Strona 1 z 2

Seria niefortunnych zdarzeń

: czw gru 11, 2025 2:35 am
autor: Jacob Brown
Duże płatki śniegu nie padały gęsto, ale i tak tworzyły subtelną zasłonę, za którą mógłby się schować człowiek pragnący, by nikt go nie rozpoznał. Jake stał po drugiej stronie ulicy od budynku CBC Toronto, otulony kurtką podbitą polarem, z kapturem czarnej bluzy zaciągniętym na głowę. Oddech miał płytki, wyraźnie nerwowy. To nie był dobry pomysł. Wiedział o tym, zanim tu przyszedł, kiedy jechał metrem, mijał świąteczne dekoracje, choinki wystawione przy wejściach do sklepów, kiedy patrzył na ludzi wracających z torbami pełnymi prezentów.
Wszyscy wydawali się częścią świata, do którego on już nie należał.
A jednak był tutaj.

CBC Toronto w grudniowym mroku wyglądało jak latarnia - wysoka, przejrzysta, a przez to rzucająca zdradliwie zbyt dużo światła, utrudniająca anonimowość. Jake czuł w piersi to znajome, niewygodne napięcie. Strach, który nosił w sobie od miesięcy, a który od jakiegoś czasu nabrał bardzo realnych kształtów - że ktoś go rozpozna, że ktoś go śledzi, że zrobił błąd, wychodząc z mieszkania.
Dzisiejszy błąd miał jednak imię.
Bronte.
Nie powinien jej szukać, nie powinien ryzykować, zwłaszcza teraz, gdy jego nadzorca z programu ochrony świadków powtarzał mu, że w świetle ostatnich wydarzeń i niepewności, powinien być ostrożniejszy, nie wychylać się i czekać na informacje, czy może bezpiecznie wrócić do pracy, czy jednak konieczny będzie wyjazd z Toronto na jakiś czas. A on? Wyszedł tu z własnej woli i czekał na nią jak ktoś, kto sam siebie nienawidzi za to, co robi.
Kiedy Bronte wyszła z budynku, poczuł jak żołądek podskakuje mu do gardła. Nie powinien za nią iść, a jednak ruszył. Nie za szybko, nie za wolno - tak, by móc jeszcze się zatrzymać, jeśli zdrowy rozsądek dorwie się do władzy choć na chwilę. Targał nim ten sam chaos, który spędzał sen z powiek, odkąd ostatni raz rozmawiali. Nerwy nie chciały się uspokoić, paranoja mówiła mu, że każdy krok to zagrożenie.
Część niego wrzeszczała, że musi natychmiast zawrócić, ale inna część pchała go naprzód uparcie. Bo mimo całego strachu, mimo tego, co zostawił w Montrealu, mimo własnego rozsądku - jakaś mała, desperacka część jego psychiki chciała usłyszeć na żywo znajomy głos. Złapać choć cień dawnego życia. Choćby przez sekundę. I być może dowiedzieć się czegoś, czego nie miał odwagi (i nie mógł) zweryfikować samodzielnie. Chciał zapytać o Emily.
Pierdolone święta, to wszystko wina tej agresywnej i nachalnie wciskanej atmosfery rodzinności.

