Strona 1 z 2

Ostatnia Deska Ratunku

: pn gru 08, 2025 1:40 am
autor: Primose Quinn
Nie spodziewał się, że do tego dojdzie. Że z kulawą nogą, rozkrwawionym łukiem brwiowym i pulsującym bólem w całym ciele będzie szedł ciemnymi uliczkami Toronto, szukając mieszkania przyjaciółki, które przez ostatnie miesiące było dla niego azylem. Czas pędził tak niemiłosiernie, że trudno było uwierzyć, że jeszcze wczoraj odbierał medale za wojskowe zasługi, a dziś musiał walczyć o wolność, którą ktoś próbował mu odebrać.
Ostatnie tygodnie w wojsku były dla niego dramatyczne. Od problemów z nowymi rekrutami, z których każdy próbował udowodnić swoją kogucią odwagę, nie mając najmniejszego pojęcia o wojskowym reżimie. Po skandal, który po ujawnieniu mógł odebrać mu nie tylko prawo do wykonywania zawodu żołnierza, ale też z góry przesądzić wynik sprawy rozwodowej. Gdzie w najgorszym przypadku groziła mu zimna cela na kilkanaście lat, tylko dlatego, że nie dopilnował kilku młodych, lekkomyślnych żołnierzy, którzy za swój błąd zapłacili własnym życiem.
Służba była dla niego szansą na normalność - jedyną, jaką kiedykolwiek miał. Dorastał z pijanym ojcem, którego smród alkoholu potrafiło się czuć w całym dniu od rana do wieczora. A widok przerażonej matki, sparaliżowanej strachem przed zemstą męża, zostawił w nim rany, które nigdy się nie zagoiły. Żałował jedynie, że odwagę znalazł dopiero po latach treningów, gdy stał się mężczyzną zdolnym sprzeciwić się uzurpatorowi wyrzucając go z mieszkania, które nigdy nie było prawdziwym domem.
A teraz… nie miał już nic. Ani rodziny. Ani mieszkania. Ani pracy, do której zawsze wracał jak do czegoś pewnego. Mimo że połowa prywatnego lokum, kupionego wspólnie z żoną, należała formalnie do niego - wiedział, że gdyby przekroczył próg, kobieta natychmiast zadzwoniłaby po policję. A oni, zachęceni oskarżeniami, które od kilkunastu godzin nie znikały z telewizyjnych pasków, mieliby pełne prawo wyrzucić go z mieszkania, dając jej kolejny argument w przeciągającej się wojnie rozwodowej.
Dlatego ostatnią deską ratunku była Riley. Najlepsza przyjaciółka - i kochanka, z którą spędzał większość chwil, gdy tylko wracał do Toronto. Piękna, ciemnowłosa dziewczyna, od razu urzekła go swoim temperamentem i tą trudną do opisania wyjątkowością. Jako jedyna potrafiła wysłuchać go do końca. Dlatego kiedy z każdym krokiem ból rozchodził się coraz mocniej, a on finalnie dotarł pod jej drzwi, zapukał trzy razy, cicho, niemal błagalnie licząc, że jest w środku. Bo jeżeli nie ona… nie było już nic.
- No błagam… Riley, bądź w domu.

001
riley davis

Ostatnia Deska Ratunku

: śr gru 10, 2025 7:23 pm
autor: riley davis
Tego dnia wróciła do domu wcześniej, niż początkowo planowała. Jej jednostka organizowała wigilię, na której miała pojawić się także Riley, ale w ostatniej chwili zrezygnowała z tego pomysłu. Może to błąd, bo pewnie powinna postarać się i nie opuszczać żadnej okazji do integracji z ekipą, szczególnie że dopiero co do nich dołączyła. Jednak była w tak podłym humorze, że zdecydowała, że lepiej będzie jeśli tym razem sobie odpuści to spotkanie i nie będzie psuć innym zabawy.
Nigdy nie lubiła świąt, a grudzień zawsze wprawiał ją w wyjątkowo melancholijny nastrój. Może dlatego, że przypominał jej o tych, którzy odeszli. Najpierw, przez praktycznie całe swoje życie, czuła tęsknotę za ojcem - szczególnie w tym okresie świątecznym, gdzie rodzina powinna być w komplecie. Teraz było tylko gorzej. Rany po tragicznej śmierci matki i ojczyma nie zdążyły się zagoić, a wręcz czuła się tak, jakby ktoś ciągle posypywał je solą.
Nie miała więc najmniejszej ochoty ubierać choinki, czy szaleć na zakupach w poszukiwaniu prezentów. Nie chciała z przyklejonym do twarzy fałszywym uśmiechem udawać, że wszystko jest w porządku - bo nie było. A tym bardziej nie zamierzała zwierzać się komukolwiek ze współpracowników i tłumaczyć dlaczego nie czuła magii świąt - nawet Teddy… a może zwłaszcza jej.
Stała przy oknie, jak zahipnotyzowana, wpatrując się w prószący na zewnątrz śnieg. Gwizdek czajnika ściągnął ją w końcu na ziemię i przypomniał o gotującej się wodzie na herbatę. Zalewając kubek wrzątkiem, usłyszała ciche pukanie do drzwi. Zanim ruszyła, by otworzyć, otuliła się ciaśniej swoim ciepłym szlafrokiem.
Prim…o kurwa — jęknęła zmartwiona i chwyciła go za dłoń, by wciągnąć go do środka i od razu poprowadziła przyjaciela w stronę kanapy. Gdy usiadł, kucnęła przed nim, by dokładniej mu się przyjrzeć.
Co się do cholery stało? Kto cię tak urządził, co? — spytała już głośniej i pewniej, oceniając obrażenia —Poczekaj, chyba mam gdzieś tu apteczkę.
Szybkim krokiem wróciła do kuchni, by przeszukać szafki. Odetchnęła z ulgą, gdy udało jej się w końcu namierzyć niewielkie pudełko z opatrunkami. Po drodze chwyciła też czysty ręcznik, który zwilżyła zimną wodą. — No… powiesz coś wreszcie? — ponagliła, nieco oschle, przysiadając na kanapie, zaraz obok niego i od razu przycisnęła wilgotny materiał do uparcie krwawiącej rany.


