Strona 1 z 2

Watch your steps!

: pt gru 12, 2025 3:22 pm
autor: Nelly Rowley
Grinch podobno był zielonym, futrzastym stworem, ale dam sobie uciąć mały palec u lewej ręki, że tego wieczora przyjął postać drobnej brunetki, z naciągniętą na czoło czapką z pomponem i w fartuchu zdecydowanie za dużym, jak na kogoś jej postury.
Cóż za chichot losu, że osoba nielubiąca świąt była skazana na spędzanie długich godzin na jarmarku świątecznym, gdzie ludzie przychodzili, by cieszyć się i celebrować ten jakże ''piękny'' czas. Tak - skazana, bo nikt jej nigdy nie zapytał, czy ma ochotę pracować na stoisku z gorącymi napojami. Może nie było to powiedziane wprost, ale Nelly zrozumiała słowa szefa jasno - albo idziesz na nasze stoisko na jarmarku, albo wylatujesz. Cóż więc miała biedna zrobić, nie mając już prawie oszczędności i musząc opłacić wynajmowane mieszkanie? A, no i za coś jeść. Jedzenie było dość istotnym elementem egzystencji, choć czasem o tym również zapominała.
Jej zmiana powoli dobiegała końca i tak naprawdę została jej jeszcze tylko jedna rzecz do zrobienia - pójść do furgonetki i przynieść dostawę, która właśnie przyjechała. Zazwyczaj były to jakieś pierdoły, papierowe kubki, serwetki czy ozdoby, ogółem nic ponad jej siły. Z tego powodu nigdy nie protestowała, choć w głębi ducha i tak uważała, że to jej kolega z budki powinien latać z kartonami - w końcu był od niej dwa razu większy i pewnie kilka razy silniejszy.
Jakie było jej zdziwienie, gdy oprócz kartonu z papierami zobaczyła wielką skrzynię pomarańczy. Dostawca nieszczególnie przejął się jej miną. Nie wchodząc w konwersacje, podał na jej ręce owoce, postawił na to karton, po czym trzepnął drzwiami i już go nie było.

Cudownie.

Nelly pocieszała się myślą, że lada moment będzie w ciepłym łóżku, z dala od zapachu goździków i dźwięku ''Jingle Bells’’. Co prawda niewiele widziała, ale stawiając ostrożnie każdy krok, zaczęła wracać do stoiska z herbatą.

To wcale nie jest takie ciężkie. Jesteś silna baba. DASZ RADĘ.

Powtarzała sobie w myślach, przedzierając się przez kompletnie ignorujący ją tłum. Nagle poczuła uderzenie na tyle silne, że pakunki wypadły jej z rąk, a zawarte w środku rzeczy rozsypały się na oprószony śniegiem bruk.

- Jak łazisz?! - fuknęła ze zdenerwowaniem w kierunku mężczyzny, którego ujrzała przed sobą, ale jej wzrok szybko powędrował w dół. Przez chwilę patrzyła na toczące się w różnym kierunku pomarańcze. Jedna z nich została przypadkowo kopnięta przez przechodnia, a jeszcze inna trafiła w ręce rozszalałego dziecka, które pobiegło ze swoją zdobyczą w siną dal.
- Nieeeee nooo, zabiję się - jęknęła i w pośpiechu zaczęła zbierać owoce z powrotem do skrzyni, chcąc zminimalizować straty. Za duży fartuch nie ułatwiał jej zadania, plącząc się między nogami i skutecznie ograniczając ruchy.
- No? Na co czekasz? Pomóż mi to teraz pozbierać - podniosła na chwilę wzrok na nieznajomego, czując narastającą irytację i zmęczenie. Nie obchodziło jej w tym momencie, co miał do powiedzenia. A lepiej dla niego, żeby nic nie mówił, bo Nelly była o mały włos od wybuchu.
- Jeżeli potrącą mi za to z pensji, to przysięgam, że cię znajdę iii... iii... - zawahała się. No właśnie. I co? Brzydziła się przemocą, choć w tym momencie miała ochotę wziąć najbardziej rozdeptany owoc i natrzeć nim twarz nieznajomego, by na długo zapamiętał, że trzeba zwracać uwagę na innych.

Galen L. Wyatt

Watch your steps!

: pn gru 15, 2025 12:15 am
autor: Galen L. Wyatt
57
Sometimes Christmas trips you on purpose.

Galen mimo wszystko lubił święta, miały w sobie jakiś taki magiczny urok, no i trzeba wspomnieć, że w willi Wyattów choinka zawsze stała po środku holu i miała kilka metrów, w ogóle cały dom zawsze wyglądał jak z tych wszystkich świątecznych filmów. Prezenty też zawsze były świetne, drogie, barwne, była ich mnogość. Jakby te prezenty miały wynagrodzić to, że Galen Wyatt nie był wcale, a wcale kochanym dzieckiem. Może i nie wynagradzały, a jednak mimo wszystko kojarzyły się dobrze. Z takimi momentami, gdy nawet jego matka otwierała paczki z wypiekami na bladych policzkach, a potem mały Galen mógł się bawić z ojcem i siostrą kolejką, która z roku na rok była rozbudowywana o kolejne poziomy, tak, że w końcu musieli zrobić dla niej oddzielny pokój.
Co prawda od kilku lat święta Wyatta wyglądały już nieco inaczej, bo spędzał je sam... Chociaż nie, on nigdy nie spędzał ich sam, nie z rodzicami oczywiście, bo oni siedzieli sobie gdzieś we Włoszech i wspaniale się bawili bez niego, a jednak Galen zawsze w tym świątecznym okresie kogoś sobie poderwał, chociażby po to, żeby obudzić się rano w gwiazdkę i dać jej w prezencie coś drogiego, coś wyjątkowego. Galen lubił dawać prezenty. Lubił rozpieszczać kobiety.
Ale w tym roku tak się złożyło, ta cała seria jakiś niefortunnych zdarzeń, że Galen Wyatt skończył przed świętami sam, sam jak palec, a jeszcze jakiś czas temu był przecież zakochany.
Ale teraz nie było mu to wcale w głowie, kobiety nie były mu w głowie. Co przecież jest dla niego nietypowe, bo on jednak lubił się otaczać płcią piękną. Ale dzisiaj wcale nie przyszedł tutaj na jakiś podryw, zresztą on nawet dzisiaj nie wyglądał jak typowy Galen Wyatt w tej swojej nieskazitelnej koszuli, idealnie skrojonej marynarce. Dzisiaj wyglądał dość przeciętnie w tej Wallmartowej koszuli w kratę i skórzanej kurtce, w porwanych jeansach i ciężkich butach. Właściwie miał się dzisiaj nie ruszać z domu, ale dostał telefon od tej dziewczyny, która co roku w jego apartamencie stawiała tę bajeczną choinkę, że ona zrobi to właśnie dzisiaj, a przecież on nie chciał jej w tym pomagać. Ubieranie choinki to była dla niego nuda. Wyszedł z domu i nawet sam nie wiedział kiedy jego kroki skierowały się do świątecznego jarmarku, może to za sprawą tych świątecznych piosenek, które atakowały z każdej strony? A może to zapach grzanego wina?
Galen stwierdził, że takie jedno sobie właśnie zafunduje, ale kiedy ruszył do stoiska okazało się, że nie wziął ze sobą portfela, i to wcale nie było jakieś dziwne, bo on właściwie go nie nosił, ale, o zgrozo, nie wziął też swojego bajeranckiego zegarka, którym płacił. Od razu przed oczami zobaczył, jak kładł go na kuchennym blacie, tylko po co?
W momencie, w którym jego myśli wróciły do apartamentu, on nawet nie zauważył, że wyrosła przed nim jakaś brunetka zastawiona skrzynkami. Wlazł w nią z impetem, aż stęknął i w pierwszej chwili, to miał rzucić to samo co ona.
Rzuciłby, gdyby to nie była dziewczyna, a Galen to jednak miał w sobie głęboko zakorzeniony szacunek do kobiet, nawet jeśli warczały na niego tak jak ona.
Jego intensywnie niebieskie tęczówki najpierw poleciały za tymi rzeczami, które się rozsypały, potem za pomarańczami, konkretnie za tą, którą zaraz złapał jakiś dzieciak, a dopiero potem spoczęły na jej rozgniewanej twarzy, ale na moment bo ona już nurkowała do tych rozsypanych owoców. A Galen Wyatt oczywiście nie wpadł na to, żeby jej pomóc. Bo przecież on w każdych warunkach, u siebie w firmie na przykład gdyby zaliczył coś takiego, to stałby w miejscu i się gapił jak wszyscy za niego to zbierają. Albo w apartamencie zawołałby Lucię, swoją gosposię, żeby posprzątała. A tutaj kogo miał zawołać? Rozejrzał się zdezorientowany, bo Galen był kompletnie nieżyciowy.
Dopiero kiedy się odezwała i zapytała na co czeka, to on się ruszył z miejsca.
- A, wybacz - rzucił, a potem się rzeczywiście schylił, żeby pomóc jej zbierać te owoce, ale tak to zrobił, że sam kopnął jednego prosto pod jakiś zastawiony długim obrusem stolik - tam poleciał... - wskazał jej palcem kierunek, ale przecież sam się nie będzie po to schylał w garniturze od Armaniego... Zaraz. On wcale dzisiaj nie miał na sobie takiego garniaka, więc finalnie to upadł na kolana przed tym stolikiem i sięgnął pod niego po pomarańcza, znalazł go oczywiście, ale przy okazji też kilka kotów z kurzu, które wylądowały się na jego miękkich włosach, które sprawiały wrażenie artystycznego nieładu, ale Galen przecież je specjalnie tak układał.
- Tu mam jeden - wrzucił jej tego pomarańcza do skrzyni dumny z siebie jak nie wiem, chociaż ona w tym czasie pewnie pozbierała tuzin. Dopiero kiedy jego niebieskie oczy odnalazły te jej ciemne, a Galen schylił się jeszcze po jakieś papierowe kubeczki, to uniósł jedną brew.
- Mam zabrać też tamtemu dzieciakowi? - zapytał i nawet rozejrzał się za nim, ale było tu tyle dzieci, że w życiu by nie odgadł, który złapał tego pomarańcza, znowu wrócił do niej spojrzeniem, no i musiał przecież zapytać - I co? - bo Galen lubił drążyć, lubił ciągnąć za język. Przez chwilę trzymał w palcach te papierowe kubeczki, ale w końcu wrzucił je do skrzynki z pomarańczami.
- Dlaczego w ogóle Ty to nosisz? Nie jesteś jakaś... za mała na to? - zapytał unosząc jedną brew, chociaż chyba trochę źle to zabrzmiało, ale po prostu ten za duży fartuch i ta czapka opadająca jej na czoło potęgowały to wrażenie, że jednak nie powinna dźwigać takich skrzynek. O to mu chodziło.

