Strona 1 z 1

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: sob gru 06, 2025 3:13 am
autor: Remy Blythe
004
Did you fall from heaven?
'Cause you sure look like a failed drop...
outfit


Zaczerpnęła powolny, głęboki wdech i wypuściła go ze świstem przez usta, obserwując jak pod wpływem temperatury zamienia się w biały obłok pary na tle czystego, nocnego nieba i na krótki moment przesłania jej gwiazdy. G w i a z d y. Minął ponad rok, odkąd po raz ostatni odważyła się spoglądać w ich stronę tak swobodnie, bez tego nieprzyjemnego ucisku w piersi. Niemal zapomniała już, jakim zachwytem przepełniał ją zwykle ten widok...
Zamrugała, nie będąc jednak w stanie oderwać wzroku, nawet pomimo dotkliwego chłodu, który z każdą chwilą przenikał przez jej ubranie i coraz głębiej wgryzał się w jej skórę. Śnieg otaczał ją ze wszystkich stron, przykrywając jej rozłożone szeroko ramiona miękkim puchem. Niewielka zaspa zamortyzowała nieco upadek, ale Remy runęła na nią z impetem, który w pierwszej chwili wydusił z jej płuc całe powietrze. Potrzebowała niemal minuty, aby dojść do siebie, a kiedy dziwne otępienie wreszcie minęło, poruszyła ostrożnie palcami u rąk i stóp, aby upewnić się, że wciąż ma nad nimi pełną władzę. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że z jej funkcjami motorycznymi wszystko było w porządku. Blythe poczuła głęboką ulgę, a jednak z jakiegoś powodu nie potrafiła się zmusić, aby dźwignąć się do pionu.
Czas uciekał, a cisza wypełniająca plac zabaw przeciągała się, przynosząc jej ukojenie. Wszystko inne, poza bezdenną przestrzenią ponad jej głową, zdawało się tracić na znaczeniu im dłużej się jej przyglądała. Osiemnaście miesięcy, trzynaście dni i jakieś piętnaście godzin minęło, odkąd po raz ostatni czuła się w ten sposób, ale teraz, w tej konkretnej chwili, miała nieodparte wrażenie, jakby wreszcie wróciła do domu. Było w tym wszystkim coś zaskakująco magicznego, czemu nie była w stanie się oprzeć.
Remy przechyliła głowę i potarła policzkiem o kołnierz kurtki, gdy pieczenie na jej twarzy stało się nieznośne. Śnieg zdążył się rozpuścić; woda spłynęła w dół jej szczęki i dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. Jej jeansy zaczynały przemakać, a skóra ponad jej krzyżem mrowiła od chłodu i Blythe podjęła pierwszą próbę ruchu. Uniosła kark, oderwała łopatki od ubitego śniegu, a potem opadła z powrotem i ciche sapnięcie opuściło jej zziębnięte usta. Tępy ból w okolicach pleców i żeber był nieprzyjemny, ale nie na tyle przytłaczający, aby nie mogła stanąć na nogi. Problem tkwił w niewidzialnym ciężarze, który zdawał się przygniatać ją do ziemi, jednocześnie okradając ją z sił. Zdecydowanie nie powinna się była wspinać w taką pogodę.
Niech to — mruknęła i skrzywiła się, ale zanim jej myśli ruszyły w pogoń za narastającymi obawami, do jej uszu dotarł charakterystyczny odgłos kroków na śniegu.
Rems zamarła, nasłuchując i przez moment miała szczerą nadzieję, że pozostanie niezauważona, a intruz minie plac zabaw, pozwalając jej cierpieć w samotności... Kiedy jednak chrzęszczenie stało się głośniejsze zrozumiała, że pomimo pobożnych życzeń, prawdopodobnie została przyłapana.
Odchyliła głowę, a czapka osunęła się nisko na jej oczy, ale nie zrobiła nic, aby ją poprawić. Czekała w napięciu na rozwój wydarzeń, próbując zapanować nad zawstydzeniem, które uniosło swój jadowity łeb, dla kontrastu rozgrzewając ją od środka.

