Strona 1 z 1

chapter two: his last step

: wt gru 02, 2025 10:32 pm
autor: Galen L. Wyatt
55
His last step wasn’t the fall.
It was the moment he let her touch him.
Życie znowu sypało mu się na głowę. Chociaż Galen już chyba powinien się do tego przyzwyczaić. Kiedy u niego wszystko szło jakoś po jego myśli? Kiedy było dobrze?
Jakieś krótkie momenty. Jakaś iluzja szczęścia, która jednak okazała się bolesnym rozczarowaniem.
Kolejnym już.
A Galen Wyatt wcale nie był taki silny, jak zawsze powtarzał. Bo on też, tam gdzieś głęboko na dnie duszy, miewał te swoje epizody depresyjne, które kiedyś przecież prawie tak ładnie go zmiotły z powierzchni tego świata. A jednak go wtedy odratowali. Ale dzisiaj go może wcale nie odratują?
Może dzisiaj to będzie ten dzień, w którym okaże się, czy Galen był jednak dobrym człowiekiem i pójdzie do nieba, albo od razu na samo dno piekła? Wolałby piekło, bo kiedy szedł po tej zaśnieżonej ulicy w tych pięknych, skórzanych bucikach za kilka tysięcy dolarów, to stopy niemiłosiernie mu zmarzły. Cały był przemarznięty, bo jednak ten dobrze skrojony, garnitur od Armaniego też wcale nie nadawał się na takie eskapady. Zdecydowanie bardziej pasował do przytulnego, cieplutkiego biura. A nie do tego długiego mostu, który Wyatt już pokonał w połowie. Zatrzymał się na środku, rozejrzał w prawo i w lewo, jakby rzeczywiście mierzył, czy to jest sam środek. Musiało być na środku. W liście pożegnalnym napisał, że rzuci się na środku mostu Cherry Street Bridge, bo miało być sentymentalnie. Tylko... że on wcale nie napisał żadnego listu pożegnalnego. Właściwie to kilka godzin temu nawet nie chciał się żegnać, ale teraz, kiedy obok niego, w śniegu wylądowała ta na wpół wypita butelka whisky, to chciał.
Chciał się pożegnać z całym światem zanim to zrobi.
Tylko, że Galen Wyatt tak naprawdę nie miał się z kim żegnać, na palcach jednej ręki mógłby policzyć takie osoby.
A może ich nie było nawet wcale?
Zacisnął palce na zamarzniętej barierce i wychylił się do przodu.
- Szybko pójdzie... - mruknął sam do siebie. Ale kiedy ten jego drogi but wylądował na barierce, to najpierw się z niej ześlizgnął - no kurwa... - mruknął znowu Wyatt, a on przecież nie przeklinał. Ale chyba dzisiaj już mógł, jedno dodatkowe przekleństwo przed śmiercią, kto by to liczył? Niektórzy mają na sumieniu zdecydowanie więcej grzechów.
- Ale nie handel ludźmi... - powiedział do siebie. Tylko, że Galen Wyatt wcale nie handlował żywym towarem, tylko stalowymi konstrukcjami. A jednak jego nazwisko wciąż nie zostało oczyszczone.
Czy on naprawdę chciał umrzeć...
- Jako kryminalista - i kiedy on tak prowadził te swoje wewnętrzne, i nie tylko, monologi, to w tym czasie już jakoś przeszedł przez tę barierkę i stanął po drugiej stronie. Wtedy zaczęły się kolejne wątpliwości. A co jeśli spadnie i wcale nie umrze?
Morgan wpadła do wody i nie umarła.
Ale jest tak zimno, że na pewno już sam szok termiczny go zabije... Ale co jeśli na dole jest lód? A on tylko o niego uderzy i złamie kręgosłup, aż się skrzywił, a później pochylił do przodu, żeby się lepiej przyjrzeć, czy tam jest lód. Tylko, że z tej wysokości to było niewykonalne, a jednak Galen zatoczył się jakoś niebezpiecznie i złapał za barierkę.
- Do ilu się liczy przed skokiem? - zapytał sam siebie i zamknął na moment oczy. Do dziesięciu? Tak jak zawsze liczył, żeby uspokoić nerwy. Do dziesięciu, żeby się wyciszyć.
I skoczyć.
Jeden.

