Strona 1 z 1

is blood thicker than water?

: czw paź 23, 2025 9:29 pm
autor: helena peregrine
14
Przez całe życie była święcie przekonana, że rodzina od strony matki dawno nie żyje. A przynajmniej jej rodzice – dziadkowie Heleny. Nie miała pojęcia o tym, że Grace miała siostrę. Nawet nie przyszło jej do głowy, by kogokolwiek szukać, gdy po raz pierwszy zabierała się za poszukiwania swojej matki.
Na długi czas zaprzestała poszukiwań; przerosło ją to. Nie wiedziała, co byłoby gorsze – odnalezienie matki żywej, czy... nie. Pragnęła odpowiedzi, a jednocześnie nie mogła znieść tego, co by dla niej oznaczały. Czuła, że nie mogła pozwolić sobie na zdestabilizowanie swojego życia – a do tego nieuchronnie prowadziło szukanie rodzicielki, której nie widziała od dwudziestu pięciu lat.
Sama nie wie, co dokładnie popchnęło ją do tego, żeby sprawdzić jej krewnych. Wpisywała w jakieś dokumenty panieńskie nazwisko matki i chyba sam fakt, że nie wpadła wcześniej na ten kierunek poszukiwań skłonił ją do tego, by następnego dnia w pracy przeprowadzić w czasie lunchu małe dochodzenie. Sądziła, że nikogo nie znajdzie. A tu proszę.

Miała rodzinę. I to tutaj, w Toronto. Ciotkę i kuzynkę.
Kto by pomyślał?

Początkowo nic z tym nie robi. Bo i co? Nie ma pojęcia, co począć z tą informacją – ale zapamiętuje dokładny adres Lisy Bell. W końcu mieszka niemalże na tej samej ulicy, co Helena. Ledwie przecznicę i kilka bloków dalej, praktycznie za rogiem. Za każdym razem, gdy przechodzi obok drzwi do tego bloku, patrzy w górę, na okna – jakby miała zobaczyć w oknie twarz niezaprzeczalnie podobną do swojej. Głupie, ale nie może się powstrzymać.

Gdy tego dnia wraca ze spożywczaka, jakaś starsza pani próbuje wydostać się z klatki schodowej z wypchanym i niestabilnym wózkiem na zakupy; nie idzie jej to najlepiej, więc Peregrine odruchowo przytrzymuje jej drzwi. I nie puszcza ich, nawet gdy baba obrzuca ją oceniającym spojrzeniem, a potem oddala się ulicą. Trzyma je tak przez kilka sekund – a potem impulsywnie wchodzi do środka. Odnajduje drzwi z odpowiednim numerem i dzwoni.
Kręci sama do siebie głową, ale nie ma czasu zastanowić się nad tym, co najlepszego robi, bo drzwi otwierają się.

Na chwilę marszczy niepewnie brwi; na pierwszy rzut oka drobna kobieta nie wygląda na kogoś, z kim mogłaby być spokrewniona. Ale równie dobrze jej kuzynka mogła mieszkać ze współlokatorami.
Szukam Lisy Bell? — rzuca, ni to twierdząco, ni pytająco. Wolną ręką odgarniając włosy z twarzy. Drugą ściska głupio siatkę z zakupami. Mogła przynajmniej odnieść je do domu.

Lizzie Bell

is blood thicker than water?