Nelly Rowley

Watch your steps!

: wt gru 16, 2025 1:05 am
autor: Nelly Rowley
Gdyby Nelly zakotwiczyła w głowie jakiekolwiek dobre wspomnienia związane ze świętami, to prawdopodobnie też nie traktowałaby ich aż tak po macoszemu. Niestety jej rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej, niżeli w willi Wyattów. Nie było kilkumetrowej, pachnącej choinki, tylko zakurzona i sztuczna, ta sama od wielu lat. Nie było drogich prezentów, tylko drobne upominki, bo tylko na tyle mogła sobie pozwolić jej mama. Nie było radosnych momentów i wspólnej celebracji, bo ojciec albo był pijany, albo wcale go nie było. Potem doszły jeszcze problemy ze starszym bratem Cornelii, a ostatnim gwoździem do trumny okazała się śmierć matki.
Teraz od kilku lat święta spędzała całkowicie sama i najwyraźniej nawet po przeprowadzce do Toronto nie miało się nic zmienić. Z jednej strony było jej to na rękę, bo zaszywała się w swoim mieszkaniu, nie musiała nic szykować i miała czas na nadgonienie seriali, a z drugiej… Cóż, pewnie by tego nigdy nie przyznała, ale z nutą zazdrości patrzyła na te wszystkie szczęśliwe rodziny wybierające na jarmarku fancy bombki, by wrócić do domu i ubrać świeżo ścięte drzewko. I nie chodziło tu nawet stricte o tę przeklętą choinkę, tylko o czas spędzony razem z osobami, którym ufasz i przy których czujesz się bezpiecznie. Czasami nawet w myślach wizualizowała sobie, jak to by było mieć normalne dzieciństwo. Zatracała się w tych marzeniach, a potem czuła się jeszcze gorzej, bo wracała do rzeczywistości, w której czekała na nią właściwie tylko praca. I to nie jakaś ambitna, czy dobrze płatna, a byle jaka, tylko żeby mieć pieniądze.
Popatrzyła, jak kopnięta przez mężczyznę pomarańcza potoczyła się pod stolik i spojrzała na niego nadto wymownie. Jeżeli sądził, że to ona będzie się tam po nią wczołgiwać, to był w dużym błędzie, bo nie miała zamiaru. Czuła się wystarczająco upokorzona, klęcząc na zimnym bruku i w pośpiechu usiłując pozbierać jak najwięcej owoców. 
Nie komentowała jego ślamazarnego tempa. Gdzieś w głębi była mu wdzięczna, że zdecydował się jej pomóc, zamiast odpowiedzieć jej równie nieprzyjemnie i wszystko eskalować. Nawet jeżeli był w tym dość powolny.
Słysząc dumny ton głosu, trochę automatycznie przeniosła spojrzenie na nieznajomego, tym razem łapiąc z nim kontakt wzrokowy. Pierwszy raz mogła mu się przez te kilka sekund przyjrzeć, na moment zaprzestając zbieranie. Nadal była wkurzona, ale pierwsza fala emocji zdążyła już przeminąć, a pytanie o małego złodzieja pomarańczy sprawiło, że kącik jej ust drgnął ku górze.
- Myślę, że tą jedną mogę mu darować - odparła sięgając po kolejny owoc. Tym razem już trochę wolniej, bez tego całego szału, który na początku jej towarzyszył. - Po za tym, nie sądzę, żebyś go dogonił. Kojarzę go, czasami się tu kręci. To wyjątkowo szybki egzemplarz - dodała. Co prawda nie miała pewności, czy mężczyzna mówi serio, czy tylko żartuje, ale kompletnie nie wyobrażała sobie, jakby to miało wyglądać.
- I co? - poczuła, jak jej policzki się rumienią. Na szczęście były już zaróżowione od zimna, więc istniała szansa, że nikt tego nie zauważy. - I jeszcze nie wiem co, ale coś wymyślę. A ty masz coś we włosach, wiesz? Chyba wysprzątałeś wszystkie pajęczyny spod tamtego stolika - taktycznie zmieniła temat, wyciągając zmarzniętą dłoń, by opuszkami palców strzepnąć kurzowe kotki. Była przy tym delikatna, starając się nie popsuć misternie poczochranej fryzury, ale szybko uzmysłowiła sobie, że zbliżyła się do mężczyzny za bardzo, a on mógł sobie tego wcale nie życzyć. Odchrząknęła, po czym podniosła się z kolan i powędrowała po owoc, który dostrzegła trochę dalej, niż w zasięgu ręki. Wrzuciła go do skrzyni i zaczęła poprawiać tekturowe pudełko, starając się je choć trochę zamknąć. Gdy jej się to udało, grzbietem dłoni podciągnęła wyżej czapkę, która opadła jej na oczy i rozejrzała się przelotnie dookoła, upewniając się, czy aby na pewno wszystko zostało zebrane.
- Bo mi każą - wzruszyła ramionami, jakby było to oczywiste. - Nikt za mnie tego nie zrobi - dodała zgodnie z prawdą. Nawet jej się nie chciało wykłócać o to z próżniakiem Jackiem, bo potrafił skubany podlizać się szefowi, więc z góry była na straconej pozycji.
- Ale właściwie, to możesz zrobić dobry uczynek i mi pomóc - niespodziewanie wpadła na ten jakże genialny pomysł. - To nie jest daleko, obiecuje. W zamian nie rzucę na ciebie uroku za to, że na mnie wlazłeś - zapewniła szybko, na wypadek gdyby miał ochotę się zawahać.
- To co? Idziemy? - zapytała, przybierając na usta swój firmowy uśmiech numer dwa, po czym chwyciła w dłonie kartonowe pudło, skrzynkę zostawiając dla Galena.

Galen L. Wyatt

Watch your steps!