Elena Santorini

chapter two: his last step

: śr gru 03, 2025 3:21 pm
autor: Elena Santorini
you can't bribe the door
on your way to the sky
outfit
Święta były jej ulubionym okresem w ciągu roku. Kiedyś.
Lubiła błysk świątecznych dekoracji zdobiący jej ulubione ulice Mediolanu. Lubiła uczucie Włoskiej zimy, rześkość powietrza na tyle chłodnego, by zabarwiło pieszczone policzki różem, a zarazem niewystarczająco by przedostało się do kości i zmroziło ich szpik. Uwielbiała klimat palonego w restauracyjnych ogródkach ognia, bańki ciepła, w której zaszywała się z lampką wina i kupioną po drodze książką. Kochała swoje płaszcze, wszystkie, co do jednego - każdy jeden wart tyle, ile jej roczny czynsz w Parkdale. Wszystkie były na tyle ciepłe, by przeciwstawić się co najwyżej zerowej temperaturze - jeden z nich zebrała nawet ze sobą.
I szybko odkryła, że kurewsko nie lubiła zimy w Toronto.
Tej prawdziwej, nieudawanej, w której temperatura spadała poniżej zera, a jej buty szybko przemakały w zetknięciu z grubym śniegiem. Tej, do której nie był stworzony zabrany ze sobą płaszcz - piękny, ciemny, skórzany, w kolorze załamanego granatu, który w szybko zapadającej, Kanadyjskiej nocy wyglądał na czarny. Za każdym razem gdy wychodziła ze swojego ciasnego mieszkania marzła do głębi niezależnie od tego, ile swetrów założyła na siebie pod spód. A jednak trzymała się tego płaszcza - tej jednej pamiątki po swoich świętach na ojczystej ziemi, jednej pamiątki życia, które wiodła niegdyś. W swojej upartości oczekiwała, że Toronto dostosuje się do niej, podczas gdy ona przez rok życia tutaj nie potrafiła dostosować się do Toronto.
Klnąc pod nosem na swoje zdrętwiałe nogi, na ten cholerny wiatr, który nieustannie dął na tym moście, na taksówkarza, który krążył przez piętnaście minut nim odwołał jej przejazd, nawet nie spostrzegła w tym zimnie pojedynczej sylwetki wspinającej się na barierkę. Była aż nadzwyczaj świadoma tego, że wokół nie było nikogo innego - ale chłód zmroził też jej paranoję, jej krok był szybki i bez strachu o to, że coś mogłoby się wydarzyć tutaj, na środku tego lodowego pustkowia, w samym sercu głębokiej nocy. Czarna sylwetka mężczyzny przechodzącego przez barierkę zlewała się z konstrukcją mostu, z oddali wydawała się jedynie mirażem, figlem płatanym jej przez zmęczony umysł.
Póki nie podeszła bliżej.

I nawet wtedy, gdy była o kilka kroków - zagłuszonych przez wycie wiatru - od siłującego się ze swoimi myślami nieznajomego, przez boleśnie długą chwilę nie rejestrowała tego, co właściwie się działo. Ponieważ tak, stał blisko barierki - a w zasadzie to chyba po jego złej stronie? I tak, w białym puchu obok widziała znajomy kształt, jakby butelkę, jakby alkoholu, w dodatku w dużej mierze wypitego. I tak, wokół nie było nikogo innego, nie mógł przecież na nikogo czekać, o tej porze, na środku mostu...
Mrugnęła, gdy świadomość tego co planował zrobić, powoli zakorzeniła się w jej głowie. Zaraz po tym, w jej myślał przemknęło siarczyste przekleństwo. To się n i e m o g ł o dziać. Nie teraz, nie kiedy wokół nie było n i k o g o innego, kto mógłby interweniować.
Bo panika, która zagościła w sercu Santorini, tylko po części związana była ze strachem o los mężczyzny, który spoglądał prosto w przepaść. W tej innej części wynikała z egoistycznej myśli - dlaczego to mi musiało się przytrafić?
- Do dziesięciu. - jej słowa wybrzmiały lekko gdy stanęła obok, opierając się rękoma o barierkę - z drugiej, tej bezpiecznej strony. Kątem oka powiodła spojrzeniem po mężczyźnie, spodziewając się kogoś innego. Był młody, przystojny, ubrany w ten sposób, jakby właśnie opuścił wystawne przyjęcie - albo spotkanie inwestorskie, które nie poszło po jego myśli.
Przechyliła się nieco przez barierkę, zerkając w dół, marszcząc brwi widząc dystans, który wyglądał dość morderczo.
- Cokolwiek ci tam wpadło, na pewno da się odkupić - rzuciła z nutą lekkości, jakby nie miała pojęcia, co planował przed chwilą, jakby wyglądając przez barierkę mogła dostrzec ten telefon, zegarek, portfel - cokolwiek, co byłoby w jakimś świecie warte skoku.