Primose Quinn

Ostatnia Deska Ratunku

: wt gru 16, 2025 1:00 am
autor: Primose Quinn
Wszystko wydawało się dla niego skończone. Wojsko było obecne w jego życiu od momentu, gdy nagle postanowił wyrwać się z patologicznej rodziny i wreszcie postawić na swoim. Przez długie lata młodości uciekał od myśli, że warunki w których dorastał i był wychowywany, stały w sprzeczności z tym, jak normalnie powinno to wyglądać. Dopiero pierwsze kroki w wojsku zbudowały w nim nie tylko obraz idealnego żołnierza, ale także mężczyzny gotowego zmierzyć się z własnymi problemami, zapominając o obrazie chłopca, który w obawie przed wiecznie pijanym ojcem chował się pod łóżkiem. Z biegiem lat żałował tylko jednego, że tak długo pozwalał się tak traktować, i że zbyt długo bezradnie obserwował, jak jego matka raz po raz stawała się ofiarą przemocy ze strony swojego męża.
Po tym jak został skatowany, długo zastanawiał się, czy przyjście pod mieszkanie przyjaciółki która od dłuższego czasu była dla niego kimś znacznie ważniejszym to dobry pomysł. Znał Riley bardzo dobrze. Wiedział, że za zasłoną tej twardej, wewnętrznie silnej kobiety kryje się wrażliwa osoba, którą niejednokrotnie widział w momentach namiętnego zbliżenia. Nie chciał, by zobaczyła go w takim stanie. Nie chciał, by niepotrzebnie się martwiła, a co gorsza, by latała wokół niego jak przy chłopcu, którego z siebie już dawno wymazał. Może właśnie to było jego największym problemem? Że przez szybkie odcięcie się od dzieciństwa stał się zimny i oschły, nawet w takiej sytuacji jak ta.
Westchnął cicho, widząc reakcje i zachowanie Riley. Nie potrafił jej się w tej chwili sprzeciwić, ale też nie umiał poprosić jej o pomoc. Sprawcami pobicia nie byli bowiem jacyś osiedlowi chłopcy, którym stanął na drodze, nie chcąc oddać ostatnich zaskórniaków na alkohol, lecz doświadczeni i obyci z wysiłkiem żołnierze - tacy, którzy doskonale wiedzieli, gdzie uderzać, by wywołać silny i długotrwały ból. A że w momencie agresji Prim był w pełni świadomy, zdołał naliczyć, że było ich czterech, gdzie po powaleniu każdy z nich zaczął zajmować się inną, wcześniej wyznaczoną częścią jego ciała. - Nie… nie wiem - powiedział cicho, próbując delikatnie okłamać kobietę. Przeczuwał, że następnego dnia musiałby złożyć obszerne, szczegółowe zeznania zdradzając winowajców. A jak nikt inny znał ich doskonale. Na jego nieszczęście, każdego z nich sam szkolił widząc w nich potencjał na dobrych żołnierzy.
- Nie widziałem - dodał po chwili zaciskając zęby, gdy przez materiał czerwonej koszuli w kratę dotknął kilku najbardziej bolesnych miejsc. Nie czuł, by doszło do złamań; sprawcy chcieli raczej go nastraszyć i ostrzec przed konsekwencjami, które czekałyby go, gdyby zdecydował się wydać ich policji. - Ri… ley… - nie wiedział, co powiedzieć więcej. W głowie kłębiły mu się tylko upokorzenie, wstyd, lęk, strach i niepewność zarówno o siebie, jak i o przyszłość dziewczyny. W końcu, znajdując w sobie odwagę, by pojawić się w tym miejscu, chcąc nie chcąc sprawił, że stała się kluczową częścią tej gry.
riley davis