: wt gru 16, 2025 4:17 pm
autor: Galen L. Wyatt
Galen na co dzień nie był taki ślamazarny, raczej wszędzie go było pełno, raczej lubił działać szybko, zdecydowanie, a jednak... Sprzątanie to nie była jego mocna strona, to w ogóle nie było coś, co on potrafił robić. Jak on nawet jako dzieciak nigdy nie miał takich obowiązków, gdzie, między szermierką, a kursem francuskiego, czy tańca towarzyskiego?
Przecież Galen Wyatt był wychowywany na dziedzica, na jakiegoś księcia z bajki... Chociaż to może lekka przesada, a jednak to były te tak zwane wyższe sfery. Gdyby brunetka nie kazała mu tych pomarańczy zbierać, to pewnie wzruszyłby ramionami i sobie poszedł, a potem może za to zapłacił? Ale jak, skoro on nawet nie miał portfela?
Dzisiaj musiał się chyba wykupić jakimiś przeprosinami, chociaż póki co to jego niebieskie tęczówki powiodły gdzieś dookoła za tym dzieciakiem, który złapał tego pomarańcza, szkoda tylko, że wszystkie dzieci miały na sobie świąteczne sweterki i kolorowe czapeczki, aż Galen ściągnął do siebie brwi, bo on to mówił dość poważnie. Kiedy jednak Nelly powiedziała, że tą jedną może mu darować, to wypuścił z płuc powietrze z ulgą, bo jakby mu kazała jej szukać, to pewnie by to zrobił, ale wolał jednak nie...
- Świetnie, bo te dzieci wyglądają tak samo, jak jakiś świąteczny atak małych klonów - aż rozłożył ręce i powiódł wzrokiem dookoła, a że stali niedaleko wioski Mikołaja, to rzeczywiście oni, i może jeszcze kilka innych osób, górowało nad tymi wszechobecnymi dzieciakami. Chociaż brunetka to akurat niewiele, jeszcze w tej czapce, mogłaby się wmieszać w tłum.
- Może za dużo czekolady? - uśmiechnął się delikatnie na te jej słowa o wyjątkowo szybkim egzemplarzu, Galen nawet lubił dzieci, odwiedzał czasem sierocińce, ogólnie sam był trochę jak takie duże dziecko, ale podejścia do nich nie miał za grosz. On by je pewnie karmił czekoladą właśnie, a później nie mógł dogonić. A przecież jeszcze jakiś czas temu był zachwycony, kiedy dowiedział się, że zostanie ojcem. W tej chwili jednak od dzieci wolał trzymać się z daleka, od ślicznych brunetek może też powinien, a jednak on już stał przy Nelly z tą pomarańczą, a kiedy sięgnęła do jego włosów, to jego niebieskie tęczówki od razu powędrowały za jej dłonią. Nawet się nie ruszył, nie cofnął, bo akurat Galen był mistrzem przekraczania granic, one dla niego nie istniały, nigdy ich nie respektował, a wręcz on zawsze tego pożądał, jakiejś takiej bliskości. Teraz też z takiego bliska znowu spojrzał jej w oczy, duże, ciemne, pięknie błyszczące od tych wszystkich lampek dookoła.
- A powiesz mi jak wymyślisz? - jeszcze ją zaczepił, a potem sam sięgnął do swoich włosów, kiedy ona już zabrała dłoń, żeby jeszcze raz je potargać, zezował przy tym na nie do góry - dobrze, że nie było tam pająków - nie to, że Wyatt się ich bał, ale może wtedy Nelly bałaby się strzepnąć te śmieci z jego miękkich włosów. Kiedy ona powędrowała po ten ostatni, samotny owoc, to Galen wstał i jeszcze się poprawiał, bo jeszcze trochę kurzu osiadło na jego kurtce, a jednak Wyatt musiał wyglądać nieskazitelnie, nawet w koszuli z wyprzedaży, z marketu.
Kiedy usłyszał jej odpowiedź na to pytanie, które jej zadał, kiedy powiedziała to, że nikt za nią tego nie zrobi, to Galen oczywiście już otworzył usta, wypiął dumnie pierś i chciał jej powiedzieć, że on to za nią zrobi. Nie każdy bohater w końcu nosi pelerynę, czasem wystarczy mu skórzana kurtka i intensywnie niebieskie oczy, które teraz spoczęły na jej twarzy. Bo Nelly go ubiegła, aż jeden kącik jego ust drgnął ku górze. Nie musiała go nawet namawiać, ale w zasadzie, to przecież skoro już się posunęła do drobnego szantażu, to Galen mógł to troszeczkę pociągnąć? Takie drobne droczenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Wywrócił tymi swoimi błękitnym ślepiami.
- Ale już mi się chyba dobre uczynki w tym roku skończyły... - mruknął, ale zaraz i tak się schylił po tę skrzynkę z pomarańczami, Galen może nie był jakiś napakowany, ale jednak regularnie ćwiczył, żeby dobrze wyglądać w tych swoich dopasowanych koszulach... a jeszcze lepiej bez nich. Wyprostował się, a jego niebieskie tęczówki znowu odszukały jej brązowych, dużych oczu.
- A to jesteś jakąś świąteczną czarownicą? Rzucasz uroki i takie tam? Jest takie stoisko? - nawet się obejrzał szukając go wzrokiem, ale za plecami mieli wioskę Mikołaja, a z przodu pewnie pierniki, grzane wino i takie tam. Nigdzie kryształowej kuli i kart tarota.
- Prowadź, czarownice chyba mieszkają w chatkach? - zrównał z nią krok i zerknął z ukosa - chociaż mnie bardziej wyglądasz na jakiegoś elfa, który pracuje pod świętym Mikołajem - powiedział powoli, jakimś takim dwuznacznym tonem, ale to był Galen, on lubił dwuznaczności i czasem nawet tego nie kontrolował, albo robił to specjalnie. Ciężko stwierdzić.
Gdy zamiast do chatki świątecznej czarownicy, dotarli do stoiska z grzanym winem, to Galenowi aż zaświeciły oczy, bo ten zapach unosił się w powietrzu, a on po to przecież tutaj przyszedł. Szkoda tylko, że nie miał portfela, ale miał za to skrzynkę z pomarańczami, wiec postanowił to wykorzystać.
- Czy w tej bajce o świątecznej czarownicy, albo elfce... Ona na koniec zaprasza swojego pomocnika na kubeczek grzanego wina? - zapytał odstawiając skrzynkę na jakiś stolik za ladą, bo oczywiście, że Galen wlazł tam za kontuar, żeby te pomarańcze to jej położyć właśnie tam, gdzie miały stać. Jego niebieskie oczy zatoczyły koło, bo on przecież nigdy nie widział takiego stoiska od środka, i w takich momentach to z Galena wychodził tan mały ciekawski chłopiec, a jednak jego wzrok zatrzymał się zaraz na tym próżniaku Jacku, który patrzył na niego jakoś krzywo.
- Mnie by było wstyd kazać jej nosić takie ciężkie skrzynki - stwierdził jakby nigdy nic, no ale taka była prawda, że Galen jednak był trochę inaczej wychowany. W jego domu, tej bajecznej willi, nie było by to do pomyślenia. Chociaż tam to najpewniej Galen też by tego nie niósł, tylko jakiś lokaj, albo dostawca, któremu by za to płacił, za zaniesienie najsłodszych pomarańczy prosto na kuchenny blat.

Nelly Rowley

Watch your steps!