Bronte Rosenthal-Murray

Seria niefortunnych zdarzeń

: czw gru 11, 2025 6:36 pm
autor: Bronte Rosenthal-Murray
Początkowo towarzyszyła jej ciekawość. Prawdopodobnie dość niezdrowa, skoro popchnęła ją w kierunku poszukiwań, które z czasem zaczęły ją przerażać. Nie miała pojęcia, co dokładnie wydarzyło się w codzienności Jake’a, ale nie miała nawet cienia wątpliwości względem tego, że było to coś niedobrego.
Nie bez powodu zniknął z życia swojej żony i nie bez powodu musiał zniknąć teraz.
Po ich ostatniej rozmowie przez pewien czas zastanawiała się, czy nie powinna raz jeszcze tego rozgrzebać. Dowiedzieć się czegoś więcej na temat przyczyn, które zaprowadziły go do tego miejsca, ale jakaś resztka rozsądku zasugerowała jej, że nie mogła. Nie była przecież w stanie pomóc mu lepiej, niż pomogły mu odpowiednie służby, a skoro one były w stanie wyłącznie odciąć go od rodziny, Bronte z pewnością nie mogłaby mu tego przywrócić.
Odpuściła więc. Dała za wygraną i obiecała sobie, że tym razem nie da własnej ciekawości wygrać. Nie dotrzymała jednak słowa, ponieważ pewien czas później zajrzała na stację benzynową, na której pracował, ale tym razem go nie zastała. Zniknął, dokładnie tak, jak zapowiadał.
Od tamtego dnia minęło już nieco czasu. Coraz mniej myślała o ich ostatnim spotkaniu i po raz pierwszy od dawna rzeczywiście skupiła się na s w o i c h sprawach. Między innymi na reportażu, który miała przygotować, aby móc się wykazać. Właśnie dlatego siedziała w pracy po nocach.
Wracając do domu tak późną porą, nie czuła strachu. Przyzwyczaiła się do ulic Toronto, na których czuła się dość bezpiecznie. Nic dziwnego, że po wyjściu ze studia dość pewnie obrała kierunek w stronę domu, dopiero po chwili nabierając tego dziwnego przeświadczenia, że nie była sama. Miała wrażenie, że ktoś za nią szedł, a kiedy obróciła się, odkryła, że ma rację.
Jej serce zabiło szybciej, a ona sama przyspieszyła kroku. Odniosła wrażenie, że osoba za nią poszła w jej ślady. Wtedy też Bronte zaczęła nerwowo przeszukiwać własną torebkę, dopiero po dłuższej chwili w końcu zaciskając dłoń na niewielkiej puszce z gazem pieprzowym. Wyciągnęła go i wtedy odwróciła się w stronę n a p a s t n i k a.
Zrób jeszcze krok, a tego użyję — zagroziła, w duchu modląc się o to, aby osoba po drugiej stronie nie okazała się zwykłym wariatem, który mimo to rzuci się na nią. Koniec końców jak bardzo mógł pomóc jej gaz pieprzowy? Prawie w ogóle.
Odruchowo przycisnęła palec do odpowiedniego guzika, dopiero teraz poświęcając chwilę na to, aby omieść spojrzeniem twarz jej p r z e ś l a d o w c y, która oświetlona została światłem latarni. — Dave? — otworzyła szerzej oczy, kompletnie zaskoczona jego widokiem. — To znaczy… Jake. Co tu robisz? I dlaczego, u diabła, skradasz się jak jakiś cholerny Joe Goldberg? — bo tak, oglądała ten serial i nadal miała po nim traumę.
I teraz w jej umyśle zrodziła się realna obawa o to, że może jednak jego też powinna trochę się obawiać. Nie wiedziała przecież, jak narobił sobie kłopotów i jak wiele był w stanie zrobić, aby zadbać o to, żeby jego tożsamość nie wyszła na światło dzienne.

Jacob Brown

Seria niefortunnych zdarzeń

: pn gru 15, 2025 12:12 am
autor: Jacob Brown
Skupiony na tym, jak wielki błąd popełniał i jak bardzo nie chciał jednak zawrócić, Jake w ogóle nie zakonotował, kiedy w krokach i ruchach Bronte pojawiła się nerwowość. Przyspieszył nie dlatego, że ona przyspieszyła, a wiedziony własną potrzebą zadziałania, zanim się rozmyśli. Nie skojarzył, że jego kroki skutecznie tłumiła niewielka warstwa śniegu i typowo uliczne odgłosy przejeżdżających od czasu do czasu samochodów.
Wyciągnął dłonie z kieszeni, gotów sięgnąć przed siebie żeby chwycić ją za ramię, zatrzymać. Zanim zdążył to zrobić, nieoczekiwanie to ona się odwróciła. Na tyle gwałtownie, że z lekkim poślizgiem zatrzymał się o krok dalej, niż jakby zrobiła to w normalnym rytmie. Przez to mógł z niewielkiej odległości przyjrzeć się wycelowanej w niego puszeczce z gazem pieprzowym. Ale nie to wywołało lodowaty dreszcz przebiegający całe ciało, ani nie ostrzeżenie gotowości do użycia środka samoobrony.
Rozejrzał się w popłochu, sprawdzając czy w pobliżu nie było nikogo, kto usłyszałby jak Bronte nazwała go imieniem, które nie powinno paść. Włosy stojące na karku dawały nieprzyjemne wrażenie bycia obserwowanym. Stres ściął krew w żyłach i spiął całe ciało w dyskomforcie.
- Jak kto? - Zabrzmiał ostro, być może nawet opryskliwie, bo umysł poddający się paranoi skupiał się na czymś zupełnie innym, niż odpowiednia intonacja. Nie miał pojęcia o czym mówiła, nie znał żadnego Joe Goldberga, a to działało na niekorzyść całej sytuacji. Co jeśli tej Joe to ktoś, z kim miała do czynienia? Ktoś, kto się za nią skradał? Ktoś ją nękał. Ktoś skojarzył ją z nim i próbował czegoś się dowiedzieć?
Zatrzymał w końcu spojrzenie na jej oczach, patrząc ponad puszeczką za gazem. Instynktownie i może trochę zbyt gwałtownie odtrącił jej rękę, łapiąc ją na wysokości nadgarstka.
- Nie celuj tym we mnie! - Syknął to tak, jakby ktoś miał ich obserwować i faktycznie podsłuchiwać. - Przecież się nie skradałem, tylko za tobą szedłem. - Jeśli nie wyrwała ręki z jego uścisku, to po chwili sam ją puścił. Nie dotarło do niego jak zabrzmiały jego własne słowa. Wcale sobie nie pomagał w tej chwili, ale co niby miał innego powiedzieć? Zacząć wypytywać o tego całego Joe? Nie byli w odpowiednim miejscu na jakiekolwiek rozmowy. Znowu rozejrzał się na boki, spodziewając się, że w ciągu tych kilku sekund ktoś mógłby zmaterializować się w jednym z cieni i go obserwować. - Chciałem porozmawiać. Ale nie tu. - Sam nie wiedział gdzie mieliby rozmawiać. Czekając na jej wyjście z pracy, nie planował tak daleko wprzód, jak autentyczne miejsce potencjalnej rozmowy. Nie działał racjonalnie i w tej chwili zaczynało go to palić w metaforyczny tyłek.

