Strona 1 z 8
It's beginning to look a lot like fuck this
: czw gru 18, 2025 2:18 am
autor: Milo Rivera
8
it's beginning to look a lot like fuck this
Po ponad piętnastu godzinach w podróży, jednej przesiadce na lotnisku w Chicago i łącznie dwunastu spędzonych w powietrzu Milo zaczynał kwestionować wszystkie swoje decyzje podjęte w tym życiu, które doprowadziły go do tego momentu. Przemielony przez żarno bramek i uwieszony ramienia Gauthiera tak, jakby tylko on trzymał go jeszcze na nogach (i przy zdrowych zmysłach) wyglądał jak ktoś, kto zobaczył prawdziwe piekło i nie spał od dwóch tygodni, co właściwie by się zgadzało; sesja w tym roku była wyjątkową kurwą i Rivera czuł w kościach, że uzyskany wynik przyjdzie mu zapłacić w niedługiej przyszłości jakąś przykrą walutą.
一 O mój boże, czy ty to widzisz? 一 Milo zatrzymał się nagle przed tablicą zaraz obok kantoru; neonową zielenią uśmiechała się do nich ikona słońca i optymistyczne piętnaście stopni powyżej zera. Poczciwa, wypłowiała sportowa torba zjechała mu radośnie z ramienia, ale w porę złapał ją zanim gruchnęła o posadzkę - miał w niej laptopa, który nie zasługiwał na takie traktowanie. Rivera obrócił głowę w stronę Gauthiera i uśmiechnął się jak pokutnik, który właśnie doczekał końca kary. Jego twarz rozjaśnił uśmiech prawie tak jasny jak wesołe emoji ze słoneczkiem na tablicy. 一 Przyzwoite temperatury, nareszcie.
Zgrzytnięcie zamka brzmiało jak rozpoczęcie nowego akapitu w ich przy długiej podróży, zdaniem samego Milo, ten fragment miał być o wiele przyjemniejszy niż wcześniejsze. Rozpięta puchówka wypuściła na wierzch trochę łaciatego swetra, widocznie w tym roku Rivera postawił na random.
一 Oh… 一 Okręcił się wokół własnej osi poklepując po kieszeniach; telefon zawibrował mu wściekle w kieszeni raz, później drugi. 一 Y qué es esto? Ktoś po nas podjedzie, co to za nowość? 一 Lekko zmarszczył brwi studiując dwie krótkie wiadomości: Podejdźcie pod przystanek koło Taco Bell. - Niebieski Chevrolet, nie przegapisz.
Zerknął pytająco na Dylana, tak, jakby ten dysponował odpowiedzią na mnożące się pytania. Przeżuł policzek, zmarszczył lekko nos, poprawił sobie torbę na ramieniu i pokręcił głową, upychając komórkę w płytkiej kieszeni. Kim był, żeby wybrzydzać?
一 Okay, mam nadzieję, że to nie Estella prowadzi. Jeżeli myślisz, że to ja jeżdżę jakby mnie pojebało, to pozwól, że cię uświadomię: to od niej się tego nauczyłem.
Uśmiechnął się szeroko, czując, jak wraz z postawieniem stopy na znanym terytorium zaczyna mu wracać wigor i samopoczucie.
一 Chodź, nienawidzę lotnisk. 一 Chwycił go za rękaw podejmując decyzję o ruszeniu się z miejsca za nich obu, bo im bardziej zdawał sobie sprawę z powrotu, tym bardziej zaczynała roznosić go energia. Chciał mu pokazać wszystko - od ich małej latynoskiej dzielnicy z El Suspiro przycupniętym na przeciwko, po trasę na wybrzeże, gdzie chociaż trzeba było podjechać kawał drogi autobusem, Milo uważał, że warto.
❁❁❁
Po odstaniu kwadransa na nieczynnym przystanku, gdy nie potrafił już dłużej zabawiać Gauthiera cyklem opowieści dziwnej treści na temat okolicznych parterowych domów i kościoła Baptystów widocznego zza azjatyckiej knajpy, Rivera odstawił delikatnie torbę pod zdezelowaną ławkę, ściągnął z siebie puchówkę, zwinął ją i odłożył po czym obie dłonie wsunął sobie we włosy chcąc zaczesać je do tyłu. Zupełnie, jakby odprawiał rytuał mający na celu wywabić odrobinę cierpliwości z rezerwy.
一 Mam nadzieję, że nie spowodowała wypadku. Nie, nie jest głupia, wie, że końcem grudnia dopinają budżet i wystawiają mandaty za kichnięcie, na pewno nie, może… 一 mamrotał do siebie chodząc w kółko. 一 Albo w połowie drogi zapomniała dokąd jedzie. Miałbyś coś przeciwko, gdybyśmy jednak… no, me estás cotorreando… co do…?
Niebieski Chevrolet, który podjechał na zatoczkę prosił się co prawda o renowację, Milo aż palce drgnęły na widok lekko przekrzywionego zderzaka, myślami był już głęboko pod maską. A potem podniósł wzrok wyżej, z ustami otwartymi do podjęcia krzykliwej dyskusji i, co było zwykle jej nieodzownym elementem, podnosił dłonie. Tylko, że na miejscu w jakim spodziewał się zobaczyć Estellę siedział ktoś inny.
Przez moment Milo nie wiedział na kogo patrzy, olśnienie spłynęło na niego tak, jakby ktoś strzelił go na odlew prosto w pysk.
一 D-Diego…?! Co do… kurwa, od kiedy stać nas na Impalę?
Łataną bo łataną, ale nie był ślepy. Wiedział jaką wartość nawet i te z gorszym przebiegiem osiągały na rynku.
Obrócił się w stronę Gauthiera i mimo, że jego nadwątlony podróżą umysł ospale łączył pewne fakty (jak to, że cholerny Diego Camarena rozrósł się jeszcze bardziej), chwycił go za skraj plecaka zachęcając, by pozbył się bagażu.
一 Od kiedy, człowieku małej wiary i wzrostu, zająłem się robotą. 一 Camarena wychylił się i otworzył drzwi od strony pasażera, cały śniady, z dwudniowym zarostem i spojrzeniem, które topiło serca wszystkich dziewcząt w Lemon Hill. Niegdyś i jego. 一 A to jest, jak rozumiem…?
Milo zatrzymał się w połowie wrzucania swojej zabiedzonej torby przez otwarte drzwi na tylne siedzenie po czym spojrzał z cierpkim grymasem w stronę Diego.
一 Dylan. Dylan Guthier. Dylan-Ten-Dylan? Dylan-Mój-Chłopak? Dylan-Estella-Wspominała?
Po minie Diego zrozumiał, że musiało wylecieć mu drugim uchem.
Rivera westchnął cierpiętniczo, otarł sobie skroń nadgarstkiem dłoni i chyba chciał coś jeszcze zakomunikować bo uchylał wargi, ale widok autobusu zmierzającego na zatoczkę w teorii wykreśloną z rozkładu jazdy zachęcił go do wciśnięcia Gauthiera na tył, gdzie sam również upchnął się i zatrzasnął drzwi.
