Strona 1 z 1

We’re still standing

: wt gru 16, 2025 7:17 pm
autor: Iris Valentine
Nie lubiła pogrzebów.
W oczywisty sposób przypominały jej o ulotności ludzkiego życia i przede wszystkim jak jej samej niewiele do tego stanu brakowało. Czy na jej pogrzebie też byłyby takie tłumy? Nie, na pewno nie. Prawdopodobnie nie znała nawet tylu osób. Stała na uboczu, obserwowała całą uroczystość z tylnych rzędów. Pogrzeb z wojskowymi honorami. Marvin Goddard był dobrym człowiekiem, patriotą, przyjacielem, mężem i ojcem dwóch nastoletnich dziewczynek, które teraz stały u boku swojej zapłakanej mamy w pierwszym rzędzie. Gdy na nie spojrzała poczuła charakterystyczne ukłucie w klatce piersiowej – nie powinny przez to przechodzić. Miały fantastycznego ojca, który powinien mieć szansę patrzeć jak dorastają.
Jednocześnie przypomniała sobie pogrzeb własnego ojca sprzed paru miesięcy. Gdy żadna z jego dorosłych już córek nie stanęła w pierwszym rzędzie obok własnej matki. Żadna z nich nie uroniła łzy, a wręcz przeciwnie… wszystkie odczuły ulgę, bo zakończyło to pewien etap w ich życiu. Ciężki etap.
Czuła większy żal i niesprawiedliwość dzisiaj niż tych kilka miesięcy temu, chociaż Marvina znała zaledwie chwilę. Był jedną z pierwszych osób, które poznała, gdy wylądowała w bazie wojskowej w Iraku. Mimo wysokiej pozycji, odznaczeń i dużej różnicy wieku – zawsze traktował ją dobrze i pomagał jej odnaleźć się w trudnej nowej rzeczywistości. Był dobrym przyjacielem, ważnym członkiem tej pokręconej rodziny, którą tam tworzyli. Nic więc dziwnego, że w zebranym dzisiaj tłumie rozpoznawała znajome i dawno niewidziane twarze. Jednocześnie sama starała się pozostać w cieniu, nie rzucać się w oczy i nie zwracać na siebie uwagi. Uniesiony kołnierz długiego wełnianego płaszcz chronił ją przed przeszywającym chłodem, ale jednocześnie stanowił formę kamuflażu. Wiedziała, że musi się tu pojawić, ale jednocześnie chciała móc jak najszybciej po uroczystości się ewakuować – niezauważona.
Dlatego drgnęła śmiesznie wyrwana z zamyślenia, gdy ktoś obok niej stanął. Obróciła głowę na ułamek sekundy i chociaż ich spojrzenia się nie spotkały – tą sylwetkę i ten profil poznałaby zawsze. Michael. W pracy nadal raczej się mijali, a jeśli ze sobą pracowali – bo nie zawsze dało się unikać – była to profesjonalna współpraca, ale nic poza tym… nie mieli okazji wrócić do tej niewygodnej rozmowy w jego gabinecie. Teraz jednak jego obecność zupełnie jej nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. Jeśli już ktoś miał jej towarzyszyć w przejściu przez to… to właśnie on.
Właśnie dlatego – nie odwracając wzroku od księdza i samej uroczystości – odnalazła na moment jego dłoń i krótko ją uścisnęła. Potrzebowała tego. Potrzebowała tego uziemienia. Marvina mogło z nimi już nie być, ale oni się uchowali. Spotkali się w zupełnie innych okolicznościach, w cywilu i nie potrafili nic z tym zrobić. Ba! Iris nie miała zielonego pojęcia, co powinni zrobić.