Michael Graham

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: wt gru 09, 2025 10:16 am
autor: Michael Graham
# 006
Było cholernie zimno. Od roku na powrót mieszkał w Kanadzie i nadal nie przyzwyczaił się do tak gwałtownego spadku temperatur. Chłód przenikał go dogłębnie, dreszcz przebiegał wzdłuż ciała i niechęć wobec białego puchu wzrastała błyskawicznie z każdym krokiem stawianym na odśnieżonym chodniku. Jakim cudem dał radę przetrwać tu dwadzieścia pięć lat? To fascynujące, jak szybko człowiek potrafił się zaadaptować do upałów, a do zimna już nie — a przynajmniej Michael tak miał. Kim by jednak był, gdyby zdecydował się zamknąć w domu i przehibernować do późnej wiosny? Musiał powziąć zdecydowane kroki, by podtrzymać swoją rutynę i poradzić sobie z niesprzyjającymi warunkami.
Bielizna termoaktywna, cieplejsza bluza, spodnie dresowe i czapka. Szaro-granatowy komplet zlewał się z okolicznym krajobrazem zimowej nocy i tylko rytmiczny krok pozwalał wywnioskować, że ktoś jest na tyle szalony, by biegać przy ujemnej temperaturze. Tyle że dla Grahama było to istne zbawienie. Serce biło w piersi, a oddech zdradzał przyzwyczajenie do podobnego wysiłku. Od kiedy zamienił hokejowe lodowisko na uniwersyteckie korytarze, a te zaś na wojskową siłownię, uparcie trwał w postanowieniu dbania o swoją formę. Nie chodziło wyłącznie o ciało, o sprężystość mięśni, gładkość ruchów i ogólną sprawność, a oczyszczenie umysłu. Możliwość skupienia się w dowolnych, nawet najtrudniejszych warunkach, to nie dar od losu, czy coś wyssanego z mlekiem matki, a wieloletnie treningi. Bieg angażował całe ciało, lecz nie zmuszał do zastanowienia, co umysł wykorzystywał na chwilę medytacji.
Był już w drodze powrotnej do domu, kroczył wolniejszym tempem, by się nie przeciążać, ale też nie snuł się, by rozgrzany organizm nie wychłodził się od nagłego szoku. Myślami sięgał już swojej kanapy, na której rozsiądzie się po szybkim prysznicu, może puści jakiś film przyrodniczy z kubkiem herbaty w dłoni. Realizacja planu była na wyciągnięcie ręki, wystarczyło wyjść z bocznej uliczki i przeciąć plac zabaw, nie zwracając uwagi na to, co niecodzienne. Tyle że Graham nie byłby sobą, gdyby zbliżając się do rozstawionych huśtawek i drabinek, nie zwrócił uwagi na tkwiący w bezruchu kształt w zaspie śniegu.
Odzwyczaił się od takich absolutnie przypadkowych widoków. Na misjach rzadko spotykał ludzi, którzy ot tak wylegują się na zimnie. Przechodząc obok żwawym krokiem, odruchowo sprawdził, czy w śniegu nie znajdzie śladów kroków, albo walki, ani czy z kolorowej drabinki nie odłamał się jeden z elementów. Czujne spojrzenie omiotło dalszą okolicę, upewniając się, że są tutaj sami. Ściągnął jasne brwi, nie spuszczając już wzroku z leżącej w śniegu postaci, a gdy zauważył, że ta dalej ani drgnie, zaklął w duchu i zmienił tor, by kolejnych paru krokach znaleźć się przy kobiecie.
Słyszy mnie pani? — zagaił, sięgając do spokojnego tonu. Trzymanie nerwów na wodzy w krytycznych sytuacjach było jedną z większych jego zalet, czym zdecydowanie lubił się chwalić. Skromność do nich nie należała. — Proszę nie próbować wstawać, czy pamięta pani, co się stało? — spytał, przykucając w zaspie pomimo chłodu i wilgoci, jaka już wkrótce miała zacząć przenikać materiał dresowych spodni. Błękitnym spojrzeniem sięgnął odsłoniętych skrawków kobiecego ciała, by w bladym świetle okolicznych latarni móc ocenić, czy skóra zaczęła sinieć. Gotowy był już na wyciągnięcie telefonu i wybranie numeru alarmowego, bo w taki mróz bardzo łatwo o szybkie wyziębienie, a to absolutnie bezsensowny sposób na śmierć.