Ostatnia Deska Ratunku

: pt gru 19, 2025 12:28 am
autor: riley davis
Primose znał Riley lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedział o niej prawie wszystko, podobnie jak ona o nim. Był jedną z niewielu osób, które dopuszczała do siebie tak blisko - może dlatego, że znali się już długo, a jednak nadal ze sobą wytrzymywali, a może dlatego, że był przy niej w najgorszym momencie jej życia. Po wypadku, w którym zginęła jej matka i ojczym, jego wsparcie dla Davis było nieocenione. Był niezwykle czuły w stosunku do niej i bardzo cierpliwy - nawet w momentach, gdy próbowała wszystkich od siebie odtrącić.
Pamiętała tamten czas bardzo dokładnie, mimo że funkcjonowała jakby była na autopilocie. Telefony, dokumenty, dookoła obce twarze, załatwianie wszelkich formalności - robiła wszystko co trzeba, bo ktoś musiał. Mechanicznie. Quinn był tym, który zajmował się nią, podczas gdy ona musiała zająć się wszystkim innym. Dbał o to, by jadła, bo często zdarzało jej się o tym zapominać. Gdy płakała, nie mówił jej, że wszystko będzie dobrze. Po prostu był obok - na każde jej zawołanie. Nie próbowała udawać wtedy silnej. Nawet nie zdążyła pomyśleć o tym, że boi się pokazać komuś od tej strony - wrażliwej, zranionej. Była w rozsypce, ale przy nim wiedziała, że może. Czuła się bezpieczna, a gdy otaczał ją ramionami, zasypiała spokojnie.
Nic więc dziwnego, że gdy nagle to on znalazł się w potrzebie, była gotowa zrobić dla niego wszystko. Starała się nie panikować - chciała zachować chłodny spokój, jakby była na akcji, ale to cholernie trudne, gdy ofiarą jest ktoś bliski.
Skup się, pomyśl. Mów wszystko, cokolwiek pamiętasz może się przydać — odezwała się cicho, póki co cierpliwie, nadal przyciskając ręcznik do rany — Paskudnie krwawi, nie wiem czy nie potrzebujesz szwów — mruknęła, a widząc jak mężczyzna zaciska zęby, dotykając żeber, jej wzrok natychmiast spoczął na jego dłoni, która ostrożnie przesuwała się po koszuli. Dopiero w tym momencie dotarło do niej jak dotkliwie został pobity. Uświadomiła też sobie, że to nie mógł być przypadek. Kłamał.
Wcisnęła mu do ręki zakrwawiony materiał, a sama zsunęła się z kanapy i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju, w poszukiwaniu telefonu. Była równie zmartwiona, co wściekła. Gdy tylko jej komórka wpadła w drżące dłonie, ponownie skupiła spojrzenie na przyjacielu.
Tak się nie będziemy bawić. Dzwonię na policję, Prim — warknęła —A ty lepiej ustal swoją wersję zdarzeń, bo wyczuwam w tym wszystkim ściemę na kilometr. Karetka w sumie też ci się chyba przyda, bo ja cudów nie zdziałam. Mogę co najwyżej przylepić ci plaster, ale rentgena w oczach nie mam — mówiła szybko, wystukując numer alarmowy, jednak zawahała się przed wciśnięciem zielonej słuchawki. Uniosła telefon, ukazując mężczyźnie ekran. Wiedziała, że będzie protestował - to miał być test. Być może powinna w tej sytuacji być dla niego bardziej wyrozumiała i delikatniejsza, ale w ten sposób pewnie nie dostałaby tego, czego chciała — To jak? Powiesz prawdę o tym co się stało, czy wolisz spowiadać się policjantom?