Odjechali z piskiem opon, przy duszącym zapachu cytrynowego odświeżacza powietrza i zwietrzałych papierosów, przy trzeszczącym radiu i Camarenie zerkającym kontrolnie w lusterko od czasu do czasu.
一 Coś wspomniała 一 rzucił z jednym ramieniem przewieszonym luźno przez oparcie pustego fotela obok kierowcy. 一 Diego Camarena, Diego-Po-Prostu i… Diego-Szanuj-Moją-Tapicerkę, joder, Milo!
Rivera wydał z siebie jakieś urażone stęknięcie; nie był autorem tej przyklejonej do fotela gumy, chciał ją tylko odkleić. Przestał, gdy gwałtowny zakręt w prawo niemal poskładał ich z tyłu.
一 Diego-Jeżdżę-Gorzej-Niż-Milo 一 dopowiedział złośliwie, wiedząc, że pewnie w innych okolicznościach dostałby z łokcia między żebra. Zamiast tego przycisnął się chętniej do Gauthiera i widząc, że mijali właśnie starą ceglarnię, wskazał mu ją palcem. 一 Jeśli chcesz, to wciąż pamiętam jak dostać się do środka. Mógłbym pokazać ci gdzie rozbroiłem swój pierwszy alarm, poza tym stąd dobrze widać gwiazdy. W sensie, że z dachu.
Skupiony na opuszczonym kompleksie za oknem i w nierealnej próbie przedstawienia Dylanowi wszystkiego co kochał w Sacramento na raz nawet nie zauważył jak Diego zacisnął mocniej usta.
一 Aha, w ogóle El Suspiro nadal stoi?
一 Stoi 一 Camarena potwierdził krótko, manewrując na skrzyżowaniu. 一 Wciąż mają...
一 Zabiorę cię tam jutro. Koniecznie. Albo nie, zabiorę cię dzisiaj. Mają najlepsze taco i horchatę, hmm? Możesz... 一 Milo nachylił się nisko, by czubkiem nosa nie do końca planowo (samochód znów szarpnął dziko z nimi w środku) trącić go w płatek ucha. 一 Możesz to uznać za randkę. Przedświąteczną, jeżeli się zgodzisz.
Dylan Gauthier
It's beginning to look a lot like fuck this
: pt gru 19, 2025 2:48 am
autor: Dylan Gauthier
Pierwsza w życiu podróż samolotem, jak i wybycie poza płotek znajomego, kanadyjskiego podwórka, minęły trochę jak sen na jawie. Lotnisko zapchane od brzegu do brzegu ludzką masą pielgrzymującą do domu na święta, wchodzącą sobie wzajemnie pod nogi i gubiącą się nawet bardziej niż Gauthier, kontrolnie trzymający jedną rękę na pasku torby, ramieniu albo nawet i kapturze manewrującego między bramkami Milo, przypominało odrębną planetę, chaotyczny świat oderwany od znajomej rzeczywistości. Wrażenie znajdowania się poza czasem pogłębiło się po dotarciu na lotnisko w Chicago, gdzie wciąż nie czuł się do końca jakby faktycznie przekroczyli granicę i właśnie odwiedzali nowe miasto - przez czas oczekiwania na następny samolot nawet nie przeszło mu przez myśl by wyściubić głowę za drzwi budynku i zobaczyć jak wyglądały Stany z perspektywy innej niż z lotu ptaka. I chociaż samo znajdowanie się w powietrzu okazało się być stosunkowo komfortowe, a przydługa droga nie zdążyła go szczególnie zmęczyć, od postawienia pierwszych kroków na lotniku w Toronto supełek w jego żołądku tylko się zaciskał. W stanie niemalże zamroczenia przebył całą drogę, dając Milo przejąć stery i ufając, że doprowadzi ich tam, gdzie mieli się znaleźć. I najwidoczniej tym miejscem okazało się miasto zdecydowanie zbyt ciepłe na tę porę roku.
Wyjście przez szklane drzwi, na stały grunt i poza nienaturalną atmosferę funkcjonującą na lotniskach, przywróciło mu trochę energii i kontaktu z rzeczywistością. Albo sam widok Rivery nabierającego entuzjazmu z każdą mijającą sekundą miał na niego podobny efekt. Zasłaniając dłonią wysoko stojące na niebie słońce przyswoił tyle z widoku nowego fragmentu świata ile zdążył, zanim jego przewodnik pociągnął go w bliżej nieokreślonym kierunku, gdzie mieli poczekać na transport.
W międzyczasie, już po postawieniu pierwszych kroków w stronę pustego przystanku, pozbył się zarówno kurtki jak i bluzy, które przewiesił sobie na pasku plecaka, zostając w czarnym t-shircie z wytartym logo Aerosmith i luźnej czerwonej koszuli z rękawami zawiniętymi do łokci. Najchętniej zdjąłby z siebie wszystko, mając wyraźny problem z oswojeniem się z letnią temperaturą niecałą dobę po brodzeniu w zaspach śniegu. Z kolei zdająca się nie mieć końca gadatliwość Milo była mu w tym momencie na rękę, jako że mógł słuchać jego opowieści, czasem dopytać o więcej szczegółów i przyswajać informacje, pozwalając by jego głos pomógł mu się zrelaksować. Nawet jeśli był na drugim końcu kontynentu, wszystko wkoło wydawało mu się dziwacznie rozległe i... czy on spakował ładowarkę?
- Pewnie to nic takiego, może stoi w korku, albo... - urwał próby uspokojenia jego czarnoscenariuszowania, kiedy w ich pole widzenia wpłynął, jak się szybko okazało, ich rydwan, kierowany przez, jak się również szybko okazało, Diego. Wbrew pozorom widok nieznajomego dał radę odrobinę rozluźnić kłującą kulę w jego żołądku, zupełnie jakby to myśli o spotkaniu z osławioną Estellą dokładała mu stresu do całej reszty kwestii, z którymi jeszcze się do końca nie przegryzł. Obserwował ich wymianę zdań z boku, z pewną fascynacją wymieszaną z rozbawieniem na widok Milo przepychającego się słownie z kimś, kogo zdaje się znał od lat, wtrącając się tylko by przyjaźnie pomachać do Diego, kiedy został wyręczony w przedstawianiu się, drugą ręką wyswobadzając się z pasków plecaka.
- Hej. Nie wiem co było o mnie wspominane i chyba boję się spytać. Fajne auto - zdążył dorzucić swoje trzy grosze zanim został wpakowany na tylne siedzenie samochodu, w którym momentalnie zatęsknił za samolotami, nawet w trakcie turbulencji. Bo to fajne auto równie fajnie skakało i szarpało, a wszelkie skrawki spokoju ducha jakie zgromadził po wylądowaniu wyfrunęły przez okno na następnym zakręcie i nawet znajdujący się w jego przestrzeni osobistej Milo nie poprawiał sytuacji, chociaż instynktownie objął go w pasie. Ciężko stwierdzić czy próbując przytrzymać jego, czy ugruntować samego siebie. Wyrwany z nowej fali stresu wspomnieniem o gwiazdach, rzucił okiem w stronę opuszczonego budynku.
