Strona 1 z 1

a spark in the library

: sob gru 06, 2025 6:44 pm
autor: oleander everhart
nieprzyzwoicie wczesna pora, biblioteka uniwersytecka na kampusie


Świt wkradał się do wnętrz pogrążonego w niemal zupełnie niezmąconej niczym ciszy budynku nieśmiało, i przez wysokie wykusze starodawnych okien, rozlewając błękitno-szare plamy światła na kamiennej posadzce korytarzy, po półkach z książkami i po oprawionych w ciężkie ramy planach architektonicznych kampusu. Panująca tu atmosfera kojarzyła się raczej z kaplicą, a nie uniwersytecką instytucją: dbałość o to, by zachowywać milczenie, i po wąskich przestrzeniach poruszać się z godnym kościoła namaszczeniem.
Zmierzając z wolna - bo obciążonym wielogodzinnym zmęczeniem krokiem - w stronę mieszczących się w gardzieli korytarza automatów z kawą i przekąskami, Oleander mrużył i przecierał podczerwienione nieco oczy, nawigując lokalne przestrzenie bez zastanowienia; znał je przecież na tym etapie równie dobrze, jak pielęgniarki z nocnych dyżurów zwykną znać labirynty szpitali.

Łącząc pracę na nocki i przygotowania do zbliżającej się sesji egzaminacyjnej, Ollie egzystował głównie za sprawą siły woli i mocy kofeiny, której w krwioobiegu musiał uzupełniać coraz regularniej, przyzwyczaiwszy organizm, że ten co parę godzin otrzymuje nowy zastrzyk kawy albo chociażby coli - w razie ich braku natychmiast gotowy reagować sennością i migreną. Everhart mógł wiedzieć, że to niekoniecznie zdrowy sposób funkcjonowania, ale wciąż obiecywał sobie, że to ostatni raz, bo przecież przy kolejnej sesji będzie rozsądniejszy, i lepiej zorganizowany - a więc i wolny od obowiązku, aby każdą wolną chwilę spędzać na nadrabianiu akademickich zaległości.
Wbrew temu, jak wyglądało uczelniane tło większości jego kolegów z roku, Ollie nie miał wieloletniej wprawy w uczeniu się do egzaminów, które nie polegały przede wszystkim na praktycznych, fizycznych umiejętnościach. Teraz zaś, na początku zupełnie nowej - bo akademickiej - kariery, wszystkiego musiał się uczyć od zera. Nie było sensu udawać, że nie stanowiło to dla niego nie lada wyzwania.

Automat zamrugał niepokojąco stanowczo, gdy brunet tylko nacisnął przycisk dolewki. Po chwili zapiszczał, jakby chciał Oleandra zganić za przeszkadzanie mu w nocnej drzemce. W końcu, gdy Ollie spróbował nacisnąć zielony guzik po raz drugi, maszyna - jak na złość - wyświetliła rozczarowujący komunikat: ERROR 07: TRY AGAIN.

Ollie westchnął głęboko - takim rodzajem zrezygnowanego, rozczarowanego westchnienia, który wyrywa się z samego środka duszy.
— Dobra, stary...Ja wiem, że ty też masz dość… — mruknął pod nosem, stukając lekko w plastikowy panel urządzenia. — Ale posłuchaj, przyjaźnimy się. Od lat. Nie zostawisz mnie teraz, prawda? Proszę o jedno espresso. Nic więcej. Przecież o północy obiecałeś, że damy radę do rana.

Automat nie miał jednak zamiaru współpracować. Stęknął jeszcze raz, zgrzytnął i zabuczał, do plastikowego kubka wyrzucając z siebie tylko bladawą, letnią w temperaturze kroplę brunatnej wody.

Oleander przetarł twarz dłonią. Czuł lekkie drżenie mięśni — efekt zbyt małej ilości snu i zbyt dużej ilości odpowiedzialności zgromadzonych w jednym ciele. Proteza, jak zwykle nad ranem, wydawała się cięższa niż powinna, jakby grawitacja postanowiła sprawdzić, ile Everhart jeszcze wytrzyma.