Primose Quinn

Ostatnia Deska Ratunku

: czw gru 25, 2025 12:29 am
autor: Primose Quinn
I choć oboje nie należeli do tych bardziej gadatliwych, będąc przy sobie potrafili otworzyć się jak przy nikim wcześniej. Ciemnowłosa kobieta w oczach mężczyzny była największym szczęściem, jakie mogło mu się przytrafić. Nie słodziła, nie oceniała, ale kiedy trzeba było, potrafiła powiedzieć nawet o dwa słowa za dużo. I to właśnie w niej cenił najbardziej. Nie była typową przyjaciółką ani kochanką na dobre dni; swoją największą wartość ukazywała w momentach, w których większość uciekała, zacierając przy tym własne ślady. Dlatego okłamywanie jej teraz przychodziło mu naprawdę boleśnie. Nie znosił kłamać. Nie znosił okłamywać kobiety, na której zależało mu najbardziej na świecie. Jako jedyna nie zamknęła przed nim drzwi w chwili, gdy cały świat skreślił go bez możliwości wcześniejszego usprawiedliwienia. Dlatego brak możliwości powiedzenia prawdy rozrywał go jeszcze bardziej, niż wszystkie bolesne rany na jego ciele. Jako żołnierz był przyzwyczajony do bólu, wielokrotnie wracał z treningów z różnymi złamaniami, lecz żadne z nich nie mogło się równać z wizją skreślonego zaufania ze strony kobiety.
Będąc w długoletnim małżeństwie z Florence, nigdy nie poczuł tego, co tak bardzo czuł do Riley. Nie potrafił okazywać emocji i uczuć, ale za każdym razem, gdy widział przyjaciółkę, jego serce biło dwa razy szybciej, jakby doskonale rozumiało, że już dawno przestała być dla niego tylko przyjaciółką. Była wyjątkowa pod wieloma względami, nie tylko przez cięty język, którym nie bała się mówić nawet najbardziej brutalnej prawdy, lecz także przez to, jaka była w środku. Ciepło i miłość, które od niej otrzymywał, gdy przebywał u niej podczas swoich zjazdów do Toronto, motywowały go bardziej niż wszystkie wojskowe sukcesy. Spoglądając na nią teraz, naprawdę bolało go to, że musiał ją okłamywać, by nie węszyła dalej w obawie przed konsekwencjami, które czekałyby na nią, gdyby weszła zbyt głęboko do króliczej nory
- Nie wiem. Nie pamiętam. Nie drąż. Błagam - mówił cicho, czując ciężar każdego z tych słów. Już dawno nie był w stanie podwójnego dramatu, w którym każde wypowiedziane zdanie działało przeciwko niemu. Z jednej strony; gdyby powiedział jej prawdę, a ona by to zgłosiła, winowajcy bardzo szybko spełniliby wszystkie obiecane mu groźby. Z drugiej; jeśli brnąłby dalej w fałsz, dziewczyna na sto procent odczytałaby jego kłamstwa. Primose nie tylko nie potrafił dobrze kłamać, ale zawsze robił to na tyle nieudolnie, że zdradzał się już po chwili. - Potrzebuję… ciebie. Bądź. Błagam - kontynuował, coraz mocniej odczuwając ból w okolicy żeber, które były złamane albo poważnie uszkodzone. Ci, którzy go tak urządzili, znali się na fachu aż nazbyt dobrze - zadawali obrażenia w miejsca, które bolały podwójnie. Po chwili jednak, zauważając jej wzrok i sposób, w jaki się do niego zbliżała, wiedział już wszystko. Widział ją w takim stanie wcześniej. Delikatnie przesunął się na sofie, spojrzał jej w oczy i, nabierając powietrza, w końcu powiedział:
-Moi podopieczni z wojska. To oni są odpowiedzialni za tragedie. Teraz grożą mi, że jeśli będę dalej drążył ten temat, mnie i ciebie spotka gorszy los - dokończył załamanym głosem. O ile jego własne zdrowie było mu niemal obojętne, o tyle nie mógł pozwolić, by najważniejszej osobie w jego życiu spadł choć jeden włos z głowy. - Ale obiecaj… nie dzwoń. Bądź - powtórzył pojedynczo, jakby to dłuższe wyznanie kosztowało go więcej bólu niż wszystkie dotychczasowe obrażenia.
riley davis

Ostatnia Deska Ratunku

: wt gru 30, 2025 1:30 am
autor: riley davis
Po śmierci jej matki i ojczyma, Primose trwał przy niej i wspierał, tak jak przyjaciel powinien. Był nie tylko dla niej oparciem, ale stał się nagle jedyną bliską osobą. Ufała mu bezgranicznie. Kochała - co prawda na swój własny popieprzony sposób, ale jednak! Nie przyznawała tego głośno, nie wprost - nie czuła, że musi. Mógł zauważyć to w jej czynach, w niektórych wypowiedziach, o ile potrafił czytać gdzieś między wierszami.
Nie pamietała dokładnie jak i kiedy to się stało, że przekroczyli tę granicę i zaczęli ze sobą sypiać. Wcześniej oczywiście nie raz spędzał u niej noce, jednak nigdy w tej samej pościeli. Zawsze spał grzecznie na niewygodnej kanapie, z rączkami na kołderce. Riley nie była typem kobiety, która świadomie uwodziłaby żonatego mężczyznę i rozbijała rodzinę. Nie potrzeba jej było dram. Był po prostu przyjacielem - nietykalnym. Nawet gdy jego małżeństwo zaczęło wisieć na włosku, nie przeszło jej to przez myśl. To się po prostu stało - zwykły impuls. Raz. Drugi. Trzeci. Aż w końcu lądowanie w jednym łóżku było ich normą, a ona została tą drugą - tą, z którą zdradzał. Stała się tym, czego wcześniej tak bardzo się brzydziła.
O dziwo ich mały romans nie zakończył się po jednej nocy, ani nawet po kilku. Nie odepchnęła go od siebie, tak jak reszty, co było dla niej czymś nowym. Nie zdołała. Albo po prostu Primose nie dał się odepchnąć. Nie był zabawką, którą znudzona Riley prędzej czy później rzucała w kąt i uciekała. Łapała się na tym, że wyczekiwała jego kolejnych wizyt - chciała, by do niej wracał. Chciała, by spał w jej łóżku, by w końcu wziął ten cholerny rozwód, dzięki któremu może przestałaby mieć tak silne moralne kace. Chciała go tylko dla siebie. Tyle że wcale nie zamierzała mu tego powiedzieć.
Nie drąż… — powtórzyła kpiąco i prychnęła — To czego oczekujesz, Prim? Po co w takim razie tu przyszedłeś? — dodała zaraz. Jeśli oczekiwał, że Davis tak po prostu odpuści i przestanie wypytywać, to czekało go niemałe rozczarowanie. Przez chwilę jej twarz złagodniała, słysząc jego prośby. Zablokowała telefon i odłożyła go na stolik kawowy, by znów znaleźć się przy przyjacielu. Zajęła znowu to samo miejsce na kanapie i kontynuowała opatrywanie rany na jego twarzy.
Przecież jestem… i nigdzie nie zadzwonię, wyluzuj — mruknęła, by w końcu go uspokoić. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia po tym jak zmuszona była lekko go zmanipulować. Absolutnie jej to nie bawiło - nie była aż tak okrutna, ale wiedziała, że Quinn tak przyparty do muru wyśpiewa wszystko. Mógł wierzyć lub nie, ale robiła to wszystko z troski. Nie rozumiała tylko co ona sama miała z tym wszystkim wspólnego, że kolesie, którzy go pobili, grozili także jej, ale nie chciała go już zasypywać zbędnymi pytaniami. Nie miało to w tamtym momencie większego znaczenia.
Jak się czujesz? Nie kręci ci się w głowie? — spytała, już ciszej i łagodniej. Gdy ogarnęła już rozcięcie na łuku brwiowym, znów zaczęła mu się przyglądać — Słuchaj… może jednak zawiozę cię do szpitala? Powinniśmy sprawdzić czy żebra nie są złamane. Z tym nie ma żartów.