Michael Graham

We’re still standing

: śr gru 17, 2025 10:29 am
autor: Michael Graham
# 008
Stawił się w kaplicy po uściśnięciu przed wejściem kilku dłoni — zimnych i równie sztywnych, co sam nieboszczyk. Każdy z rozpoznanych dawnych towarzyszy broni miał wypisany na twarzy smutek, tym boleśniej rozdzierający serce, kiedy do bożonarodzeniowych świąt zostało zaledwie kilka dni. Dobrze znał Marvina Goddarda, pełniącego służbę w wojsku tylko nieco dłużej, niż on. Przeszli przez podobne szkolenia, razem walczyli dla kraju, dla swoich rodzin, dla siebie samych. Michael nie był już żołnierzem, a weteranem, siłą wepchniętym do cywila za własne przewiny — dla jednych była to głupota, dla drugich akt odwagi — wniosek był ten sam i rozkazu o dyscyplinarnym usunięciu nie dało się już odwrócić. Marvin wrócił z frontu całkiem niedawno w dobrze zbitej, błyszczącej nowością skrzyni, pachnącej ni to drewnem, ni lakierem, ni smutkiem i porażką. Graham starał się odsunąć od siebie ponure myśli, to uporczywe poczucie winy, powtarzające, że gdyby był tam wtedy z nim, facet wróciłby na święta do rodziny, a nie zmarł na stole polowego szpitala. Minęło już tyle lat, od kiedy wbijano mu do głowy, że z przywiązanymi do sumienia kotwicami daleko nie zajdzie, że jeśli będzie się kurczowo trzymać przeszłości, to nikomu więcej już nie pomoże, ale serce wołało swoje. Ludzie w różny sposób radzą sobie z podobnym cierpieniem, w wojsku Graham poznał sposoby, jak nie łamać się pod takim naciskiem. Nauczył się też, że zdają egzamin tak długo, jak pozostaje się im wierny.
Zamierzał ustawić się gdzieś z tyłu, nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi. Był tu zarówno dla Marvina, co dla siebie, więc chciał odbyć modlitwę na własnych warunkach. Ostatnie ławki były zajęte przez kilka osób i jedną z nich Michael doskonale potrafił rozpoznać, zwłaszcza że przez parę tygodni starał się nie zwracać nań szczególnej uwagi.
Czy w ogóle powinni cokolwiek z tym robić? Jak wyjść na porządek dzienny po lawinie nieporozumień, których żadne z nich nie wiedziało (a może nie chciało?), jak naprostować? Dalecy byli od normalności, skupili się na profesjonalizmie, w pracy dając z siebie wszystko pod wspólnym sztandarem ratowania życia. Tutaj, poza szpitalem, nie był jej nic winien, ale jakieś ukłucie w sercu podpowiadało, że nie chciał, by była teraz sama — aby on był sam.
Zajmując miejsce obok, nie skinął głową na powitanie, zwyczajnie dołączając do nabożeństwa. Drgnął jednak, czując jej dłoń na swojej i mimowolnie odpowiedział mocniejszym uściskiem. Jego twarz wskazywała na powagę, posągowy dystans, akt szacunku i oddania zmarłemu przyjacielowi; maskowała jątrzący się w piersi ból i mnogość skłębionych w głowie myśli. Męska dłoń zadrżała, kiedy zorientował się, że włożył w ten uścisk więcej siły, niż zakładał. Rozluźnił ją więc i wysunął ostrożnie.
Ksiądz perorował, ewidentnie wyciskając łzy z oczu siedzącej w pierwszych ławkach rodziny. Grzmiał o jedności i pokoju, o poświęceniu i dobroci, o smutku, jaki należało przekuć w siłę w tak trudnej dla nich chwili. Rozległy się dzwony, wszyscy podnieśli się z ławek i zaczęli z wolna wysypywać na zewnątrz, by towarzyszyć zmarłemu na tej ostatniej drodze. Michael wydostał się ze swojego miejsca, lecz nie ruszył przed siebie, a spojrzał tylko na Iris, by w milczeniu zaoferować swoje ramię podczas spaceru ośnieżonym cmentarzem.