Galen L. Wyatt

chapter two: his last step

: śr gru 03, 2025 7:26 pm
autor: Galen L. Wyatt
Dlatego Galen wybrał ten most. Odosobniony, cichy, zasypany tym białym puchem. O to w tym wszystkim chodziło, że nie było tu nikogo, kto mógłby mu powiedzieć - Nie rob tego Galen.
Wyatt sam nie wiedział, czy chce to zrobić. W jednym momencie wiedział i chciał, a zaraz w kolejnym, z kolejnym uderzeniem serca, myślał sobie - po co? Kiedy tyle rzeczy jeszcze mogło się w jego życiu wydarzyć. Przecież kiedyś już przez to przechodził. Nie raz, dwa razy. Umieranie było... do dupy.
Ale może tym razem będzie lepsze?
Bo może tym właśnie razem już nikt nie zdoła go wyrwać z objęć Śmierci. Zanim ktoś go zauważy, to on skona tam na tym lodzie. Tylko lód jest taki twardy, a Galen Wyatt nawet materac musiał mieć miękki. Jakby najpierw podłożył tam na dole materac? Albo wynajął kogoś, kto zrobi to za niego. Przecież on miał na to pieniądze. Albo mógł nawet wynająć kogoś, kto zabije go w jakiś lekki i przyjemny sposób, lepszy niż złamanie karku na lodowej tafli. Mógłby to zrobić.
Kiedy po głowie chodziło mu znowu dużo tych abstrakcyjnych myśli, i kiedy padło to pytanie, do ilu on musi liczyć, to przecież wcale nie spodziewał się odpowiedzi.
Bo kto miał mu odpowiedzieć? Wiatr?
Anioł stróż?
W skórzanym płaszczu? W pierwszej chwili, trochę w szoku obejrzał się przez ramię i musiał mocniej przytrzymać oblodzonej barierki, bo znowu ten drogi but, z włoskiej skóry ślizgnął się na lodzie.
- Czy to zawsze musi być do dziesięciu? - zapytał bardziej siebie niż jej, ale przejechał wzrokiem po jej sylwetce. Zdecydowanie jakieś dobre duchy tak nie wyglądały, zjawy chyba też nie, chociaż...
- Nie mieli skrzydeł? Czy białych sukienek? - aż wywrócił tymi niebieskimi ślepiami - no i powinnaś chyba zacząć od, nie skacz, a nie do dziesięciu - może była nowa? Albo Galen Wyatt jednak nie zasługiwał na jakiegoś dobrego Anioła Stróża. Tylko na jakiegoś początkującego. Jest też opcja, że ona wcale nie była zjawą i Galen nawet przez chwilę chciał do niej sięgnąć ręką, żeby się przekonać, na własnej skórze, ale wtedy zachwiał się znowu i musiał złapać barierki.
Zerknął na dziewczynę z ukosa, gdy przechyliła się przez balustradę, a później w dół. Jakieś dziesięć, piętnaście metrów, na oko. A Galen do tego akurat miał oko.
- Niektórych rzeczy nie można kupić - powiedział poważnie, ale zaraz się zastanowił, bo prawda jest taka, że w świecie Galena Wyatta, to wszystko można było kupić. Wszystko.
No może oprócz ludzi?
Dziwnie to brzmi zważając na to, że on był podejrzany o handel ludźmi. Aż sam wywrócił oczami, kiedy te myśli zderzyły się z rzeczywistością.
- Powinienem sobie kupić narzeczoną, to chciałaś powiedzieć? - wypalił Wyatt, bo jego rozumowanie czasem było naprawdę irracjonalne, zwłaszcza, gdy tej whisky krążącej we krwi było za dużo. A dzisiaj tak było. Z jednej strony to dobrze, bo nie czuł tego przeszywającego, mroźnego wiatru, z drugiej... znowu się zatoczył, a jakiś zmarznięty kawałek spod jego buta poszybował w dół i chociaż wcale tego nie słyszeli, to Wyatt wyobraził sobie jak rozbija się z hukiem o ten lód, tam w dole, łamie na milion kawałeczków. To by musiało boleć.
- Łaa, ciekawe w ilu miejscach połamałby się człowiek? - i znowu na nią spojrzał, ale czy spodziewał się odpowiedzi? Może.
Bo jeśli była zmorą, to mogłaby mu teraz powiedzieć, że skręci sobie kark i tego wcale nie przeżyje. Ale druga opcja była taka, że połamie się w dziesięciu miejscach i jednak go znowu odratują. Ta druga alternatywa była jakaś taka... przerażająca, aż przeszły mu po plecach ciarki, bo jednak Galen nie znosił bólu, a to by pewnie bolało kurewsko.
- Jesteś prawdziwa, czy nie? - zapytał w końcu mrużąc oczy. Ważne pytanie. Tylko czy jeśli nie, to mu o tym powie? A jeśli tak, to co mu to da? A jeśli nie... to będzie znaczyło, że oszalał?
Przed śmiercią postradał zmysły? To może wcale jednak nie chciał umierać? Aż pokręcił głową.
Za dużo myśli, za dużo pytań. A im więcej pytań, tym więcej wątpliwości.
Dzisiaj miało nie być wątpliwości.
Dwa.