: śr gru 17, 2025 1:28 am
autor: Nelly Rowley
- Świąteczny atak małych klonów brzmi jak tytuł jakiegoś niskobudżetowego horroru - pokręciła z rozbawieniem głową, choć trzeba było przyznać, że miał trochę racji. Będąc w pracy, Nelly starała się nie zwracać uwagi na te wszystkie dzieci dookoła, bo ich krzyki i wrzaski przez cały długi dzień mogły doprowadzić do migreny. Czasami tylko wyłaniała się z budki, by opieprzyć jakiegoś żartownisia, który próbował majstrować coś przy światełkach, zachodząc przy tym w głowę, gdzie są ich rodzice… A no tak. Pili grzane wino przy pobliskich stolikach i cieszyli się z trwającej chwili, podczas której ich pociechy dręczyły kogoś innego, niż ich samych.
- Albo kokainy - wzruszyła ramionami, co miało być oczywiście żartem, choć jakby tak dłużej się nad tym zastanowić, to wcale nie byłaby zaskoczona. Może była trochę spaczona przez środowisko, w jakim dorastała, ale widziała naprawdę wiele w swoim dość krótkim życiu. Dzieciaki niewiele starsze od tych tutaj, rozwożące rowerami towar po mieście również. I choć może w tamtym momencie nawet nie były świadome, w jaki świat się pakują, to niestety później i tak ciężko było im się z niego wydostać. Właściwie, to większość nawet nie próbowała. Cornelia natomiast odcinała się od tego grubą kreską. Nigdy nie dała się wciągnąć bratu w szemrane interesy, choć wizja zarobienia dużych (na jej standardy) pieniędzy w krótkim czasie była zabójczo kusząca. Nigdy również niczego twardego nie brała. Wystarczyło jej napatrzenie się na Marcusa, którego widziała pod wpływem chyba każdego dostępnego na rynku specyfiku. I nie był to przyjemny widok.
Przyjemna, ale i lekko zawstydzająca była za to dla Nelly głębia tęczówek Galena, w której lekko się zatapiała za każdym razem, gdy łapał z nią kontakt wzrokowy.
- Powiedziałabym, ale pewnie nie będę miała już okazji. Nie jestem zbyt dobrą stalkerką, żeby tylko po to odnaleźć cię w tym wielkim mieście - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Nigdy nie należała do tych dziewczyn, które przesiadywały całymi dniami na social mediach, zakładały fake konta do śledzenia byłych i potrafiły wyszukać dosłownie każdego po jednym zdjęciu. I to takim nie do końca wyraźnym. No i jednak skrycie nadal liczyła na to, że nikt w pracy nawet nie będzie wiedział o tym pomarańczowym incydencie, a szef nie doliczy się brakujących owoców i finalnie, że nie będzie jej niczego potrącał. Ostatecznie, miała jeszcze jedną zabójczą broń - swój urok osobisty, którego próbowała użyć właśnie teraz, zachęcając mężczyznę do udzielenia jej pomocy.
- W takim razie musisz być wyjątkowo uczynnym człowiekiem, chapeau bas - stwierdziła, ale w głębi ducha czuła, że tylko się z nią droczy. I na szczęście miała rację. Widząc, jak Galen sięga po skrzynkę, uśmiechnęła się uroczo, a na pytanie o bycie czarownicą, jeszcze poszerzyła ten uśmiech.
- Bardziej wiedźmą niż czarownicą, ale tak, zdarza mi się czasami kogoś zauroczyć - odparła z rozbawieniem. - Niestety stoiska nie mam. Póki co działam mobilnie i wyłapuje potencjalnych klientów z tłumu - dodała.
Poprawiła ułożenie rąk na kartonie, upewniając się, że drugi raz nie będzie zmuszona sprzątać jego zawartości. Było jej o niebo lepiej bez tej przeklętej skrzynki. Przynajmniej teraz wszystko widziała, a i nadwyrężone ręce nie błagały już o chociaż chwilę przerwy.
- To zależy czy są bogate - ruszyła przed siebie spokojnym krokiem, uważając na innych przechodniów, bo oni pochłonięci całą tą świąteczną atmosferą, ani trochę nie uważali na nich. - Czy ty właśnie nabijasz się z mojego wzrostu? - zapytała zaczepnie, krótko spoglądając na swojego towarzysza. Była dość niska i drobno zbudowana, ale absolutnie nigdy jej to nie przeszkadzało. No może tylko wtedy, gdy trzeba było zdjąć coś z górnej półki, ale tutaj na ratunek przychodziły krzesła i inne stołki.
Tak jak obiecała, spacer nie trwał długo i zaraz znaleźli się pod dobrze jej znaną budką. Nelly już prawie nie czuła zapachu grzanego wina, bo spędzała tu tyle czasu, że jej nos zdążył do niego przywyknąć, ale wreszcie poczuła się w pełni spokojna, bo dotarcie tutaj oznaczało dla niej koniec zmiany. Z tego błogostanu dość szybko wyrwał ją głos Galena, a jej brew automatycznie poszybowała do góry.
- Hmm nie przypominam sobie, żeby w jakiejkolwiek bajce historia kończyła się alkoholizacją - stwierdziła, tuż za mężczyzną wchodząc do środka i odstawiając karton gdzieś na bok, tuż obok wieszaka. Zaczęła ściągać z siebie uniform, gdy usłyszała zdanie, tym razem, skierowane do Jacka. Trochę za szybko odwróciła głowę, chcąc zobaczyć jego minę, a ta nie była zbyt tęga. Jeżeli udało jej się złapać kontakt wzrokowy z Galenem, rzuciła mu spojrzenie mówiące daj spokój, bo to ona później będzie musiała mierzyć się z paplaniem tego przygłupa. Nawet jeżeli miał dobre zamiary i naiwnie liczył, że taki komentarz do niego trafi.
Zdjęła czapkę, a długie, ciemne włosy związała pośpiesznie w wysokiego, niedbałego koka. Śpieszyła się, bo nie chciała sobie psuć humoru i dopuścić do sytuacji, w której zostanie z Jackiem sam na sam.
Przebrana i gotowa do ewakuacji, podeszła do wielkiego gara z gorącym winem i chochlą napełniła dwa, papierowe kubeczki. Pochwyciwszy je w dłonie, uniosła w kierunku swojego współpracownika.
- Odpisz mi z dniówki, pa - rzuciła krótko, po czym wyszła z budki i zrównała się z Galenem.
- Mogłeś darować sobie ten komentarz. Wiem, że chciałeś dobrze, ale teraz będzie mieć kolejny pretekst do paplania. A mi już od tego uszy puchną, więc w końcu albo się zwolnię, albo utopie go w tym winie - powiedziała i podała mężczyźnie jeden z kubków, z którego unosiła się aromatyczna para. Swój natomiast ujęła w dwie dłonie, licząc, że w ten sposób trochę je ogrzeje.
- Cóż za niespodziewany zwrot akcji. Jeszcze chwilę temu pomyślałabym, że prędzej urwę ci głowę, niż napiję się z tobą wina, a tu proszę. Chcesz się gdzieś przejść, albo usiąść? Na wszystko się zgadzam, ale proszę, chodźmy stąd, bo przysięgam, że czuję wzrok Jacka na plecach.

Galen L. Wyatt

Watch your steps!