Bronte Rosenthal-Murray

Seria niefortunnych zdarzeń

: śr gru 17, 2025 8:15 pm
autor: Bronte Rosenthal-Murray
Sam był sobie winny.
Tym razem to nie ona, a on sam naraził się na zostanie z d e m a s k o w a n y m, ponieważ to on nie uprzedził ją o chęci rozmowy. Zaskoczona Bronte nie była więc w stanie zadziałać w przemyślany sposób. Nie potrafiła nazwać go nowym imieniem, ponieważ w jej głowie nadal był tym mężczyzną, którego ona znała jeszcze przed kilkoma laty.
Nawet jeżeli jego postępowanie drastycznie się od tego różniło.
Dziś zresztą naprawdę napędził jej stracha. Przez to, jak skradał się za nią bez ostrzeżenia, Rosenthal-Murray nie wiedziała już, na ile mogła mu zaufać. W końcu dlaczego nie nawiązał z nią kontaktu w n o r m a l n y sposób? Dlaczego nie przyszedł tutaj w dzień?
Naprawdę nie wiedziała już, co powinna na ten temat myśleć.
I właśnie z tego powodu nie opuściła gardy nawet wtedy, kiedy zdała sobie już sprawę z tego, z kim miała do czynienia. Nie opuściła dłoni, w której trzymała puszkę z gazem, na wypadek gdyby wykonał jakiś gwałtowny ruch i po raz kolejny tego wieczora ją zaskoczył.
Czy to znaczy, że t r o c h ę się go obawiała? Kiedy zdała sobie z tego sprawę, poczuła się z tym nieswojo. Nie miała jednak podstaw, aby bezwarunkowo mu ufać. — Nieważne — stwierdziła i gdyby tylko miała ją wolną, prawdopodobnie machnęłaby na to dłonią. Nie mogła przecież rozwodzić się teraz na temat serialowej postaci. To uczyniłoby tę sytuację jeszcze bardziej irracjonalną, a przecież i tak nie czuła się już dobrze z tym, jak to wszystko wyglądało. Bo nie, Bronte wcale nie chciała mierzyć do niego tym gazem, ale miała to dziwne, nieodparte wrażenie, że zwyczajnie nie mogła inaczej.
Zaskoczył ją tym, jak nagle ją chwycił. To sprawiło, że nie tylko wyrwała się, ale też cofnęła się o krok. — No tak, to rzeczywiście brzmi o wiele lepiej — odburknęła, odruchowo rozcierając własny nadgarstek, choć przecież ten wcale jej nie bolał.
Łypnęła spojrzeniem na bruneta, przez chwilę milcząc, jak gdyby uważnie rozważała swoje możliwości. — A gdzie? W podziemiu? — zapytała głupio, w gruncie rzeczy dlatego, że naprawdę zdenerwował ją tym nagłym a t a k i e m. Sprawił, że miała w głowie jeszcze większy mętlik, przez co nie wiedziała już nic. Wypuściła jednak głośniej powietrze, po czym raz jeszcze omiotła jego sylwetkę spojrzeniem. — Gdzie? — powtórzyła pytanie, tym razem już całkiem poważnie.
Najwyraźniej zamierzała dać mu tę jedną szansę i całkowicie nie przekreślać tej wiary, którą pokładała w nim za sprawą ich starej znajomości. Jeśli w ten sposób popełniała błąd, trudno. Jakoś będzie musiała to zaakceptować.