Elena Santorini

chapter two: his last step

: pt gru 05, 2025 7:14 am
autor: Elena Santorini
Umieranie było do dupy.
Wiedziała o tym z pierwszej ręki.
Mgliste wspomnienia jednej z gorących, Włoskich nocy majaczyły w zakamarkach jej świadomości - wystarczająco rozmyte by nie musiała się na nich skupiać, a jednocześnie tak blisko, że cierpienie kusiło przeżywaniem na nowo. Ponieważ niezależnie od wszystkich, szaleńczych myśli mknących po głowie nieznajomego w tej chwili, w głowie Santorini śmierć wyzwalała z goła inną reakcję - czarno białą, zero jedynkową.
Gdyby znalazła się w tym miejscu dziesięć lat wcześniej, spoglądając na osamotniony most przez główną, młodzieńczą soczewkę, dostrzegłaby pewien romantyzm sytuacji. Ileż to było zranionych kochanków czy strapionych rzeczywistością bohaterów? Ileż było osób, które przytłoczyło życie, więc zapragnęli opuścić je na własnych zasadach? Swoim wrażliwym, nastoletnim sercem byłaby w stanie z nimi sympatyzować. Może nawet odnalazłaby w tym pewną fantazję, w tej podjętej przez siebie decyzji. Jedyna rzecz, która nie przeszłaby przez filtr jej ojca, na którą nie miałby żadnego wpływu.
Starsza o wiedzę, o doświadczenia, których mieć nigdy nie pragnęła, patrzyła na stojącego po drugiej stronie barierki mężczyzny ze współczuciem, jak i rosnącą potrzebą złapania go za ten pieprzony, drogi garnitur i przerzucenia z powrotem - do bezpieczeństwa, które wyszarpała dla siebie. W śmierci nie dostrzegała już niczego romantycznego. Nie była siłą łaskawą, nie obdarowywała nikogo godnością, ani też spokojem ducha. Jej pragnienie pozostania na szkarłatnej ziemi wraz z nieruchomymi sylwetkami osób, które kochała pod życie, zgasło natychmiast, gdy spojrzała tej Śmierci w oczy.
I dostrzegła schowaną w nich prawdę.
- Nie pracuję na jarmarku - zmarszczyła brwi, ignorując ten szaleńczy skok, jakie wykonało jej serce gdy but mężczyzny poślizgnął się na lodzie. Dopiero pół sekundy później, skaleczona angielskim językiem, którym posługiwała się płynnie lecz którym nie myślała, dotarło do niej, że nie oczekiwał od niej przebrania ze świątecznego jarmarku, a w tym przebraniu chodziło o coś z goła zupełnie innego. - Ty raczej też nie - dodała, udając, że jej zwieszenie było całkowicie celowe.
Za dnia być może spoglądanie w wodę wywróciłoby jej żołądek do góry nogami, ale Santorini nie miała daru do szacowania wysokości. W tym mroku jej powierzchnia mieniła się odbitymi światłami mostu, ale była jedynie ciemną tonią - otchłanią, która mogła być dziesięć metrów niżej, mogła też być pięćdziesiąt. Nie miało to żadnego znaczenia w kontekście tej temperatury i tego, co planował zrobić.
Wspomnienie narzeczonej, chaotyczne, zabarwione złocistym płynem odwagi, odnotowało się w jej głowie, malując obraz zdesperowanego biznesmena. Z bliska, jego złamane serce zdawało się aż nadto widoczne - jątrzyło się, jak rana, przecinająca jego mimikę, wdzierająca się do urwanych, nagłych ruchów.
- Podejrzewam, że zbyt wielu - dodała oszczędnie - choć Santorini do oszczędnych w słowach nigdy nie należała. Boleśnie świadoma tego, jak cienki był lód, na którym stali oboje, mieliła każde zdanie w głowie po dziesięć razy nim pozwoliła się mu zwerbalizować. Nie zamierzała pozwolić temu mężczyźnie na podjęcie najgłupszej - i ostatniej - decyzji w swoim życiu.
W jej oczach nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił.
- Wolałbyś, żebym nie była? - uśmiechnęła się lekko, bez wesołości, nawet w półmroku dostrzegając w jego oczach odliczanie, którego nie chciała w nich widzieć. - Żebym była znakiem od Boga, który powie ci, że złamiesz swój kark spadając, ale w takim miejscu, że zamiast umrzeć, spędzisz resztę swojego życia na łasce innych?
To akurat odwiodłoby ją od skoku, choć nie wiedziała, czy było wystarczającą groźbą, by zasiać w nim ziarno niepewności. Zbliżyła się lekko, subtelnie - nie sądząc, by była w stanie utrzymać jego wagę gdyby zdecydował się skoczyć naprzód, ale czując się nieco pewniej teraz, gdy była w stanie to zrobić.
- Kto złamał ci serce? - spytała krótko, a w zimnym powietrzu grudniowej nocy jej oddech wtargnął do przestrzeni między nimi pod postacią jasnego obłoku.