- Oczywiście, że chcę się z tobą gdzieś włamać. Myślałem, że nigdy nie spytasz - mruknął z nieco bladym uśmiechem, nawet jeśli propozycja faktycznie brzmiała kusząco. Oglądanie z nim gwiazd na dachu było warte potencjalnego złamania prawa. Podniósł wzrok na Diego, gdy głos z siedzenia kierowcy ponownie przyciągnął jego uwagę, i ledwo stłumił śmiech, kiedy rozentuzjazmowany Milo momentalnie wszedł mu w słowo.
- Zgodzę się, dzisiaj, jutro, kiedykolwiek, tylko Milo, proszę cię, zapnij pas - rzucił, przekręcając głowę by spojrzeć mu błagalnie prosto w oczy. Sam zrobił to automatycznie zaraz po znalezieniu się w pojeździe, nie zamierzał już nigdy ryzykować własnym zdrowiem i życiem, jednak mając za kierownicą większego wariata niż jego własny chłopak czuł się na skraju wytrzymałości. Już dawno temu dał radę przeskoczyć ponad panicznym strachem przed wsiadaniem na motocykl czy do samochodu, jednak nieostrożna jazda zbytnio przypomniała mu tę jedną noc, która do teraz wracała do niego w koszmarach. Odetchnął głębiej przez nos, próbując wyszarpać kontrolę od przejmującego go spięcia. - Możesz mnie zabrać gdzie masz ochotę, chcę zobaczyć wszystko co masz mi do pokazania - zapewnił, skupiając na nim spojrzenie i odkrywając, że miało to na niego lepszy efekt niż patrzenie na drogę. Może nawet będzie w stanie dotrwać do końca trasy bez pełnego ataku paniki.
- To zakładam, że znacie się długo, ale jak długo? - zagaił, kierując pytanie zarówno do Milo, jak i w tył siedzenia kierowcy, chcąc uwzględnić Diego w rozmowie po tym jak został ucięty wpół słowa.
Milo Rivera
It''s beginning to look a lot like fuck this
: pt gru 19, 2025 4:17 am
autor: Milo Rivera
Czując ramię owijające mu się wokół pasa Milo odruchowo przylgnął Dylanowi do boku, tak, jakby jego ciało rozpoznawało swoje miejsce i okazywało ufność, jeszcze zanim jego umysł zdołał je rozpoznać. Od ostatnich kilku miesięcy nadrabiał zaległości, poznawał wady i zalety życia w związku w swoim tempie, na własnych warunkach i poczuciu bezpieczeństwa, bo Gauthier na szczęście miał w sobie ogrom cierpliwości.
一 Same dobre rzeczy 一 przytaknął, z tym samym szerokim uśmiechem, jaki przykleił się do niego odkąd opuścili terminal, ale ze ściągniętymi brwiami, jakby sama sugestia, że mógłby przedstawić Dylana w negatywnym świetle stanowiła jawny afront. 一 Zawsze dobre.
Posłał mu spojrzenie spod rzęs, w zamyśle kokieteryjne, ale wówczas Impalą zarzuciło przy dynamicznej zmianie pasa i Milo stracił rezon, przerywając jednocześnie kontakt wzrokowy.
一 Mhm, pamiętasz naszą rozmowę w zeszłym roku? Też zima, ten park w centrum i środek nocy. Mówiłem, że jestem towarzystwem przed jakim ostrzegają rodzice.
Dlatego miał szczerą nadzieję, że cokolwiek ojciec Dylana usłyszał na jego temat, było stosownie przefiltrowane i adekwatnie dopasowane do jego uszu.
一 To akurat moja wina. 一 Diego obrócił na chwilę głowę, korzystając z okazji; utknęli na światłach, a ponieważ na sąsiednim pasie odpoczywał radiowóz, postanowił zaczekać przyzwoicie na zielone. 一 Miałem na niego zły wpływ.
一 Nie przypisuj sobie zasług, moja opinia to dzieło moich własnych rąk 一 zaoponował natychmiast, mimo że częściowo Camarena zasługiwał na jakiś credit pisany drobnym fontem. 一 Całe szczęście ten tutaj jakoś to równoważy, potrzebowałem jakiegoś rezystora dla głupszych pomysłów.
一 A nie katalizatora?
Milo uniósł lekko brew, ale nie odpowiedział mu na to pytanie. Zamiast tego kopnął w fotel i obrócił głowę w kierunku Gauthiera przeżywającego swoje najgorsze chwile w ich kilkunastogodzinnej podróży. Miał ochotę zaprotestować, jednak widząc jego twarde spojrzenie i słysząc błagalną nutę w głosie skapitulował po czym sięgnął po pas.
一 Zabiorę cię tam dzisiaj, cegielnię możemy odwiedzić jutro. Estella pewnie wepchnie w ciebie pół garnka, ale przynajmniej wypijemy parę cubitas w spokoju. Hej, wszystko w porządku? Jesteś cholernie blady.
一 A jaki ma być? To güerito.
一 To mój güerito 一 odgryzł się natychmiast, a po głosie wnioskując, Milo znalazł się właśnie w przedsionku do awantury. 一 I tylko ja mogę go tak nazywać, a ty skup się kurwa na drodze, bo zaczynam wierzyć, że niedowidzisz pierdolonych pasów.
Chwila niezręcznego milczenia zaległa w samochodzie, przetykana kaszlącymi, połowicznie łapanymi stacjami w radiu proszącym się o naprawę. Nie wyglądało jednak na to, by podobny stan rzeczy był w ich relacji czymś nowym, bo poza po prawdzie niewygodną ciszą, zarówno Milo jak i Diego najwyraźniej nie mieli z tym większego problemu.
To zakładam, że znacie się długo, ale jak długo?
Zadane wcześniej pytanie dopiero teraz przebiło się przez ich wymianę zdań, trafiając w tym samym czasie i do Rivery i Camareny, który zamiast kalkulować skrupulatnie jak to robił właśnie gremlin na tylnym siedzeniu, parsknął suchym śmiechem i klepnął dłonią w kierownicę.
一 Odkąd wyrwałem tego wypłosza z wiaty śmietnikowej. Estella przygarnia takich jak bony rabatowe w warzywniaku, więc będą jakieś... siedem lat?
一 Sześć. Nadal nie nauczyłeś się liczyć.
一 Rok nie robi różnicy 一 Diego machnął bezwiednie ręką w powietrzu, jakby kwestia dokładnej chronologii nie miała większego znaczenia. 一 Ale chuchro nadal tak samo pyskate. Jak ty z nim wytrzymujesz?
一 Diego dzielił ze mną pokój dopóki nie wyjechałem na studia 一 pospieszył z wyjaśnieniem, jednocześnie przewracając oczami. 一 Jeżeli myślisz, że moje kuchenne eksperymenty i interaktywne ekspresy do kawy to uciążliwość, nie masz pojęcia co z nim przeszedłem. I... hej.
Milo zmierzył go uważnym spojrzeniem, przez chwilę milcząc i lekko zaciskając usta; przedłużająca się nerwowość u Gauthiera była czymś nietypowym, zwłaszcza, że po dwóch lotach powinien był już stanąć na nogi. Coś, co początkowo wziął niesłusznie za chorobę lokomocyjną najwyraźniej miało zupełnie inne podłoże, a ponieważ Rivera niekiedy sprawnie łączył wątki...