Remy Blythe

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: wt gru 09, 2025 7:29 pm
autor: Remy Blythe
Remy za to uwielbiała kanadyjski klimat. Nawet jeśli zdarzało jej się psioczyć na pogodę, była to zwykle wina opadów jako takich, a nie samej temperatury. Chłód odpowiadał jej znacznie bardziej niż upały, nawet jej organizm zdawał się lepiej funkcjonować, kiedy termometr za oknem wskazywał kilka stopni mniej niż zwykle. Jakkolwiek jednak nie lubiła zimy, nie była skończoną idiotką; jako rodowita mieszkanka północy wiedziała doskonale, jakie konsekwencje niosło za sobą leżenie w śniegu przy tak surowych warunkach, toteż zamierzała się podnieść zanim zrobi się senna i naprawdę odmrozi sobie tyłek. Ostatecznie to właśnie pojawienie się intruza pokrzyżowało jej plany…
Jej ciało napięło się odruchowo, kiedy mężczyzna przykucnął obok zaspy. Nie mogła mieć pewności jakie były jego zamiary, chociaż jej podejrzliwość była bardziej wynikiem naturalnej nieufności niż efektem sytuacji, w jakiej się właśnie znalazła.
Jasno i wyraźnie — odpowiedziała, sama również zachowując względny spokój. Upadek nie wywołał w niej szczególnego wzburzenia, a chociaż relacje interpersonalne ostatnio pozostawiały w jej przypadku wiele do życzenia, Blythe nie bała się pogawędki z nieznajomym. Nie podobały jej się jedynie okoliczności. — Wolałabym nie pamiętać — prychnęła odruchowo i wreszcie ugięła łokieć, sięgając do twarzy. Podciągnęła czapkę na czoło i westchnęła ciężko, w półmroku szukając spojrzeniem twarzy swojeg towarzysza niedoli.
Prześlizgnęła się wzrokiem po dziwnie znajomych rysach, a kiedy wreszcie dotarła do oczu, jej brwi uniosły się nieznacznie. Mrugnęła, jakby nie miała pewności czy to, co widzi, nie jest przypadkiem efektem ubocznym ochłodzenia, chociaż było chyba odrobinę za wcześnie na halucynacje.
Mike? — mruknęła z wyraźnym zaskoczeniem, bo był z całą pewnością jedną z ostatnich osób, które spodziewałaby się spotkać w Guildwood. Jej ściągnięte w skupieniu rysy złagodniały. Przez moment próbowała sobie przypomnieć gdzie i kiedy po raz ostatni miała przyjemność przebywać w towarzystwie jednego z Grahamów, ale im dłużej to trwało, tym bardziej jej wspomnienia plątały się ze sobą, więc szybko dała sobie spokój.
Jeszcze przez moment leżała w śniegu niczym porzucona lalka, jednak teraz, gdy już została wyrwana z otępienia, chłód zaczął wreszcie naprawdę jej doskwierać. Zupełnie tak, jakby do tej chwili jej umysł pozostawał odseparowany od reszty ciała jakąś niewidzialną barierą, która wraz z pojawieniem się Michaela stopniała. Stał się najwyraźniej kotwicą, której potrzebowała, aby wrócić do rzeczywistości.
Czy mogę się już podnieść? — zagadnęła, oblizując niemal lodowato zimne usta. Nie zrobiła jednak nic, aby zasugerować, że planuje się ruszyć, bo jego polecenie, aby tego nie robiła, wciąż jeszcze obijało się gdzieś we wnętrzu jej czaszki. — Całkiem tu miło i w ogóle — dodała z rozbawieniem — ale jeśli poleżę tak dłużej, to obawiam się, że całkiem przymarznę.

Michael Graham

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: pt gru 12, 2025 10:01 am
autor: Michael Graham