- Na miłość boską, Brutusie... - wsparłszy się o prostokąt maszynerii na otwartej dłoni, chłopak zwiesił głowę, niezdecydowany, czy się roześmiać, czy może jednak rozpłakać. I dopiero wtedy poczuł - nie bez jakiejś dozy zażenowania - cudzą obecność, rozumiejąc, że jego dramatyczne rozterki przy uczelnianym automacie zyskały właśnie nieproszoną widownię - Chryste, wybacz, ja... - zaczął, nie rejestrując jeszcze nawet, do kogo mówi - ...naprawdę nie postradałem jeszcze zmysłów, tylko...

Ruby stała kilka metrów dalej, wylądając jakby świt nakładał na nią filtr w sepii: kosmyk włosów opadał zgrabnie na jej ładną twarz, a kołnierz swetra przesunął się lekko na bok, odsłaniając smukłą linię dziewczęcej szyi. Dłonie miała puste - żadnych książek, żadnego plecaka - więc Ollie domyślał się, że i ona przyszła tu po kawę, lub przynajmniej jednego z oferowanych w automatach monsters drink.

Widział ją tu wielokrotnie, choć znali się wyłącznie przelotnie - w ramach jednej z tych uniwersyteckich znajomości, które opierają się na jakimś krótkim "cześć!" rzuconym między regałami, i ukradkowych spojrzeniach znad stołowych blatów. Wydawało mu się, że była doktorantką - chyba biologii? Zawsze w towarzystwie książek, zawsze jakby lekko nieobecna, jakby myślami znajdowała się o kilka światów dalej.

Nie wiedział o niej nic. A jednak… widział wystarczająco dużo, by rozpoznać zmęczenie, które dziewczyna nosiła niczym drugi sweter.

-...jestem trochę zdesperowany, wiesz? - zakończył nieco nerwowy, lecz wypowiedziany nie bez uroku słowotok, zakończywszy go uniesieniem pojedynczego kącika warg w lekkim, ciut zawadiackim uśmiechu.


Ruby J. Graham

a spark in the library

: ndz gru 14, 2025 1:28 pm
autor: Ruby J. Graham
Ten dzień nie układał się zupełnie tak, jak Ruby by chciała. Była na terenie uniwersytetu już ponad dziesięć godzin, większość tego czasu spędziła w laboratorium, korzystając z promieni słońca, które w wyjątkowych sytuacjach postanawiały się pojawić. Dziś był właśnie taki dzień – wyjątkowy pod tym względem, choć dla Ruby nie mógłby być gorszy. Jej obecne badania, nad którymi pracowała (a raczej starała się pracować!), szły jak krew z nosa i oczywiście na przekór jej oczekiwaniom. Raz za dużo jednego czynnika aktywnego, potem o jedną dziesiątą za mało. Innym razem znowu i za mało, i za dużo – i tak w kółko.
Jeśli jej doktorat w Oksfordzie nauczył ją jednego, to tego, że tak właśnie będzie wyglądać reszta jej życia, jeśli pójdzie drogą akademicką. Z całym sercem mogła przyznać swojemu promotorowi rację – nie było w tym kłamstwa. Choć było to dla niej niezwykle frustrujące: spędzać dni i noce, tygodnie, a czasami całe miesiące nad JEDNYM badaniem lub jego częścią, tylko po to, by dostać negatywny wynik i zacząć od nowa. Ilość nerwów, jakie straciła przez lata (i czasami nadal traciła), była już w jednostkach nie do zliczenia. A jednak nie potrafiła tak po prostu od tego odejść. To było coś, czego pragnęła odkąd pamięta, i gdy w końcu dostała swój list akceptacyjny z Oksfordu, była przeszczęśliwa.
Teraz była tu – na uniwersytecie w Toronto – po raz kolejny w swojej karierze rwiąc przysłowiowe włosy z głowy o bardzo nieludzkiej godzinie. Postanowiła przejść się do biblioteki i posiedzieć chwilę przy swoim ulubionym stoliku, patrząc przez okno. Wiedziała, że pewnie niewiele zobaczy, ale poniekąd to był jej cel. Chwyciła torbę na ramię, powiesiła laboratoryjny płaszcz na wieszaku i z szafki przy biurku wyciągnęła trzy puszki Red Bulla. Jedna wiedziała, że będzie za mało, dwie byłyby w sam raz, a trzy – tak na zapas. Bywały czasy, gdy Ruby wcale nie wracała do mieszkania, tylko robiła sobie drzemki w laboratorium na kanapie w kąciku, który urządzili sobie wszyscy korzystający z pracowni.
Całkiem zamyślona szła przez korytarz w kierunku biblioteki, gdy na swojej drodze spotkała kogoś… gadającego do siebie. Chwilę później zorientowała się, że chłopak nie mówi do siebie, a do maszyny z napojami, próbując się targować. Cicho westchnęła pod nosem, nie oceniając – sama nie raz modliła się czy też próbowała negocjacji z „maszynowymi bóstwami”, które utrzymywały ją przy życiu. Stanęła niedaleko niego i automatu, czekając, aż skończy swój monolog. Nie oczekiwała, że ją zauważy.
Och, nie przejmuj się, nie raz robiłam to samo. Maszyny są wredne, gdy czują desperację na kofeinę – powiedziała pół żartem, pół serio. Sama była już ledwo żywa i pewnie powinna zaciągnąć się do domu i spać, jednak Ruby była Ruby – bez pozytywnego wyniku na tej durnej próbce nawet nie zamierzała o tym myśleć.
Trzymaj – mruknęła, sięgając do torby na ramieniu i podając mu Red Bulla. – Wiem, że to nie kawa per se… ale będzie smakować lepiej niż to coś, co wylądowało w kubku – dodała, patrząc na niego. Czasami widywali się na korytarzu czy w bibliotece, ale jakoś nigdy nie udało się im zamienić więcej niż parę słów. Nie wynikało to z niczyjej winy – Ruby wiecznie gdzieś była i coś robiła, a wszystko związane z relacjami międzyludzkimi było spychane na tylny palnik.
Co sprowadza cię do biblioteki o tej jakże cudownej porze? – zapytała, a w jej głosie można było wyczuć sarkazm i nutę rozbawienia. Dobrze wiedziała, że nikt normalny nie kręcił się po tych korytarzach o tej godzinie – i samą siebie wliczała do tego grona.

