clean up the rot before it digs too deep
: śr wrz 23, 2026 3:31 pm
Przez chwilę naprawdę zamierzał zrobić dokładnie to, co jej powiedział. Wsiąść, ruszyć i pozwolić, żeby każde z nich zdechło od własnych decyzji osobno. Problem polegał na tym, że samochód, do którego wrócił, zdawał się robić wszystko, żeby zirytować go jeszcze bardziej. Drzwi zamknęły się z pustym, blaszanym trzaskiem, fotel ugiął pod nim z nieprzyjemnym skrzypnięciem, i jebało w nim starym mcdonaldem.
Visser zacisnął szczękę. Oczywiście. Stracił ludzi, pieniądze, własne ubrania, kilka samochodów i osobę, która właśnie po raz kolejny wybrała kierunek przeciwny do tego, który uważał za rozsądny; czemu więc miałby przynajmniej dostać auto, którego zawieszenie nie błagało o śmierć przy każdym uskoku asfaltu? No nie, lepiej mu dojebać całkowicie, prawda?
Oparł dłonie o kierownicę, przez sekundę patrząc na wyblakłe logo biedomarki pośrodku, jakby samo jego istnienie było kolejną osobistą zniewagą, i już miał wrzucić bieg, kiedy na parking wlało się białe światło reflektorów. Czarne sportowe BMW wtoczyło się pod dystrybutory niemal bezgłośnie, wypolerowane do tego stopnia, że światła stacji przesuwały się po lakierze jak po tafli szkła.
Spojrzał jeszcze raz na popękany plastik własnej deski rozdzielczej.
Pierwszy jego cios który padł jeszcze można było uznać za reakcję na agresywny ton i zachowanie – choć te były absolutnie zrozumiałe i całkiem sensowną opcją na moment, w którym ktoś próbuje ci ukraść auto. Kolejnego ciosu tak naprawdę nie potrzebował już do niczego; ani następnego oraz każdego kolejnego, który nastał po nich. Cofnął faceta za róg budynku, poza światło stacji, i tam zwyczajnie pozwolił, żeby wszystko, co od kilkunastu godzin trzymał w sobie na coraz krótszym łańcuchu, wreszcie się zerwało.
Przy Biance wciąż istniała klatka – miała jej twarz, jej głos, strach pojawiający się w oczach i to zasrane miejsce, które dawno temu zrobił dla niej po właściwej – choć z perspektywy dla niego: bardzo niewłaściwej – stronie własnych zasad; Tutaj nie już żadnego powodu, żeby zamknąć bestię z powrotem, kiedy już wyrwała się na zewnątrz.
Nie pamiętał później dokładnie momentu, w którym przestało chodzić o samochód. Może wtedy, gdy pierwsza krew została mu na knykciach; może dopiero wtedy, kiedy błaganie zaczęło mieszać się z ciężkim oddechem. Wiedział tylko, że ten brak oporu nie uspokoił go ani trochę. Przeciwnie, pozbawiony konieczności reagowania na cokolwiek poza własnym gniewem, stał się jeszcze brutalniejszy, jak zwierzę, które przez zbyt długi czas rzucało się na pręty, aż ktoś wreszcie zostawił otwarte drzwiczki.
Złapał mężczyznę za włosy, poderwał mu głowę i uderzył nią o ścianę. Raz. Drugi. Za trzecim rozległ się trzask a na ścianie została ciemna smuga, która zaczęła spływać po elewacji. Jeszcze jedno uderzenie wgniotło skroń w cegłę z krótkim, paskudnym trzaskiem, po którym ciało mężczyzny zrobiło się w jego rękach cięższe, pozbawione nawet tych ostatnich odruchowych prób osłonięcia się przed kolejnym ciosem. Ale nawet wtedy go nie wypuścił. Zrobił to dopiero, kiedy zamalował szeroko szkarłatem elewację i kiedy już cokolwiek przestało trzaskać pod kolejnym uderzeniem buta w nieruchome ciało.
Zostawił, kiedy jego własne mięśnie zaczęły drżeć od zmęczenia.