Jacob Brown

Seria niefortunnych zdarzeń

: pt gru 19, 2025 2:17 am
autor: Jacob Brown
Może i nie w nerwach nie myślał trzeźwo, ale gdzieś w tym stresie i chwilowej panice do głosu dorwała się odrobina rozsądku. Zrozumiał, że ją przestraszył i było to jak kubeł lodowatej wody, wylany prosto na kark. Serce Jake’a uderzyło mocno, trochę zbyt gwałtownie, jakby organizm natychmiast uznał, że to już, że właśnie przekroczył granicę, zza której nie ma odwrotu. Przez ułamek sekundy naprawdę miał wrażenie, że znów jest w innym miejscu i innym czasie; że ciemność wokół nie jest grudniowym wieczorem w Toronto, a jakimś ciasnym pomieszczeniem z napierającymi na niego ścianami.
- Hej... - Odezwał się zbyt cicho jak na mężczyznę, który przed chwilą zachowywał się jak idiota bez instynktu samozachowawczego. Opuścił dłonie powoli, demonstracyjnie, chcąc pokazać jej, że nie ma złych zamiarów. - Przepraszam. Nie powinienem był... - Nie dokończył. Bo co miał powiedzieć? Że śledzenie jej po zmroku wydawało mu się w tamtym momencie jedynym sensownym pomysłem? Że od tygodni nie spał normalnie, a myśli krążyły uparcie wokół tego, co stracił, co zostawił, czego nie powinien nawet wspominać?
To jej cofnięcie się o krok zabolało bardziej, niż się spodziewał. Fizycznie. Jakby coś ścisnęło go pod żebrami. Zasłużył na to, wiedział o tym aż za dobrze, ale świadomość wcale nie czyniła tego łatwiejszym do przełknięcia.
- Nie chciałem cię przestraszyć. - Powiedział w końcu, już spokojniej, choć w jego głosie wciąż czaiło się napięcie. - Wiem, że to tak wygląda. I wiem, że… to było głupie. - Niebezpieczne, poprawił się w myślach. Dla niej. Dla niego. Dla wszystkich, którzy nie powinni znaleźć się w promieniu rażenia jego decyzji.
Gdy zapytała gdzie, tym samym niebezpośrednio sygnalizując przychylność jego propozycji, poczuł jak coś w nim się zaciska. Nie dlatego, że nie miał odpowiedzi - miał ich aż za dużo! - ale dlatego, że każda z nich niosła ze sobą ryzyko. Odruchowo rozejrzał się po ulicy: odbijający światło latarni śnieg, kilka zaparkowanych samochodów, ciemne okna budynków. Grudniowe święta wisiały w powietrzu jak obietnica normalności, której obecność wywoływała w nim poczucie winy i samotności. Nie znosił tego uczucia i w tym roku towarzyszyło mu mocniej, niż rok temu. W witrynie po drugiej stronie ulicy stała choinka, migocząca ciepłymi lampkami, zupełnie nie na miejscu wobec chaosu w jego głowie.
Przełknął ślinę, czując, jak drżą mu palce i to nie z zimna. Wsunął dłonie do kieszeni kurtki, jakby w ten sposób mógł je unieruchomić.
- Dwie ulice stąd jest kawiarnia. Nie ma tłumu o tej porze, ale nie będziemy sami. Duże okna, dużo światła. - Spojrzał na nią ostrożnie, nie robiąc ani kroku w jej stronę. Chciał, żeby nie czuła się osaczana, mimo że mogło to tak wyglądać przez sam fakt sposobu, w jaki ją prawie zaczepił. Miejsce publiczne nie było dla niego bezpieczne, ale było bezpieczniejsze dla niej. - Albo powiesz, że nie. To też… w porządku. Zrozumiem. - Nie był pewien, czy naprawdę by to uniósł, ale wiedział, że nie ma prawa naciskać. Właściwie nie powinien w ogóle się z nią kontaktować, łamał w ten sposób jedną z podstawowych zasad, jakie przedstawiono mu kiedy został wdrożony do programu. A jednak, stojąc tu w zimnie, z sercem nerwowo bijącym zbyt szybko, czuł wyraźnie, że jakaś część niego kurczowo trzyma się tej chwili. Jakby rozmowa z nią mogła stać się namiastką czegoś, co kiedyś nazywał życiem.