oleander everhart

a spark in the library

: czw gru 18, 2025 6:51 pm
autor: oleander everhart
Czy o tej porze - i w tej lokalizacji, słynącej ze zdolności, by niejednego studenta doprowadzić do stanu czystego szaleństwa, a już szczególnie w okresie bezpośrednio poprzedzającym sesję egzaminacyjną - osobnik prowadzący wzburzony dialog z samym sobą powinien w ogóle kogokolwiek dziwić?
Ledwie dwa dni temu, w samym środku swojej nocnej zmiany, Oleander stał się świadkiem czyjegoś załamania nerwowego, gdy rzeczony student zorientował się, że ktoś inny skradł mu sprzed samego nosa jedyny egzemplarz jakiegoś bardzo rzadkiego, i najwyraźniej bardzo cennego, pierwszego wydania niszowej encyklopedii. Przy innej, równie niedawnej okazji, Everhartowi zajęło prawie pół godziny wyśledzenie, spomiędzy których to dwóch regałów dochodzi krótki, ale regularny, nerwowy chichot - odkrywszy, że dźwięki te wydaje z siebie ewidentnie serdecznie naćpany bardzo zestresowany student ostatniego roku prawa. Zdarzali się tacy, którzy szlochali prosto w książki i notatki, oraz tacy, którzy zdawali się wpadać w jakiś dziwny rodzaj milczącego letargu, w bibliotecznych przestrzeniach zdolni spędzić i do dwudziestu godzin za jednym zamachem.

Na szczęście jednak Ruby nie musiała się obawiać - choć rzeczywiście, studenckie obowiązki czasem wpędzały Oleandra w stan lekkiej paniki lub coś graniczącego z bardzo nieznacznych stanem przed-psychotycznym, brunet nigdy nie otarł się jeszcze o ryzyko kompletnej utraty zmysłów.
Nie inaczej było i teraz, gdy dziewczęca obecność natychmiast wytrąciła go z niedawnego stanu zacietrzewienia. Przez ułamek sekundy, Ollie zdążył się chyba speszyć, ale słysząc pierwsze słowa (nie)znajomej zrozumiał, że nie został przez nią zbyt surowo oceniony.
- Myślisz? - zaczątek niedoprecyzowanego grymasu szybko przerodził się w pełen uśmiech w reakcji na lekką, dziewczęcą zaczepkę - To wszystko wyjaśnia...
Nie zdążył nawet odwdzięczyć się Ruby jakąś ripostą w reakcji na jej żart, gdy studentka wyciągnęła z wnętrza swojej torebki natychmiast rozpoznawalną puszkę w słynnych, niebiesko-srebrnych odcieniach. Z piersi Oleandra wyrwało się nieplanowane, ale całkiem urocze westchnienie pełne ulgi i wdzięczności.
- Rany - rzucił, przejmując od dziewczyny napój - Nieważne, czy to kawa, czy nie. Ta ilość kofeiny na pewno postawi mnie na nogi - Zawyrokował - I nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę... - Przerwał na moment, zawiesiwszy głos w sposób znaczący, że ciekawi go, jak rozmówczyni ma na imię - ...ale chyba właśnie uratowałaś mi życie?