Z zadowoleniem przyjął fakt, że kobieta odpowiedziała, zamiast milczeć. Przy ciszy zresztą pewnie zirytowałby się nie na żarty, że musi wrócić do szpitala w czasie wolnym. Czasem go to drażniło, ta świadomość, że wybierając sobie zawód, postawił krzyżyk na całej przyszłości, odbierając sobie możliwość odwrócenia wzroku. Ratowanie życia drugiemu człowiekowi było zajęciem satysfakcjonującym, przynoszącym wiele radości oraz nadziei, lecz jednocześnie przywiązywało do nogi kulę, przymuszając do korzystania z wyuczonych umiejętności zawsze wtedy, gdy wymagały tego okoliczności.
Poszkodowana kobieta trzymała się żartów, a więc upadek nie był fatalny, albo na tyle zgorzkniała przez ostatnie lata, by ironizować z niebezpieczeństwa. Jednocześnie nie zaczęła od razu się tłumaczyć, że przecież to nic takiego i nie trzeba się martwić, a więc miała świadomość upadku — a to dobrze wróżyło.
Nie sprzeciwił się, gdy sięgnęła dłonią ku twarzy, by móc na niego spojrzeć, za to zaskoczyło go, że kobieta znała jego imię. Skąd ta popularność, czyżby po dzielnicy rozeszło się, że od kilku miesięcy mieszka tu nowy lekarz? Nie pochodził z Guildwood, a samo Toronto było dość sporym miastem, co czyniło niemożliwym wręcz zaznajomienie się z każdym dowolnym mieszkańcem.
Dlaczego wszyscy się tak dziwią na mój widok? Czy ktoś puścił plotkę o mojej śmierci? — podchwycił żartobliwym tonem, zmuszając się do uśmiechu kącikiem ust. Wykorzystał ten moment, by przyjrzeć się kobiecej twarzy, z wolna tracącej na zdrowym kolorycie. Tylko głęboka toń ciemnych oczu błyszczała w świetle okolicznej latarni, podsuwając wrażenie, jakby w istocie wcale nie byli sobie obcy. Tyle że przez życie Grahama przewinęło się tak wiele osób, że nawet dobra pamięć do rysów zgłaszała nieprzygotowanie. — Czy będzie wielkim faux pas, gdy się przyznam, że twoje imię zdążyło mi ulecieć? — pozostawał niezrażony, zresztą nie wiążąc z podanymi personaliami żadnych większych nadziei. To kolejna (acz jedna z nielicznych!) pięta achillesowa Grahama, czyli łączenie imion z twarzami. Lista kontaktów w telefonie wypełniona była hasłowymi notatkami, mającymi pomóc wedle skojarzeń. Sposób praktyczny dla własnego użytku, gorzej funkcjonujący, gdy trzeba komuś wytłumaczyć, o kim mowa.
Jak słusznie zauważyłaś, jestem Mike i jestem lekarzem. Za moment pozwolę ci wstać, tylko się upewnię, że nic ci nie jest, dobrze? — Wykorzystał okazję, by przyjrzeć się (nie)znajomej, ocenić rytm oddechu, sprawdzić, czy ciało drży, tłumacząc jednocześnie, po co ta cała zabawa. Dla Grahama był to niezbędny standard, przez który należało przejść w sytuacji wypadku, więc wszelkie formułki miał wyuczone na pamięć. W głowie od razu pojawiły się podpunkty, które należało odhaczyć przed przejściem do dalszego etapu i wypuszczenia nieszczęśnicy do własnych zadań, tudzież rozrywek, o ile wylegiwanie się w śniegu miało być dlań sposobem na spędzanie wolnego czasu.
Rozpiął swoją bluzę i zdjął ją pospiesznie, okrywając leżącą kobietę. Natychmiast poczuł smagnięcie zimnego wiatru na rozgrzanym ciele, lecz to nie on był teraz potrzebujący i z powodzeniem przetrwa kolejne minuty bez dodatkowej warstwy.
Długo już tu tak leżysz? Opowiedz mi po kolei, co się stało, bo bez tego nigdzie cię nie puszczę — mówił dalej spokojnym tonem, chcąc wyciągnąć od niej wszelkie szczegóły, które wskazałyby, że nie doszło do wstrząśnienia, czy żadnego innego urazu. Im bardziej logiczne i składne będą jej odpowiedzi, tym większą będzie mieć pewność, że obejdzie się dziś bez powrotu do szpitala. — Widzę, że możesz poruszyć ręką, to bardzo dobrze. Czy coś cię boli, albo sprawia dyskomfort?