Bronte Rosenthal-Murray

Seria niefortunnych zdarzeń

: sob gru 20, 2025 7:22 pm
autor: Bronte Rosenthal-Murray
Czuła się trochę tak, jakby uporczywe myśli miały rozsadzić jej głowę. Nie wiedziała, co powinna myśleć, ani też co powinna czuć. Nie miała także pojęcia, czy choćby w minimalnym stopniu mogła mu u f a ć, a to sprawiło, że dodatkowo zrobiło jej się niedobrze.
Niewidzialna dłoń zacisnęła się na jej żołądku, sprowadzając na Bronte myśl o tym, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Choć chciała dobrze, zwyczajnie się w tym zaplątała, a fakt, że Jacob nie mówił jej n i c z e g o, ewidentnie tego nie ułatwiał.
To wszystko wydawało jej się irracjonalne - ona celująca do niego z buteleczki z gazem pieprzowym oraz on stojący naprzeciw i próbujący przekonać ją do tego, że jego intencje nie były nieczyste. Kiedyś nie miałaby względem tego nawet cienia wątpliwości. Nie musiałaby obawiać się tego, że z jego rąk mogłaby spotkać ją jakaś k r z y w d a, ale ta pewność sięgała czasów, w których ich codzienność nie była wywrócona do góry nogami.
Sięgała czasów, w których Jacob jeszcze nie istniał, a jedyną jej obawą w kwestii Davida było to, czy przypadkiem nie złamie jej przyjaciółce serca.
Byłoby prościej, gdybyś zadzwonił — wydusiła z siebie po chwili. Jakaś jej część nie chciała zachowywać się w ten sposób. Nie chciała okazywać mu braku zaufania, ponieważ jakiś cichy głosik w jej głowie podpowiadał, że przecież jemu też nie było łatwo. Znalazł się w cholernie trudnej sytuacji, a choć Bronte nie znała jej szczegółów, może jednak powinna mu współczuć? Podobna myśl przemknęła teraz przez jej umysł i prawdopodobnie to właśnie ona przesądziła o tym, że opakowanie z gazem pieprzowym ponownie odnalazło drogę do jej torebki.
Nie zmniejszyła jednak dzielącej ich odległości, jeszcze nie teraz.
Przemknęło jej przez myśl, że mogłaby zaprosić go do siebie, ponieważ tam mogliby liczyć na względny spokój. Przed tym powstrzymały ją jednak resztki rozsądku, którego zwykle nie było w niej zbyt wiele. Teraz jednak alarmował wręcz, że nie powinna tego robić. Wypuściła głośniej powietrze i wsunęła dłonie do kieszeni kurtki. — W porządku — skinęła nieznacznie głową. Choć nie zamierzała mówić tego na głos, towarzystwo innych osób mogło rzeczywiście pomóc jej się uspokoić.
Sama zresztą też desperacko wręcz próbowała zapanować nad własnymi obawami. Starała się przekonać samą siebie do tego, że miała przecież do czynienia z kimś, komu bez wątpienia mogła ufać - nawet w obliczu tego, jak bardzo czuła się przez niego skołowana. — Prowadź — odezwała się po chwili, obiecując sobie jednocześnie, że tym razem nie zaatakuje go serią pytań, choć tych kotłowało jej się w głowie całkiem sporo.
Pierwszym było przede wszystkim to, dlaczego nagle postanowił się z nią skontaktować, skoro jeszcze niedawno upierał się, że było to tak bardzo n i e b e z p i e c z n e. I najwyraźniej udało jej się mu uwierzyć, skoro dziś napędził jej aż takiego stracha.

Jacob Brown

Seria niefortunnych zdarzeń

: śr gru 24, 2025 11:11 pm
autor: Jacob Brown
Skinął głową w pozornie spokojnym geście, choć w środku wszystko w nim było dalekie od spokoju. Ruszył pierwszy, ale poczekał aż się z nim zrówna. Dopiero jak miał pewność, że nie uciekła, ani nie zapowiada się, żeby nagle miała odwrócić sięna pięcie i zrezygnować, wprowadził między nich nieco więcej bezpiecznego i komfortowego dystansu. Nie ocierali się nawet odrobinę ramionami. Śnieg skrzypiał cicho pod butami, a grudniowe ostre i zimne powietrze, szczypało w policzki.Wsunął dłonie głęboko w kieszenie i zacisnął je w pięści, chcąc znaleźć w tym geście chociaż trochę poczucia stabilności. Toronto wciąż pozostawało obce, nawet po roku.
Szli kilka minut w milczeniu. Jake zerkał na odbicia w witrynach, kontrolując odruchowo przestrzeń wokół nich, licząc mijających ich ludzi, starając się ignorować swoją sylwetkę. Ciało reagowało szybciej niż myśli, napięcie osiadło na barkach i karku, pulsowało gdzieś pod skórą. Nie powinien tu być. Nie powinien jej szukać z nią kontaktu. A jednak szedł dalej.