Zabawne, jak łatwo teraz, po upływie paru lat, przychodziło mu nagle wypowiadać podobne, lekkie uwagi, podczas gdy oczywiście podzielenie się z kimś napojem energetycznym - jakkolwiek szlachetne - nie mogło się równać z faktem, że Oleandrowi w przeszłości naprawdę zdarzało się uchronić kogoś przed śmiercią. Jego terapeuta od razu orzekłby, że fakt, że Ollie mógł teraz mówić o podobnych aktach heroizmu z dozą humoru i ironii, był dobrym sygnałem. Oznaczało to, że oznaki jego PTSD słabły.

- Powiedzmy, że jestem męczennikiem w imię nauki... - dorzucił zaraz, spodziewając się, że najpewniej musieli dzielić tę cechę, skoro obydwoje znajdowali się w budynku o tak nieludzkiej porze - A tak zupełnie serio, pracuję w bibliotece. Na nocne zmiany - Wzruszył ramionami, przechyliwszy głowę z nieskrywanym zainteresowaniem. Jak dobrze było choć na moment oderwać się od monotonii pracowniczych obowiązków, za rozmówcę mając nagle prawdziwego człowieka, a nie automat z napojami - A ty? Domyślam się, że studiujesz? - Zagadnął - I, niech zgadnę, studia doktoranckie?