Galen L. Wyatt

chapter two: his last step

: ndz gru 07, 2025 5:00 pm
autor: Galen L. Wyatt
Galen uniósł jedną brew, kiedy oznajmiła, że nie pracuje na jarmarku, i drugą, gdy stwierdziła, że on też nie.
Nie wyglądał na jakiegoś aniołka, czy Mikołaja, ewentualnie mógłby siedzieć w jakimś okienku z darmowymi poradami prawniczymi, ale to chyba nie ten jarmark...
Zresztą miał na to za drogi garnitur, no i za małe pojęcie o prawie, od tego zacznijmy, chociaż przecież przez jakiś czas je studiował.
Ona zresztą też nie wyglądała na kogoś, kto handluje pierniczkami, chociaż... Wyatt kupiłby od niej grzańca, bo czemu by nie? Tam nie trzeba było mieć od razu czapeczki świętego Mikołaja.
- Będziemy zgadywać gdzie pracujemy? Jak dla mnie to... zakład pogrzebowy? Sektor rozrywki? Albo jakaś branża wydawnicza. Piszesz książki? - zaczął strzelać, bo Galen lubił zagadki. Chociaż czy go to tak interesowało? Gdzie pracuje tajemnicza nieznajoma, która doradziła mu, żeby doliczył do dziesięciu zanim skoczy?
Zaraz, na ilu on skończył?
Zastanowił się nad tym, na moment przymykając powieki.
Trzy.
Dopiero kiedy zapytała, czy wolałby, żeby nie była prawdziwa, to jego niebieskie tęczówki znowu spoczęły na jej twarzy. Była ładna, a te ciemne oczy, otoczone kurtyną czarnych rzęs, zawsze kojarzyły mu się jakoś dobrze. Ciemne oczy kontrastujące zupełnie z tymi jego, jasnymi, intensywnie niebieskimi, które dzisiaj miały jakąś taką chłodną barwę, zwłaszcza w tym nikłym świetle latarni, która stała od nich te kilka kroków.
- Chyba nie, bo to by znaczyło, że przed śmiercią postradałem rozum. A jak ktoś postrada rozum, to podejmuje nieprzemyślane decyzje, czyż nie? - znowu się na nią obejrzał. To, że stał po drugiej stronie barierki było zdecydowanie nieprzemyślane. Więcej było tych za? Czy jednak przeciw?
Kobiety w życiu Galena Wyatta pojawiały się i znikały, nie wszystkie zostawiały jakiekolwiek ślady, ale te ostatnie... Zostawiły chyba zbyt wiele bolesnych rys na jego i tak poranionym sercu. Więcej za. Nabrał mocno w płuca to zimne powietrze, aż to poczuł, ten przeszywający chłód, w klatce piersiowej.
- A jeśli... nie mam nikogo? To jakich innych? Takich, którym będą za to płacić? - znowu się do niej zwrócił, a kiedy stanęła bliżej, to mógł się też lepiej jej przyjrzeć, bladym policzkom, które mróz szczypał nadając im nieco koloru, pełnym ustom, które w tym zimnie zyskiwały odrobinę sinej barwy, ale to wszystko mróz. Wyatt z powodzeniem mógł sobie wyobrazić, że w pomieszczeniu zyskują zupełnie inną barwę. I tym oczom. Galen miał tak wielką słabość, do kobiecych oczu, ciemnych, przenikliwych, że przez dłuższą chwilę jego błękitne spojrzenie utkwił w nich.
Dopiero kiedy zadała to pytanie... O złamane serce.
Wbił wzrok gdzieś przed siebie. Przecież Galen Wyatt nie ma serca, to jak ono może być złamane?
Tacy ludzie jak on, nie mają takich problemów.
A on miał.
I z tego powodu właśnie znowu się zachwiał niebezpiecznie nad tą przepaścią, ale teraz odwrócił się do niej przodem, tak, żeby złapać za barierkę tuż obok niej.
- A kto nie? - zaczął, ale później strzelił oczami gdzieś w to pochmurne, nocne niebo - chociaż jak nie ma się serca, to nie da się go złamać... - bo Galen naprawdę lubił chyba wierzyć w to, że on tego serca jest pozbawiony. A prawda była taka, że nie był. A do tego jeszcze... to serce miał jakieś takie dobre. Na swój pokręcony sposób.
- Ale zawsze można złamać człowieka - i to każdego.
Bo każdy ma jakąś słabość. A słabością Wyatta było to, że on szukał zrozumienia. Zawsze szukał zrozumienia, ale nigdy go nie dostawał. A jak już mu się wydawało, że tak, to nagle wszystko wywróciło się do góry nogami.
- Jesteś zakochana? - zapytał, może nie powinien o to pytać obcych ludzi? Ale z drugiej strony, dlaczego nie? Byli sobie kompletnie nieznajomi, najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkają, no chyba, że brunetka będzie chciała pojawić się na jego pogrzebie, żeby oznajmić, że prawie udało jej się go uratować.
Bo Galen się jeszcze nie z d e c y d o w a ł. Na zejście. Ani na skok.