Kawiarnia była niewielka, ciepłe światło sączyło się przez zaparowane szyby. W środku siedziało kilka osób - para przy oknie, ktoś z laptopem w rogu, dwie starsze kobiety rozmawiające półgłosem. Żadnego tłumu, swoboda połączona z jakimś komfortem bycia między ludźmi, mimo wszystko. Otworzył drzwi i wpuścił Bronte przodem.
Zapach kawy i przypraw uderzył go niemal fizycznie, aż w nosie lekko załaskotało. Przez ułamek sekundy pomyślał o choince w salonie w Montrealu, o świętach, o prezentach układanych pod drzewkiem, o śmiechu, którego tu nie było. Przełknął to wspomnienie przez zaciśnięte gardło.
- Ja… herbatę. Czarną. - Roztargniony i nagle dodatkowo zestresowany przez nawracające wspomnienia, odezwał się do baristy, jak tylko podeszli do kontuaru. Zrezygnował z kawy, ręce i tak mrowiły niespokojnie. Poczekał, aż Bronte złoży swoje zamówienie i zapłacił bez słowa, czując, że to w tej chwili jedna z niewielu rzeczy, które może zrobić normalnie.
Wybrał stolik trochę na uboczu, przy ścianie, z widokiem na wejście. Usiadł tak, by mieć je w polu widzenia. Dopiero kiedy zamówienie pojawiły się przed nimi, dotarło do niego, jak niezręczna była ta sytuacja. Cisza ciążyła. I równie ciężko było mu spojrzeć Bronte w twarz, obserwował swoje dłonie obejmujące gorący kubek. Serce biło mu zbyt szybko, dudniąc w uczach ostrzegawczo.
- Przepraszam. - Odezwał się w końcu cicho. Głos miał zachrypniety, jakby rzadko go używał. - Za dziś. Za… sposób. - Zamachał lekko jedną dłonią, jakby to miało zobrazować podmiot jego myśli. Nie od razu podniósł na nią spojrzenie. Najpierw skupił wzrok na parze unoszącej się z kubka. W głowie kłębiły się obrazy, strzępy rozmów z opiekunem, ostrzeżenia, których nie wolno mu było zignorować. Wiedział, że nie może niczego wyjaśnić. Wiedział też, że to spotkanie było błędem.
A jednak brnął w to, niczym w akcie niepokonanej desperacji.
- Nie szukam... przebaczenia. - Dodał po chwili, ciszej. - Ani problemów. Po prostu… - Urwał, zaciskając szczękę. Frustracja mieszała się z lękiem i czymś boleśnie podobnym do tęsknoty. - Minął rok. A ja nie wiem, jak ona sobie radzi. - W końcu podniósł wzrok na Bronte, ostrożnie, jakby bał się, że jedno spojrzenie może wszystko zepsuć. - Emily - doprecyzował, niemal szeptem. - Wiem, że nie powinienem cię o to prosić, masz prawo mnie nienawidzić, ale jesteś jedyną osobą, którą mogę o to zapytać. Jak ona się trzyma? - To pytanie ciążyło mu w piersi od miesięcy. Wiedział, że odpowiedź - jakakolwiek by nie była - może go zaboleć. Ale brak odpowiedzi bolał znacznie bardziej.

Bronte Rosenthal-Murray

Seria niefortunnych zdarzeń

: pn gru 29, 2025 11:48 am
autor: Bronte Rosenthal-Murray
Wypuściła głośniej powietrze, kiedy wolnym krokiem ruszyła za nim. Nie był to pierwszy raz, gdy czuła się przy nim n i e k o m f o r t o w o, jednak obecnie wynikało to z zupełnie innych przyczyn, niż w przeszłości. Wcześniej ciągnęło się za nimi widmo zdrady, krzywdy, jaką wyrządzili bliskiej im osobie. Bronte czuła się z tym wówczas paskudnie, ale to właśnie to uczucie, które dominowało przy nim teraz, było o wiele gorsze.
Nie wiedziała bowiem, na ile mogła mu ufać.
Dlatego pozwoliła, aby całkowicie pochłonęły ją własne myśli. Ignorowała to, co działo się dookoła, choć przecież była wielką miłośniczką świąt. Kochała je, podobnie zresztą jak kochała zimową pogodę, która teraz przynosiła jej wyłącznie częściowe ukojenie. Mróz pomagał bowiem zdusić to palące uczucie gorąca wywołane jego obecnością.
To znalazło odzwierciedlenie także w jej zamówieniu. W normalnych okolicznościach postawiłaby na coś, co znacznie bardziej do niej pasowało - na kawę z piernikowym syropem i skórką pomarańczy. Pewnie wzięłaby też jakieś ciasto, przy którym swobodnie mogłaby z nim porozmawiać. Dziś jednak nie miała towarzyszyć im swoboda, a ogrom napięcia, wobec czego to ziołowa herbata wydawała się najlepszym wyborem.
Po otrzymaniu zamówienia, Bronte podążyła za Jacobem w głąb sali. Zajęła miejsce w głębokim, miękkim fotelu, palcami dosięgając jednak brzegu serwetki, którym zaczęła się bawić. Stresowała się o wiele bardziej, niż wtedy, kiedy sama postanowiła zaatakować go szeregiem pytań.
Podniosła na niego spojrzenie dopiero, kiedy się odezwał. Niemal od razu pokręciła lekko głową, w ten niemy sposób chcąc dać mu do zrozumienia, że nie było to nic takiego, choć to nie była prawda. Napędził jej stracha, a dodatkowo sprawił, że nie wiedziała już, co powinna myśleć. Czuła się przez niego wyjątkowo skołowana.
Obróciła kolorowym, ceramicznym kubkiem, a później koniuszkiem języka zwilżyła dolną wargę. Czuła, jak z nerwów zasychało jej w gardle. — Możesz w ogóle o tym rozmawiać? — zapytała, a jedna z jej brwi powędrowała ku górze. Zdając sobie sprawę z tego, jak chłodno zabrzmiały jej słowa, odchrząknęła i poprawiła się na fotelu, chcąc najwyraźniej trochę nad własnym podejściem popracować.
Powiem ci co chcesz wiedzieć, ale musisz też zrobić coś dla mnie — odezwała się i na krótką chwilę przygryzła nerwowo policzek od środka. — Nie będę cię pytać o szczegóły, Jake, ale muszę mieć kilka podstawowych informacji. Muszę wiedzieć, czy mam rację, żeby… Zresztą, sam widziałeś — dodała, w końcu cofając się nieco, aby oprzeć się o oparcie fotela.
Miał przecież okazję na własne oczy przekonać się o tym, jak nerwowo zareagowała, kiedy dziś za nią szedł. To nie zdarzało się wcześniej, ona się wcześniej nie bała, zatem pomimo tego, że chciał pewne rzeczy utrzymać w tajemnicy, coś także był jej winien.
Musiał dać jej coś, dzięki czemu przynajmniej częściowo mogłaby odzyskać spokój. Albo chociaż spróbować.