: pt paź 24, 2025 12:24 am
autor: Lizzie Bell
#1
Nie znosiła niedziel tak bardzo, że najchętniej wysłałaby oficjalne pismo do samego prezydenta, żeby w tym kraju wycięto ten cholerny dzień z kalendarza. W każdą niedzielę stawała się bowiem totalnym wrakiem człowieka – obitym i przemielonym do tego stopnia, że czuła niemalże wszystkie obolałe mięśnie swojego ciała. A winowajcą była sobota, bo wtedy klub najmocniej pękał w szwach i tylko sam Madox wiedział co musiałoby się stać, żeby dostała wolny weekend. Tak więc umierała i zmartwychwstawała pod koniec każdego tygodnia, udając zawzięcie, że ani trochę jej to nie ruszało.
Miała wrażenie, że spała zaledwie godzinę, zanim obudził ją dźwięk dzwonka do drzwi. Kawalerka była tak mała, a dzwonek tak głośny, że ożywiłby nawet trupa. Zerwała się, przykryta pościelą po czubek nosa. Roztrzepane włosy, każdy w inną stronę; pozostałości niedomytego tuszu do rzęs pod oczami; t-shirt, który sięgał kolan – nie wiadomo czyj, ale z pewnością nie jej; mina świadcząca o tym, że jeszcze nie do końca się obudziła. Wstała z łóżka i lekko chwiejnym krokiem ruszyła w stronę drzwi.
Jezu… — jęknęła, starając się iść prosto. Musiała rozchodzić ból mięśni.
Dopadła zamka, a później klamki i ledwo myśląc co właściwie robi, pociągnęła za nią. Oto miała przed sobą… jakąś dziewczynę. Gdyby nie była tak zaspana (a raczej niewyspana), pomyślałaby dwa razy zanim otworzyłaby drzwi. Po pierwsze, starała się być czujna, zwykle zerkała przez wizjer i oceniała sytuację. Po drugie, znała zbyt wielu podejrzanych ludzi, żeby tego nie robić. Oparła się o te drzwi, przytrzymując ramieniem o klamkę i zlustrowała nieznajomą zdezorientowanym wzrokiem spod przymrużonych powiek, od twarzy po samą siatkę z zakupami.
No… to ja.
Najwyraźniej wciąż nie myślała. Mogła powiedzieć, że to pomyłka. Odchrząknęła, bo miała zachrypnięty głos. Im dłużej na nią patrzyła, tym bardziej nie wiedziała, kim była.
Nowa sąsiadka? — Wtedy przypomniała sobie słowa jednego gościa, któremu wisiała trochę hajsu. — Czekaj, wiem, jesteś od Charliego — wtrąciła, pstrykając palcami. — To już nieaktualne, wszystko mu oddałam, także spoko — wyrzuciła z siebie na jednym tchu, słodko się przy tym uśmiechając. Aż za słodko. Gadała bzdury, bo niczego mu jeszcze nie oddała, ale trzeba było się jakoś ratować, więc… powoli zaczęła zamykać drzwi.

helena peregrine

is blood thicker than water?

: śr lis 05, 2025 4:45 pm
autor: helena peregrine
Huh? — Nie popisuje się szczególnym refleksem, kiedy Lisa Bell próbuje ustalić, z kim ma do czynienia. Mruga przez chwilę zawzięcie, i na tyle długo zajmuje jej przyzwyczajenie się do myśli, że niska, ciemnowłosa kobieta stojąca w progu jest jej rodziną, że ta zaczyna zamykać drzwi, a Peregrine instynktownie przytrzymuje je dłonią. — Nie, czekaj, nie jestem tu po żadną kasę — mówi. Cóż, w końcu znalazło się jakieś rodzinne podobieństwo. Przytrzymuje te drzwi, torba z zakupami dynda jej z nadgarstka, a Helena przez chwilę zagląda przez szczelinę w drzwiach, patrząc kuzynce w oczy. Bell może z bliska przyjrzeć się dezorientacji wypisanej na twarzy informatyczki – z pewnością nie tak wygląda żaden windykator, który próbuje zebrać czyjeś długi.