Iris Valentine

We’re still standing

: ndz gru 28, 2025 12:14 am
autor: Iris Valentine
Czy miejsce, okoliczności i otaczający ich ludzie coś zmieniało? Nie byli w szpitalu. Na tą godzinę trochę jakby przenieśli się do czasów, gdy ich rzeczywistość nijak nie przypominała aktualnej. Znowu byli tam – nawet jeśli w rzeczywistości tkwili w kanadyjskiej kaplicy. I może właśnie dlatego jego towarzystwo stało się tym brakującym elementem układanki. Może dlatego jego dłoń zaciskająca się na tej jej wydawała się być najbardziej naturalną i najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Rzeczą, której pragnęła i nawet nie zdawała sobie z tego sprawy… przynajmniej do momentu, gdy nie wysunął swojej dłoni, a ona nie poczuła ukłucia pustki. Powieka jej jednak nie drgnęła, nie odwróciła wzroku od księdza i rodziny zmarłego oraz własnych myśli, które uciekały jej w bardzo różnych kierunkach. Bo trudno było w takich momentach nie myśleć też trochę o własnym życiu oraz doświadczeniach.
Drgnęła, gdy ludzie obok niej zaczęli się podnosić. Uświadomiło jej to jak bardzo odpłynęła i zdezorientowana spojrzała w kierunku Michaela, a ich spojrzenia spotkały się pierwszy raz od… dawna. Pierwszy raz, gdy nie była to wymiana zdań na temat pacjenta, procedur i przypadków. Pierwszy raz od bardzo dawna patrzyli na siebie i Iris poczuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Wiedziała, że pewnie nie powinna…
Zdecydowane nie powinna.
Ale i tak przyjęła zaoferowaną przez niego pomoc i wyciągnięte w jej stronę męskie ramię. Które doceniła już jakieś trzydzieści sekund później, gdy wyszli z kaplicy a obcasy niekoniecznie lubiły się z warstwą śniegu. Zachowała jednak pion, może odrobinę mocniej opierając się na Grahamie.
- W takich momentach tęsknię za pustynią. – szepnęła, pochylając się w jego stronę, a kącik ust drgnął jej w kierunku uśmiechu. I może nie było to na miejscu, ale nie mogła się powstrzymać. Poprawiła też kołnierz płaszcza, bo przeszywający kanadyjski chłód nie serwował im najlepszych warunków na tego typu uroczystość – Zostaniemy z tyłu? – nadal wolała się trzymać na uboczu, nawet jeśli jego obecność w pewnym stopniu dodawała jej odwagi i w trochę mniejszym stopniu czuła się nie na miejscuGdy wróciłam do kraju… – zaczęła cicho, wbijając wzrok w czubki swoich butów, nie podnosząc wzroku i nie mogąc na niego spojrzeć przez to, co miała do powiedzenia – Miałam paranoję. Przez długi czas panicznie bałam się, że nikt mnie nie powiadomi, gdy coś złego spotka kogoś, kto był tam dla mnie rodziną. Marvina, Toma… Ciebie. Że coś przegapię. – zagryzła lekko wargę i podniosła wzrok, ale dalej wbijając go w niewielki tłum przed nimi, a nie w mężczyznę, z którym stała ramię w ramię. I który był prawdopodobnie jedynym, o którego się tak bała, ale nie mogła mu tego powiedzieć.



Michael Graham

We’re still standing

: pt sty 09, 2026 9:00 am
autor: Michael Graham
Uważał się za mało sentymentalnego, czy dającego ponieść emocjom, naciskającym drażliwe nuty. W wykonywanym przez nich zawodzie ciężko było pozwolić sobie na podobną słabość, więc starał się od niej zdystansować, odgrodzić grubą linią, lecz sposób ten nie zawsze zdawał egzamin. Uświadamiał to sobie w najmniej odpowiednich momentach, wtedy, gdy potrzebował zachować trzeźwość umysłu. Oglądanie Iris na szpitalnych korytarzach, całej i zdrowej, po dwóch latach tkwienia w przekonaniu, że już nigdy więcej się nie zobaczą, wbijało się w serce bolesną szpilą. Zachowywał się profesjonalnie, ograniczając rozmowy do służbowych tematów, nie pozwalając sobie na zdradzenie tego, co naprawdę siedziało w myślach. Po ostatniej rozmowie nie pozwalał sobie też na przekraczanie linii, nie ingerował w grafiki, nie szukał jej towarzystwa, nie oglądał się za pretekstem, woląc odciąć się od potencjalnych problemów. Teraz, mając ją znów blisko, czując bijące odeń ciepło w chłodnej przestrzeni kaplicy, z zadziwiającą łatwością przychodziło ignorowanie niesnasek, tych niewyjaśnionych kwestii, wiszącymi nad nimi, niczym burzowa chmura.
Zakładał, że Iris nie będzie unosić się dumą, nie odepchnie go i wyciągniętej z ofertą pomocy ręki, a mimo to poczuł jakieś ciepło, które rozlało się od ramienia, przechodząc ku sercu. Czy to już zawał, czy tylko ludzki odruch?
Żarty na pogrzebie nie są czymś złym, zmarli zapewne woleliby, aby ludzie żegnali ich z uśmiechem, niż zalani łzami. Póki dowcip pozostaje w dobrym smaku i jest przestrzeń na oddanie szacunku odchodzącemu, nie warto zmuszać się do przesadnej powagi, czy sztucznego smutku.
Wyjęłaś mi to z ust — odparł również ściszonym głosem, kiedy nachylił się nieco, by usłyszeć padające słowa. Uniósł kącik ust i jakoś odruchowo wcisnął szyję w głąb opatulającego ją szalika. Pogrzebowy pochód podążał wąskimi alejkami cmentarza, towarzysząc zmarłemu w jego ostatniej drodze. Michael zwolnił kroku, zgodnie z prośbą Iris, by trzymali się końca.
Nie odpowiedział od razu, zagrzebując głęboko w sobie kąśliwy komentarz. To nie był czas, ani miejsce, by na powrót wyciągać żale, które częściowo zdążył już na nią wylać, lecz nie zdradzając newralgicznych szczegółów, jakie mogłyby zmienić jej punkt widzenia. Nie zamierzał teraz przerzucać na nią ciężaru za swoje zachowanie, za szał, w jaki wpadł po jej zniknięciu, za kłótnie, w które wdawał się z przełożonym, bo odmawiano mu informacji o sytuacji Valentine. Odejście Iris wyrządziło krzywdę więcej, niż jednej osobie, ale czy powinien ją uświadomić, jak bardzo?
Rozumiem i… nie byłaś w tym sama — odparł krótko, zerkając nań przelotnie z ukosa, zaraz na powrót utkwiwszy wzrok przed sobą. — To chyba cena za to, że ma się ludzi. Im bardziej traktujesz ich, jak rodzinę, tym trudniej przestać sprawdzać, czy wszyscy jeszcze stąpają po tej ziemi. — Westchnął cicho, jakby sam siebie przyłapał na tym samym mechanizmie. — Chyba nigdy nie byliśmy dobrzy w życie bez planu awaryjnego — mruknął, znów lekko unosząc kącik ust. — Nawet na pogrzebie. — Kusiło, by powiedzieć coś więcej, by wyznać ciążącą na sercu tajemnicę, lecz nie zdradził się ani słowem w obawie, że jeszcze bardziej skomplikuje to ich sytuację. O tym, że kryje w sobie coś więcej, zdradzały go mięśnie, kiedy odruchowo zacisnął ramię, stabilizując postawę.