一 Czy ty się boisz Estelli? 一 zapytał przeciągając sylaby, ściszonym głosem, by Diego nie wykorzystał tego przy nadarzającej się okazji z czystej złośliwości. 一 Spójrz na niego 一 mruknął mu na ucho, wskazując brodą w stronę Camareny. 一 Skoro wzięła go pod dach, to chyba nie masz się czym przejmować, hmm?
Dzielnica w jakiej mieszkali nie przypominała ekskluzywnych, zamykanych podmiejskich osiedli. Wzdłuż ulicy, której nawierzchnia od lat prosiła się o gruntowny remont ciągnęły się dwu, góra trzypiętrowe kamienice z rudej cegły i osypującego się, popielatego tynku. Monotonię okolicy przełamywały jednak kolory własnoręcznie wykonanych szyldów maleńkich sklepów należących głównie do miejscowych, kwiaty w doniczkach przyklejone do schodów, parapetów i balkonów oraz akty dziecięcej kreatywności rozmazane kredą na chodnikach. Wysokie drzewa wciąż gościły gdzieniegdzie w gałęziach wielobarwną bibułę, zapewne po Święcie Zmarłych, a w oknach paliły się światła na znak, że właśnie trwała pora obiadowa.
Zatrzymali się pod warsztatem, którego jedna jedyna witryna oraz drzwi zasłonięte zostały stalową, przeżartą przez miedź roletą.
一 Tu pracowałem przez cztery lata żeby zarobić na studia 一 zagadnął Gauthiera, gdy po przejażdżce życia z ulgą wypakowywali swoje torby i kurtki z samochodu. 一 Mieszkamy nad sklepem, trzeba będzie wejść od tyłu. Diego, wziąłeś klu...
Zamilkł, bo okno nad ich głowami otworzyło się z hukiem; z góry patrzyła na nich kobieta, którą Dylan miał prawo kojarzyć ze starego zdjęcia, z tą różnicą, że dziś zrezygnowała z kapelusza na rzecz ciasnego koka schowanego pod wzorzystą, kolorową chustą. Omiotła ich spojrzeniem - na każdym z osobna zatrzymując krótko wzrok - po czym pokręciła głową z dezaprobatą.
一 I puścić go samego, to dojedzie jak wszystko zimne leży! 一 huknęła z góry, sprawiając, że zarówno Milo jak i Diego wyprostowali się jak podczas żołnierskiej musztry. Wymienili się jedynie znaczącym spojrzeniem. 一 Na górę! Ándale, bez wymówek! Chłopaka wieźli przez pół miasta, pewnie okrężnie, pewnie głodny, zupełnie niepoważni...!
Okno zatrzasnęło się z powrotem i obaj zgodnie odetchnęli z ulgą.
一 Cóż, nam nie przysługuje już taryfa ulgowa, ale ty wciąż się najwyraźniej łapiesz. To dobra wiadomość.
Po wspięciu się na górę po wąskich, powycieranych stopniach przywitało ich jasne, pstrokate od kolorów, obrazków rozmaitych świętych i bibelotów mieszkanie. Ciasne, mieszczące ledwo kuchnię, salon, w jakim główną rolę odgrywał zastawiony stół (wbrew zapowiedziom pani Flores z wazy wciąż przyjemnie parowała gorąca zupa z soczewicy), klaustrofobiczną łazienkę i sypialnię pani domu mimo wszystko zostało schludnie wysprzątane. Dopiero gdy przepychając się przez korytarz Milo wskazał na klapę z której ściągało się schody wyjaśniło się gdzie znajdował się pokój w jakim mieli spędzić najbliższe kilka dni.
一 Postawiłem ściankę działową 一 obwieścił Camarena, gdy poganiani przez Estellę poszli we trójkę myć ręce w kuchennym zlewie.
一 Czas najwyższy 一 odburknął Rivera, chyba wciąż urażony za dyskusję w samochodzie. Wszystko to jednak przyciszonymi głosami, bo żaden nie chciał ryzykować rozjuszeniem gospodyni.
一 Gość do stołu, wy dwaj poznosić naczynia. Daniel, tak? Chodź, opowiedz jak minęła podróż.
Dylan Gauthier
It''s beginning to look a lot like fuck this
: śr gru 24, 2025 1:00 am
autor: Dylan Gauthier
Przez ostatnie miesiące zdążyli przebyć niesamowite dystanse w kwestiach bliskości, wzajemnego dostosowywania się do swoich potrzeb, odkrywania skrupulatnie chowanych za zasłonką szkieletów i uczenia się z nimi bytować. Dość szybko okazało się, że ich dotychczasowa przyjaźń, chociaż szczera, prawdziwa i stabilna, była dość powierzchowna, wręcz naiwna. Nie było w tym absolutnie nic dziwnego czy zaskakującego - znali się od roku i cenili sobie swoje towarzystwo, jednak nigdy nie poruszali kwestii drażliwszych czy głębszych. Naprawiali to stopniowo, a porządkując swoje wspólne życie naturalnie odkrywali zakopywane przez lata elementy układanki tworzące ich nawet, jeśli nie chcieli otwarcie tego przyznać. Historie rodzinne, drobne skrzywienia, wady charakteru, pęknięcia wymagające ciągłej opieki - to wszystko tworzyło pełniejszy obraz tego, kim byli i kim byli gotowi dla siebie zostać.
Podczas całego tego procesu Dylanowi najwidoczniej umknęło wspomnienie o jednej kwestii, która ukształtowała jego dorosłe życie i aktualnie za to płacił. Zwykle nie było to istotne - nauczył się swojej lekcji, był ostrożny, kiedy mógł brał na siebie prowadzenie, a kiedy nie mógł czepiał się zbyt gwałtownych skrętów czy wręcz odmawiał wsiadania do samochodu bez dosadnej obietnicy ostrożności na drodze i działało to całkiem akceptowalnie. Zwykle jednak nie znajdował się na granicy ataku paniki na tylnym siedzeniu obcego samochodu, z nieznanym kierowcą sprzeczającym się z jego chłopakiem w środku niezbadanych terenów na drugim końcu kontynentu. W tej chwili szczerze pożałował, że nie przeprowadził tej rozmowy z wyprzedzeniem, w spokojniejszych warunkach. Słysząc zmartwienie w głosie Milo wyszukał jego oczy, jednak zanim zdążył zapewnić go, że jakoś da radę, o ile nie rozbiją się na najbliższym drzewie, Diego nazwał go słowem, jakie zdążył już poznać i momentalnie poczuł niesmak, kiedy usłyszał je w głosie innym niż Milo. Zostało to naprawione szybką reakcją i podkreśleniem przynależności, na które żołądek Gauthiera pierwszy raz od wyruszenia spod lotniska przewrócił się w ten przyjemny sposób. Po otrzymaniu swojej odpowiedzi na temat stażu ich znajomości był gotowy dać im dalej przepychać się słownie do woli, jednak facet na przednim siedzeniu trochę się zagalopował, zarabiając sobie obruszone spojrzenie spod zmarszczonych brwi. W ten sposób rzucone w jego stronę, zapewne retoryczne pytanie, nie mogło przejść bez odpowiedzi.