Remy Blythe

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: sob gru 13, 2025 6:26 pm
autor: Remy Blythe
Być może, gdyby rzeczywiście słuchała krążących po dzielnicy plotek, wiadomość o pojawieniu się nowego sąsiada dotarłaby do niej o wiele szybciej. Być może, gdyby wracała do domu na kolację zamiast zaszywać się na całe dni w warsztacie, matka już dawno poinformowałaby ją, że to chłopak od Grahamów i Remy uniknęłaby zaskoczenia. Być może, gdyby nie była tak skupiona na sobie i własnym nieszczęściu, zdołałaby to odkryć na własną rękę. Być może…
No właśnie. Rzeczy o aspekcie dokonanym miały niestety to do siebie, że nie można ich już było odczynić, odsłyszeć czy odzobaczyć. Sprawa miała się zgoła podobnie z zaprzepaszczonymi szansami: przegapiwszy jakąś, zazwyczaj przepadała bezpowrotnie i można było jedynie liczyć na następną. Tylko dlaczego, do cholery, ceną za ponowne spotkanie z Michaelem Grahamem było ryzyko urazu kręgosłupa? Na przestrzeni tych kilku długich lat najwyraźniej uplasował się wysoko w karmicznej hierarchii.
Blythe parsknęła cicho do własnych myśli i niemal od razu się skrzywiła. Jej zesztywniałe ciało posłało słaby, bolesny impuls, który rozszedł się echem po wrażliwych nerwach, po raz kolejny przypominając jej dotkliwie, że powinna bardziej na siebie uważać.
Nawet gdyby tak było, byłabym prawdopodobnie ostatnią z osób, które by o tym usłyszały — zapewniła go, mimowolnie podchywtując ten sam, wyraźnie zabarwiony rozbawieniem ton. Kolejne pytanie sprawiło, że zamyśliła się na moment, faktycznie rozważając tę kwestię. — Nie przejmuj się, nigdy nie byliśmy ze sobą jakoś szczególnie blisko — odpowiedziała w końcu, nie żywiąc jednak z tego powodu szczególnego żalu czy urazy. Ot, zwyczajne stwierdzenie faktu. — Nie jestem nawet pewna czy kiedy widzieliśmy się po raz ostatni miałam już cycki. Ty z kolei z całą pewnością wydawałeś się nieco wyższy — dodała i sięgnęła dłonią do swojego boku, próbując bez powodzenia naciągnąć sweter na kawałek odkrytej skóry.
Zanim jednak zdążyła się zirytować nadaremnym wysiłkiem, Mike nakrył ją kawałkiem materiału. Blythe zamrugała z zaskoczeniem i podniosła na niego wzrok, uświadamiając sobie, że właśnie oddał jej swoją bluzę. Gwałtowny protest, który rozbudził w niej ten gest, przybrał formę nieprzyjemnego ucisku, który zakorzenił się w jej żołądku, ale przełknęła słowa odmowy, które wraz z nim zatańczyły gdzieś na końcu jej języka.
Dziękuję — powiedziała zamiast tego, w półmroku prześlizgując się spojrzeniem po jego odkrytych ramionach. — Ale nie powinieneś tego robić, teraz czuję się winna — westchnęła ciężko, ostatecznie uciekając spojrzeniem w kierunku nocnego nieba.
Podczas gdy Graham upewniał się, że Rems wciąż jest w jednym kawałku, ona wróciła do obserwowania gwiazd. Jej palce odruchowo zacisnęły się na rękawie dresowego okrycia, ale uparcie dusiła w sobie chęć zerknięcia w kierunku mężczyzny, nawet wtedy, gdy zadawał kolejne pytania.
Przepraszam, że musiałeś się zatrzymać — oznajmiła po chwili i przełknęła głośno, próbując przypomnieć sobie czasową oś całego tego incydentu. — Nie jestem pewna jak długo — przyznała. — Wspięłam się na kopułę żeby pomyśleć, ale zapomniałam, że przy tej pogodzie barierki wciąż są oblodzone. Poślizgnęłam się, straciłam równowagę i spadłam, to właściwie tyle — streściła, próbując zachować neutralny ton. — Byłam ogłuszona może przez pół minuty i podniosłabym się od razu, ale zobaczyłam… — zawahała się na moment i uniosła ramię, wyciągając dłoń w kierunku nieboskłonu. Rozłożyła palce i uśmiechnęła się mimowolnie, dostrzegając między nimi jasne punkciki. — Gwiazdy mnie rozproszyły — sprostowała i wreszcie przechyliła głowę, na powrót podchwytując spojrzenie Michaela. W jej oczach zamajaczyła jakaś nieokreślona emocja, zanim zmrużyły się w rozbawieniu.
Śnieg, Mike — przypomniała. — Jest cholernie zimny. Nie jestem już pewna czy plecy bolą mnie od upadku, czy od temperatury — wymamrotała i tą samą rękę, którą wyciągała ku górze, przesunęła niżej, w kierunku mężczyzny. Poruszyła palcami na zachętę. — Byłbyś tak miły?