Iris Valentine

We’re still standing

: sob sty 10, 2026 9:41 pm
autor: Iris Valentine
Jego towarzystwo dzisiaj nie było tak… ciężkie jak na szpitalnych korytarzach. Jakby było oczywiste w tych okolicznościach, jakby na tych kilka chwil wrócili na pustynię – chociaż świat dookoła nich ani trochę nie przypominał pustynnego krajobrazu. Znowu byli tamtą wersją siebie, która pewnie zniknie jak tylko rozstaną się na kościelnym parkingu, gdzie każde wejdzie do swojego auta i pojedzie w swoim kierunku. A następnego dni w szpitalu znowu będzie tylko uprzejmy chłód i profesjonalizm. Z jednej strony jej to nie przeszkadzało – ta rutyna i sposób koegzystencji, który sobie wypracowali w szpitalu – bo wiedziała, że tak jest zdrowiej i mniej dramogennie, ale jednocześnie tęskniła za tym Michealem, na którego ramieniu się teraz opierała.
Tęskniła za tym Michaelem, którego znała. Za j e j Michaelem.
Nie byłaś w tym sama.
Coś sprawiło, że po tych słowach przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, jakby dotarło do niej ich drugie dno, a poza zdała sobie sprawę, że to, co sama zrobiła… że jej ucieczka właśnie tak wyglądała. Nikomu nie powiedziała, co się stało i zapadła się pod ziemię, a oni… on nie wiedział, czy wszystko było w porządku. Nic nie było w porządku, a on nawet nie mógł tego sprawdzić.
Zawiesiła się. Zapatrzyła się w jakiś punkt w przestrzeni i przez moment po prostu milczała. Zagryzła nerwowo wargę i zastanawiała się, co czuła i co powinna powiedzieć. Czy w ogóle powinna coś powiedzieć? Nie miała planu awaryjnego, nigdy… to akurat była prawda. Zresztą rzeczy, które się wydarzyły były czymś, na co nie można się było przygotować. Przeraziło ją to. Wpadła w panikę i logiczne myślenie zostało wyłączone. Teraz musiała jednak ponosić tego konsekwencje.
- Gdybym mogła cofnąć czas… zrobiłabym to. Wszystko zrobiłabym inaczej. Przepraszam, Micheal. Że tak bardzo skupiłam się na sobie, na swoim strachu i na tym, co mnie czekało, że nie pomyślałam o tobie. W tamtym konkretnym momencie myślałam, że tak będzie lepiej, szczególnie dla ciebie. Żebyś nie musiał ze mną przez to przechodzić. – myślała, że robi to dla niego, ale w rzeczywistości sama nie wiedziała, co miała w głowie – Ale nie mogę cofnąć czasu. – nieważne jak bardzo tego chciała. Jednocześnie wiedziała, że przez to, co zrobiła – nie mogli tego naprawić, nie widziała na to szansy. Nie dlatego, że sama nie chciałaby im jej dać, ale dlatego, że zakładała, że on nie byłby w stanie tego zrobić. Nie wierzyła, że mógłby jej wybaczyć.