Złapał to, co kiedyś było właścicielem samochodu, pod ramionami i przeciągnął po asfalcie do stojącego nieopodal kontenera. Ciało uderzyło o metal przy wrzucaniu do środka, pokrywa zamknęła się z głuchym trzaskiem, a kilka chwil później Visser siedział już za kierownicą auta, które w r e s z c i e nie wyglądało, jakby miało rozpaść się przy pierwszej większej dziurze. Mięciutka, pachnąca skóra pod plecami, ciężka kierownica pod palcami, świecący komputer pokładowy z cienkim ekranem i cudowny zapach choinki zapachowej – tej zielonej; wszystko było bliskie temu, do czego przywykł. Do czego był przyzwyczajony.
Przetarł knykcie o materiał spodni, pozwalając, żeby ostatnie resztki tamtego dzikiego, rozszalałego czegoś wróciły gdzieś pod skórę i dopiero wtedy spojrzał na drogę, którą kilka minut wcześniej zniknęła Navarro.
Zacisnął palce na kierownicy, zacisnął je niemal boleśnie, z całej siły próbując zdławić myśl, która świdrowała namolnie jego umysł. Jebana Navarro nawet jak jej nie było obok, zatruwała mu umysł.
I nie powinien był, absolutnie nie powinien, w ogóle o tym myśleć.
Ani tym bardziej, chwilę później, wdeptywać pedał gazu w podłogę samochodu, który z przyjemnie satysfakcjonującym rykiem wyrwał naprzód ekspresówką, płynnie omijając wolniej poruszające się przeszkody rozlane po trzech pasach. Przeanalizował spojrzeniem pierwsze znaki, odnotowując z obrzydliwie niekomfortową dla niego satysfakcją, że nie było żadnego pobliskiego zjazdu, który musiałby uwzględnić próbując namierzyć Navarro.
Jego spojrzenie przesuwało się po tablicach rejestracyjnych mijanych samochodów, w poszukiwaniu jedynej kombinacji, która go interesowała i była całkowicie spójna z tą, która widniała na blachach tandetnego klekota, którym oddaliła się Navarro.
Galopadę bezsensownych przemyśleń – splot własnych wyrzutów sumienia i konsekwentnych prób zwyzywania siebie od debili, kretynów i żałosnych pantoflarzy – na moment uciszył, aby obrócić w umyśle jedną z informacji, którą mu podała w ramach pożegnania. Samo nie jedź przez Winnipeg Navarro jeszcze mogłaby wnioskować operacyjnie. Ale wszystko to o Thunder Bay, o konkretnym jeziorze, konkretnym kutrze i konkretnym kapitanie nie pasowało do agentki FBI.
Jego umysł dopatrywał się w tym jednego, żałosnego jak sam Visser, wyjaśnienia – to pozostałość poysiącu dwustu siedemdziesięciu ośmiu dniach Ortegi co oznaczało, że Bianca wchłonęła znacznie więcej kartelowego know-how, niż pewnie sama chciałaby przyznać i potrafiła od siebie odciąć.
Wypatrzył znajome blachy kilka minut później. Zwolnił jednak, zanim zdołał przykleić się jej do zderzaka, pozwalając, żeby pomiędzy nimi zostało kilka samochodów. Nie musiała wiedzieć, że za nią jechał. W zasadzie – nie chciał, aby wiedziała. Bo to byłoby już wyjątkowo żałosne, a nie chciał, aby podniesiono poziom jego żenady do potęgi trzeciej.
Po prostu nie ufał temu jej pieprzonemu przyjacielowi. Człowiek, który stworzył Ortegę, wiedział, gdzie ją wysłano i do kogo; a teraz Bianca zamierzała postawić na niego własne życie tylko dlatego, że kiedyś miała powód nazywać go swoim i on jej jeszcze nie zdążył realnie nastraszyć dłońmi wokół karku czy groźbą śmierci – której notabene nigdy nie wykonał.
Eres de los míos.
Powiedział jej to wcześniej i, na własne nieszczęście, nadal było prawdą. Jebało to w jego umyśle wszystkie konstrukcje po całości. Był najwyraźniej niezdrowy na umyśle i należało stwierdzić to nie przez fakt, że chwilę temu skatował mężczyznę a potem jego trupa. Tylko dlatego, że mając realną drogę ucieczki i tak się jej nie trzymał. Trzymał się, kurwa, ogona Navarro. Mogła odjechać od niego, wybrać inną drogę i innego człowieka do pomocy, ale dopóki on nie wiedział, czy ten człowiek nie wbije jej noża w plecy przy pierwszej okazji, nie zamierzał pozwolić jej zniknąć mu z oczu.
