próbując zrzucić zawieszoną na nim Biancę.
Wirujący klucz zagłady kupił za mało czasu.
Drugi z mężczyzn wyrósł, nagle pozbawiony broni, którą żałośnie stracił pod fotelami podczas uniku, za Visserem i chwycił go za kradzioną pożyczoną kurtkę tak wysoko, że materiał momentalnie wbił mu się w gardło. Szarpnięcie odebrało mu oddech. Odwrócił się niemal na ślepo, w samą porę, żeby przyjąć pierwszą pięść dokładnie w nie tak dawno temu stłuczoną kość policzkową.
Ból rozlał mu się po połowie twarzy. Druga pięść minęła skroń o włos. Trzecią zatrzymał przedramieniem. Puścił trzymany pistolet w imię własnej twarzy i możliwości oddania, po czym odpowiedział krótkim ciosem w nos. Trafił dobrze. Tamten cofnął się, zaklął i odruchowo zasłonił zalewającą się krwią gębę.
Pravandovski wykorzystał okazję.
Cofnął się razem z Biancą, wyklinając to, w jaki sposób się na nim uwiesiła i z impetem wpadł grzbietem na ścianę samolotu. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem mocniej, coraz mniej metodycznie, coraz bardziej ze zwykłej wściekłości, próbując wreszcie pozbyć się Navarro z pleców.
Visser wpadł w faceta z rozwalonym nosem całym ciężarem, pchając go bokiem na rząd foteli. Podłokietnik zatrzeszczał pod uderzeniem dwóch ciał. Hoelender złapał przeciwnika za kark i jeszcze raz przyłożył nim o twardą krawędź siedzenia, aż nogi tamtego na moment zmiękły.
Za plecami usłyszał głuchy huk ciała Bianki odbijającego się od ściany. Odwrócił głowę, ale to był kolejny błąd w planie. Bezimienny wykorzystał sekundę i wbił mu łokieć między żebra z taką siłą, że powietrze momentalnie uciekło mu z płuc. W jego miejsce pojawił się pulsujący, tępy ból. Visser zgiął się odruchowo, wyrwał jeszcze jeden cios gdzieś w okolice szczęki, zobaczył przed oczami krótki pokaz spadających gwiazd i oddał właściwie na oślep. Nie wiedział nawet, gdzie dokładnie trafił. Wystarczyło mu, że tamten znowu odsunął się o krok.
Pravandovski tymczasem wreszcie zrzucił z siebie Biancę. Szarpnął całym ciałem i cisnął nią w bok, aż uderzyła ramieniem o podłogę, samemu natychmiast cofając dłoń do kabury. Visser pojawił się obok praktycznie znikąd i wpadł na niego barkiem, dociskając go do ściany samolotu dokładnie tak, jak chwilę wcześniej Robert robił to z Navarro. Broń została zakleszczona pomiędzy nim
— Puść, kurwa — warknął Pravandovski.
— Ty pierwszy.
Odpowiedzią było kolano wbite Visserowi prosto w brzuch. Holender stracił oddech po raz drugi w przeciągu może minuty i przez krótką chwilę naprawdę go zamroczyło. Uścisk na pistolecie jednak nie puścił. Jak już uczepił się tego zasranego kawałka metalu, tak najwyraźniej planował zabrać go ze sobą choćby do grobu.
Bezimienny miał w tym czasie zupełnie nowy pomysł. Pokuśtykał w stronę drzwi, jedną dłonią wciąż próbując zatamować krew lecącą z nosa, drugą szarpiąc za mechanizm otwierający. Zamierzał wyraźnie wpuścić do środka kłębiące się za samolotem posiłki. Opóźniała go wyłącznie nieznajomość samego mechanizmu, ale była to raczej niewielka przeszkoda dla prawdziwego faceta.