Michael Graham

We’re still standing

: pn sty 12, 2026 4:53 pm
autor: Michael Graham
Nie rozumiał jej zachowania, bynajmniej początkowo, gdy brakowało mu szczegółów, a cisza po jej zniknięciu wypełniała się najgorszymi możliwymi scenariuszami. Teraz, słuchając jej wyznania, czuł jak coś w nim powoli puszcza — nie gniew, nie żal, a napięcie, które nosił w sobie zbyt długo, by zdążyć je nazwać.
Bałem się Iris, że coś ci się stało, że ktoś ci zrobił krzywdę… że ja ją wyrządziłem. — Niechętnie się do tego przyznawał, do strachu o jej stan, o potencjalne powikłania. — Chcę, byś wiedziała, że nie mam ci niczego za złe. Przepraszam cię, że byłem idiotą.Nadal czasem jestem.Nie chcę być twoim wrogiem, kimś, kogo unikasz. Zawsze ceniłem sobie twoje towarzystwo i wolałbym zostawić za sobą to, co złe. — Mówiąc o towarzystwie, wcale nie miał tu na myśli ich złączonych ciał, lepkich dłoni, spragnionych bliskości ust. Oczywiście, że za nimi tęsknił, lecz jeśli miał mieć do wyboru szczątkowy kontakt albo jego całkowity brak, wybrałby to pierwsze. Nawet jeśli oznaczało to ostrożność, niedopowiedzenia i granice, które narzucili sobie oboje.
Tęsknił za uśmiechem, za kąśliwymi komentarzami i czarnym humorem, ale też długimi rozmowami, gdy jednostka pogrążała się we śnie, a oni snuli dysputy na stygnącym piasku. Wśród pracowników bazy miał wiele bliskich osób, takich, za których oddałby życie, jak i powierzyłby własne pełni zaufania. Jednak znajomość z Iris istniała na innych warunkach. Do tej słabości też przyznawał się niechętnie, do uczucia, jakiego bał się nazywać wprost, a jakie rozgrzewało serce w trudnych chwilach.
Przez moment łudził się nieśmiało, że ta relacja ma szansę się rozwinąć, że uda się ponaciągać niewygodne, wojskowe zasady, lecz nie mówił jej o tym wprost, mając świadomość, że nie na to się umawiali. Obawiał się odmowy, późniejszych niewygodnych spojrzeń, unikania w korytarzach — czyli dokładnie tego, jak dziś wyglądała ich codzienność. Nie chciał tej wersji rzeczywistości — chłodnej, ostrożnej, udającej, że nic się nie wydarzyło. Zbyt wiele ich łączyło, by sprowadzać się do uprzejmych półzdań i omijania spojrzeń, zwłaszcza teraz, gdy wreszcie wiedział, dlaczego zniknęła.
Pochód zaczął zwalniać kroku, a żałobnicy gromadzić się wokół rozkopanego grobu. Michael został z Iris na tyłach, lecz nie odcinał się na dużą odległość, by nadal słyszeć ciąg dalszy przemówień oraz modlitw. Kamienny nagrobek jaśniał nowością na tle rzędów przysypanych śniegiem towarzyszy. Padła komenda i ubrani w mundury galowe żołnierze ustawili się w rzędzie, by oddać salwę honorową. Graham wyprostował się odruchowo i spiął, aby zaraz przywrócić się do porządku. Był cywilem, a nie wojskowym, żadne komendy go nie obowiązywały, lecz przyzwyczajenie było silne, wpajane przez dekadę musztry, ćwiczeń i działania w terenie.
Nie umiem się odzwyczaić — mruknął bardziej do siebie, niż do Valentine. — Nie wszyscy wiedzą, że nie służę… a czasem nawet ja sam o tym zapominam.
Salwa rozdarła powietrze, a echo niosło się długo nad cmentarzem. Michael stał wyprostowany, choć nikt już tego nie wymagał, jakby ciało wciąż znało rozkazy lepiej niż myśli. Nie wiedział, gdzie dokładnie kończy się to, kim był, a zaczyna to, kim miał być teraz — wiedział tylko, że Iris wciąż była po tej samej stronie linii.