Elena Santorini

chapter two: his last step

: śr gru 10, 2025 10:00 pm
autor: Elena Santorini
Kącik jej ust drgnął ku górze gdy mężczyzna zaczął wymieniać zawody - każdy bardziej odmienny od poprzedniego, a zarazem dalszy od jej prawdziwej ścieżki kariery. Gdyby nie sytuacja, w której się znaleźli, może faktycznie mogłaby dywagować. Nie była jednak zainteresowana pracą eleganckiego mężczyzny gdy stał po drugiej stronie barierki od tej, po której powinien. Z pewnością zajmował się czymś ważnym, gdzie zarabiał dużo pieniędzy i, jak się okazało, nie przepuścił ich wszystkich w kiepskiej inwestycji, postanawiając swój smutek zalać alkoholem i zakończyć kiepską decyzją.
Sprawa była znacznie bardziej trywialna - przynajmniej w jej oczach.
- Są przyjemniejsze miejsca do podejmowania nieprzemyślanych decyzji - odparła, obserwując kawałek zbitego śniegu, który ukruszył się z całości pod jego butem i pomknął w stronę mrocznej otchłani.
Miłość, którą znała Santorini, była intensywna, odbierająca dech w piersiach, wbijająca szpilki w już ranne serce - ale nie dotyczyła ona mężczyzny, ani, tak w zasadzie, nikogo w ostatnim czasie. Ostatnie lata spędziła skrupulatnie trzymając wszystkich na odpowiednim dystansie. Mężczyźni w jej życiu zjawiali się i znikali - nie pojawiał się jednak nikt, kto przedarłby się przez jej ochronne mury na tyle szybko i gwałtownie, by nie zdążyła uciec na pierwszy przebłysk czerwonych lampek zapalonych w głowie.
Jego następne słowa, w połączeniu z intensywnością, w jaką wpatrywał się w jej oczy, zdusiły odpowiedź w jej ustach. Głównie dlatego, że nie miała dobrej. Co mogła odpowiedzieć? Że tak naprawdę każdy miał kogoś, nawet jeśli go nie dostrzegał? Że nie potrzebował nikogo innego w swoim życiu?
Bo ona nikogo innego nie miała.
Giovanni stanowił dla niej rodzinę wyłącznie na papierze, wątły ślad tej samej, włoskiej krwi, z którego nigdy nie mogło powstać prawdziwe ciepło i wsparcie.
- Nie wyglądasz na mężczyznę, który nie miałby sobie poradzić - odparła, pochylając się lekko do przodu. Wsparła łokieć o barierkę, a na dłoni oparła swój zmarznięty, różowy policzek. Przekrzywiła głowę, spoglądając na niego z dołu - teraz jeszcze bardziej, jak gdyby różnica w ich wzroście nie była wystarczająca. - Złamany człowiek to wyłącznie taki, który zaakceptował porażkę. Miłość jest wszędzie. Równie dobrze może czekać na ciebie za rogiem.
Uśmiechnęła się lekko, niezrażona bezpośredniością jego pytania. Może byłaby, gdyby zadał je w innych okolicznościach, ale obecne wydawały się adekwatne do wielu rozmów, na które zwykle sobie nie pozwalała.
- Nie - odparła po krótkiej chwili, choć nie musiała szukać odpowiedzi głęboko w sobie - musiała ją przyswoić, zaakceptować, czego trud ją zaskoczył na ułamek sekundy. - Od ostatniego usłyszałam, że jestem zimną suką.
Uśmiechnęła się pod nosem, nie odwracając wzroku - nie dlatego, że w takich wyznaniach lubiła go utrzymywać. Bała się, że jeśli zerknie w stronę morskiej toni, mężczyzna pochwyci jej wzrok jak linę, podejmując decyzję.
- Ludzie są gówniani i w dużej mierze niewarci twojego czasu - cmoknęła, ignorując włoskie słowo, które bardziej cisnęło jej się na usta. - A już na pewno nie są warci twojej nieprzemyślanej decyzji.