Primose Quinn

Ostatnia Deska Ratunku

: ndz sty 04, 2026 5:27 pm
autor: Primose Quinn
Co jak na Primose było dziwne. Miał wrażenie, że w jego sercu nie było miejsca na miłość. Przynajmniej do momentu, w którym zakochał się w Riley. Już od najmłodszych lat miał z nią problem; pijany ojciec skutecznie przyczynił się do jej braku, zastępując bliskość smrodem alkoholu. Nowa miłość sprawiła jednak, że poczuł się wręcz wyjątkowy. Poznał pełną definicję uczucia, którego nie potrafił zrozumieć przy obecnej żonie. I nie była to wina Florence; przeciwnie, winił wyłącznie ich tryb małżeńskiego współżycia oraz fakt, że nigdy nie poczuł do blondynki chęci naprawienia relacji, którą skreślił od razu.
Sam nawet nie zauważył, kiedy z granicy przyjaźni przeistoczyli się w kochanków. a może nawet w nieformalną parę. Gdy ją poznał, irytowała go na każdym kroku; była jedną z niewielu osób, które potrafiły spojrzeć mu prosto w oczy i bez wahania powiedzieć, jakim jest dupkiem. Zaskakiwało go, że z relacji pełnej chłodu stali się sobie najbliższymi ludźmi. Dowodem było choćby to, że rzucił wszystko, by być przy niej w jednym z najtrudniejszych momentów jej życia po stracie rodziców. Primose raczej słynął z tego, że był zamknięty na cudze problemy. Zyskał nawet przezwisko lodowaty. Zachowywał chłód w momentach, gdy ktoś próbował wzruszyć go słabością, próbując zdobyć przepustkę. W momentach, gdy sam wykorzystywał wszystkie, spędzając każdą przy kobiecie, którą K O C H A Ł.
- No nie drąż, proszę - westchnął cicho, po raz kolejny starając się zachować profesjonalizm mimo krytycznego stanu. Quinn był typem mężczyzny, który wolał się wykrwawić, niż wyjawić całą prawdę kobiecie, która dla jego dobra zgłosiłaby sprawę na policję, licząc, że winowajcy zostaną szybko schwytani. - By… By cię… By cię ostatni raz zobaczyć. Pożegnać się. Może powinienem zniknąć i nie narażać cię na dodatkowe problemy - dodał, czując narastający ciężar. Najbardziej bolały go nie rany zadane zewnętrznie przez wojskowych, lecz wewnętrzne wyrzuty, które zjadały go od momentu przyjścia. Bał się, że ktoś mógł ją już namierzyć. A jednak, czy ktoś tak skrycie, szaleńczo zakochany potrafiłby zniknąć bez ostatniego spotkania z N A J W A Ż N I E J S Z Ą osobą w swoim życiu? Brzmiało to może kuriozalnie, zwłaszcza że sam wprost przyznawał, iż poza Riley nikogo nie miał. Ale nie potrzebował nikogo więcej. Była dla niego wszystkim - najlepszą przyjaciółką, kochanką, partnerką, aniołem i wiarą, że gdyby nie te wydarzenia, przeżyłby z nią najpiękniejsze chwile.
- Nie dzwoń, błagam cię - wyszeptał jeszcze raz, unosząc delikatnie głowę i przymykając oczy. I właśnie to pokazywało, jaką Riley miała nad nim przewagę. Wiedziała, gdzie uderzyć i co powiedzieć, by przyparty do muru wyznał prawdę, którą chciał ukryć. - Może… delikatnie… trochę mi się kręci - powiedział bardzo cicho, nie mając pewności, czy każde słowo było wyraźne. Ból narastał z każdą sekundą. W końcu nie wytrzymał i oparł głowę na jej ramieniu, poddając się całkowicie. - Dobrze. Ale obiecaj… będziesz ze mną tam. I będziesz ze mną później - dodał ledwie słyszalnie, nie wiedząc, czy wszystko dobrze usłyszała. Najważniejsze było to, że była tuż O B O K.
riley davis