Iris Valentine

We’re still standing

: ndz sty 18, 2026 11:19 am
autor: Iris Valentine
Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa i spojrzała na niego przez krótką chwilę, zaledwie ułamek sekundy. Nie chciała, żeby przyłapał ją na tym spojrzeniu. Nie spodziewała się tego. Nie spodziewała się, że jej ucieczka mogła spowodować u niego akurat takie emocje… prędzej złość. Tak. Była przekonana, że był zły, rozczarowany, że potraktował ją jak dziewczynę, która dała mu kosza i z tego właśnie mogły wynikać te negatywne emocje. Strach… to zawłaszczyła sobie. Nigdy wcześniej i nigdy później nie bała się tak bardzo jak wtedy. I teraz pomyślała o czymś jeszcze… jak to wszystko wyglądałoby, gdyby mu wtedy powiedziała? Gdyby bał się z nią, a nie o nią?
- Nigdy nie byłeś moim wrogiem, Mike. – zagryzła lekko wargę, a dłoń w kieszeni płaszcza zacisnęła w pięść tak mocno, że pobielały jej kostki. Jak mógłby być jej wrogiem? Był jej przyjacielem… był jedną z najważniejszych osób w jej życiu. Ale byli uparci – oboje byli obrzydliwie uparci i wspólna praca wyglądała jak wyglądała. Chociaż, nie, wróć. Pracowali razem doskonale, byli jak dobrze naoliwiona maszyna a czas spędzony w dużo trudniejszych warunkach niż kanadyjski szpital sprawił, że w pracy rozumieli się właściwie bez słów. Tylko później pacjent znikał, a oni nie potrafili się do siebie odezwać.
Tęskniła.
Stojąc z nim ramię w ramię w tych specyficznych okolicznościach i zupełnie naturalnie wracając wspomnieniami do tamtych czasów – brutalnie sobie to uświadomiła. Tęskniła nie tylko za dawną pracą, za armią, za tamtym życiem… tęskniła też za nim. Ale nie wierzyła, że którykolwiek z tych elementów może jeszcze odzyskać. Utraciła go tak jak posadę w armii. I na krótką chwilę pogrążyła się we własnych myślach. Aż do komendy…
Sama naturalnie się wyprostowała, chociaż nie spięła tak jak Graham. Spojrzała na niego, ściągnęła mocniej brwi. Chciała zapytać, bo to właściwie od dłuższego czasu nie dawało jej spokoju, ale nie miała odwagi. Może to był dobry moment? Wpatrywała się w męski profil, tak dobrze jej znany.
- Dlaczego odszedłeś? – w końcu jednak to zrobiła. Skoro zrobili ten krok, skoro wreszcie rozmawiali, a nie na siebie warczeli albo próbowali unikać swojego towarzystwa na szpitalnych korytarzach – odważyła się. Fakt, że wrócił do cywila do niego nie pasował… czuła, że coś musiało się wydarzyć, ale nie potrafiła sobie tego wyobrazić – Chyba nie podrywałeś kolejnych pielęgniarek, aż któraś na ciebie doniosła, co? – zażartowała półszeptem, starając się trochę rozluźnić między nimi atmosferę. Oh, oczywiście, że uważała, że to on podrywał ją, a nie na odwrót! Ona była niewinna, zawsze!