: śr gru 17, 2025 4:10 pm
autor: Galen L. Wyatt
Uśmiechnął się, kiedy powiedziała o tym tytule dla niskobudżetowego horroru, w zasadzie pasowało, może Galen Wyatt naprawdę powinien się przebranżowić, iść w rozrywkę, już mu przecież tak ładnie to wychodziło, kiedy udawał Frank N. Steina, producenta filmów dla dorosłych w Quebec. Na tą kokainę, to aż parsknął, krótko, ale jednak szczerze.
- Myślisz, że niektórzy ludzie zamiast mleka w proszku dają ją dzieciom? - pochylił się trochę bliżej w jej kierunku, kiedy o to pytał. Galen oczywiście żartował, bo o ile o kokainie miał jako takie pojęcie i miał na sumieniu aferę kokainową, o której pisali w kolorowych pisemkach i na portalach plotkarskich, to on zupełnie nie znał tego, z tej strony co ona. Dla niego dzieciństwo miało w sobie coś beztroskiego, może nie to jego, kiedy rodzice, w zwłaszcza matka stawiali mu tak wysoko poprzeczkę, że najczęściej Galen czuł się niewystarczający, ale jednak... Nigdy nie wiązał dzieci z narkotykami, gdzie w tej jego prywatnej, drogiej szkole? Niedoczekanie.
Na jej kolejne słowa otworzył usta, bo jednak znalezienie Galena Wyatta w Toronto nie było trudne, wystarczyło go wpisać w google, a tam od razu atakowała siedziba jego firmy, a Northex znajdujący się na najwyższym piętrze First Canadian Place, to był już bardzo prosty do znalezienia. Może jakby się postarała, to znalazłaby w sieci nawet jego adres domowy, a podobno na jakimś forum, jakieś jego stalkerki miały całą listę lokali, w których Galen chętnie bywał. Przez moment patrzył w te jej ciemne oczy, czy ona go rzeczywiście nie kojarzyła?
Dziwne uczucie, chociaż z drugiej strony, całkiem przyjemne, kiedy ktoś od razu nie nakleja ci na czoło łatki tego dupka Galena Wyatta.
- To może ja Cię jeszcze znajdę? Gdzieś tutaj... kiedyś - wzruszył ramionami i rozejrzał się dookoła. Skoro tutaj pracowała, to nie mogło być takie trudne, a zwłaszcza, że go przecież miała zaprowadzić do tego swojego stoiska. Galen nie musiał być nawet stalkerem, żeby jeszcze kiedyś na nią wpaść... przypadkiem.
Chociaż w jego życiu przypadki zazwyczaj miały jakieś opłakane skutki, ale może nie tym razem? Może się zdarzy jakiś świąteczny cud?
W takiej nadziei on tak zwinnie sięgnął po tę skrzynkę, chociaż może to za sprawą jej naprawdę urokliwego uśmiechu, a Wyatt nie miał w sobie za grosz odporności na kobiece wdzięki, wcale.
- Świąteczne wiedźmy wyłapujące ofiary z tłumu, żeby je zauroczyć, to też brzmi jak horror klasy b, albo jakaś bajka, którą opowiada się nieznośnym dzieciakom do poduszki. Śpij już bo inaczej, zauroczy cię zła wiedźma - mrugnął do niej jednym okiem. Może go troszeczkę też już zauroczyła? Chociaż nad tym pewnie będzie musiał się zastanowić, dopiero, kiedy będzie wieczorem przykładał policzek do poduszki, bo Galen po prostu taki był, czarujący. I teraz też patrzył na nią z jakimś takim błyskiem w oku.
Chociaż, kiedy zapytała, czy nabija się z jej wzrostu, to tymi niebieskimi ślepiami wywrócił dookoła.
- Nie... Dla mnie jest on całkiem okej, w sam raz pod ramię, a jakbyś założyła szpilki, to nawet nie musiałbym się garbić za bardzo - teraz to on spojrzał na nią zaczepnie, ale w zasadzie Galen lubił niższe od niego dziewczyny. Chociaż... swego czasu bujał się z modelkami, przy których pewnie to on wyglądał na niewysokiego. Zresztą on sam był raczej przeciętnego wzrostu, ale to dobrze, przynajmniej te drogie garnitury w większości po prostu na niego pasowały, te których nie szył na miarę.
- A ta bajka o niekończących się imprezach i szampanie? Poczekaj... chyba z czymś mi się pomyliło - z jego wcześniejszym życiem może? Zanim miał zawał i trochę się ogarnął. Postanowił jednak nie odpuszczać i nawet nie ruszył się z miejsca, chociaż kiedy Nelly zdejmowała z siebie fartuszek, to on wtedy zainteresował się Jackiem. Dziwne by było, gdyby nie, bo jednak Galen lubił się wtrącać w nie swoje sprawy, zawsze. Chociaż kiedy złapał na moment spojrzenie jej brązowych tęczówek, to on tylko uniósł znacząco jedną brew, ale aż go szczypało pod skórą, żeby dodać coś jeszcze, jednak ugryzł się w język.
Spojrzał tylko wymownie na Jacka, kiedy już wychodzili ze stoiska i przeczesał palcami swoje miękkie włosy. Zrównał z Nelly, chociaż na jej słowa zatrzymał się na moment.
- Myślisz, że nie dotrze, że jednak noszenie takich skrzynek to praca dla niego, a nie dla ciebie? - zamyślił się na moment, zanim ją w końcu dogonił. Bo do Galena by dotarło, a już zwłaszcza gdyby mu powiedział o tym ktoś taki jak on. Chociaż dzisiaj bez tej swojej szytej na miarę koszuli, to on jednak wyglądał dość przeciętnie, nie jak prezes z górnej półki wcale. Aż się obejrzał jeszcze na to stoisko, bo może jednak jeszcze powinien coś dodać, o tym, że taka skrzynka z zawartością może ważyć więcej niż brunetka powinna podnosić, może powinien go bardziej postraszyć? Zrezygnował jednak kiedy wziął od niej kubeczek z winem, od razu upił łyk.
- Szkoda by było wina... - stwierdził na to topienie gościa w tym winie, a później to zrobił krok do przodu, żeby zajść jej drogę i stanąć tuż przed nią, aż prawie na niego wpadła, zatoczyła się lekko, bo Galen to zrobił trochę niespodziewanie, więc sięgnął ręką, żeby zacisnąć długie palce na jej przedramieniu, żeby ją przytrzymać - ale jeśli pogorszyłem tym sytuację, to wybacz - no bo przecież Wyatt miał dobre zamiary. Wcale nie chciał, żeby potem Jack jej paplał i musiała się przez to zwolnić. Na jej kolejne słowa uniósł spojrzenie ponad jej ramieniem.
- Masz rację, gapi się... - mruknął i znowu przez chwilę walczył ze sobą, żeby nie unieść dłoni i mu nie pomachać, żeby Jack wiedział też, że jak ktoś pomaga ze skrzynkami z pomarańczami, to los się czasem uśmiecha i potem można się napić grzanego wina z ładną dziewczyną na przykład. Ale tego nie zrobił, za to jego niebieskie tęczówki znowu spoczęły na twarzy Nelly.
- A chcesz iść na diabelski młyn? - zapytał, bo Galen zawsze chodził, to była chyba jego ulubiona atrakcja, chociaż zaraz uświadomił sobie, że on przecież jest w tej chwili niewypłacalny, więc chwycił ten kubeczek z winem w zęby i zmacał się po wszystkich kieszeniach - chociaż nie, nie wziąłem portfela. Innym razem? - zapytał kiedy już chwycił tekturę w palce, a później nawet zszedł jej z drogi, żeby mogli gdzieś ruszyć, przed siebie. Trochę to była dziwna sytuacja dla Galena, bo on przecież zawsze mógł sobie pozwolić na wszystko, ten diabelski młyn to by pewnie mógł sobie kupić, a dzisiaj nie mógł nawet jej kupić na niego biletu. Dzisiaj musiał się zadowolić jakimiś rzeczami, które robią zwykli ludzie, tacy wcale nie przy kasie.
- Albo do reniferów? - przechylił na bok głowę zerkając na nią z ukosa.

Nelly Rowley

Watch your steps!

: czw gru 18, 2025 8:53 pm
autor: Nelly Rowley
Kokaina zamiast mleka w proszku brzmiała jak świetny materiał na teorię spiskową. Trzeba tylko jeszcze wymyślić, w jakim celu mieliby to robić, bo z perspektywy bezdzietnej Nelly, dodatkowe pobudzanie dzieci nie miało zbyt wielkiego sensu. Co innego opiaty! Jaka byłaby to ulga, gdyby można było coś takiego podać i mieć spokój na długie godziny. Nelly jednakże nie przekazała Galenowi swoich przemyśleń, a jedynie wydęła dolną wargę i wzruszyła ramionami, zostawiając pytanie bez wyraźnej odpowiedzi.
Rowley nie żyła show-biznesem, nie śledziła sławnych nazwisk i nie przeglądała wieczorami portali plotkarskich. Ogólnie, latało jej to wszystko koło nosa. Miała wystarczająco swoich problemów, żeby jeszcze w wolnych chwilach przejmować się czyimiś i siłą rzeczy nigdy nie słyszała o Galenie. A nawet jeżeli to imię przemknęło jej gdzieś przypadkowo, to Nelly nie kojarzyła go z konkretną postacią, a już na pewno nie z nowo poznanych mężczyzną, który jej się na dodatek nie przedstawił. Był więc dla niej zwykłym człowiekiem, takim, jakich dookoła było pełno. Wizualizowała sobie, że prawdopodobnie pracuje w jakimś korpo i ma mały, uroczy domek gdzieś na obrzeżach miasta, albo jakiś zwykły apartament w okolicy, ale na pewno nie gigantyczną fortunę i kibel większy, niż całe jej mieszkanie. Startował u niej z totalnie czystą kartą, bez żadnych łatek spowodowanych nagłówkami gazet czy skandalami.
- Myślę, że nie powinieneś mieć z tym problemu. A gdybyś zgubił drogę, to idź za zapachem grzanego wina - odpowiedziała z subtelnym uśmiechem na ustach. Nie zamierzała się stąd nigdzie ruszać, o ile sami ją wcześniej nie wywalą, choć oczywiście miała nadzieję, że takie zwroty akcji nie nastąpią. Nie było jej na to stać. No i szukanie pracy zawsze było dla niej prawdziwym utrapieniem, bo miała wrażenie, że wszyscy szukali pracownika, który będzie pracował za dwóch, ale dostawał połowę jednego wynagrodzenia. Ale na co ona liczyła? Że po przeprowadzce do Toronto, bez konkretnego wykształcenia i z małym doświadczeniem, nagle znajdzie pracę marzeń? Właściwie, to może gdzieś głęboko tliła się w niej taka iskierka nadziei, ale chyba była po prostu naiwna.
- Ale ja wcale nie powiedziałam, że jestem złą wiedźmą - zaśmiała się. - Rzucam dobre uroki, o ile ktoś mi wcześniej nie podpadnie - dodała, nawiązując po części do tego, jak parę chwil wcześniej na nią wpadł. Na szczęście puściła już ten incydent w zapomnienie, bo Galen faktycznie miał w sobie dużo uroku i chyba ciężko było się na niego gniewać za taką pierdołę. No i przecież finalnie zgodził się jej pomóc, a to na pewno zapewniło mu dużego plusa do dzienniczka.
- Hmmm, gdybym założyła szpilki, to całkiem wygodnie byłoby nam się całować - odparła i zaczepnie szturchnęła go łokciem w bok. Dla potwierdzenia tej tezy wspięła się na palce i przeszła tak kilka kroków. Uzmysłowiła sobie wtedy, że zadziwiająco swobodnie czuła się w obecności Wyatta, bo zazwyczaj więcej czasu zajmowało jej wejście na ten poziom żartu. A może nawet nie żartu, tylko głośnych przemyśleń, bo Nelly często mówiła to, co aktualnie pojawiło się w jej głowie. Bez cenzury.
Słowa mężczyzny o finiszu z imprezami i szampanem skwitowała jedynie uśmiechem, bo najwyraźniej wychowali się na trochę innych bajkach, ale nie hejtowała tego. Mimo wszystko cieszyła się, że Galen załapał jej sugestię i nie kontynuował besztania Jacka, bo było to całkowicie zbędne i z pewnością przysporzyłoby jej więcej uszczypliwości, niżeli rzeczywistych korzyści. Ludzie tacy jak on byli skupieni wyłącznie na czubku własnego nosa i martwili się tylko o to, by im było w życiu wygodnie, całą resztę mając w głębokim poważaniu.
- Myślę, że nie dotrze - potwierdziła jego słowa, wolnym krokiem idąc przed siebie i czekając, aż mężczyzna się z nią zrówna.
Zachwiała się nieznacznie, gdy ten nagle zaszedł jej drogę, wzrok automatycznie skupiając na winie, które niebezpiecznie obiło się o ścianki kubka, prawie wyskakując na zewnątrz. Później przeniosła spojrzenie na dłoń Galena, która spoczęła na jej przedramieniu, by finalnie spotkać jego zabójczo niebieskie oczy.
- Racja, szkoda by było tego taniego, czerwonego sikacza przyprawionego goździkami - zaśmiała się, sugerując, że szef nie używał do swoich wyrobów niczego górnolotnego. Bo po co? Tak czy siak się sprzeda. - Nie przejmuj się, doceniam twoją próbę - upewniła go, że nie chowa w tej kwestii nawet najmniejszej urazy. Nie pamięta nawet kiedy ktoś ostatni raz się za nią wstawił, więc była to całkiem miła odmiana.
Przewróciła oczami, gdy okazało się, że jej przypuszczenia nie są mylne. Ale czy tak naprawdę powinna się tym przejmować? W końcu Jack był nic nieznaczącym typkiem, którego widywała tylko w pracy i jego opinia było totalnie bezwartościowa.
Nigdy nie była na diabelskim młynie, bo zawsze szkoda jej było pieniędzy, więc gdy Galen zaproponował jej tę konkretną atrakcję, Nelly zaświeciły się oczy. Przyglądała się, jak Wyatt maca się po kieszeniach, a gdy okazało się, że nie ma przy sobie pieniędzy, jej entuzjazm odrobinę opadł. Nie dlatego, że była skąpa i nie chciała za niego płacić, tylko dlatego, że musiała liczyć się z każdym groszem i nie mogła szastać gotówką na prawo i lewo. Przygryzła wnętrze policzka, intensywnie myśląc nad tą kwestią, kalkulując, ile kasy zostało jej do końca miesiąca i czy wystarczy jej do wypłaty. Wstydziła się powiedzieć wprost, że ledwo wiąże koniec z końcem.
- Nie, chodźmy na diabelski młyn. Nigdy nie byłam - wypaliła po chwili. - Następnym razem ty mnie gdzieś zabierzesz - puściła mężczyźnie oczko i odbiła alejką w prawo, w stronę górującego nad wszystkim koła. 
- Skoro już zapewniam ci atrakcje dzisiejszego wieczoru, to może mi się chociaż przedstawisz, co? - zagadnęła, choć do tej pory nieznajomość imienia wcale jej nie przeszkadzała. 
Po krótkim spacerze dotarli do celu, a kolejka na szczęście nie była zbyt długa. Zatrzymała się na jej końcu i zasunęła wyżej suwak kurtki, kuląc się między ramionami. Cały dzień spędzony na zewnątrz dawał jej  się we znaki. Była zmęczona i zmarźnięta, jedynie wino trochę grzało jej od środka, ale i tak marzyła o gorącej kąpieli. 
Gdy znaleźli się koło kasjera, Nelly wyjęła portfel i wydobyła z niego zmięty banknot. Podała go pracownikowi, a ten w zamian wskazał im ręką drogę do otwartego wagonika. 
- Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości i nie będę cię musiała trzymać za rękę, hmm? 