- Bezproblemowo. Może to kwestia podejścia? - zasugerował trochę szorstkim tonem, bo o ile rozumiał przyjacielskie przerzucanie się obelgami, sugestia jakoby Milo był ciężki do zniesienia była dla niego nie do przełknięcia. Zwłaszcza w tej chwili, kiedy nie posiadał swoich zwyczajowych pokładów cierpliwości. Ponownie zwrócił się w stronę siedzącego obok mężczyzny, kiedy ten zaczął dociekać konkretniejszych powodów jego zmiany w zachowaniu i w pierwszej chwili chciał się zaśmiać na sugestię, że bał się pani Flores, ale... Czy bał się pani Flores? Na pewno fakt, że nie spotkał jej zaraz po wyjściu z lotniska dał mu pewną dozę ulgi, jednak nie dociekał szczególnie skąd mogła wynikać. Teraz Rivera dał mu do myślenia i z każdą mijaną przecznicą coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że przygotowując się na wyjazd jakoś umknął mu fakt, że zostanie przedstawiony na dobrą sprawę najbliższemu co Milo miał do rodzica. I chyba zaczęło to do niego docierać. Przynajmniej komentarz na temat Diego dał radę wyciągnąć uśmiech na jego usta.
- Ej, to ty mi o niej naopowiadałeś. Jak już to twoja wina - odparł zniżonym tonem, lekko dźgając go w bok przez sweter. Potrzebował całej swojej samokontroli by nie zacząć dziękować niebiosom, kiedy samochód zaczął znacząco zwalniać, najwidoczniej zbliżając się do celu.
Po postawieniu pierwszych kroków na wciąż nieco chwiejnych nogach, Dylan zaczął ponownie nabierać kolorów i odzyskiwać humor. Zanotował sobie mentalnie, wielkimi czerwonymi literami, by unikać ponownego wsiadania do samochodu z Diego, chyba że w całkowitej ostateczności w stylu zbliżającego się kataklizmu czy ataku kosmitów.
- To... wiele tłumaczy - przyznał, rzucając okiem na warsztat. Taki staż w grzebaniu w maszynerii niewątpliwie odbijał się teraz na jego codziennym życiu. Ich codziennym życiu, jako że wszelkie jego innowacje aktualnie dotykały Gauthiera bardziej bezpośrednio niż kiedykolwiek wcześniej. Otrząsając się z resztek samochodowego spięcia, pomógł Milo z ogarnianiem bagaży. Akurat ukradkiem podbierał mu z ramienia torbę, by dołączyć ją do swojego plecaka, kiedy głos z góry sparaliżował obu jego towarzyszy podróży. Z opóźnieniem także podniósł wzrok na kobietę, która momentalnie skoczyła na szczyty jego wzorców do naśladowania. Przydałby mu się taki posłuch, kiedy próbował opanować dwójkę niesfornych dzieciaków bez najmniejszego poczucia obowiązku. Poprawił paski obu bagaży na ramieniu i zaśmiał się z nutą złośliwości w momencie, kiedy Estella zamknęła okno. Już zaczynał się całkiem dobrze bawić.
- Och, niewątpliwie. No, panowie, słyszeliście, czas najwyższy na trochę powagi, nie możemy przecież kazać jej na siebie czekać jeszcze dłużej - mruknął z tańczącym na ustach uśmiechem, przelotnie przesuwając dłoń w dole pleców Milo by zachęcić go do faktycznego pójścia przodem i pokazania mu drogi.
Po pokonaniu schodów na piętro Dylan potrzebował momentu na wchłonięcie wystroju niewielkiego mieszkania. Było przytulne, niewielkie pomieszczenia miały swój czar, dobór mebli trochę przypominał mu mieszkanie swoich dziadków, w którym spędzał niekiedy całe dnie, gdy jego rodzice byli zbyt zajęci swoimi sprawami. Jedynie ilość krzyżyków i oceniających oczu świętych obrazków dała mu poczucie, że powinien był zapłonąć tuż po przekroczeniu progu. Po odłożeniu toreb, zapoznaniu się z ukrytymi drzwiami na poddasze i umyciu rąk poczuł się jak wywołany do tablicy i zawiesił się wpół kroku, spoglądając na Milo jakby oczekiwał od niego ratunku. Potrzebował sekundy by przypomnieć sobie jego słowa z samochodu i przegadać się do ruszenia się z miejsca, dla dodania sobie otuchy przelotnie ścisnął jego dłoń i przetransportował się do stołu, zgarniając po drodze swój plecak. W końcu był na to przygotowany.
- Pani Flores, miło panią w końcu poznać osobiście. Dylan Gauthier - przedstawił się uprzejmie, wyciągając do niej dłoń i posyłając jej uśmiech przeznaczony dla, cóż, starszych pań, rodziców znajomych i klientów, kiedy jeszcze robił na kelnerce. - Droga minęła dobrze, trochę się dłużyła, ale już się odpłaciło. Milo nie kłamał, Kalifornia ma swój urok - przyznał, kontrolnie rzucając okiem w stronę chłopaka. Poznawanie nowych ludzi nigdy nie było dla niego problemem, jednak tym razem ciążyła na nim presja, którą sam na siebie nałożył. Naprawdę chciał, żeby Estella uznała go za... cóż, godnego partnera dla jej podopiecznego. Kucnął przy swoim plecaku, który oparł o nogę stołu i wyjął z niego bluzę, którą zaczął rozpakowywać jak papier prezentowy. - Właściwie chciałem przede wszystkim podziękować za gościnę, postaramy się nie sprawiać za dużo kłopotów i tak w ramach, hm, wymiany międzynarodowej. Mały upominek zza północnej granicy - podniósł się do pionu i wyciągnął w stronę pani domu wąską, wysoką butelkę wina lodowego. Nie był ponad wkupianiem się w czyjeś łaski, w tym wypadku jednak spędził trochę czasu łamiąc się nad odpowiednim podarunkiem i zdecydowanie wolał iść w tę stronę niż taszczyć przez granicę syrop klonowy.
- Nie wiedziałem tylko, że będziemy mieli więcej towarzystwa. Następnym razem obiecuję przywieźć ci breloczek z łosiem - tym razem zwrócił się w stronę Diego, rzucając mu na wpół przepraszający, na wpół rozbawiony uśmiech. Znacznie cieplejsze spojrzenie przeniósł na Milo. - Mogę w czymś pomóc? - upewnił się, nie czując się zbyt komfortowo z zadaniem nic nie robienia, co dało się zobaczyć po samym fakcie, że odmawiał faktycznego posadzenia tyłka przy stole, kiedy inne osoby przygotowywały zastawę do obiadu.
Milo Rivera
It''s beginning to look a lot like fuck this
: śr gru 24, 2025 2:36 am
autor: Milo Rivera
Mieszkanie, pomimo oczywistej biedoty, jaką dało się wyczuć gdy zwróciło się uwagę, było przystrojone tak, jak tylko pozwalał na to uszczuplony budżet. Nagromadzone latami ikony, wizerunki Maryi patrzące łagodnie z każdego kąta, koronki będące dziełem samej pani domu i tania sklejka, z jakiej zrobiono większość mebli opowiadała historię domu, który widział wiele i miał do zaoferowania więcej niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.