Michael Graham

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: śr gru 17, 2025 8:57 am
autor: Michael Graham
Człowiek nie zdawał sobie sprawy, jak wiele sygnałów potrafi wysłać dobremu obserwatorowi, który wie, za czym się rozgląda. Drobne zmiany w wyrazie twarzy, ułamek sekundy urwanego oddechu, cichy grymas niezadowolenia, drżenie małego palca u dłoni. Naturalnie, ludzki organizm mógł podobnie reagować na różne bodźce, co z łatwością dałoby się omylnie zinterpretować, gdyby postawić sobie klapki na oczach i wierzyć wyłącznie w jedną diagnozę. Umysł należało mieć otwarty, obserwować ciało, słuchać wyznań, zarówno delirycznego bełkotu, jak i świadomie składanych słów, bo nigdy nie wiadomo, kiedy padnie to, istotne. Miało być parsknięcie, może lekki uśmiech, ale to moment spięcia, choć przelotny, podsycił czujność.
Na chwilę, bo nawet Michael Graham ma swoje słabości, kiedy jego uwagę przykuła wzmianka o cyckach. Błękitne spojrzenie nawet zsunęło się ukradkiem gdzieś na wysokość biustu kobiety, ale to zwykły odruch podobny do różowego słonia, skoro zarówno warstwy ubrań, jak i leżąca pozycja, uniemożliwiały sensowne porównanie. Niemniej pomogło to w pewien sposób Michaelowi, rozgrzeszając dziury w pamięci, skoro w istocie mieli widzieć się po raz ostatni dawno temu.
Celna wskazówka, dzięki — mruknął, od początku tego felernego spotkania trzymając się z dala sztucznej, nadmuchanej powagi. — Jeśli potrzebujesz rozgrzeszenia, to możesz mi obiecać po wszystkim miły uśmiech i poprawę, że nie będziesz się więcej wylegiwać na śniegu. — Czego innego miałby oczekiwać za własny upór i złożoną przysięgę, że bez względu na okoliczności, będzie ratować życie innych? No, może nie do końca z tymi okolicznościami, jak się okazało przed rokiem podczas scysji z pułkownikiem Trembleyem, interpretacja lubiła pozostawiać wiele do życzenia, kiedy okazywało się, że hierarchia poleceń wchodzi ze sobą w konflikt.
Oblodzone drabinki, upadek, ogłuszenie… Zamrugał kilkakrotnie, kiedy wykreślił z listy potencjalnych problemów napad oraz zawał i natychmiast powiódł wzrokiem za kobiecą dłonią. Niebo? Gwiazdy? Cholerni romantycy… W jego spojrzeniu jawiła się chwilowa dezorientacja, kiedy powracał znów do Blythe i zetknął się z czymś nieokreślonym, a co zmuszało do sięgnięcia pamięcią wiele lat wstecz.
Ty jesteś dziewczyną Blythe’ów — rzucił nagle błyskotliwie, na poły zdziwiony, że pamięta, jak i zadowolony z odkrycia. — Rzeczywiście minęły długie lata od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, a ty nadal z głową ponad chmurami. — Pokręcił własną i zaśmiał się krótko, przypominając sobie kilka mętnych obrazów z przeszłości, kiedy był jeszcze ambitnym i względnie zadowolonym z życia studentem. Było tam też miejsce dla Remy, córki znajomych rodziców, której zdecydowanie bliżej do Ruby, zarówno wiekiem, co pewnie i pasjami. Chyba, bo przecież nigdy nie zadał sobie trudu, by zainteresować się dziewczyną, rówieśniczką siostry, fanką majsterkowania i… kosmosu. — Znalazłaś tam coś nowego? Czy warto przeleżeć na zimnym dla takiego odkrycia? — Nadwrażliwi uznaliby, że się czepia i jest sarkastyczny, wywołując poczucie winy, ale w swoim odczuciu wyłącznie sięgał do żartobliwego tonu, korzystając z okazji na podtrzymanie lekkiego tonu.
Wedle podręczników, nie powinien pozwalać jej wstawać, nawet jeśli powtarza, że wszystko w porządku i jedyne, co jej doskwiera, to chłód. Nie powinien, ale pozwolił, bo intuicja wyraźnie podpowiadała, że Remy nic wielkiego się nie stało, a zmuszanie jej do dalszego wyziębienia, mogło być jeszcze gorsze w skutkach. Chwycił jej rękę w stabilnym uścisku i pomógł się podnieść, bez pośpiechu, nadal bacznie sprawdzając, czy kobieta prawidłowo odpowiada.
Mieszkasz w okolicy? Odprowadzę cię, gdzie trzeba. Przepraszam z upierdliwość, ale nie wybaczyłbym sobie, gdybyś jednak po drodze zasłabła. — Wspominał o przeprosinach, ale w męskim głosie nie nie wybrzmiewał żaden wstyd, czy poczucie winy. Naturalnie, nie życzył jej dalszych powikłań i miał nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, ale poczucie obowiązku było u niego silniejsze, niż zwykła sympatia i wielkie, współczujące serce. Ostrożnie zsunął dłonią śnieg z jej ramion oraz pleców, mając nadzieję, że pośladki otrzepie już sobie sama. Jeszcze moment i zatęskni za swoją bluzą.