Galen L. Wyatt

Watch your steps!

: czw gru 18, 2025 9:55 pm
autor: Galen L. Wyatt
- Jeden z moich ulubionych świątecznych zapachów, na pewno znajdę - powiedział Galen z uśmiechem. Ale taka była prawda, że ten zapach grzanego wina, goździków i pomarańczy jakoś tak dobrze mu się kojarzył, może nie z domem, bo tam pewnie święta pachniały Chanel No5, albo czymś podobnym, czym jego nadęta matka psikała nawet choinkę. Ale kiedy już przeprowadził się na swoje, to jednak ten zapach grzanego wina towarzyszył mu co roku, bo jego gosposia robiła najlepsze grzane wino na świecie, pewnie na winie tak drogim, że te wszystkie, które stały za ladą w tej budce, w której pracowała brunetka były mniej warte, ale Galen słabo znał się na winie, lepiej na whisky.
I na kobietach też się trochę znał, a przynajmniej tak mu się zawsze wydawało, więc kiedy powiedziała o tym jej rzucaniu dobrych uroków, o ile ktoś jej nie podpadnie, to przechylił na bok głową z jakimś niewinnym uśmiechem.
- A jak ktoś w ramach przeprosin pomoże, to jest jednak na liście tych złych, czy dobrych uroków? - zapytał. Chociaż on też liczył, że jednak zostało mu wybaczone. I w normalnych warunkach, to by pewnie za te pomarańcze wszystkie zapłacił. Ale czy wtedy Nelly czułaby się przy nim tak swobodnie? Czy on przy niej też? Gdyby nagle się okazało, że on śpi na pieniądzach? Aż się chwilę nad tym zastanowił, ale tylko chwilę, bo zaraz uśmiechnął się szeroko i jakoś tak szczerze, kiedy brunetka zaczęła prezentować jak chodziłaby w szpilkach.
- Myślę, że byłoby całkiem wygodnie. To teraz tylko muszę złapać Cię w szpilkach i pod jakąś jemiołą - a tutaj dookoła było ich pełno, bo stoiska były nimi ozdobione. Może Galen powinien sobie też w domu taką powiesić? Chociaż może lepiej nie, skoro u niego ostatnio to bywała tylko gosposia, Lucita mogłaby nie być zadowolona.
Galen też nie był za bardzo zadowolony, kiedy brunetka powiedziała, że do tego jej kolegi to raczej nie dotrze. Zmarszczył nawet brwi i przez chwilę się spiął, jakby chciał tam wrócić i jeszcze z nim porozmawiać, wyjaśnić mu to używając innych argumentów. Bo Wyatt taki był, walczył jak ten lew, nie lubił się poddawać, stawiał na swoim, może tutaj też jednak by to jakoś przeszło, a jak nie... to on przecież mógł kupić to stoisko i tego całego Jacka zwolnić.
No mógłby, może, gdyby tutaj właśnie stał przed nią jako Galen Wyatt, prezes Northex Industries, a nie jakiś zwykły chłopak, który zachwycał się tym tanim sikaczem.
- Ale on jest przepyszny - stwierdził i na potwierdzenie swoich słów przechylił jeszcze raz kubeczek do ust. Bo Galen nawet jako on, ten prezes z górnej półki, to uwielbiał ten smak, tak jak uwielbiał smak kurczaków z Wendys, kiedy sam przecież mógł sobie pozwolić na dużo lepsze, inne rzeczy. Wyatt lubił taką normalność, ten inny świat, który odrobinę pokazała mu Pilar, i który teraz też kosztował przy Nelly. On do tego ciągnął, do takiego życia, które odbiegało od jego normalności.
- A jakbym tak... codziennie przychodził i pomagał Ci nosić te skrzynki, to może w końcu by dotarło? - zapytał całkiem poważnie. Chociaż było to trochę niepoważne, że jakiś facet może się tutaj codziennie stawiać o wyznaczonej godzinie i jej pomagać, co on nie miał swojego życia? Jakiejś posadki w korpo? Domku na obrzeżach?
No właściwie miał, ale akurat Galen w swojej pracy był osobą decyzyjną i w każdej chwili mógł stwierdzić, że wychodzi, a jego apartament miał własną sprzątaczkę, gosposię i panią, która układała tam wszystko w szafach. Trochę inny świat.
Zupełnie inny świat niż ten Nelly, w którym ona musiała rozważać z czego musi zrezygnować dla diabelskiego młyna, i gdyby Galen o tym wiedział...
No ale nie wiedział nic, zamiast tego te niebieskie tęczówki znowu prześlizgnęły się po jej buzi.
- Co Ty mówisz? Dlaczego nigdy nie byłaś? Widać stamtąd cały jarmark - to była chyba ulubiona atrakcja Wyatta, chociaż on tutaj wszystko lubił, grzane wino, pierniczki, wioskę Mikołaja... Wszędzie by się odnalazł, ale jednak młyn robił największe wrażenie. Kiedy powiedziała to, że następnym razem on ją gdzieś zabierze, to Galen spojrzał na nią z ukosa.
Oczywiście, że to zrobi.
- A gdzie byś chciała? - zapytał, bo akurat on mógł ją zabrać wszędzie, nawet jakby powiedziała na Borabora, to on wróciłby do domu i bukował dwa bilety w pierwszej klasie. W kosmos by ją mógł zabrać. Akurat Galen Wyatt był z tych obrzydliwie bogatych, tylko, że chyba nie do końca chciał się z tym zdradzać.
- Do kina? Albo... na kolację? Można też iść na takie małe samochodziki... gokarty - strzelił naprędce zastanawiając się gdzie wychodzą tacy normalni ludzie. Bo Galen do kina nie chodził, telewizor miał pewnie niewiele mniejszy niż ekran w kinie, a fotele wygodniejsze. Na kolacje owszem, ale raczej do najdroższych w mieście restauracji. A na gokartach nigdy nie był, bo jak chciał pojeździć na torze, to wybierał zdecydowanie większe autka. Ale to mogło być w sumie ciekawe przeżycie, aż mu oczy zaświeciły, kiedy o tym pomyślał. A może to dlatego, że już stanęli w kolejce do tego młyna?
Kiedy brunetka zapytała go o imię, to do niego dopiero dotarło, że się nie przedstawił, a przecież zawsze to robił, bo Galen Wyatt uwielbiał się chwalić swoim nazwiskiem, ale rozmawiało im się tak luźno, że nawet o tym nie pomyślał. Przełożył papierowy kubeczek do lewej ręki, a do niej wyciągnął tą prawą.
- Jestem Ga... - zaczął, ale urwał w połowie. Nie no on dzisiaj wcale nie chciał być Galenem Wyattem.
- Gaspard - dokończył, nie mógł wymyślić niczego innego? Pewnie mógł, ale Galen z tymi swoimi francuskimi korzeniami z powodzeniem mógł być jakimś Gaspardem. Mógłby.
Poczekał aż ona też mu się przedstawi i uścisnął jej dłoń, może by coś dodał, że miło ją poznać, albo, że ma ładne imię, ale ktoś ich przepchnął do przodu w tej kolejce i Galen jakoś stracił wątek. Za to gdy brunetka podsunęła wyżej suwak swojej kurtki, to spojrzał na nią z góry, niebieskie tęczówki wbijając w jej ciemne oczy, a zaraz sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął z niej czapkę, bo portfela nie wziął, ale czapkę jednak tak, jakąś zwykłą, którą zrobiła mu na drutach jego gosposia. I teraz to on nawet się nie zawahał, tylko sięgnął do niej, żeby jej tę czapkę założyć na głowę, chociaż trochę nieporadnie mu to wyszło, na tego koka, a jednak uszy jej zasłonił.
- Tam na górze jest bardzo zimno - musiał jej to wyjaśnić, bo przecież sam nie raz był na diabelskim młynie i tam wysoko rzeczywiście bardziej wiało.
A kiedy kasjer wpuścił ich do wagonika, to Galen poszedł pierwszy, ale po to, żeby otworzyć przed nią drzwiczki, a potem nawet podać jej rękę i pomóc wsiąść, bo Wyatt taki właśnie był, z tym swoim otwieraniem drzwi, z tym pomaganiem wsiadać nawet do samochodu. Mógł udawać kogoś innego, a jednak pewne rzeczy były w nim zbyt głęboko zakorzenione.
- Ja nie mam, a Ty? Na górze trochę trzęsie, ale pozwalam ci w razie czego się nawet przytulić, wiesz, gdybyś się wystraszyła - puścił do niej zaczepne oczko, a kiedy wsiadła, to sam wylądował obok niej i już zamykał drzwiczki. Wychylił się jednak zaglądając gdzieś w dół, a wagonikiem trochę zabujało, ale Galen to się tym wcale nie przejmował. Tak samo jak tym, że kiedy diabelski młyn ruszył, to też trochę nimi ruszało na boki.
Gdy byli już trochę wyżej, to Wyatt bez żadnego skrępowania przesunął się bliżej niej na siedzeniu, żeby objąć ją ramieniem i pokazać jej jakiś kierunek.
- Zobacz, Twoje stoisko tam jest - powiedział i pochylił się trochę do przodu, a wagonikiem znowu bujnęło.