Michael Graham

We’re still standing

: ndz sty 18, 2026 12:41 pm
autor: Michael Graham
Przed dwoma laty trudno mu było uwierzyć, że nie uważała go za wroga. Wielokrotnie pluł sobie w brodę, poczuwając się do odpowiedzialności, dopiero z czasem obracając kota ogonem, by wreszcie podnieść się z kolan i przestać obwiniać. Byłoby zdecydowanie łatwiej, gdyby chociaż zostawiła mu list, w kilku słowach pożegnała się, zapewniając, że nie zamierza go niczym obciążać. Tylko czy sprawiłoby to, że przestałby drążyć?
W innych okolicznościach może i by się uśmiechnął, a nawet zaśmiał z żartu rzuconego lekkim tonem. Nie uważał się za podrywacza i bawidamka, czyhającego na bezbronne ofiary. Wprawdzie cenił sobie miłe towarzystwo i nie stronił od niego, zwłaszcza w dni, kiedy świat zdawał się umykać przed oczami, a ziemia osypywać spod nóg, lecz korzystał z niego poza wojskiem, nie na misjach. Tak było wygodniej, znaleźć kogoś, kto godził się na przelotność relacji, jaką z miejsca deklarował. Iris była wyjątkiem od skrzętnie pilnowanej reguły, za co przyszło mu płacić do dziś.
Nie odszedłem — mruknął krótko, początkowo mając zamiar na tym poprzestać, nie czując się zobowiązanym do żadnych wyjaśnień. Zmienił zdanie, gdy narastający w gardle ciężar zdradzał potrzebę odwdzięczenia się szczerością. — Wyrzucili mnie za niesubordynację. Za ignorowanie poleceń i zadawanie pytań, na które nikt nie chciał odpowiedzieć. — Spuścił wzrok, przenosząc go na Iris, kiedy poczuł, że mu się przygląda. Zajrzał w głąb ciemnych tęczówek, odnajdując w nich cień własnego strachu oraz smutku. Nie chciał mieć jej tego za złe, w końcu sam podejmował decyzje, sam nie potrafił panować nad złością. Gdyby bardziej się kontrolował, dziś nadal by służył, zamiast gnić na urazówce miejskiego szpitala.
Zaczęło się poruszenie wśród żałobników, ludzie kierowali się do trumny na ostatnie pożegnanie i złożenie kondolencji członkom rodziny. Graham wziął więcej lodowatego powietrza w płuca z zamiarem powrotu na parking, kiedy wśród tłumu spostrzegł znajomą twarz. Oto i on, pułkownik Samuel Trembley, zarządzający ich jednostką podczas misji na Bliskim Wschodzie. Ten sam, który przed rokiem miał z Michaelem niełatwą przeprawę, mierząc się z jego trudnym, nieugiętym charakterem. Wcześniej żyli ze sobą w zgodzie, dzięki rzeczowemu podejściu do życia, doskonale się dogadując. Problemy zaczęły się wraz ze zniknięciem Iris, małymi krokami rosnąc do rozmiarów śnieżnej lawiny, co finalnie poskutkowało dyscyplinarką. Ciało Grahama na powrót się spięło, kiedy ich spojrzenia się spotkały. W myślach zaczął błagać, by na tym stanęło, by nie doszło do żadnej konfrontacji, ale starszy mężczyzna skierował swoje kroki w ich kierunku.
Graham, Valentine — odezwał się niskim głosem, wyciągając do uścisku dłoń na powitanie. — Dobrze was widzieć. Przykro, że w takich okolicznościach.
Michael nie wahał się, wysuwając rękę i odpowiadając na zdecydowany chwyt. Mógł go nie znosić i żywić urazę, lecz kierowanie do niego słów, szczerze mówiących, co ma na myśli, mijało się już z celem. Rozumiał jego decyzję, nie miał innego wyjścia, pozbywając się problematycznego żołnierza, który swoim zachowaniem mógł kiedyś stanowić zagrożenie dla swoich braci, tak, jak przed rokiem zagroził własnemu życiu. Na jego miejscu zapewne postąpiłby podobnie, ale teraz nie potrafił wykrzesać z siebie ani cienia sympatii.
Doceniam obecność, pułkowniku — odparł, wspinając się na szczyt dyplomacji, na tyle, na ile pozwalała mu wzbierająca się złość. — Dziś każdy z nas jest tu z tego samego powodu.
Mężczyzna skinął tylko uważnie głową, krótki moment przyglądając się Valentine.
Widzę, że wytrwałość się opłaciła. Oby było warto. — Posłane Michaelowi porozumiewawcze spojrzenie można było łatwo odczytać, zwłaszcza w połączeniu ze słowami, które ten skierował wcześniej do Iris. Teraz zacisnął tylko wargi, a na czole pojawiła się pionowa, gniewna zmarszczka.

Iris Valentine

We’re still standing

: ndz sty 18, 2026 7:28 pm
autor: Iris Valentine
Nie odszedł. Te słowa przez chwilę odbijały się z tyłu jej świadomości. Pionowa zmarszczka pojawiła się na jej czole, bo nie rozumiała, potrzebowała wyjaśnień – było to widoczne w wyrazie jej twarzy, ale przede wszystkim w spojrzeniu, które uparcie w niego wbijała. Potrzebowała wyjaśnień, ale nie tego się spodziewała. Bo nie powiedział wiele, ale coś w jego spojrzeniu sprawiło, że dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Zadawanie pytań, na które nikt nie chciał odpowiedzieć. Nie mogli odpowiedzieć. Nie mieli prawa odpowiedzieć. Wyrzuty sumienia uderzyły potężną falą, ale zagryzła wargę, odwróciła od niego spojrzenie – wbijając je w centrum dzisiejszych wydarzeń i nic nie powiedziała. Nie była w stanie nic powiedzieć, musiała to przetrawić. I nie miała pojęcia, czy zajmie jej to pięć minut, dni, miesięcy czy lat. Nie przypuszczała, że ten jeden dzień, ten jeden pogrzeb może wszystko postawić na głowie.
Drgnęła, wyrwana z własnych myśli, gdy poczuła jak mężczyzna obok niej znowu się spina. W kolejnej sekundzie zobaczyła, że ktoś do niech idzie i sama poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. W odróżnieniu od Grahama nie mogła mieć do mężczyzny ani odrobiny żalu, nie mógł nic dla niej wtedy zrobić, a przy okazji dotrzymał danego jej słowa – z perspektywy czasu wiedziała, że to prawdopodobnie był błąd, ale zrobił to. Przywitała się z nim, ale nic nie powiedziała. Czuła na sobie jego spojrzenie i coś, co ewidentnie zawisło między nimi w powietrzu… odrobinę gęstniejąca atmosfera.
Oby było warto. Ściągnęła mocniej brwi i spojrzała na Grahama, a jego mina mówiła więcej niż tysiąc słów. Poczuła, że dzielą ich ułamki sekundy od niepotrzebnej konfrontacji… nie tutaj i nie teraz. Mocnej zacisnęła dłoń na ramieniu Michaela.
- Powinniśmy już iść. Dyżur. – nawet jeśli żadnego dyżuru nie było, to dobra wymówka, żeby jeszcze raz uścisnąć sobie dłonie i oddalić się w kierunku parkingu, na którym każde z nich mogłoby iść w swoim kierunku. I właściwie tak powinni zrobić. Iris zdążyła już się nawet pożegnać z Michaelem, zrobić parę kroków w kierunku swojego auta, ale jednak się zatrzymała. Zatrzymała i odwróciła, wbijając uważne spojrzenie prosto w Grahama.
- Czy mogę zrobić coś, żeby jednak było warto? – bo w tym momencie wiedziała, że nie było… nie musiał kłamać, że jest inaczej. Wszystko się spierdoliło, a ona nie miała zielonego pojęcia, czy jest na tym świecie jakakolwiek szansa, żeby to naprawić.