Remy Blythe

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: śr gru 17, 2025 12:03 pm
autor: Remy Blythe
Nie miało większego znaczenia czy Michael robił to świadomie… Remy była szczerze wdzięczna za to, że w trakcie oględzin i całej tej krótkiej wymiany zdań, mężczyzna ograniczał się do zdawkowego profesjonalizmu, odpuszczając sobie pompatyczny ton. Czuła się wystarczająco paskudnie i chociaż w pracy na ogół sama starała się odcinać od zbędnych emocji, w tej chwili doceniała bardziej ludzkie podejście.
Blythe prychnęła mimowolnie i pokręciła głową, a śnieg zaskrzypiał cicho pod wpływem jej ruchów. Zignorowała to i rozciągnęła usta w najmilszym, najbardziej uroczym uśmiechu, na jaki było ją aktualnie stać.
Możesz liczyć na uśmiech, ale poza tym musisz wymyślić inną pokutę, bo nie mogę obiecać, że to się nigdy nie powtórzy — oznajmiła, na pozór tylko niedbale, bo to nie tak, że zawczasu planowała rekreację w zaspie. To się po prostu stało, tak samo, jak wszystkie inne, niefortunne wypadki, które przytrafiały jej się przez nieuwagę, gdy skupiała się intensywnie na czymś innym. Co było naprawdę ironiczne, biorąc pod uwagę, że potrafiła w ostatniej sekundzie złapać spadającą śrubkę, a nie była w stanie ominąć ramy łóżka, która poprzedniego ranka zaatakowała jej kolano.
Kiedy Grahamowi w końcu udało się połączyć kropki i rozpoznać jej tożsamość, Rems uniosła brwi w lekkim zdumieniu. Była już pewna, że będzie się musiała ponownie przedstawić, dlatego była pozytywnie zaskoczona.
Zdradził mnie brak cycków czy gwiazdy? — roześmiała się, szczerze rozbawiona, chociaż ze względu na fizyczny dyskomfort, jej śmiech pozostawał nieco napięty. Nie wymuszony, a po prostu ograniczony przez obawę, że bardziej gwałtowna reakcja wywoła ból, którego wolałaby uniknąć. Dobrze więc, że nie potrafiła czytać Mike’owi w myślach, bo usłyszawszy, że wrzucił ją do jednego wora z romantykami, prawdopodobnie nie potrafiłaby się opanować. Kogo jak kogo, ale akurat Remy Blythe nie można było określić tym tytułem. Koniec końców stąpała po ziemi tak pewnie, że dopiero po odejściu od męża uświadomiła sobie, że w ogóle była wcześniej zakochana…
Owszem, jej marzenie leżało wysoko ponad chmurami, ale jej głowa pozostawała w obszarze troposfery. Blythe była jednym z tych nielicznych przypadków, które pomimo mierzenia wysoko, miały umiejętności oraz szansę osiągnąć swój cel bez względu na poziom trudności oraz ilość kłód rzucanych jej pod nogi.
Uświadomiłam sobie po prostu, że wciąż tam są — odpowiedziała, nie wyjaśniając, że od niemal dwóch lat unikała patrzenia w ich kierunku. Michael nie znał jej przecież na tyle dobrze, aby to zrozumieć. Prawdopodobnie.
Chwyciła jego dłoń lodowatymi palcami i z niewielką pomocą zdołała wreszcie dźwignąć się do pionu. Mruknęła mimowolnie, krzywiąc się w niezadowoleniu, kiedy jej grzbiet zaprotestował, ale zignorowała ból i wolną ręką chwyciła materiał bluzy, aby przypadkiem nie zsunęła się na ziemię.
Dziękuję — wymamrotała, podczas gdy mężczyzna poświęcił moment, aby otrzepać ją ze śniegu.
Teraz, gdy była już w pełni zakotwiczona w rzeczywistości, czuła jak głęboko chłód przeniknął w jej ciało. Zesztywniałe kończyny, charakterystyczne pieczenie skóry i nieprzyjemnie mokry materiał, który kleił się do jej nóg, wszystko to zaatakowało ją ze zdwojoną siłą, a mimo to z powrotem wręczyła Michaelowi jego okrycie. Sama miała na sobie kurtkę, więc myśl o narzuceniu na nią dodatkowej warstwy wydała jej się idiotyczna. Ostrożnie poprawiła czapkę, zsunęła pozostałość białego puchu z tyłka, który mężczyzna taktycznie ominął, po czym pochyliła się i oparła dłonie na ugiętych kolanach, wzdychając ciężko.
Wróciłam na jakiś czas do rodziców — odpowiedziała i uniosła wzrok, posyłając Grahamowi kolejny, obiecany uśmiech. Jej usta zdążyły już nabrać nieco kolorów, chociaż wciąż drżały zdradziecko pod wpływem dotkliwego zimna. — Nie jesteś upierdliwy — zaprzeczyła, poświęcając moment, aby wreszcie naciągnąć sweter na odkrytą skórę na plecach i brzuchu, chociaż jej ruchy były powolne i odrobinę niezdarne. — Chyba, że próbujesz, w takim razie musisz odrobinę bardziej się postarać — mruknęła i niespiesznie wyprostowała kręgosłup, ale gdy spróbowała zrobić krok do przodu, jej zesztywniałe kolana ugięły się niebezpiecznie i odruchowo chwyciła mężczyznę za ramię dla równowagi.
Wybacz — westchnęła z irytacją. — Chyba potrzebuję jeszcze chwili — powiedziała, niechętnie przyznając się do słabości. Zaraz potem zmarszczyła czoło i przyjrzała się Mike’owi nieco uważniej. — A co z tobą? Przeniosłeś się w tę okolicę? — zapytała i wciąż traktując go jako podporę, sięgnęła wolną ręką do zmarzniętego uda, próbując je rozmasować. Wzdrygnęła się, kiedy chłodne powietrze owiało jej przemoczony tyłek, pozbawiając ją ostatnich złudzeń, że w tych okolicznościach uda jej się nieco rozgrzać. Nie chciała jednak wracać w tym stanie do domu. Od rozwodu i momentu ostatecznego porzucenia planów na przyszłość, jej rodzice zerkali ku niej z niepokojem przy każdej, odbiegającej od normy okazji i Remy nie wątpiła, że ten incydent potraktowaliby jako kolejny dowód na to, że pomimo jej upartych zapewnień nic nie było w porządku.