Ostatnia Deska Ratunku

: wt sty 13, 2026 3:11 am
autor: riley davis
Jeśli kogoś kochała, to tylko po cichu. W tym wypadku Primose nie był wyjątkiem. Davis nie broniła się przed samymi uczuciami, pozwalała sobie na nie. Po prostu nigdy się do nich nie przyznawała, bo wtedy ciężej byłoby uciec i uniknąć zobowiązań. Tego bała się najbardziej - związania z kimś na stałe, wzajemnego uzależnienia się. Niestety, czy też chciała to dopuścić do siebie, czy też nie, to już się działo. Potrzebowała go.
Myślała, że to może minie. Dawała sobie czas, zwalając to wszystko na żałobę i na to, że w tym ostatnim okresie, to właśnie on był jedynym oparciem i pocieszeniem na jakie dawała przyzwolenie. Wszystkiemu musiał być winien przecież ten moment słabości, jej psychicznej niedyspozycji. Quinn zagnieździł się wtedy w jej życiu na stałe, był teraz nieodzownym jego elementem. Ta myśl wytrącała ją z równowagi. Potrzeba jego bliskości była irytująca i nie do zniesienia. Wiedziała czym grozi poddanie się temu i nie mogła do tego dopuścić. Nie chciała go zranić, a była pewna, że prędzej czy później do tego dojdzie. Wszystko psuła, każdą relację i bez mrugnięcia okiem paliła za sobą mosty. Primose na to nie zasługiwał. Zasługiwał na dobre życie, na wielką miłość bez przeszkód. Na partnerkę, dla której będzie priorytetem, która nie odejdzie, ale będzie go kochać, urodzi mu dzieci i będzie czekać na niego codziennie z obiadem. Riley nie była odpowiednią kobietą do tej roli, co zrozumiała już bardzo dawno temu. Jednak jej motywacje w tym momencie zaczynały być ze sobą mocno sprzeczne. Zjeść ciastko i mieć ciastko. Uchronić go od rozczarowania, a jednocześnie móc go kochać.
Nie wyglądała na zadowoloną jego słowami. Znów głośno prychnęła i przewróciła oczami. Tak łatwo powiedzieć „nie drąż”, podczas gdy ona zwyczajnie się o niego troszczyła. Martwiła się. Zrobiłaby wszystko, by zapewnić, że był cały i zdrowy, bezpieczny. Równocześnie miała niesamowitą ochotę go udusić. No nie drąż…
Co ty pierdolisz, Primose? Jakie ostatni raz? Jakie pożegnać? — wypaliła, zupełnie nic z tego nie rozumiejąc. Nie mogła pojąć po co ta cała dramaturgia i odstawianie zbędnych szopek. Mógł przecież powiedzieć jej wszystko, bez owijania w bawełnę — Czasem zachowujesz się jak dzieciak, wiesz? Strasznie mnie to męczy. Jeśli nie masz zamiaru rozmawiać ze mną w normalny sposób, to tam są drzwi — powiedziała zdecydowanie, wskazując podbródkiem w stronę wyjścia. Nie zamierzała odpuszczać tak łatwo. Miała w sobie co prawda dużo empatii, tylko niestety zbyt łatwo traciła do niego cierpliwość.
Lubię gdy błagasz w nieco innych okolicznościach — mruknęła, gdy uniósł na nią wzrok, po czym cicho westchnęła, kręcąc głową — Ale w tym momencie niesamowicie mi to działa na nerwy. Powtarzam, nigdzie nie zadzwonię, skoro nie chcesz. Tylko zacznij ze mną normalnie gadać. — wyjaśniła, trochę już spokojniejszym tonem i pozwoliła, by oparł głowę na jej ramieniu. Objęła go delikatnie i całując w czoło, zapewniła — Już dobrze.
Nie, nie miała zamiaru wyganiać go z mieszkania i zostawiać go z tym wszystkim samego. Chciała go chronić, chciała walczyć, ale musiała wiedzieć z kim i przede wszystkim - dlaczego. Dała chwilę, zarówno sobie jak i jemu, na to by nieco ochłonąć, przed tym jak znów troskliwie zacznie go „badać” i dopytywać o obrażenia. — Czekanie z tym do rana niestety nie wchodzi w grę. Powinniśmy zgłosić się do szpitala możliwie jak najszybciej.