Tapeta ledwo trzymała się ściany, ale na framudze w przedpokoju dało się zauważyć ślady po markerze. Czerwone oznaczono literą D., niebieskie koślawym M. Wzrost mierzony latami, błękit nigdy nie dorównał czerwieni.
Na meblościance znajdowało się kilka fotografii, głównie Estelli ze świętej pamięci mężem, ale można było również zauważyć kilak fotografii innych dzieciaków, parę tych przedstawiających Diego, mniej takich, na jakich pokazywał się Milo. Jedną Dylan z pewnością kojarzył, była bowiem kopią tej, którą trzymał w portfelu. Inna, wykonana później, ta, o której Rivera zapomniał, została wykonana rok temu w wakacje, gdzie z nieco zmęczonym, ale zadowolonym uśmiechem (o wiele szerszym niż tym ze starszej fotografii) pozował z pismem potwierdzającym jego przyjęcie na studia. Był siódmym dzieciakiem z życiowego dorobku Estelli, oraz jedynym, który rzeczywiście dostał się na jakąkolwiek uczelnię.
一 Tak wiem, Daniel. 一 Kobieta uśmiechnęła się ujmująco, tak, jak robiły to zwykle starsze panie pełne najlepszych intencji. Ale w spojrzeniu pani Flores, poza dobrodusznością i ciepłem pobłyskiwało jeszcze coś, co z pewnością nie kwalifikowało jej do miana niedomagającej, ani broń boże - potencjalnej kandydatki do domu spokojnej starości. To, że czasami fikcja mieszała jej się z rzeczywistością była zupełnie odrębną kwestią.
Kobieta nie usiadła, zamiast tego poprawiła oprawione w ramki zdjęcia i spojrzała na Gauthiera tak, jakby prześwietlała właśnie jego duszę. Kto wie, może tak było.
一 Tak, pamiętam... 一 podjęła z namysłem, kiwając lekko głową. 一 Milo ma o tobie bardzo dobre zdanie, wiem, że się przyjaźnicie. Niedawno zamieszkaliście razem, prawda?
Milo naprawdę próbował. Starał się przekazać jej tę informację w sposób dosłowny, wiedząc, że sugestie nie zadziałają - nigdy nie działały, w tym domu wszystko mówiło się wprost - ale Estella jak na upartego, zgodnie zresztą z przyzwyczajeniami ludzi w jej wieku wolała udawać, że tej części narracji nie usłyszała.
Dopiero gdy Dylan zaprezentował butelkę wina jej uśmiech nagle rozciągnął się tak, jakby przewinienia (zawinione lub wymyślone, któż to wie) zostały wybaczone.
一 Och, nie trzeba było!
Ale dobrze, że nie przyszedł z pustymi rękami.
W tym czasie Milo i Diego, sądząc po odgłosach z jasno oświetlonej kuchni, dobrali się do zastawy i przepychali który udźwignie więcej. Estella zacmokała cicho, lok zakładając sobie za ucho tym samym gestem, który łatwo było podejrzeć u Rivery, pokręciła głową i wskazała brodą w kierunku źródła potencjalnych problemów.
一 Naprawdę chcesz się w to mieszać? Oni... JAK MI POBIJECIE ZASTAWĘ TO PRZEGONIĘ NA DWÓR! 一 huknęła w połowie zdania, gdy niepokojący, brzęczący dźwięk dobiegł z przedpokoju. 一 No ale jeżeli wolisz, to proszę bardzo. Zawsze byłam zdania, że lepiej jak kto angażuje się od progu zamiast chować się po kątach, to takie nienaturalne. Mój małżonek, na przykład... CZY WY MACIE COKOLWIEK W TYCH GŁOWACH?!
Salwa śmiechu jaka przebiła się aż do salonu nie pozostawiała złudzeń; Diego i Milo doskonale bawili się przy kompletowaniu zastawy, może nawet nieco zbyt dobrze i zbyt długo. Estella westchnęła jedynie i w końcu usiadła, zerkając znacząco od czasu do czasu na butelkę.
一 W każdym razie to dobrze, że Milo wreszcie znalazł z kimś wspólny temat. Nie wiesz, czy tam w tym zimnym kraju znalazł sobie jakąś porządną...
一 Powtarzam ci po raz nie wiem naprawdę który 一 wszedł jej w słowo Rivera, wkraczający właśnie w próg wraz z naręczem talerzy i sztućcami pobrzdękującymi w jednej z misek. 一 że nie jestem zainteresowany dziewczynami. Mój chłopak siedzi dosłownie obok ciebie, naprawdę musimy udawać, że...
一 ...bo chciałam ci zasygnalizować, że ta dziewczyna od Diazów, ta Beatriz, ona...
一 ...Estella...
一 ...bardzo w twoim typie. Blond, jasna taka, wysoka naprawdę, jak wyrosła w ostatnim czasie to...
一 ...Bea jest brunetką, jej rodzina w prostej linii pochodzi z Wenezueli i zawsze była niższa ode mnie, więc o czym ty...
一 ...i rozmawiałam z jej matką, nikt...
一 ...na litość boską, ona...
一 ...wiesz, że zawsze miała do ciebie słabość, przesiadywała w tym warsztacie i...
Milo trzasnął talerzami o stół odstawiając je nieco zbyt energicznie. Przez moment w salonie zaległa specyficzna cisza, która jednocześnie wydawała się dobrze znana pozostałym uczestnikom kolacji, a w tym samym momencie potrafiła budzić niewygodę u tych, którzy byli nienawykli. Przez parę sekund mierzyli się spojrzeniami, z obu stron bił ten sam upór i przekonanie o własnej racji.
一 Ale przecież...
一 Proszę.
Rzadko kiedy to robił, bodaj jeszcze nigdy z taką łagodnością i naciskiem, przez co nawet zacięcie Estelli skurczyło się i wycofało, zanim wynikłaby z tego jakaś awantura przy gościu. Kobieta spojrzała tylko na Gauthiera z zakłopotaniem, lekko zacisnęła usta, ale nic już nie powiedziała. Machnęła tylko ręką ponaglająco, by nalali sobie zupy, co Rivera zrobił osobiście, manewrując chochlą i wpierw polewając jej, następnie Dylanowi, a dopiero później z przyzwyczajenia uzupełnił miskę Diego, mimo, że ten wciąż był nieobecny i szukał czegoś w kuchni i na samym końcu sobie.
Cisza przy stole zupełnie nie przeszkadzała mu w jedzeniu, był cholernie głodny i wiedział zresztą z doświadczenia, że ten temat chwilowo miał z głowy.
一 Dylan jest świetnym kucharzem 一 zagaił, akurat gdy Camarena z buteleczką tabasco dosiadł się do stołu. 一 I też studiuje. Zna się na gwiazdach, sabías qué? Poza tym... 一 kątem oka wyłapał spojrzenie Gauthiera i posłał mu ciepły, zachęcający uśmiech. Pod stołem trącił go lekko stopą, wiedząc, że nikt inny nie zauważy. 一 Przyjechał tu ze mną z Kanady. Chciał was poznać, więc postarajcie się go nie zjeść na dzień dobry, hmm?