Jestem Helena, Grant. Znaczy... Peregrine, ale to nieważne — zaczyna kulawo, próbując zebrać do kupy chaos w swojej głowie. Być może gdyby nie przyszła tu zupełnie impulsywnie, miałaby przygotowaną jakąś kwestię. "Jesteś moją zaginioną kuzynką" albo "mamy wspólne korzenie" pewnie brzmiałoby lepiej. — Moja matka nazywała się Grace Bell. I jeśli nic się nie wyjebało w moich poszukiwaniach, to jesteś córką jej siostry, Dakoty? — mówi, już odrobinę bardziej składnie, chociaż to wciąż mogło być dużo – rzucone w progu drzwi przez nieznajomą osobę. Krew krwią, ale sama Helena nie była szczególnie skora do wpadania sobie w ramiona i organizowania rodzinnych zlotów. Rozmowa chodziła jej po głowie ze względu na poszukiwania matki, ale to tyle. Przyjście tutaj było impulsem. Nie spodziewa się więc także szczególnie entuzjastycznej reakcji ze strony Lisy. — To by znaczyło, że jesteśmy, ee... kuzynkami — podsumowuje. A potem mierzy kobietę spojrzeniem, już bardziej przytomnym – wiele szczegółów dociera do niej dopiero teraz. Na przykład za duży t-shirt, rozmazany i wczorajszy makijaż, a także ogólny stan sennej dezorientacji. — Jeśli przychodzę w złym momencie, to zawsze mogę wrócić później. Albo nigdy, to też opcja — mówi, wzruszając lekko ramionami i drapiąc się w zamyśleniu po potylicy.

Lizzie Bell

is blood thicker than water?

: wt lut 03, 2026 1:51 pm
autor: Lizzie Bell
„Nie, czekaj, nie jestem tu po żadną kasę”.
Poczuła jak zjeżyły jej się włosy, gdy nieznajoma przytrzymała dłonią drzwi. Skoro nie była tam po pieniądze, to po co? Raptownie milion myśli na sekundę: na bank ktoś ją nasłał-a co jak z tej torby wyciągnie nóż-a co jak mnie zabije? Zerknęła za siebie w lekkim popłochu.
Wiesz co… to serio jakaś pomyłka… — rzuciła cicho, ciągnąc za klamkę w swoją stronę. Już się chciała zacząć szarpać, napotykając opór, lecz następne słowa tej kobiety sprawiły, że aż otworzyła usta ze zdziwienia.
Helena Grant nic jej nie mówiła, tym bardziej Peregrine, ale to wspomnienie jakiejś Grace Bell, a później pytanie czy Liz była córką Dakoty? Ba, najwyraźniej była też kuzynką stojącej naprzeciwko Heleny, którą widziała pierwszy raz w życiu.
Że co? — parsknęła. — No jestem jej córką. Ale jaja.
Próbowała sobie przypomnieć, kiedy matka wspominała o swojej siostrze, ale wszystko zlewało się w jedną niekompletną całość, z której nie dało się wywnioskować niczego konkretnego. Sama do końca nie pamiętała czy Dakota Bell nazywała siostrę Grace, czy może Gracianą, choć znając jej bujną wyobraźnię bardzo możliwe, że przedstawiała ją jako kogoś, kim nawet nie była. Matka Lizzie uwielbiała dorzucać do każdej opowieści swoje trzy, wymyślone centy.
Nie! — uniosła się, zaprzeczając, że przyszła w złym momencie. Co prawda wybudziła Liz po męczącej nocce, aczkolwiek ta chyba właśnie przestała potrzebować kawy. — Znaczy, trochę tak, ale kurwa, właź — dodała zaraz bez namysłu, otwierając szerzej drzwi. Wizja, że Helena z zakupowej siaty wyciąga nóż w jej kierunku, nagle stała się absurdalna.
Sama schowała się do środka, spoglądając na bałagan, który zostawiła wczoraj przed wyjściem z domu. Odgarnęła włosy do tyłu i odwróciła się w kierunku Heleny z wciąż rozbawioną miną.
Matka coś wspominała, że ciotka nie żyje… czy tam wyjechała? Raczej, że nie żyje. — Wzruszyła ramionami. — O kuzynce nawet nie wiedziałam. Oby to nie była ściema, bo kasy nie mam. — Uniosła brwi, łapiąc się pod boki. Musiała sprostować sytuację, w razie wu, gdyby jednak wpuściła do mieszkania obcą wyłudzaczkę. — No więc… tak sobie stwierdziłaś, że zaczniesz szukać rodziny, czy co? Jak mnie w ogóle znalazłaś?
Lustrowała nieznajomą kuzynkę od stóp do głów i chyba nadal to do niej nie docierało. Czego tu właściwie szukała? Może wcale tą kuzynką nie była?

helena peregrine