Nelly Rowley

Watch your steps!

: pn gru 22, 2025 12:48 am
autor: Nelly Rowley
Odkupienie swoich win było dobrym i najszybszym sposobem, żeby znaleźć się na tej „dobrej” liście. Galen też już na niej był, ale Nelly postanowiła nie odpowiadać na to jednoznacznie i potrzymać go trochę w niepewności, więc jedynie uśmiechnęła się tajemniczo i wzruszyła ramionami. Po co miał spoczywać na laurach, skoro w tle w dalszym ciągu majaczyła wizja jakieś mistycznej kary?
- Prościej będzie ci chyba złapać Świętego Mikołaja z reniferami, bo nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam na sobie szpilki - odparła zgodnie z prawdą, choć trzeba przyznać, że znowu poczuła ciepło na policzkach. Właściwie, to nie była nawet pewna, czy jakiekolwiek buty na wysokim obcasie posiadała w swojej skromnej garderobie. Bo po co? Nie chodziła w żadne miejsca, gdzie takowe mogłyby być potrzebne. A jak się można domyślić, przez swój status materialny, Nelly nie była zakupoholiczką. Kupowała tylko to, co było jej naprawdę potrzebne i chociaż ubierała się schludnie i modnie, to wszystko znajdowała w second-handach za śmieszne pieniądze.
- Przepyszny? - zapytała z rozbawieniem, jakby nie dowierzając w prawdziwość tych słów. - Za te pieniądze, racja, powinien być, ale mamy chyba inaczej działające kubki smakowe - dodała i mimo wszystko, upiła kolejny niewielki łyczek ze swojego kubeczka. Szybko jednak zmarszczyła nos, upewniając się w swoim przekonaniu.
- Gdybyś codziennie przychodził i pomagał nosić mi skrzynki, to mój szef byłby wniebowzięty, bo zyskałby darmowego pracownika - pomysł co prawda był uroczy, ale z góry skazany na niepowodzenie. Nie było chyba dobrego rozwiązania tej sytuacji, bo istniała grupa ludzi, do których najzwyczajniej w świecie nic nie docierało. - Poza tym, na pewno masz milion ciekawszych rzeczy do roboty, niż dźwiganie skrzynek z pomarańczami - jak chociażby pracę, znajomych, psa do wyprowadzenia na spacer. Cokolwiek, co zwykli ludzie robili w ciągu dnia, zamiast charytatywnie pomagać obcej osobie. Obcej osobie, z którą teraz popijał wino, choć nawet nie znał jej imienia.
- Nie miałam z kim - skłamała naprędce, bo akurat brak towarzystwa nigdy Cornelii nie przeszkadzał. Smutno to zabrzmi, ale była przyzwyczajona do samotności i nauczyła się świetnie spędzać czas sama ze sobą. Gdyby nie fakt, że tak cholernie było jej szkoda ciężko zarobionych pieniędzy, to codziennie chodziłaby na diabelski młyn i codziennie zachwycałaby się widokami z góry. I choć nie lubiła kłamać, to nie wyobrażała sobie w tym momencie wyznać Galenowi prawdy. Nie spodziewała się również, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają, bo takie przypadkowe znajomości zdarzały się przecież tylko w filmach, więc mogła odrobinę podkoloryzować swoją szarą rzeczywistość.
Zamyśliła się na moment, gdy Wyatt zaczął wymieniać propozycje miejsc na następne spotkanie. Ucieszyłaby się pewnie z każdej opcji, więc zaraz przeniosła na niego spojrzenie i uśmiechnęła się łagodnie.
- Chciałabym niespodziankę - stwierdziła, choć była to chyba najgorsza możliwa odpowiedź, jaką może usłyszeć mężczyzna. - Tylko mam nadzieję, że nie jesteś porywaczem, który wywiezie mnie gdzieś do Ameryki Południowej, bo wiesz, szef urwałby mi głowę, gdybym nie przyszła do pracy - zaśmiała się, traktując ich rozmowę dość luźno i nie nastawiając się na cokolwiek. Zdążyła się już parę razy w życiu przekonać, że duże oczekiwania wiązały się z jeszcze większym rozczarowaniem. A ona bardzo nie chciała się znowu rozczarować.
Przedstawiła się mężczyźnie i podała mu swoją smukłą, zmarzniętą dłoń. Powtórzyła parokrotnie jego imię w myślach, jako że niestety miała pamięć złotej rybki - w kwestii imion szczególnie. W międzyczasie posuwali się w kolejce do przodu, aż kątem oka Nelly dostrzegła, jak Galen sięgnął dłonią do kieszeni kurtki. Zaciekawiona, odkręciła ku niemu twarz, a to, co się po chwili stało, sprawiło, że Rowley na chwilę zaniemówiła. Nie protestowała, gdy wciskał na jej głowę przyzdobioną kokiem czapkę i choć zapewne nie wyglądała teraz najkorzystniej, to nie zamierzała tego korygować.
- Jak coś to już jesteś na dobrej liście. Tylko żartowałam, że nie wiem - powiedziała zaraz po tym, jak sprzedał jej powód swojego zachowania. Trochę jej tym zaimponował, bo w życiu by nie pomyślała, że dzisiejszego wieczoru spotka ją coś miłego. A Nelly doceniała takie drobne gesty. Bardzo. Przez głowę przeszło jej tylko pytanie, czy teraz jemu nie będzie zimno przez to, że oddał jej swoją czapkę, ale nadeszła ich kolej i musieli wpakować się do wagonika, więc o tym zapomniała.
Podała Galenowi dłoń i skorzystała z pomocy przy wsiadaniu do środka. Czarował ją tymi wszystkimi gestami, choć starała się tego po sobie nie pokazywać.
Zaraz słysząc jego odpowiedź, pokręciła z rozbawieniem głową, bo gdyby miała się tu czegoś wystraszyć, to chyba tylko celowo, żeby użyć swojego towarzysza jako żywego grzejnika. Niestety - albo stety - chyba nie była aż tak odważna, by posunąć się do takiego podstępu.
Poza tym, jedyne co czuła to ekscytacja i radość. Cieszyła się niczym małe dziecko, że wreszcie zobaczy okolice z góry, więc gdy wagonik ruszył, od razu zaczęła się rozglądać, nie zważając na te wszystkie bujnięcia. Galen musiał zauważyć jej brak obaw, bo postanowił przejąć inicjatywę, przysuwając się bliżej i obejmując ją ramieniem. Powiodła wzrokiem za jego dłonią, bo i tak patrzyła w tamtym kierunku, starając się namierzyć tę przeklętą budkę z Jackiem w komplecie.
- O, rzeczywiście! Jest! - odpowiedziała entuzjastycznie, obracając się do Galena przodem i szybko orientując się, że jego twarz znajduje się znacznie bliżej, niż początkowo zakładała. Zastygła na moment i poczuła, jak jej serce zaczyna bić mocniej i szybciej. Przez chwilę patrzyła w jego niebieskie oczy, mając wrażenie, że czuje nawet ciepło oddechu na zmarzniętej twarzy, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Jesteś bardzo spostrzegawczą osobą, trzeba to przyznać. Dla mnie te wszystkie budki wyglądają dokładnie tak samo - powiedziała i ponownie wyjrzała za wagonik, minimalnie zawstydzona tą niespodziewaną bliskością.
- O wow, widać stąd chyba całe miasto! - cieszyła się jak mała dziewczyna, gdy znaleźli się jeszcze wyżej, a ich oczom ukazywał się coraz ciekawszy obraz. - Ale to musi być super mieszkać tak wysoko i mieć takie widoki na codzień - głośno myślała. Jej radość mogła się wydać Galenowi infantylna, ale była po prostu szczera. Dawno nie przeżyła niczego równie ekscytującego, co ta przejażdżka.