Ruby J. Graham

a spark in the library

: pt gru 19, 2025 9:10 pm
autor: Ruby J. Graham
Ruby przez chwilę tylko patrzyła na Oleandra, jakby jego słowa musiały się najpierw przebić przez gęstą mgłę zmęczenia, która od kilku godzin oplatała jej myśli. „Uratowałaś mi życie” – to zdanie odbiło się w niej zaskakująco mocno. A jednak poczuła, jak coś w jej klatce piersiowej lekko się rozluźnia.
Jeśli naprawdę uratowałam ci życie – zaczęła, starając się brzmieć lekko – to przynajmniej będę mogła dopisać to do CV. „Specjalizacja: resuscytacja kofeinowa”. – dodała próbując zabrzmieć poważnie jednak takie sytuacje nie były jej mocną stroną by utrzymać kamienną twarz więc od razu się poddała.
W świecie Ruby zdanie które wyszło z jej ust było w założeniu żartem, jednak nigdy nie była w 100% jak druga osoba to przyjmie. .Co również zaskoczyło ją, jak łatwo przyszło jej to zdanie. Zwykle jej humor odbijał się od ścian laboratorium, trafiając co najwyżej w probówki albo w jej własne odbicie w szybie inkubatora. Kiedy Oleander wspomniał o nocnych zmianach, Ruby poczuła coś w rodzaju… wspólnoty. Tak, to są ci ludzie. Nocni. Zmęczeni. Funkcjonujący w godzinach, w których świat nie powinien istnieć. To było dziwnie pocieszające. Znalazła właśnie kogoś kto zdawał się funkcjonować w podobnych godzinach do jej, co dodało jej trochę pocieszenia że nie była w tym budynku sama co zdarzało się nie raz, i jedyna osoba jaką Ruby widywała na korytarzu był to woźny lub ochrona sprawdzająca sale.
Nocne zmiany w bibliotece – powtórzyła, jakby po nim te słowa. – To musi być mieszanka zen i absolutnego chaosu. Nigdy nie wiesz, czy trafisz na kogoś, kto szuka książki o torturach, czy na kogoś, kto płacze nad statystyką. - Zawiesiła na nim spojrzenie. Z bliska wyglądał inaczej niż z daleka – mniej „wszystko pod kontrolą”, bardziej… prawdziwy. I chyba dlatego łatwiej mi z nim rozmawiać. Nie udaje, że ogarnia cały świat. Ja też nie ogarniam. Może to jest klucz.
Ja? – westchnęła, ale tym razem bez teatralności. – Studiowanie już zakończyłam…znaczy Studia doktoranckie skończyłam. Kilka miesięcy temu wróciłam z Oxfordu gdzie studiowałam licencjat i tam też zrobiłam doktorat z biochemii. W skrócie: robię rzeczy, które brzmią mądrze, dopóki ktoś nie zapyta, dlaczego nie działają. Przyjęłam pozycję Doktorantki tutaj i obecnie dalej kontynuuję mieszkanie w laboratorium, tym razem po innej części globu. – odpowiedziała na jego pytanie mając nadzieję że nie uzna jej za pedantyczną. W sumie, gdyby sama miała przeanalizować siebie jak i swoje odpowiedzi, pewnie za taką by siebie uznała. Czasami naprawdę musiała nauczyć się być cicho. Co jak co ale ta opcja nadal była w bardzo wczesnych etapach beta i zawierała niezmierne ilości błędów. Nie mów mu, że dziś prawie płakałaś nad probówką. Nie mów mu, że masz ochotę rzucić to wszystko i zostać baristką. – dodała we własnych myślach. Nikt tego nie potrzebował a szczególnie nowo poznana osoba. Jeszcze by jej brakowało by wziął nogi za pas i oddalił się w pośpiechu myśląc że Graham odbiło już całkowicie od ciągłego zamknięcia w jednym pomieszczeniu.
Uciekłam z laboratorium, zanim zaczęłabym rzucać pipetami. To podobno źle wpływa na morale zespołu. - Jej uśmiech stał się bardziej miękki, mniej obronny. - A ty wyglądasz na kogoś, kto widział rzeczy, o których pierwszoroczni nie powinni wiedzieć Opowiadaj! Chyba że zajmujesz się czymś ważnym to może być innym razem! – dorzuciła Ruby. Lekko zaczepne, ale nie za bardzo. Po raz pierwszy tego wieczoru poczuła, że może jednak nie jest tu sama.



oleander everhart

a spark in the library

: ndz gru 21, 2025 4:16 am
autor: oleander everhart
Oleander z trudem ukrył ulgę, która po jego ciele rozniosła się przyjemną, ciepłą falą w reakcji na lekkie brzmienie dziewczęcej odpowiedzi. Uff. Czyli jednak nie totalna gafa, i udało mu się uniknąć jakiejś głębokiej kompromitacji już na samym początku ich rozmowy, która - Everhart nie mógł zaprzeczyć - póki co dawała mu sporo frajdy. Wszystko było lepsze niż męcząca monotonia nocnych zmian - a zwłaszcza towarzystwo osób, z którymi brunet zdawał się nadawać na tych samych, lub przynajmniej zbliżonych falach.
Aż się roześmiał - krótko, dźwięcznie, i - wydawało się - z jakimś nowym błyskiem w oku, choć kto wie: przecież mogło to być jedynie odbicie neonowego światła bijącego blado z automatu.
- Nie wiem czy chcę pytać, na jaką pozycję planujesz z tym CV aplikować - rzucił, choć prawda była taka, że gdyby w jakiejś alternatywnej rzeczywistości Ruby chciała zostać, powiedzmy, jego osobistą asystentką, resuscytacja kofeinowa byłaby z pewnością jedną z najbardziej wymaganych zdolności. Inna sprawa, że stojąca przed Oleandrem dziewczyna nie wyglądała mu na kogoś, kto czułby się dobrze w roli czyjegokolwiek asystenta. Było w niej coś - w nieoczywisty, subtelny sposób - co kazało Everhartowi zakładać, że dziewczyna jest jedną z tych osób, które we własnym życiu najczęściej preferują grać pierwsze skrzypce. Choć oczywiście mógł się mylić.