Primose Quinn

Ostatnia Deska Ratunku

: pt sty 16, 2026 3:43 am
autor: Primose Quinn
Primose jeżeli kogoś kochał, to tylko szczerze. Związek z obecną jeszcze małżonką był jedynie ciekawym przypadkiem typowej licealnej słabości oraz relacji opartej na tamtejszych standardach. Lider szkolnej drużyny sportowej i przyszła gwiazda światowego tenisa od początku byli na świeczniku wszystkich tych, którzy pragnęli ich związku. Sam mężczyzna znajdował się wtedy w najtrudniejszym etapie swojego życia, gdzie musiał nie tylko użerać się z pijanym ojcem i przerażoną matką, lecz także z tragicznymi wynikami w nauce. Dopiero jego relacja z Riley zrodziła się z prawdziwego uczucia, nieopartego na cudzych oczekiwaniach ani presji narzucanej przez otoczenie. Oczywiście i jemu do tej pory ciężko było przyzwyczaić się do faktu, że małymi krokami przechodzili od etapu przyjaźni, przez romans, aż do związku, do którego oboje, prywatnie i przed sobą, obawiali się przyznać. Szkoda tylko, że wszystko zaczęło się w momencie, gdy zawodowo wszystko u niego się paliło, a skandal wywołany jego kosztem odbijał się na zdrowiu i pewności siebie, czyniąc z niego mężczyznę pozbawionego wiary, któremu odebrano wszystko, co do tej pory kochał.
A może to wszystko było mu potrzebne?
W końcu ostatni okres w wojsku nie należał do przyjemnych, gdzie zmuszony był zmagać się wyłącznie z negatywnymi konsekwencjami własnego podejścia. Był wściekły, że ludzie którzy przyczynili się do jego pobicia i wywołania gigantycznego skandalu, już podczas ćwiczeń i zgrupowań dopuszczali się zachowań, których profesjonalnemu żołnierzowi nie przystało, czego Idealnym przykładem był niedawny wypadek, którego skutkiem była tragiczna śmierć wielu z nich. Może właśnie to był idealny moment, by zawiesić wojskowy mundur i skupić się na życiu prywatnym, zwłaszcza że nigdy i nigdzie nie było mu tak dobrze, jak w ramionach Riley. Kobieta, choć należała do tych bardziej charakternych, tak skrycie potrzebowała tego samego co on, pokazując to za każdym razem podczas jego przepustek spędzanych u niej w mieszkaniu. Może i nie potrafili jawnie nazwać tego uczucia, tak każdy dotyk, gest czy komplement tylko utwierdzał go w przekonaniu, że Davis była jedyną osobą zdolną przekonać go do rezygnacji z kariery wojskowej na rzecz ich relacji, która potrzebowała tylko kroku naprzód, by w końcu mogli otworzyć się na miłość, której w skrycie pragnęli.
Spodziewał się, że nie będzie zadowolona z jego podejścia i tłumaczeń. Dla Primose była jednocześnie ostatnią osobą, której powinien to powiedzieć w ramach ochrony, ale też pierwszą, która racjonalnie oraz na trzeźwo podeszłaby do sprawy, znajdując przy tym najlepsze możliwe rozwiązanie. Najgorszym, co mogli teraz zrobić, było posłuchanie się mężczyzny i zignorowanie sprawy. Wiadome było, że jeżeli ktoś raz spróbował go zaszantażować i pobić, bez wahania zrobiłby to ponownie. Tym bardziej, że każdy z napastników nie wyglądał na kogoś, kto mógłby szybko odpuścić, wiedząc, że cały ten brud wylewany na Quinna mógłby momentalnie i z podwojoną siłą obrócić się przeciwko nim, gdzie każdy z nich zostałby później oskarżony nie tylko o spowodowanie śmiertelnego wypadku, ale także o pobicie, szantaż i ucieczkę od odpowiedzialności. Westchnął tylko cicho, dostrzegając oburzenie na jej twarzy.
- Widzisz, w jakim jestem stanie. Nigdy nie wiesz, co może się stać - zabrzmiał ponuro i pesymistycznie. Nie wyglądał na kogoś, kto przymierzał się do odejścia z tego świata, raczej na człowieka przestraszonego możliwymi konsekwencjami, który po raz pierwszy zaczął mówić o sprawach, o jakich wcześniej nawet by nie pomyślał. - Chcę rozmawiać. Tylko nie wiem jak - dodał ciszej, wyraźnie posmutniały. Właściwie to sam doprowadził się do stanu, w którym był przyparty do muru, gotowy zdradzić jej prawdę, nawet jeśli groziło to dodatkowymi konsekwencjami.
- Uwierz, wolałbym teraz błagać cię w innych okolicznościach - wymruczał w stronę kobiety, pozwalając sobie przypomnieć wszystkie miłe chwile spędzone blisko siebie. - Bo… próbuję cię chronić. Nas chronić. Zależy mi na tobie. Nie chcę cię stracić, rozumiesz? - wypowiadał każde słowo pojedynczo, cicho i starannie, jak tylko potrafił. Ból z każdą kolejną sekundą przypominał o sobie coraz mocniej, a on zaczynał czuć, że bez pomocy lekarza może doprowadzić się do stanu sprzed kilku chwil, gdy mamrotał o możliwym odejściu. Kiedy położył głowę na jej ramieniu i poczuł pocałunek na czole, pozwolił sobie delikatnie ująć jej dłoń by oddać się tej bliskości. - Dobrze. Jedźmy. Ale obiecaj mi, że będziesz przy mnie cały czas. - Jej przytaknięcie było wszystkim czego teraz potrzebował.