Seria niefortunnych zdarzeń

: śr gru 31, 2025 3:18 pm
autor: Jacob Brown
Zacisnął mocniej palce wokół gorącego kubka, bo drżały. Wiedział, że to widać i ona to zauważy. Przez chwilę nie mówił nic, szukając jakiejkolwiek formy odpowiedzi, która nie zdradziłaby czegokolwiek konkretnego, ale jednak dała satysfakcjonujące efekty. Cisza była niezręczna, gęstniała z każdym płytkim oddechem. Milczał za długo, ale nie potrafił znaleźć punktu zaczepienia. Wszystkie zdania, które układał sobie w głowie, brzmiały zbyt odsłaniająco albo zbyt defensywnie. Bolała go myśl, że Bronte się go bała. Sam do tego doprowadził, rozumiał to i nie wypierał się. Wręcz przeciwnie, wziął ciężar tej winy na barki, jakby sam siebie chciał ukarać za bycie tym, kim teraz jest.
- Nie powinienem… - Zaczął, po czym urwał. Fakt, nie powinien o tym rozmawiać, nie wolno mu było nic mówić, kontaktować się z nikim z poprzedniego życia. Jakby ktokolwiek się o tym dowiedział, to przysporzyłoby to nie lada kłopotów. Pokręcił głową, jakby chciał skorygować samego siebie. - Przestraszyłem cię. To nie było fair. - Odetchnął powoli, na tyle głęboko, na ile zdołał w stanie spięcia. - Wiem, że czujesz się niepewnie. I… rozumiem to. Ja sam czuję się tak cały czas. - Uśmiechnął się krótko, bez cienia humoru. To nie był żart, a zmęczenie, które osiadło w nim na dobre.
Wziął łyk herbaty, chociaż nadal była za gorąca. Potrzebował bólu, by zatrzymać się w teraźniejszości, w tym miejscu i rozmowie.
- Nie mogę dać ci szczegółów, ale rozumiem, że potrzebujesz czegoś, żeby… - Urwał, szukając słowa. - Żeby się nie bać. - Nie śmiał mówić o zaufaniu, bo sam by sobie nie ufał w takiej sytuacji. Ale jeśli udałoby mu się osiągnąć, żeby przynajmniej nie bała się go, to to już bardzo duży sukces. Potrzebował choćby odrobiny informacji. Tęsknota, ból i poczucie bycia kimś niegodnym tego, co kiedyś miał, potęgowało się w okresie świątecznym. Spojrzał jej w oczy odważniej. - Bronte, znając mnie wtedy myślisz, że byłem złym człowiekiem? Zdolnym do umyślnego skrzywdzenia kogokolwiek? - Wtedy uważał się za uczciwego obywatela. Miał swoje problemy, popełniał błędy, z czego jeden z nich miał miejsce właśnie z siedzącą przed nim blondynką, ale mimo wszystko nie zrobił tego z premedytacją i zamiarem krzywdy. Nie mówiąc o tym nikomu, odkupował swoje winy codziennie, starał się być dobrym mężem i ojcem, zapewnić rodzinie spokój, dobrobyt, zaspokajać wszelkie potrzeby. Pochylił się w jej kierunku może nieco zbyt gwałtownie. - Pracowałem uczciwie. Nie chciałem znaleźć się w takiej sytuacji, a okazało się, że siedzę bardzo mocno w jej fundamentach. I jedynym sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa Emily i małej było zniknięcie. - Mówił ciszej, prawie konspiracyjnie starając się naprowadzić ją na trop powodu jego śmierci, podsuwając fakt, że coś miało miejsce w jego ówczesnej pracy. Rozejrzał się nerwowo na boki, spodziewając się nieoczekiwanego podsłuchu lub obserwatora chowającego się za fotelem. Nie powinien jej tego mówić, to już było za dużo i potęgowało uczucie bycia stale na celowniku. Odkąd włamano się do jego mieszkania, towarzyszyło mu to bezustannie.