❁❁❁
Sypialnia na poddaszu, tak, jak opisał to Diego, została bardzo prowizorycznie podzielona na pół. Klapa i opuszczane schody znajdowały się na bardzo spontanicznie zaaranżowanym przedsionku pomiędzy jednym pokojem a drugim, z czego oba były podobnie klaustrofobiczne i duszne, mimo to tam, gdzie Milo wciągnął nieco zagubionego Dylana przed drzwi oblepione plakatami rakiet i skróconą tablicą Mendelejewa, było dostatecznie przytulnie by na chwilę zapomnieć o ciasnocie.
Materac rzucony pod ściankę działową był dostatecznie duży by pomieścić ich obu, jednocześnie mniejszy niż łóżko Dylana w ich mieszkaniu w Toronto. Na przemysłowych, stalowych regałach zalegały książki z czasów, kiedy jeszcze potrzebował podręczników, wiele z nich nosiło ślady ołówka, z innych wysypywały się kolorowe karteczki z jego odręcznym pismem. Brakowało okien, były tylko jedne wąskie drzwi balkonowe, prowadzące praktycznie prosto na barierkę, o jaką można się było najwyżej oprzeć w gorący wieczór. Drewniane rolety można było wedle upodobania złożyć, choć i tak przyjemniej było zostawić je rozwarte na boki, bo światło padające z ulicy było przyjemnie ciepłe i żywo pomarańczowe. Ostatnim elementem świadczącym o tym, że pokój bez wątpienia należał do pasjonata i hobbysty było kilka starych modeli Atari, jakie naprawił zanim zawinął się do Kanady.
一 Więc... to jest mój pokój 一 zaanonsował zbędnie, puszczając Dylana przodem, samemu zaś domykając za sobą drzwi. 一 Nie jest jakoś luksusowo, ale mam dobre wspomnienia, chociaż... 一 przerwał na krótko i uśmiechnął się szerzej, z urwanym śmiechem mącącym swobodną wypowiedź. 一 Jeszcze wtedy był większy, bo mieszkałem tu z Diego. Teraz jest za ścianą, dziwna nowość.
Z jakiegoś powodu czuł się cholernie niezręcznie i nie do końca wiedział dlaczego.
Z obiema dłońmi splecionymi za plecami ściągnął swoje nowe, pomarańczowe trampki, zostawił je przy drzwiach i usiadł na materacu patrząc wyczekująco na Gauthiera odkładającego po kolei wszystkie torby i plecaki, jakie uparł się zanieść na górę za jednym kursem.
一 Możemy się przebrać i... i możemy pójść na drinka do El Suspiro. Widać je nawet z mojego okna, to tam po drugiej stronie ulicy w prawo, na rogu.
Supeł jaki obciążał mu żołądek nie miał nic wspólnego z obiadem; to było zresztą widać na jego twarzy, ściągniętej w oczekiwaniu, jakby Milo spodziewał się wyroku. Wiedział, że to mieszkanie nie było pięciogwiazdkowym hotelem, nie było nawet zbliżone do standardów, do jakich przyzwyczaiło ich Toronto, ale o ile sam był nawykły, tak nie wiedział jakie zdanie na ten temat mógł mieć Dylan.
一 Chcesz... usiąść?
Dylan Gauthier
It''s beginning to look a lot like fuck this
: śr gru 24, 2025 5:15 am
autor: Dylan Gauthier
Próby przekonania kobiety do zapamiętania jego faktycznego imienia od razu wydały mu się całkowicie zbędnym spożytkowaniem energii, stąd został przy kiwaniu głową z uprzejmym uśmiechem. Tak samo potwierdził ich, faktycznie wciąż w miarę świeży, układ mieszkaniowy, nie czując potrzeby by poprawić przyjaciół na związek, kiedy obie opcje były poprawne i nie znajdował się tam dostatecznie długo by zacząć potencjalnie mieszać w atmosferze rodzinnej. Zakładał, że kobieta wiedziała, przynajmniej to zasugerował Milo podczas przedstawiania go Diego, jednak nie było to jego miejsce by od progu wyprowadzać ją z tego małego niedopowiedzenia.
Harmider zza ściany przyciągnął także i jego uwagę, w odróżnieniu od Estelli bez ciężkiej reprymendy czy nawet zaalarmowania. Łagodny uśmiech wpłynął na jego twarz, kiedy słuchał beztroskiego śmiechu, poszerzając się tylko na typowo matczyne upomnienia płynące z ust gospodyni.
- Z całym szacunkiem, wątpliwe - odparł na pytanie, które ta zadała dwójce, zdaje się małych chłopców, w pokoju obok. Miał wrażenie zaglądania do innego świata. W teorii znajdował się tam osobiście, fizycznie i brał udział w rozmowie, jednocześnie czując się jakby obserwował z boku tę cząstkę życia Milo, jakiej nie miałby okazji zobaczyć gdziekolwiek indziej. Od wyjścia z samolotu był inny, odrobinę bardziej żywotny, nakręcony, jakby oddychanie kalifornijskim powietrzem dawało mu coś, czego nie miał w Toronto. Na przykład jod.
W tej chwili nie widział nigdzie tego niepewnie poruszającego się w towarzystwie chłopaka manewrującego w nowym mieście, bo nawet po całym tym czasie spędzonym w Kanadzie wyraźnie nie było to jeszcze jego miejsce na ziemi. A zauważalne było to zwłaszcza teraz, kiedy miał namacalne porównanie. I być może dalej odpływałby trochę dalej od chwili obecnej, słuchał jego śmiechu i szczerzył się jak zakochany nastolatek, gdyby następne, niedokończone pytanie pani Flores nie cofnęło go gwałtownie na ziemię z głęboką zmarszczką między ściągniętymi brwiami. A później poszła lawina. Drgnął nerwowo na huknięcie stosu talerzy i obserwował ze swojego miejsca wymianę zdań, bynajmniej nie zamierzając się w to pakować i pogarszać sytuacji, dopóki nie był faktycznie potrzebny. Zamiast tego zwiesił spojrzenie na Milo, szukając w jego mimice twarzy i mowie ciała sygnałów alarmowych, gotowy w każdym momencie zabrać go z sytuacji stresowej. Przez kilka napiętych chwil wszelkie ich plany spłynęły na boczny tor, starczyłoby jedno słowo czy nawet jedno znaczące spojrzenie by Dylan był gotowy przewrócić to wszystko do góry nogami i ich stamtąd ewakuować, jednak dyskusja zamknęła się na jednym słowie. Złapał krótki kontakt wzrokowy z Estellą, tym razem zamiast otwartego, przyjaznego spojrzenia przechylając się w stronę bardziej ostrożnego, badawczego. Bo chociaż gdzieś tam zależało mu na jej aprobacie, dobro Milo było niezmiennym priorytetem i to jak jego nastrój diametralnie zmienił się w ciągu kilku sekund nie sprawiało by miał ochotę przymilać się do osoby za to odpowiedzialnej.