Michael Graham

Did you fall from heaven? 'Cause you sure look like a failed drop...

: ndz gru 28, 2025 12:14 pm
autor: Michael Graham
Nie rzucasz słów na wiatr, to szanuję — podtrzymał lekki ton, bo rozbawił go wymuszony uśmiech. To miłe, że nie próbowała udawać kogoś ostrożniejszego, niż w rzeczywistości jest, czy bagatelizować sprawę, żeby wreszcie się odczepił.
Może to z zimna, a może przez zaraźliwy śmiech Remy, odpowiedział tym samym, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Gwiazdy były pierwsze, a brak cycków tylko utwierdził mnie w przekonaniu — przyznał ze skinieniem. Zwykł o sobie myśleć, że ma dobrą pamięć, ale do sytuacji i drobnych szczegółów, nie zaś twarzy oraz imion. — Chociaż przyznaję, że nie spodziewałem się, że nasze kolejne spotkanie odbędzie się w pozycji horyzontalnej, w śniegu i przy minus osiemnastu. — Ani że w ogóle się jeszcze spotkają. Umysł lubił porządek, pozbywał się wspomnień niewartych zachowania — śniadania z zeszłego tygodnia, rozmów prowadzonych w kolejce po kawę, kodów do domofonów, zapachów miejsc, do których się nie wraca, przyjaciół z dzieciństwa. Najwyraźniej pamięć miała swoje kaprysy, bo czasem to, co dawno wykreślone, potrafiło nagle wrócić bez zapowiedzi. — Skąd założenie, że mogło ich już nie być? Zdaje mi się, czy szukanie kosmitów, było niegdyś twoją wielką pasją? — pytał bez skrępowania, bo nie wiedział ani o małżeństwie Blythe, ani tym bardziej rozwodzie i porzuceniu wymarzonej kariery.
Pozostawał wciąż blisko, by móc szybko zareagować w razie potencjalnej wywrotki, czy odkrycia urazu, o którym w pierwszej chwili nie było wiadomo. Przyglądał się Remy nie mniej uważnie, niż przed momentem, służąc ramieniem, kiedy ugięły się pod nią kolana.
Rodzice… — powtórzył z lekkim parsknięciem. — Klasyka. Wraca się na chwilę, a potem nagle okazuje się, że lodówka jest pełna rzeczy, których nie kupujesz i wszyscy wiedzą lepiej, co masz dalej robić. — Przykład był na wyciągnięcie ręki, mieszkał w York Mills i wydzwaniał codziennie, upominając się o odwiedziny. — A co do upierdliwości, to zanotuję, ale ostrzegam, mam w tym pewne doświadczenie. — Co mogliby potwierdzić wszyscy podwładni Grahama.
Dłoń powędrowała na jej łokieć, druga przesunęła się niżej, stabilizując ją bez szarpania.
Mnie się nigdzie nie spieszy. — Poza możliwością przebrania się w coś cieplejszego i wypicia herbaty, nie miał wielu oczekiwań względem tego wieczoru. Żadnego miejsca, w którym musiałby się stawić, telefonu do wykonania, ani kota do nakarmienia, ot kawalerskie życie, z którego dotąd nie wyrósł. — Co mnie zdradziło? Ludzie nie zjawiają się w środku zimy na obcym osiedlu, żeby pobiegać? — zaśmiał się i wzdrygnął, kiedy wzdłuż pleców przeszedł go nagły dreszcz, zdradzający uciekające z organizmu ciepło. W obecnym stroju mógł z powodzeniem przetrwać na zewnątrz, jeśli pozostawałby w ruchu, ale niekoniecznie tkwiąc niczym kołek na słabo przesłoniętym od wiatru skrawku ziemi. — Mieszkam kilka domów stąd, przed skrzyżowaniem, więc jeśli chcesz zrobić przystanek na ogrzanie, to zapraszam. — Wskazał brodą w kierunku wyjścia z placu zabaw. Nie pamiętał dokładnie, gdzie mieścił się dom rodziców Remy, gdzieś w okolicy, to na pewno, ale bywał tam zbyt rzadko, zwłaszcza w okresie zimowym, by rozpoznać przykryty śnieżną czapą budynek. — W Toronto jestem od roku, w Guildwood od paru miesięcy, ale najwięcej czasu spędzam poza domem, więc nic dziwnego, żeśmy się wcześniej nie spotkali — kontynuował temat, bardziej po to, by podtrzymać rozmowę i mieć pewność, że Remy nie odpłynie zaraz, kiedy płynąca w ciele krew chwyci równowagę, a nie z potrzeby wyjaśnienia swojej sytuacji. Jeszcze tego brakowało, żeby się komuś musiał tłumaczyć. Prawda? Prawda?Daleko mi do syna marnotrawnego, inaczej pewnie też byłbym u rodziców.
Znów wychwycił przechodzący dreszcz, tym razem niewywołany odruchem własnego ciała, a uwieszonej jego ramienia młodej kobiety. Chłodny wiatr smagał co rusz ich sylwetki, omiatając je płynnie, ale i prześlizgując się w ciasnych szparach między nogami i łokciami. Wdzierał się boleśnie, odnajdując najsłabsze punkty.
Mogę? — zapytał po chwili wahania i spojrzał porozumiewawczo, rozpościerając ręce, by zamknąć ją w ramionach. Dla wspólnego ogrzania oczywiście, bo skoro i tak mieli trwać w bezruchu, czysto praktycznym byłoby zadbać o swój komfort. Zamiast pozwolić ciszy zrobić się niezręczną, postanowił ją uprzedzić czymś, co znał najlepiej: dygresją. — Czy ja ci kiedykolwiek podziękowałem za naprawę wozu? — przypomniał sobie nagle. — To było na dzień przed wyjazdem na egzaminy, kiedy zahaczyłem podwoziem o cholernego krasnala przy podjeździe rodziców. Strasznie się wkurzyłem, nie chciałem się spóźnić, zresztą dalej mogę przysiąc, że tej marnej ozdoby nigdy wcześniej tam nie było — opowiadał, mrucząc trochę z niezadowoleniem na wspomnienie bliskiego spotkania z dziełami sztuki, najnowszym nabytkiem matki, o którym nikomu nie powiedziała, tylko bezceremonialnie rozstawiła po ogrodzie, zarzekając się, że były tam od zawsze. — Gdyby nie ty, pewnie wpadłbym w panikę, oblał któryś z testów, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. — Czy lepiej? Zastanawiał się czasem, czy gdyby w którymś momencie życia zawrócił, lub obrał inny kierunek, byłby dzisiaj szczęśliwy? Myślał o tym, przykuty do szpitalnego łóżka, liżąc rany po postrzale, z ciężkim sercem informując rodziców o rozwodzie, a także oglądając zdjęcia syna Zaylee. Bał się odpowiedzi, unikał jej, odsuwając niechciane obrazy na bok.

Remy Blythe