Bronte Rosenthal-Murray

Seria niefortunnych zdarzeń

: śr gru 31, 2025 5:59 pm
autor: Bronte Rosenthal-Murray
Potrzebowała wyjaśnień. Sama go o nie poprosiła w nadziei, że jeśli powie jej coś więcej, ona rzeczywiście zdoła się uspokoić. To, jak bardzo złudne było to pragnienie zrozumiała dopiero w momencie, w którym brunet zaczął mówić. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że nie mógł dać jej tego, czego od niego oczekiwała.
Przymknęła lekko powieki, kiedy wspomniał o tym, że on także się bał. Jakaś jej część współczuła mu tego, w jakim znalazł się położeniu, ale inna, znacznie przeważająca znów zaczynała wpadać w panikę. Było to o tyle zgubne, iż Bronte naprawdę nie chciała znaleźć się w tej sytuacji. Nie była na to przygotowana.
Podobnie jak nie czuła się gotowa na to, aby już z a w s z e zmagać się z tym uczuciem. Jej życie nie było przecież t a k i e. Nigdy nie było przepełnione niepokojem, a już na pewno nie strachem o to, że w którymś momencie powinie jej się noga i nie będzie dostatecznie ostrożna, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo.
Takie rzeczy dotychczas zdarzały się tylko w reportażach, w dodatku tych, które znajdowały się poza jej zasięgiem.
Myśląc o tym czuła, jak jakaś niewidzialna dłoń zaciska się na jej żołądku. Nie była już nawet pewna, czy zdoła przełknąć dzisiaj chociaż łyk herbaty bez ryzykowania, że jej własny żołądek ją zawiedzie. Do tej pory zawodziła ją wyłącznie intuicja.
Raz to zrobiliśmy — zauważyła, zaledwie na ułamek sekundy wracając myślami do ich wspólnego przewinienia. Wiedziała jednak, że było to coś zupełnie innego. Coś niezamierzonego i podyktowanego chwilą słabości. Prawdę powiedziawszy nie mogli nawet powiedzieć, że kogokolwiek w ten sposób zranili. Emily przecież o niczym nie wiedziała. — I nie wiem już co mam myśleć. Kiedyś bez wahania powiedziałabym, że nie, ale im więcej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się nad tym, czy kiedykolwiek tak naprawdę cię znałam. No bo… znałam cię, Jake? Byłam j e j przyjaciółką. Wszystko, co o tobie wiedziałam, pochodziło z rozmów z nią, albo ze sporadycznych spotkań. Miałam cię za świetnego faceta, ale to było przedtem… Teraz jestem trochę skołowana — wyjaśniła, a choć te słowa nie przyszły jej z łatwością, nie widziała też powodu, dla którego miałaby to przed nim ukrywać.
W końcu to nie tak, że wątpiła w jego intencje c e l o w o.
Wypuściła głośniej powietrze, starając się poskromić tę część własnej osobowości, która już na starcie podsunęła jej dziesiątki pytań. Oczywistym jest, że chciała dosięgnąć sedna. Chciała dowiedzieć się, co przesądziło o jego losie, ale chyba nie mogła. Nie tylko przez wzgląd na niego, ale głównie przez samą siebie. — Muszę wiedzieć jeszcze jedno — dodała, opierając łokcie na blacie stołu tak, aby móc wychylić się w jego stronę. Z boku mogli wyglądać jak dwójka zakochanych, wpatrzonych sobie w oczy osób. Zabawne, jak dalekie było to prawdy. — Dogadałeś się z policją? — to pytanie zadała już nieco ciszej, potrzebując tak naprawdę tylko potwierdzenia. Z jego wyjaśnieniami układało się to przecież w całkiem zgrabną całość, ale mimo to nie odpuściłaby, gdyby nie usłyszała tego od niego.

Jacob Brown