Visser tego nie widział. Był zbyt zajęty wymienianiem się z Robercikiem kolejnymi uprzejmościami. Cios za cios, łokieć, bark, szarpnięcie. Bez żadnej elegancji. Bez miejsca na porządny zamach. Raz jeden miał przewagę, sekundę później Robert wbijał go plecami w ścianę i sytuacja obracała się znowu. Pistolet przez cały czas balansował niebezpiecznie pomiędzy nimi, lufa przeskakiwała z jednej strony na drugą, co chwilę ocierając się o niemal tors jednego lub drugiego. Za każdym razem, kiedy Visserowi wydawało się, że już ma odpowiedni kąt, by nacisnąć spust, Pravandovski szarpał ręką i broń znowu odchylała się o te kilka centymetrów za dużo. Na własne szczęście i nieszczęście jednocześnie.
Nie miał więc czasu zauważyć, że jego genialny plan właśnie szykował się do śmierci naturalnej.
Prawdopodobnie większość jego zjebanych planów działała, bo zazwyczaj była jeszcze Bianca; udało jej się przemieścić do bezimiennego i zatrzymać w momencie, w którym drzwi zaczęły się rozszczelniać. Sfrustrowany bezimienny nie miał oporów, aby uderzyć kobietę – na jego miejscu Visser pewnie też by nie miał – więc wyprowadził cios z łokcia, również z pięści, dbając o to, że w momencie, w którym ona i Visser przeżyją, będzie mógł szydzić z pięknej, ciemnej lamówki wokół jej oka.
Jeśli przeżyją.
Huk wystrzału z broni przedarł się przez warkot pracującego silnika z jednej ze stron. Nikt jednak z dwójki cały czas szarpiącej się o broń nie puścił. Nie osunął się na ziemię. Nie zachwiał. Tylko Pravandovski głupio się szczerzył, jak gdyby to on miał zaraz wygrać. W akcie desperacji i nagłej potrzeby wytarcia mu tego uśmiechu z gęby Visser w końcu ruszył głową – tyle, że w jego przypadku było to bardzo dosłowne. Zaskoczył Roberta, ostatecznie wyrywając mu broń z rąk. Kolejny huk wypełnił niewielkie wnętrze samolotu, kolejny i kolejny. Jeszcze jeden, kiedy Visser najwyraźniej próbował wpakować pół magazynku w leżącego już na ziemi agenta.
Został bezimienny, który szarpał się z Biancą, próbując jednocześnie dać jej popalić i, od momentu, w którym rozległ się wielokrotny wystrzał z broni, a on zorientował się, że jego kompan raczej mu nie pomoże, desperacko szarpał za mechanizm drzwi.
Nigdy jednak nie zdążył się już przekonać czy faktycznie potrafi je otworzyć.
Visser przełożył broń z prawej dłoni do lewej i dźwignął Navarro. Problem nie był zażegnany, bo jego część znajdowała się za drzwiami; ale przynajmniej kryzys wewnątrz został opanowany.
— Wyglądasz jak gówno, a to ja tutaj nie miałem ani prysznica, ani materaca. do spania  
i had a plan

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 25, 2026 11:09 pm
autor: Bianca Navarro
Nie miała czasu dogłębnie się zastanowić nad tym, co właściwie robił tu Robin Visser.
Powinien być w Meksyku, może w Holandii, może w Stanach Zjednoczonych. Gdzieś d a l e k o, gdzie mogły ponieść go nogi i skradzione samochody na przestrzeni ostatnich pięciu dni. Z pewnością nie powinien wkraczać do samolotu, do którego ona została wrzucona przez agentów, którzy planowali ją wywieźć z tego kraju cholera wie gdzie.
Przez myśl przeszło jej, że może też był przez nich porwany. Może tkwił w drugim samochodzie, który widziała, siedząc z tyłu i czekając na taki sam sąd, jaki czekał na nią. Teoria ta miała ręce i nogi, oraz wydawała się dużo bardziej prawdopodobna niż jego wtargnięcie tu z własnej i nieprzymuszonej woli, ale rozpadała się w obliczu reakcji dwójki mężczyzn na jego obecność.