Galen L. Wyatt

chapter two: his last step

: sob gru 20, 2025 5:07 pm
autor: Galen L. Wyatt
- Jakie? - zapytał od razu Galen. On nawet nie spojrzał za tym szybującym w dół kawałkiem lodu, bo patrzył teraz na nią. A w jego głowie odbiły się jej słowa są przyjemniejsze miejsca do podejmowania nieprzemyślanych decyzji, może miała rację? Może on teraz zamiast w tym mroźnym Toronto mógł sobie siedzieć na jakiejś gorącej, dzikiej plaży i podejmować takie decyzje, jedna za drugą. Mógłby. Przecież nie raz to robił. Ale nie dzisiaj, dzisiaj to niedopite whisky, które leżało gdzieś w śniegu sprawiło, że on zamiast bukować bilet na jakieś kolejne wspaniałe wakacje, to rzeczywiście się zastanawiał, czy tego nie skończyć. Skończyć raz na zawsze.
Cztery.
Jego myśli rzeczywiście wpadły na ten dziwny tor, ten w którym szczęście to miało być to posiadanie kogoś obok, a on przecież nie miał nikogo... Tylko, że on nigdy nie pomyślał o tym tak, jak to powiedziała ona. Że może jednak on sobie poradziłby sam? Czy rzeczywiście szczęście trzeba opierać na kimś innym? Czy to jest jego wyznacznikiem?
Te niebieskie tęczówki znowu przesunęły się po jej twarzy.
- Zawsze sobie radzę - mruknął bardziej do siebie, niż do niej. Bo przecież Galen Wyatt w każdych warunkach sobie radził, umiał zawalczyć o swoje, umiał być prezesem, i tym facetem, o którym piszą w kolorowej prasie, tym do którego kobiety wzdychają, a którego inni mężczyźni traktują jak zagrożenie. A dzisiaj wcale tego nie umiał. Dzisiaj się poddał. Aż spojrzał w dół, w czarną taflę gdzieś pod stopami, czarną otchłań od której mogło go dzielić te piętnaście metrów, może nie.
Jak te jej pierwsze słowa od razu znalazły sobie jakieś miejsce w jego głowie, a ta porażka, odbiła się echem, bo Galen nie znosił porażek, nie poddawał się. I jeśli ona miała rację, jeśli ten skok byłby zaakceptowaniem porażki? To przecież, on tego nie mógł zrobić!
Tak te kolejne sprawiły, że wywrócił tymi niebieskimi ślepiami. Ale po chwili utkwił je w jej twarzy patrząc na nią z góry.
- Wierzysz w to? Że miłość czeka za rogiem? - spojrzał w jej ciemne oczy jakoś tak intensywnie, wyzywająco. On kompletnie w to nie wierzył.
Kiedy powiedziała to, że nie jest zakochana, to aż zmarszczył brwi, już nawet otworzył usta, żeby coś powiedzieć, może zapytać, jak ona w takim razie może prawić mu, że miłość jest wszędzie, skoro nie jest zakochana, ale na jej kolejne słowa, zamknął się. Przez jego twarz przemknął jakiś dziwny cień, jakby uśmiechu, ale przecież Galen nie powinien śmiać się z takich rzeczy, a jednak nie rozbawiło go to, że ktoś jej tak powiedział, coś zupełnie innego, coś co zaraz jej powiedział, kiedy tylko wypuścił mocno z płuc powietrze, gdy jego oddech zamienił się w białą parę, która sięgnęła jej twarzy.
- A ja, że jestem słodziakiem - bo Wyatt to może nawet wolałby już być tym zimnym dupkiem, niż słodziakiem. To go jakoś tak niesamowicie dotykało, gdzie prezes firmy, która obracała takimi pieniędzmi może być słodziakiem?
- Jesteś zimną suką? - zapytał, chociaż to było zupełnie nie na miejscu, ale może przed śmiercią, przed tym skokiem, Galen Wyatt wcale nie musiał się przejmować tym, co było na miejscu?
Jego niebieskie tęczówki też nawet na moment nie oderwały się od jej pięknych, dużych oczu. A wraz z kolejnymi zdaniami, które opuściły jej pełne wargi, to nawet zabłyszczały jakoś intensywniej.
- Może masz rację - stwierdził w końcu, bo przecież Galen całe życie tak działał, czuł się lepszy od wszystkich, wmawiał sobie, że ludzie są go nie warci. A nagle mu się wszystko odmieniło. Ale może to było chwilowe? Może to właśnie było jakieś załamanie Galena Wyatta? Ta zmiana i ta myśl, że on potrzebuje innych?
A wcale nie ten skok.
Zawahał się, pierwszy raz odkąd tu stanął tak szczerze się zawahał.
- Myślisz, że można całe życie być... samotnym? Sam ze sobą? Bo inni ludzie są niewarci? - znowu patrzył jej w oczy, chociaż potem na moment spojrzał gdzieś w przestrzeń przed sobą, w te ciemne chmury wiszące dzisiaj wyjątkowo nisko - A może to my jesteśmy nie warci ich? - to już bardziej mówił do siebie niż do niej. Bo takie rzeczy też mu chodziły coraz częściej po głowie, takie, że Galen był po prostu nie warty. Niewystarczający. Żeby budować cokolwiek, jakiekolwiek głębsze uczucia.
- Bo może jak ktoś jest wartościowy, to naprawdę za rogiem spotyka miłość swojego życia? - znowu się do niej odwrócił. Znowu na nią patrzył, nie spoglądał już wcale w dół. Może jednak nie chciał skoczyć?

Elena Santorini

chapter two: his last step

: śr gru 31, 2025 2:47 pm
autor: Elena Santorini
Jej ramiona odruchowo drgnęły w górę w reakcji na jego pytanie - pytanie, na które podejrzewała, że doskonale zna co najmniej kilka odpowiedzi. Wszystko na tym świecie było przyjemniejszym miejscem do podejmowania decyzji niż oblodzony most w śpiącym mieście, w środku nocy. Spektrum było szerokie - od tropikalnej plaży aż po kawiarenkę na rogu, z gorącą kawą w kubku.
Santorini często zastanawiała się nad tym, gdzie chciałaby umrzeć.
Jej myśli jednak zwykle podążały w miejsce, które już nie istniało. Zapisało się w jej wspomnieniach, z elegancką posadzką i zawieszonym z sufitu żyrandolem. Nie mogła już do niego wrócić.
Więc nie zamierzała już umierać.
Jej usta wygięły się w lekkim uśmiechu gdy dostrzegła załamanie w jego reakcji. Zimna suka nie stanowiła komplementu, którym pochwaliłaby się przed kimkolwiek, ale sytuacja zdawała się tego wymagać. Pomiędzy nią, a żyjącym-może-przyszłym denatem wywiązała się pewna nić porozumienia, przez którą przestała zastanawiać się nad klątwą, która doprowadziła ją do tego miejsca, a skupiła na jego słowach. Mimo opróżnionej do połowy butelki whisky czaiła się w nich odrobina trzeźwości.
A pod nią dostrzegała ból. Cały jego ocean.
- Słodziak - powtórzyła za nim, przekrzywiając lekko głowę. - Brzmi jak coś, co powiedziałaby zimna suka.
A przynajmniej jeśli miało stanowić obelgę - widziała, że mężczyzna ewidentnie w ten sposób to określenie odebrał.
- Nie wiem. Może jestem - wzruszyła ramionami już drugi raz w przeciągu tych kilku minut, nie zgadzając się ze słowami ale też im nie zaprzeczając. - Bardziej cenię sobie własne zdanie niż innych.
Oderwała się od barierki, zyskując przekonania, że być może ma jeszcze trochę czasu nim mężczyzna skoczy - lub godząc się z faktem, że i tak nie miałaby siły by go utrzymać, gdyby postanowił to zrobić. Odwróciła się, opierając o zimny metal plecami. Wiatr uniósł jej ciemne włosy, przykryte białymi drobinkami śniegu, które w tej temperaturze nie chciały się stopić.
- Myślę, że całe życie spotykamy ludzi i myślimy, że są nam przeznaczeni, a tak naprawdę są tylko przystankiem na drodze - odparła krótko, wychylając się lekko w tył. Jej wzrok pomknął w stronę czarnego nieba gdy głowa zawisła po drugiej stronie barierki - w świecie, którego uparcie uczepił się mężczyzna.
- Nazywam się Elena. - obróciła głowę, zerkając na mężczyznę z dołu. - A ty?