Michael Graham

We’re still standing

: ndz sty 18, 2026 8:40 pm
autor: Michael Graham
W głowie miał absolutny mętlik. Przez całą drogę był nieobecny, idąc ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Gdyby tylko wiedział, że Trembley będzie na pogrzebie, zapewne wcale by się na nim nie pojawił. Wolał unikać podobnych konfrontacji, mając świadomość, że jedyne, co miał do przekazania pułkownikowi, to gorzkie, mało eleganckie słowa. To dlatego był jej wdzięczny za szybką ewakuację. Czy dopuściłby się rękoczynów na byłym przełożonym? Czy odparowałby wulgaryzmem, wściekłą lawiną, jakże podobną do tej, która poróżniła ich ostatnim razem? Wtedy nie chciał go słuchać, dziś nie musiał. Oszczędnie uścisnął dłoń i odwrócił wzrok.
Śnieg chrzęścił pod stopami, wygrywając żałobnego marsza, jedyną melodię, jaka nadawała się do stanowienia soundtracku dla tych dwojga. Graham nie zamierzał ukrywać przed nią prawdy, gotów wyznać wszystko bez ogródek, gdyby tylko zapytała. Tyle że do tej pory Valentine nie chciała z nim rozmawiać, woląc tkwić w błogiej nieświadomości. Nie mógł jej za to winić, wszak od samego początku, gdy spotkali się po latach, powtarzała, że potrzebowała się od niego odciąć, czego on uparcie nie chciał przyjmować. Rozluźnił uścisk, żegnając się z nią w milczeniu, dość machinalnie podążając do swojego wozu.
Czy mogła coś zrobić, by było warto? Niby co? Zmusić się do tego, by się do niego przekonać? By na powrót mu zaufać, by czuć się w jego obecności swobodnie? Wzniosła między nimi mur, dla którego upadku nie widziała już szansy. Próbował się przez niego przebić, dążył do kontaktu z nią, zrozumienia i oczyszczenia atmosfery, ale ta już postawiła na nim kreskę. Nie chciał być dla niej wyrzutem sumienia. Sam powinien być mądrzejszy i zadbać o własną karierę, zamiast coraz to bardziej się pogrążać. Popełnił w życiu wiele błędów i nie chciał, aby Valentine sądziła, że jest jednym z nich, nawet jeśli tak to teraz wyglądało. Spędził cały rok na usilnych próbach wyjścia na prostą, odnalezienia się w nowej, jakże obcej rzeczywistości. I kiedy już sądził, że ciepła posadka w szpitalu sprawi, że nauczy się na powrót miejskiego rytmu, musiał trafić do takiego, w którym pracowała ona. Ironia losu, stanowiąca wisienkę na torcie w tej spirali spier szaleństwa.
Zatrzymał się, będąc już wpół kroku w stronę swojego auta, kiedy odetchnął głęboko i odwrócił się przez ramię.
Do zobaczenia jutro — odparł tylko, wprowadzając na twarz blady uśmiech, który nie sięgnął oczu. W błękitnych tęczówkach było miejsce wyłącznie na słabo skrywany smutek. Nie pozostało mu nic innego, jak pogrzebać go głęboko w sobie.
koniec
Iris Valentine