Galen L. Wyatt

Watch your steps!

: pn gru 22, 2025 11:45 pm
autor: Galen L. Wyatt
- To bez sensu... Musiałby mi płacić, żeby to było sprawiedliwe, ale pewnie wtedy zabierałby z pensji Tobie - zaczął się głośno zastanawiać, bo jednak co jak co, ale przecież Galen Wyatt to był specjalistą od biznesów, znał się na tym. Chociaż z drugiej strony to on był jakiś taki miękki, niby groźny, niby nosił się w tej firmie jak lew, a jego gabinet to była ta przysłowiowa paszcza, ale jednak tak łatwo było go do czegoś przekonać. I teraz też Nelly go dość łatwo przekonała do tego, żeby jednak jej tych skrzynek nie nosił, nawet powiedział.
- Tak, mam... - chociaż prawda jest taka, że nie miał. Galen miał tylko swój Northex, on nawet psa nie miał, nawet nie musiał sobie sprzątać, czy gotować. On wychodził z biura, o której chciał zresztą, i potem mógł już robić, co tylko dusza zapragnie. Szkoda tylko, że jego dusza ostatnio tak ciągnęła do jakiejś bliskości, do ludzi. A on przecież był sam.
I kiedy brunetka powiedziała, że nie miała z kim iść na ten diabelski młyn, to niebieskie tęczówki Galena spoczęły na jej pięknych, brązowych oczach z jakimś... zrozumieniem?
- Samemu też jest fajnie. Mój... - zaczął i miał powiedzieć, że jego terapeuta mu powtarza, że najpierw trzeba dobrze się czuć z samym sobą, żeby można było później z kimkolwiek innym, ale ugryzł się w język. Czy normalni ludzie też mają terapeutów? No chyba nie.
- Mój przyjaciel mi powiedział, że ważne jest dobrze czuć się samemu ze sobą - w sumie Galen traktował trochę jak przyjaciółkę swoją terapeutkę, w końcu mówił jej wszystko. Dosłownie. Więc nawet za bardzo nie skłamał.
- Niespodzianki też są świetne - teraz za to skłamał, okrutnie, bo Galen nie lubił niespodzianek, był niecierpliwy i nie umiał trzymać języka za zębami. Lubił prezenty i lubił zaskakiwać, ale lubił też wiedzieć, co by jej tę przyjemność sprawiło. Weekend na jachcie na przykład? To na pewno, nie znał kobiety, której nie sprawiło by to przyjemności, tylko jako Gaspard to on chyba nie miał tak szerokiego pola do popisu. Uniósł jedną brew zastanawiając się nad tym.
Na jej kolejne słowa kącik jego ust uniósł się do góry.
- Skoro ten szef jest taki groźny, to może jednak lepiej by było w tej Ameryce Południowej? Są tam naprawdę malownicze miejsca... podobno - chociaż prawda jest taka, że przecież Galen zjeździł świat wzdłuż i wszerz i naprawdę dużo widział na własne oczy. A jednak nie chciał się jej tym chwalić. Chociaż już podskórnie czuł jakieś takie mrowienie, bo jak on ma jej zaimponować bez swoich pieniędzy? Przecież Galen Wyatt opierał na tym lwią część swojego ja. Na tym, że był bogaty.
Galen za to miał świetną pamięć do imion... No dobrze, do imion pięknych kobiet, bo do tych swoich pracowników miał bardzo kiepską i często ich mylił. Ale jej na pewno zapamięta. Zwłaszcza, że już zaraz wpychał jej na włosy tę swoją czapkę, w której trzeba przyznać, że wyglądała... uroczo. Aż Wyatt się uśmiechnął, a te niebieskie tęczówki spoczęły na jej brązowych, dużych oczach.
- Jak coś... to mi nie wystarczy tylko dobra lista, ja muszę być na najlepszej - mrugnął do niej jednym okiem, to akurat była szczera prawda, że Galen zawsze mierzył wysoko. Zawsze musiał być najlepszy.
I zawsze musiał być dżentelmenem, nawet kiedy udawał jakiegoś tam Gasparda. Ale w sumie Gaspard też mógł nim być. Biedniejszym niż Galen Wyatt, ale wciąż czarującym, zwłaszcza kiedy siedząc już w wagoniku przeczesał długimi palcami te swoje miękkie włosy, a później już siedział obok niej, już obejmował ją ramieniem i pokazywał jej tą budkę. A kiedy odwróciła się do niego i znalazła blisko, tak blisko, że mogła czuć na policzku jego ciepły oddech, to Galen nie cofnął się nawet o milimetr, jego niebieskie oczy patrzyły intensywnie w te jej, błyszczące od tych lampek, które mieli nad głowami. Kącik jego ust skoczył ku górze, kiedy i ona się nie cofnęła. Galen był mistrzem przekraczania granic, ale przecież często spotykał się z tym, że to innych... krępowało?
A jej nie. To też mu się podobało. A to kiedy przyznała, że jest spostrzegawczy jeszcze bardziej, bo Galen lubił pochwały, łaknął ich jak małe dziecko. A kiedy Nelly też jak dziecko ekscytowała się tym, że widać stąd całe miasto, to Galen pochylił się w jej kierunku.
- Prawie całe, a przynajmniej te najładniejsze części - powiedział i opadł plecami na oparcie. Brunetka obserwowała miasto, a Galen... On patrzył jak zaczarowany na nią.
Może to dlatego, że on właśnie taki widok miał ze swojego apartamentu? Całe miasto u stóp wielkiego Galena Wyatta. Uwielbiał to, ale już się tym tak nie zachwycał, już prawie zapomniał jakie to jest fajne.
- A jakie masz widoki u siebie? - zapytał nagle, ale go to ciekawiło. Nelly zaczęła go ciekawić, jej świat, jakiś taki zwykły i normalny. Inny zupełnie niż ten jego.
- Byłaś w CN Tower? Tam dopiero są widoki - powiedział z wzrokiem wciąż zawieszonym na jej twarzy. Na zarumienionych od mrozu policzkach.

Nelly Rowley