A pomoże jej, oczywiście, tylko dlatego, żeby móc wyskoczyć zza rogu i z całą satysfakcją wykrzyczeć jej prosto w twarz ‘mówiłem, że tak kurwa będzie’. Tylko, kurwa, dlatego.
good luck my ass
Visser zacisnął szczękę. Oczywiście. Stracił ludzi, pieniądze, własne ubrania, kilka samochodów i osobę, która właśnie po raz kolejny wybrała kierunek przeciwny do tego, który uważał za rozsądny; czemu więc miałby przynajmniej dostać auto, którego zawieszenie nie błagało o śmierć przy każdym uskoku asfaltu? No nie, lepiej mu dojebać całkowicie, prawda?
Oparł dłonie o kierownicę, przez sekundę patrząc na wyblakłe logo biedomarki pośrodku, jakby samo jego istnienie było kolejną osobistą zniewagą, i już miał wrzucić bieg, kiedy na parking wlało się białe światło reflektorów. Czarne sportowe BMW wtoczyło się pod dystrybutory niemal bezgłośnie, wypolerowane do tego stopnia, że światła stacji przesuwały się po lakierze jak po tafli szkła.
Spojrzał jeszcze raz na popękany plastik własnej deski rozdzielczej.
Pierwszy jego cios który padł jeszcze można było uznać za reakcję na agresywny ton i zachowanie – choć te były absolutnie zrozumiałe i całkiem sensowną opcją na moment, w którym ktoś próbuje ci ukraść auto. Kolejnego ciosu tak naprawdę nie potrzebował już do niczego; ani następnego oraz każdego kolejnego, który nastał po nich. Cofnął faceta za róg budynku, poza światło stacji, i tam zwyczajnie pozwolił, żeby wszystko, co od kilkunastu godzin trzymał w sobie na coraz krótszym łańcuchu, wreszcie się zerwało.
Przy Biance wciąż istniała klatka – miała jej twarz, jej głos, strach pojawiający się w oczach i to zasrane miejsce, które dawno temu zrobił dla niej po właściwej – choć z perspektywy dla niego: bardzo niewłaściwej – stronie własnych zasad; Tutaj nie już żadnego powodu, żeby zamknąć bestię z powrotem, kiedy już wyrwała się na zewnątrz.
Nie pamiętał później dokładnie momentu, w którym przestało chodzić o samochód. Może wtedy, gdy pierwsza krew została mu na knykciach; może dopiero wtedy, kiedy błaganie zaczęło mieszać się z ciężkim oddechem. Wiedział tylko, że ten brak oporu nie uspokoił go ani trochę. Przeciwnie, pozbawiony konieczności reagowania na cokolwiek poza własnym gniewem, stał się jeszcze brutalniejszy, jak zwierzę, które przez zbyt długi czas rzucało się na pręty, aż ktoś wreszcie zostawił otwarte drzwiczki.
Złapał mężczyznę za włosy, poderwał mu głowę i uderzył nią o ścianę. Raz. Drugi. Za trzecim rozległ się trzask a na ścianie została ciemna smuga, która zaczęła spływać po elewacji. Jeszcze jedno uderzenie wgniotło skroń w cegłę z krótkim, paskudnym trzaskiem, po którym ciało mężczyzny zrobiło się w jego rękach cięższe, pozbawione nawet tych ostatnich odruchowych prób osłonięcia się przed kolejnym ciosem. Ale nawet wtedy go nie wypuścił. Zrobił to dopiero, kiedy zamalował szeroko szkarłatem elewację i kiedy już cokolwiek przestało trzaskać pod kolejnym uderzeniem buta w nieruchome ciało.
Zostawił, kiedy jego własne mięśnie zaczęły drżeć od zmęczenia.
Złapał to, co kiedyś było właścicielem samochodu, pod ramionami i przeciągnął po asfalcie do stojącego nieopodal kontenera. Ciało uderzyło o metal przy wrzucaniu do środka, pokrywa zamknęła się z głuchym trzaskiem, a kilka chwil później Visser siedział już za kierownicą auta, które w r e s z c i e nie wyglądało, jakby miało rozpaść się przy pierwszej większej dziurze. Mięciutka, pachnąca skóra pod plecami, ciężka kierownica pod palcami, świecący komputer pokładowy z cienkim ekranem i cudowny zapach choinki zapachowej – tej zielonej; wszystko było bliskie temu, do czego przywykł. Do czego był przyzwyczajony.