Pociągnął kolejny łyk z darowanej mu przez rozmówczynię puszki, i choć zazwyczaj napoje energetyczne nie były jego ulubionym przysmakiem, z lekkim zaskoczeniem stwierdził teraz, że ten akurat smakuje jak prawdziwa ambrozja.
- Wiesz co - dodał, nie przestając się uśmiechać - Chyba sobie od ciebie to określenie pożyczę, jeśli przyjdzie mi aktualizować moje własne CV w najbliższym czasie... "Koordynator zen, i absolutnego chaosu." - Pokiwał głową, nadal balansując gdzieś na granicy żartu i powagi - Nikt lepiej nie opisał natury mojej pracy w tym miejscu.

Słuchał dziewczęcej wypowiedzi z uwagą, i bez najmniejszego cienia znużenia. Jasne, być może jakiś inny słuchacz faktycznie uznałby ciąg słów Ruby za monolog, i określił go mianem pedantycznego, ale Ollie lubił osoby... Gadatliwe? Otwarte? Zwał, jak zwał. Sam miał niekiedy niezły problem z otwieraniem się na ludzi, zbyt wycofany, zbyt ostrożny, o wiele bezpieczniej czując się w roli obserwatora, niż czynnego uczestnika wielu interakcji, zwłaszcza tych nowych. Rozmówczyni zaś, która nie ograniczała się w zakresie liczby dzielonych z nim słów, i faktycznie zdawała się chcieć mu coś o sobie opowiedzieć, zamiast zasłaniać się tarczą nic nieznaczących uprzejmości, była prawdziwym darem od losu.
- Raaany - przeciągnął, w jednym słowie zamykając nieskrywany podziw i jakąś dozę szacunku względem dziewczęcych osiągnięć. Bo prawda była taka, że tak właśnie brzmiały w jego uszach opisane przez Graham zdarzenia z ostatnich lat i miesięcy: jak osiągnięcia, niewątpliwie wymagające od niej niezwykłej dozy uporu wytrwałości i odporności na niepowodzenia. Ollie nie potrafił wyobrazić sobie doktoratu, który od początku do końca upływa bez żadnych trudności i przeciwności losu - Brzmi intensywnie? I trochę... - Zastanowił się, w efekcie uznając, że nie ma chyba nic do stracenia, i równie dobrze może powiedzieć dokładnie to, co pomyślał - I trochę samotnie. Choć popraw mnie, jeśli jestem w błędzie.

Jeśli, swoją drogą, Everhart miał teraz jakąkolwiek potrzebę, to bynajmniej nie, żeby zabrać nogi za pas, a wręcz przeciwnie - żeby zostać, i słuchać.
Wiedział jednak, że mało która relacja w ludzkim życiu może opierać się na czymś tak jednostronnym, i nie zdziwiło go, gdy Ruby nienachalnie zaprosiła go do większego uczestnictwa w rozmowie. Westchnął mimowolnie, bo naprawdę nie wydawało mu się, że anegdoty z biblioteki mogły dorównywać opowieściom o studiach doktoranckich, i eskapadach na drugą stronę planety.
- Jeśli poganianie studentów przetrzymujących "Układy kwantowe i teorię pomiaru" już trzeci miesiąc, i upewnianie się, że nikt nie zgubił żadnej ściągi między kartkami "Podstaw patofizjologii klinicznej" brzmi jak coś ważnego, to owszem, musielibyśmy zostawić naszą rozmowę na później... - Nie powstrzymał się przed puszczeniem do Ruby oka - Co byś chciała wiedzieć? Mam wrażenie, że przez ostatnie miesiące stałem się prawdziwą skarbnicą bibliotecznych historii. Możesz wybrać z kategorii "dramatyczne", "romantyczne", "śmieszne", i "straszne" - zasugerował. Nagle zdał sobie sprawę, że w ten sposób mógł też kontynuować rozmowę z dziewczyną bez obowiązku dzielenia się zbyt wieloma prawdziwymi faktami z własnej historii, albo - jeszcze gorzej - odpowiadania na zadane mu choćby bez słów pytania o historię jego urazu, który sprawiał, że Ollie nadal lekko utykał przy poruszaniu się po korytarzach kampusu - Możesz też łączyć kategorie. Jestem do dyspozycji.