Zostawiła sobie ten problem na później. O ile miało być jeszcze jakieś później.
Z szaleństwem w sercu uwiesiła się Roberta, marząc o tym, by sam jej ciężar zawieszony na jego szyi wystarczył by pozbawić go przytomności.
Marzenia były darmowe. Rzeczywistość, zaś, bardzo kosztowna.
Uderzenie pleców, których rany dopiero niedawno w pełni się zasklepiły wydarło dech z jej piersi, rozległo się echem w czaszce gdy wraz z nimi, uderzył w ścianę tył jej głowy. Pochyliła się mocniej, pragnąc uniknąć powtórki, wpijając paznokcie w jego skórę, wściekle zawieszona jego sylwetki, choć siła ta z każdym uderzeniem zdawała się z niej odpływać, aż wreszcie wylądowała na ziemi, a czyjaś pięść wylądowała na jej twarzy.
Uderzenie niemal ją ogłuszyło. Cofnęła się, potykając o coś leżącego na ziemi i lądując tuż obok tajemniczego przedmiotu, którym okazał się jakiś klucz. Przeszło jej przez myśl, że chyba nim wcześniej rzucił. Skąd, Visser, miałby pieprzony klucz?
Jej ręce szarpnęły, bezskutecznie usiłując uwolnić się z uwięzi. Zamrugała, zmuszając swoje oczy do posłuszeństwa, wzrok do odzyskania skupienia - po to, by dostrzec bezimiennego agenta walczącego z zamkniętą śluzą samolotu. Panika uderzyła w jej ciało jak piorun, posyłając energetyczną falę, pod wpływem której znów znalazła się na swoich nogach, znów nacierała na mężczyznę, który przewyższał ją gabarytami. Byle tylko ich nie otworzył.
Było w tym coś z n a j o m e g o.
Sposób, w jaki odruchowo, machinalnie dzielili się zadaniami, każde w pełni zorientowane w sytuacji. Wyczuwała jego obecność gdy szarpał się z Pravandovskim, widziała go kątem oka, tak jak i błysk broni pomiędzy nimi. Broni, która w pewnym momencie wystrzeliła - a ona w reakcji na to zamarła, jej głowa odwróciła się kontrolnie w stronę walczących mężczyzn upewniając, że kula, która wystrzeliła z pistoletu, nie trafiła w n i e g o.
Był to błąd.
Uderzenie znów wydarło powietrze z jej płuc, impet naruszył skórę przy łuku brwiowym, wypełniając powietrze znajomym smrodem krwi, którego miała już szczególnie dość. Przepełniająca ją wściekłość nie pozwoliła jej znów paść na ziemię, trzymała ją w pionie nawet, gdy jej plecy znów runęły na ścianę, dłonie desperacko usiłowały znaleźć oparcie, co było zadaniem szczególnie utrudnionym.
Któryś huk z kolei wreszcie zatrzymał to szaleństwo.
Został tylko jej ciężki oddech, ból rozdzierający połowę jej twarzy, zwłoki bezimiennego mężczyzny osuwające się po drzwiach, których nie udało mu się otworzyć.
I on, tkwiący obok niej z pistoletem w dłoni.
- Ciebie też zgarnęli? - zapytała ostrożnie, krótko, nawet jeśli podświadomie wiedziała, że jego słowa niosły ze sobą zupełnie innego rodzaju przysłanie - którego w tej chwili w żaden sposób nie chciała przyswajać. Oderwała się od ściany, trytytka wżynała jej się w nadgarstki jak w jakiejś pieprzonej zemście za kajdanki, które kazała mu sobie przypiąć. Rozejrzała się wokół za czymś ostrym, co mogłoby uwolnić jej ręce i pozwolić odzyskać odrobinę samodzielności. - Jeszcze jest pilot.

what's next on your genius plan, babe?