Przetarł knykcie o materiał spodni, pozwalając, żeby ostatnie resztki tamtego dzikiego, rozszalałego czegoś wróciły gdzieś pod skórę i dopiero wtedy spojrzał na drogę, którą kilka minut wcześniej zniknęła Navarro.
Zacisnął palce na kierownicy, zacisnął je niemal boleśnie, z całej siły próbując zdławić myśl, która świdrowała namolnie jego umysł. Jebana Navarro nawet jak jej nie było obok, zatruwała mu umysł.
I nie powinien był, absolutnie nie powinien, w ogóle o tym myśleć.
Ani tym bardziej, chwilę później, wdeptywać pedał gazu w podłogę samochodu, który z przyjemnie satysfakcjonującym rykiem wyrwał naprzód ekspresówką, płynnie omijając wolniej poruszające się przeszkody rozlane po trzech pasach. Przeanalizował spojrzeniem pierwsze znaki, odnotowując z obrzydliwie niekomfortową dla niego satysfakcją, że nie było żadnego pobliskiego zjazdu, który musiałby uwzględnić próbując namierzyć Navarro.
Jego spojrzenie przesuwało się po tablicach rejestracyjnych mijanych samochodów, w poszukiwaniu jedynej kombinacji, która go interesowała i była całkowicie spójna z tą, która widniała na blachach tandetnego klekota, którym oddaliła się Navarro.
Galopadę bezsensownych przemyśleń – splot własnych wyrzutów sumienia i konsekwentnych prób zwyzywania siebie od debili, kretynów i żałosnych pantoflarzy – na moment uciszył, aby obrócić w umyśle jedną z informacji, którą mu podała w ramach pożegnania. Samo nie jedź przez Winnipeg Navarro jeszcze mogłaby wnioskować operacyjnie. Ale wszystko to o Thunder Bay, o konkretnym jeziorze, konkretnym kutrze i konkretnym kapitanie nie pasowało do agentki FBI.
Jego umysł dopatrywał się w tym jednego, żałosnego jak sam Visser, wyjaśnienia – to pozostałość poysiącu dwustu siedemdziesięciu ośmiu dniach Ortegi co oznaczało, że Bianca wchłonęła znacznie więcej kartelowego know-how, niż pewnie sama chciałaby przyznać i potrafiła od siebie odciąć.
Wypatrzył znajome blachy kilka minut później. Zwolnił jednak, zanim zdołał przykleić się jej do zderzaka, pozwalając, żeby pomiędzy nimi zostało kilka samochodów. Nie musiała wiedzieć, że za nią jechał. W zasadzie – nie chciał, aby wiedziała. Bo to byłoby już wyjątkowo żałosne, a nie chciał, aby podniesiono poziom jego żenady do potęgi trzeciej.
Po prostu nie ufał temu jej pieprzonemu przyjacielowi. Człowiek, który stworzył Ortegę, wiedział, gdzie ją wysłano i do kogo; a teraz Bianca zamierzała postawić na niego własne życie tylko dlatego, że kiedyś miała powód nazywać go swoim i on jej jeszcze nie zdążył realnie nastraszyć dłońmi wokół karku czy groźbą śmierci – której notabene nigdy nie wykonał.
Eres de los míos.
Powiedział jej to wcześniej i, na własne nieszczęście, nadal było prawdą. Jebało to w jego umyśle wszystkie konstrukcje po całości. Był najwyraźniej niezdrowy na umyśle i należało stwierdzić to nie przez fakt, że chwilę temu skatował mężczyznę a potem jego trupa. Tylko dlatego, że mając realną drogę ucieczki i tak się jej nie trzymał. Trzymał się, kurwa, ogona Navarro. Mogła odjechać od niego, wybrać inną drogę i innego człowieka do pomocy, ale dopóki on nie wiedział, czy ten człowiek nie wbije jej noża w plecy przy pierwszej okazji, nie zamierzał pozwolić jej zniknąć mu z oczu.
A pomoże jej, oczywiście, tylko dlatego, żeby móc wyskoczyć zza rogu i z całą satysfakcją wykrzyczeć jej prosto w twarz ‘mówiłem, że tak kurwa będzie’. Tylko, kurwa, dlatego.
good luck my ass