Ruby J. Graham

a spark in the library

: śr gru 24, 2025 12:12 am
autor: Ruby J. Graham
Co jak co, ale musiała przyznać Oleandrowi rację – nie była osobą, która kiedykolwiek w tym życiu czy innym znalazłaby się na drugim planie. Dla niej jej własna osobowość była mieszanką rodziców; w większości poszła w ślady ojca i z wiekiem dostrzegała w sobie coraz więcej jego cech, zwłaszcza jeśli chodziło o podejście do nauki. Michael był bardzo podobny w tej sferze, choć charakterem różnił się od Ruby, co każdy bez problemu zauważał.
Mogłabym pomóc bratu w szpitalu. Choć to nie jest moje idealne miejsce pracy – odpowiedziała, wydając z siebie małe ziewnięcie. Musiała przyznać, że dzisiejszy dzień dawał jej się we znaki. Spędziła na uniwersytecie kilka dobrych godzin i zdawało się, że powinna już zbierać się do domu. Gdyby była mądra, pewnie by poszła. Znając życie, Ruby znowu zdrzemnie się na jakiejś kanapie czy fotelu, jeśli tylko znajdzie chwilę lub dwie.
Czy ja wiem, czy samotnie...? – zawtórowała, spoglądając na niego, a potem na sufit. Czy czuła się samotna? Czasami, ale nie bardziej niż normalnie, patrząc na swoje życie. Akademia była dla Ruby jedynym spójnym i stałym elementem jej świata. Od małego szła w tym kierunku, choć nie mogła odmówić, że trochę ją pokierowano – podobnie jak całe rodzeństwo Grahamów. Bycie najmłodszą i jedyną dziewczyną w rodzinie poza mamą nie było łatwe. Mama była artystką, a choć Ruby lubiła czasem coś narysować, nie przejawiała takich talentów jak ona. Ruby poszła w ślady ojca, co jeszcze bardziej oddalało ją od matki.
Może czasami, jednak jest to częścią akademii. Szczególnie kiedy skupiamy się na jednej części, która wydaje się nieznaczna, a może okazać się punktem zwrotnym – nie tylko w głównym obrazie, w który się wpasowuje na chwilę obecną, ale również w wielu innych, gdzie zmiana perspektywy może zmienić cały wynik czy rozwiązanie... – zaczęła kolejny monolog, nie mogąc się powstrzymać. Ruby może nie miała wielu przygód życiowych ani znajomych, ale miała akademię, a szalone godziny w laboratorium stały się jej „domem”. – Gdy ten moment nadejdzie... wszystko staje się warte. Nie każdy chce lub potrafi zrozumieć innych. Odkąd zaczęłam swoją przygodę z laboratorium, to stało się moim domem. Choć czasami bywa samotnie, jest tam swojsko – dokończyła, patrząc na chłopaka z pytającym wzrokiem, czy ją w ogóle zrozumiał. Sama nie była pewna, czy zrozumiała siebie, bo to, co słyszała wychodzące z jej ust, brzmiało bardziej jak bełkot niż złożone zdania osoby z doktoratem na karku.
Wybacz, wydaje mi się, że już zaczynam bredzić! – dorzuciła na końcu, dając tym samym Oleandrowi dojść do słowa. – A co do poganiania studentów... brzmi całkiem zabawnie. I chętnie skorzystam z propozycji łączenia kategorii... – dodała po chwili namysłu. – Poproszę dramatyczne i straszne! Śmieszne też może być – stwierdziła, otwierając jedną z puszek z torby i biorąc większy łyk, by choć trochę się wybudzić z senności, która zaczynała ją ogarniać.


oleander everhart

a spark in the library

: czw sty 01, 2026 8:12 am
autor: oleander everhart
Zamiast jakiegoś tam bełkotu, Oleander usłyszał jednak w słowach dziewczyny coś, naokoło czego prędko zdołał nabudować głębsze znaczenie i sens. Nie miał imponującej wiedzy w zakresie biochemii, mikrobiologii, czy fizyki; jego wiedza o pierwiastkach i zachodzących między nimi interakcjach sprowadzała się do tego, czego wymagały zajęcia w akademii pożarniczej - nie znał się na eksperymentach, a jedynie na bezpieczeństwie, i podstawowychchemicznych kombinacjach, które mogą je zaburzyć. A mimo to, użyta przez Ruby metafora natychmiast poruszyła w Oleandrze jakąś personalną, czułą strunę.

Czasami jedna część, która wydaje się nieznaczna, może okazać się punktem zwrotnym... (...) zmiana perspektywy może zmienić cały wynik czy rozwiązanie...