Galen L. Wyatt

chapter two: his last step

: czw sty 08, 2026 4:52 pm
autor: Galen L. Wyatt
Tu chyba miała rację, że ten słodziak padł z ust...
Galen wciąż nie umiał tego określić, czy Charity Marshall była zimną suką, czy nie? Budziła w nim tak skrajne emocje. Jednocześnie umiał ją nienawidzić i kochać, czy tak się w ogóle da? Czy to w ogóle było normalne?
Chyba nie.
A jednak budziła w nim emocje, i to było coś, co go przy niej trzymało, co go do niej ciągnęło. W życiu, w którym te uczucia są spychane zazwyczaj na dalszy plan, drugi, trzeci, dziesiąty, kiedy o nich się wcale nie myśli, to one tam były, między nimi. A potem się tak teatralnie wszystko zepsuło, spierdoliło, chociaż sam Galen nie używał przecież takich słów, aczkolwiek czasem one gdzieś tam w jego głowie kwitły, osadzały się wśród potoku innych znaczących, albo wcale nie, myśli.
Zamrugał dwa razy, z tymi niebieskimi tęczówkami utkwionymi wciąż w jej oczach. Może on miał jakiś naturalny dar do przyciągania tych zimnych suk, jakiś magnes na nie?
Gorzej, że też jakąś dziwną słabość. Do kobiet, które nie były miłe, sympatyczne, grzeczne, poukładane.
Może dlatego, że Wyatt też taki nie był? Kompletnie niepoukładany.
- A jaka jesteś? - zapytał przekrzywiając na bok głowę - według siebie - bo gdyby on miał opisywać siebie, szczerze, to gdzieś w pierwszej dziesiątce znalazłaby się ta powszechnie o nim krążąca opinia bogatego dupka, ale słodziak? Tego by na pewno nie powiedział, aż wywrócił znowu oczami. A później one na moment przesunęły się w dół, na tą czerń pod jego stopami, gdzieś tam w dali.
Czy rzeczywiście był bogatym dupkiem, który chciał tak ze sobą skończyć? Za romantyczne jak na niego.
Pięć.
Chyba nie chciał.
Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy oparła się o balustradę plecami i pierwszy raz chyba, odkąd tu sterczał, chciał ruszyć się z miejsca. Przejść przez balustradę i ją zatrzymać, ale na szczęście nie odeszła. A Wyatt utkwił spojrzenie w jej profilu.
- Na drodze dokąd? - zapytał, jakby rzeczywiście oczekiwał od niej teraz odpowiedzi, która miałaby wszystko wytłumaczyć, rozjaśnić, ale przecież czy droga każdego nie była inna? Pewnie tak.
Ta Galena Wyatta była wyboista. A teraz zaprowadziła go tutaj, na ten most. Oparł nogę na szczeblu, jakby chciał się po nim wspiąć na górę, wrócić może na tą całkiem bezpieczną stronę? Ale kiedy usłyszał jej imię opuścił stopę, chociaż palce zacisnął na barierce bardziej kurczowo.
- Elena oznacza blask... światło - powiedział powoli, bo Galen miał jakiegoś hopla na punkcie imion, ich znaczenia. Czy ta ciemnowłosa Elena, która stała przed nim rzeczywiście mogła być jakimś światełkiem w tunelu, jakimś blaskiem, na tej jego ciemnej drodze, która zawiodła go na skraj?
- Galen - przedstawił się krótko, chociaż te jego intensywnie niebieskie oczy zawisły na jej twarzy - spokojny i opanowany, nic się nie zgadza - wzruszył ramionami. Jeśli o niego chodzi to rzeczywiście była jakaś kompletna bzdura, bo Galen nigdy nie był spokojny. Opanowany może bywał, ale to też nie tak, że to było pierwsze, co można było o nim powiedzieć.
- Skąd jesteś Eleno? Z Toronto? - w tym cienkim płaszczu? Nie mogła być.
Trzeba przyznać, że coraz bardziej go intrygowała, a to coraz bardziej sprawiało, że on się wahał.
Wcale chyba nie chciał skakać.

Na pewno nie chciał skakać, bo już po chwili wspiął się na barierkę i ją przekroczył. Stanął na bezpiecznej stronie. Czy to zasługa Eleny, która była jak światełko w tunelu?
A może batalii, która stoczył w swojej głowie z własnymi myślami?
Nieważne. Ważne, że postanowił... zostać.

koniec


Elena Santorini