riley davis

Ostatnia Deska Ratunku

: pn sty 19, 2026 11:53 am
autor: riley davis
Ciekawy przypadek typowej słabości. Może dokładnie tak powinna go określać, ale miała świadomość tego, że Primose Quinn był dla niej kimś znacznie więcej.
Był kimś, kto wydobywał zarówno jej najlepsze jak i najgorsze cechy. Potrafiła pokazać mu oblicze, którego wielu nie znało - tę słodką i delikatną Riley, kochającą i opiekuńczą, kiedy trzeba. Równocześnie zamieniała się przy nim w kogoś, kim nie sądziła że kiedykolwiek się stanie - zaborczą żmiją, która modliła się o jak najszybszy koniec jego małżeństwa z Florence.
Tylko po co?
Sama przecież nie miała najmniejszego zamiaru bawić się z nim w związek, a tym bardziej łudzić się, że zdołają stworzyć szczęśliwą rodzinę. Rzadko o tym rozmawiali, właściwie to prawie w ogóle, ale Prim doskonale znał jej stanowisko na ten temat. Davis się do tego po prostu nie nadawała. Musiał widzieć to wyraźnie, zresztą już nie raz przyznała to mu otwarcie.
Z jednej strony pragnęła jego szczęścia i życzyła jak najlepiej, a z drugiej strony ciężko było jej znieść myśl, że miałby to wszystko znaleźć u boku innej kobiety. Czemu tak bardzo była zazdrosna o każdą chwilę, którą spędzali osobno? O każde słowo, każde spojrzenie i dotyk jakie wymieniał z żoną, czy kimkolwiek innym? Czemu aż tak bardzo jej to przeszkadzało?
Typowa słabość. To tylko słabość.
Ale dramatyzujesz! Co najmniej jakbyś był już jedną nogą w grobie! — powiedziała i przygryzła wargę, jakby chciała powstrzymać się od śmiechu. Przez chwilę ta cała sytuacja wydała się jej zabawna, tak samo jak reakcje przyjaciela. Widząc jednak, nie tylko smutek na jego twarzy, ale też przerażenie, westchnęła i ukryła na moment twarz w dłoniach, zażenowana swoim zachowaniem.
Przepraszam, Prim. Po prostu to wszystko brzmi tak… nierealnie. Ja po prostu nie mogę cię stracić, to niemożliwe — zaśmiała się krótko i tym razem już gorzko, jakby powoli, ale bardzo boleśnie docierał do niej sens jej własnych słów. Do tej pory ciężko jej było wyobrazić sobie swój świat, w którym Primose miałby zostać na stałe, tym razem jednak - trudniejszym okazało się nagle zobaczenie wizji przyszłosci, w której miałoby go zabraknąć. Nie mogła dopuścić do tego, by to ponure wyobrażenie kiedykolwiek się ziściło.
Nie umrzesz. Nic ci się nie stanie. A wiesz dlaczego? — odezwała się pewnie i wstrzymała się od kolejnych słów, czekając aż mężczyzna na nią spojrzy — Bo ci zabraniam, rozumiesz? Nie wolno ci umrzeć, Prim, bo tego nie zniosę. — może to dziecinne i niezwykle samolubne - to akurat nic nowego w zachowaniu Riley - jednak brzmiała tak, jakby mówiła całkowicie poważnie.
Widząc jak każde słowo, oddech i nawet najmniejszy ruch kosztują go więcej, niż chciałby przyznać, postanowiła nie tracić więcej czasu i nie przedłużać jego męczarni. Zabrała go taksówką do najbliższego szpitala i zgodnie z tym co obiecała mu jeszcze przed wyjściem - nie odstępowała go na krok prawie przez cały czas, chyba że było to absolutnie konieczne.
Lekarz, który zajął się mężczyzną, wkrótce ich uspokoił - poza niewielkim pęknięciem żebra, Primose nie odniósł poważniejszych wewnętrznych obrażeń. Po założeniu paru szwów, kilku badaniach i solidnej dawce środków przeciwbólowych, jakie mu zaserwowano, mógł wracać do mieszkania Davis, a właściwie to uparł się, że wychodzi, choć doktor sugerował mu pozostanie tej nocy na obserwacji na oddziale. Riley odpuściła, chociaż wracali szybciej, niż by tego chciała. Nie była zadowolona i widać to było po sposobie w jaki ścisnęła usta, patrząc na niego. Martwiła się, chciała dopilnować, że wszystko na pewno będzie z nim w porządku. Z drugiej strony, znała jednak przyjaciela zbyt dobrze, by wiedzieć, że tym razem raczej z nim nie wygra. Wysłuchała zaleceń dyżurującego specjalisty, który ciągle zwracał się do niej per pani Quinn (o dziwo nie wyprowadzała go z błędu) oraz zapewniła go, że osobiście będzie czuwać nad „mężem” i kontrolować jego stan.
Przez całą drogę powrotną zastanawiała się skąd brały się te przypuszczenia, że była jego żoną - przecież mogła być kimkolwiek! Przyjaciółką, siostrą, totalną nieznajomą! Czy naprawdę wyglądali i zachowywali się jak małżeństwo? W przeciwieństwie do niego, przecież nie nosiła obrączki. No, może nie licząc tej zawieszonej na naszyjniku… - tak, to pewnie to. Nieważne. Czemu właściwie Prim miał ją nadal na palcu?
Jeszcze pewnie do tego wróci. Przecież nie da jej to spokoju!
Był środek nocy, gdy znaleźli się znów w jej mieszkaniu i chociaż zmęczenie dawało się jej już powoli we znaki, to wiedziała, że prędko nie będzie jej dane zasnąć. Najpierw przypilnowała, żeby coś zjadł, potem pomogła mu przy kąpieli, a na koniec zabrała się za ponowne unieruchomienie pęknięcia na żebrach. Owijała jego klatkę piersiową i starała się być przy tym bardzo delikatna, równocześnie stwarzając na tyle mocny ucisk, by bandaż stanowił odpowiednie wsparcie dla naruszonych kości. Co jakiś czas zerkała na twarz Quinna, chcąc upewnić się, że oddycha spokojnie i nie krzywi się już przy każdym ruchu.
W porządku? — spytała cicho — Zaraz kończę i będziesz mógł odpocząć.


Primose Quinn