Everhart nie mógł nic na to poradzić: jego umysł natychmiast poddał mu wspomnienie wypadku. Pamięć niekiedy płatała mu dość okrutne figle, podrzucając szczegółowe, klarowne wspomnienia godzin przed otrzymaniem wezwania do pożaru. Ollie pamiętał, jak zwyczajne było wówczas jego życie, jak niezachwiana zdawała się rutyna, za którą bez zastanowienia podążał każdego dnia: pobudka w sprawnym, kompletnym ciele, codzienne czynności wykonywane rytmicznie i bez wysiłku. Gdy wystarczająco się skupił, nadal mógł poczuć na języku smak kawy, którą pił tamtego poranka, i dotyk miękkiego, choć grubego jeansu na skórze utraconej tamtego dnia nogi. Napięcie ścięgien w łydce. Łaskotanie dywanu na nagiej podeszwie prawej stopy. Niezaburzone lękiem i traumą sny. Śmieszne, małe rzeczy, za które nigdy nie musiał być wdzięczny, bo wydawały mu się absolutnym pewnikiem.
Aż do czasu, gdy jedno, pechowe zdarzenie, odwróciło całą jego życiową perspektywę o sto osiemdziesiąt stopni. Najpierw szok i niedowierzanie, a potem całe miesiące - jeśli nie lata - uczenia się powolnej, cierpliwej akceptacji.
- Absolutnie nie bredzisz! - zaprotestował, dopiero po wypowiedzeniu tych słów łapiąc się na obserwacji, że w jego tonie pobrzmiała jakaś nuta głębszej nostalgii - Chyba dokładnie wiem, co masz na myśli...

Mimo późnej pory i ziewnięć, na które ani Ollie, ani Ruby ewidentnie nie byli w pełni odporni, Everhart naprawdę czuł się dobrze w towarzystwie dziewczyny - a co ważniejsze tak, jakby znali się od lat, a nie dopiero co rozpoczęli pierwszą, prawdziwą rozmowę.
Kącik oleandrowych warg drgnął lekko w uśmiechu, który pojawił się na nich szybciej, niż brunet zdążył go ocenzurować. Przez krótką chwilę zdawał się ważyć w myślach, jak bardzo może pozwolić sobie na szczerość, zanim wreszcie oparł się bokiem o automat i przychylił lekko w stronę Ruby, jakby zdradzał jej sekret, który nie powinien wypłynąć poza mury czytelni.
— Dobrze... — zaczął powoli, jakby wertował archiwum własnej pamięci w poszukiwaniu odpowiedniej anegdoty — A więc kategoria "dramatyczne i straszne". Ale ostrzegam: nie ma w tej historii żadnych duchów. Tylko ludzie, a to zwykle gorsze. - Pociągnął kolejny łyk napoju. - Więc... Może o tym słyszałaś, ale parę miesięcy temu, w trakcie sesji, znaleźliśmy studenta zamkniętego w jednym z boksów. Wiesz których? Tych specjalnych pomieszczeń do "cichej nauki". Koleś w ogóle nie spał, ale też wcale się nie uczył. Po prostu siedział tam od… nikt nie wie kiedy. Bez telefonu, bez zegarka, kompletnie odklejony od czasu. Myślał, że minęła godzina, a minęły ze dwa dni. — Ollie przełknął ślinę, jednocześnie budując napięcie w narracji — Kiedy go wyprowadzaliśmy, płakał, przepraszał regały, że je zawiódł. Jakby książki były świadkami jego porażki... - Wzruszył ramionami z uśmiechem, który jednak nie sięgnął w pełni jego oczu, jakby w historii w gruncie rzeczy było coś bardzo smutnego. - Od tamtej pory sprawdzam boksy częściej, niż wymaga regulamin. I czasem… czasem mam wrażenie, że nadal słyszę jakiś dziwny dźwięk dochodzący z tamtego jednego pomieszczenia... Jakby ktoś ciągle tam był, choć boks zawsze jest pusty.
Zakończywszy opowieść, spojrzał na Ruby z ukosa, jakby sprawdzając, czy historia zawiodła, czy też spełniła jej oczekiwania.
— Więc tak. Dramatyczne i straszne. A śmieszne w tym jest chyba tylko to, że nikt nigdy nie wpisze takich rzeczy do oficjalnego raportu!

Ruby J. Graham