Następujący po szorstkiej wymianie zdań powrót do względnej normalności bynajmniej mu się nie udzielił, chociaż zabrał się za jedzenie niedługo po Milo, rzucając mu kontrolne spojrzenia nad stołem. Tym bardziej nie spodziewał się przewrócenia tematu rozmowy na siebie, chociaż czując zaczepkę pod stołem odpowiedział mu uśmiechem i usiadł trochę prościej, ponownie trochę się rozluźniając. Uniósł nieznacznie brwi na wspomnienie o byciu zjedzonym na dzień dobry, jakby niemo kwestionując czy naprawdę tak nisko oceniał jego zdolność przetrwania.
- Chętnie pomogę z gotowaniem, jeśli nie miałaby pani nic przeciwko dodatkowej parze rąk - podłapał kwestię poruszoną przez Milo. Mógł się na coś przydać, uzasadnić jakoś swoją obecność w ich domu i może zaoferować gałązkę oliwną kobiecie, która próbowała zeswatać jego chłopaka z sąsiadką.
Reszta posiłku minęła bez dodatkowych ekscesów, przynajmniej żadnemu talerzowi nie zagroziło rozbicie w drobny mak i Dylan z pewną ulgą wspiął się za Riverą na poddasze. Ilość przeżyć jakie kumulowały się od kiedy opuścili komfortowe cztery ściany swojego mieszkania zaczynała być absurdalna, a dzień był jeszcze długi. W międzyczasie zdążył nawet zatęsknić za niewygodnym fotelem w samolocie, na miejscu tuż obok płaczącego dzieciaka, w co nie uwierzyłby za nic zaledwie dobę wcześniej. Usunięcie się do prowizorycznej prywatności już od postawienia pierwszego kroku w pokoju Milo zdziałało cuda i nie chodziło nawet o fakt, że zostawili resztę tej patchworkowej rodzinki piętro niżej. Gauthier odłożył wszystkie ich rzeczy w jednym kącie, by nie zabili się o żaden luźny pasek od torby kiedy zapomną o nich za kilka minut, rozglądając się ciekawsko po ścianach i meblach, a przede wszystkim ich zawartości.
- Jest bardzo... Milo - podsumował krótko na wspomnienie o braku luksusów. Nie spodziewał się ich, za to wkroczenie prosto w przestrzeń będącą tak bardzo jego oddawało mu odrobinę komfortu, jakiego brakowało w reszcie mieszkania udekorowanego przez Estellę. Przeciągnął palcem po grzbietach książek, sprawdzając z czym na co czynienia i bardzo otwarcie myszkując, jakby miał znaleźć między nimi jego sekrety z czasów nastoletnich. - To gdzie masz jakiś pamiętnik, którego absolutnie bym nie przeczytał? - rzucił przez ramię i chociaż raczej żartował, jeszcze przez chwilę bardzo uważnie przeczesywał spojrzeniem regał. Dopiero na wspomnienie o wyjściu na miasto oderwał się od tego wielce zajmującego zadania, chociaż bardziej zainteresował go ton głosu Milo. Coś było nie tak, może nie w ten sam sposób jak przy stole, ale atmosfera była dziwacznie zagęszczona.
- Oczywiście, w końcu obiecałeś mi randkę - potwierdził ich plany odwiedzenia knajpy, spoglądając w stronę okna by sprawdzić czy był w stanie namierzyć ich następny cel podróży. Faktycznie mieli blisko. - Ale nie musimy się tak od razu zrywać. Chętnie jeszcze trochę pozwiedzam twój pokój - przyznał, bo chociaż byłby w stanie zebrać się do wyjścia od razu, opcja posiedzenia chwilę sam na sam brzmiała kusząco. - To tej ściany tu nie było? I coś jeszcze ci się tu pozmieniało czy straciłeś tylko słoneczną osobowość Diego? - dopytał, przyjmując jego zaproszenie i skopując trampki po drodze na materac. Usiadł obok niego, krzyżując pod sobą nogi i podpierając się dłońmi o pościel. Obrzucił go uważnym spojrzeniem, wydął wargi w zastanowieniu i stłumił łagodne wzniesienie kącika ust.
- Czy to ten moment, w którym rzucasz mnie dla tamtej wysokiej blondynki? - upewnił się, szturchając zgiętym kolanem jego nogę, by spróbować go trochę rozluźnić. Może chociaż na tyle by powiedział mu co tak właściwie było na rzeczy. Jakby miał zgadywać strzelałby właśnie w sprzeczkę z Estellą - chociaż zdawało się jakby temat został zakończony jeszcze przy stole, nie zdziwiłby się jakby zawisł nad nim na dłużej. Jakby podobna sytuacja zdarzyła się w jego domu rodzinnym, nie obyłoby się bez trzaskania drzwiami i awantury na dobre kilka tygodni. Tutaj zdawało się to działać trochę inaczej, trochę bardziej gwałtownie, ale jednocześnie kwestie sporne wygasały w przeciągu jednego posiłku. Brak reakcji na całą dyskusję ze strony Diego powiedział mu naprawdę wiele o częstotliwości takich awantur.
Milo Rivera
It''s beginning to look a lot like fuck this
: czw gru 25, 2025 12:54 am
autor: Milo Rivera
Milo obserwował go uważnie siedząc po turecku na materacu, nie do końca będąc w stanie stwierdzić, czy większym supłem są w tym momencie jego nogi czy żołądek.
Nie wiedział czy Dylan przyleciał z nim do Sacramento z oczekiwaniami, a jeżeli tak, nie wiedział jakimi, dlatego każda najdrobniejsza zmarszczka, każde uniesienie brwi, najbardziej błahy komentarz lub przystanięcie Rivera próbował analizować jak preparat pod mikroskopem - mimo, że była to domena Gauthiera.
Jest bardzo... Milo.
Odetchnął płytko pod nosem, czując, że jakaś część ciążącego mu ciężaru usunęła mu się z ramion; wyglądało na to, że nieoczekiwanie ten dzień był stresujący dla nich obu, aczkolwiek z zupełnie innych powodów.
一 Gdzie mam co? 一 zapytał retorycznie, z ironicznym uśmiechem, choć jego spojrzenie na krótko odbiegło zastanawiająco gdzieś w bok. Nagle wąskie drzwi pokryte łuszczącą się białą farbą olejną stanęły w centrum jego uwagi. 一 W życiu nie pisałem pamiętnika, za kogo ty mnie uważasz? 一 prychnął cicho, kłamiąc jak z nut.
Na krótko po zaaklimatyzowaniu się w mieszkaniu Estelli kiedy bezdomność i dzikość zawleczona z ulic odrobinę z niego wywietrzały, Milo spisał kilka urywków i własnych przemyśleń, z tym, że papier nigdy nie wydawał mu się godny zaufania. Jego pamiętnik zajmował około trzystu kilobajtów na dysku twardym jednego z laptopów, które Dylan minął zaledwie chwilę temu. Bez okładek, za to w elegancko zabezpieczonym pliku w formacie pdf.
Nie byłby w stanie przypomnieć sobie hasła, pamiętał za to, że wciąż miał przyklejoną do monitora podpowiedź: 01000110 01010101 01000011 01001011 01011001 01001111 01010101 01000100 01001001 01000101 01000111 01001111.
一 Ran—... ach. Tak, no właśnie odnośnie tego wyjścia, bo... 一 zawiesił głos, patrząc jak Gauthier pozbywa się uprzejmie trampek zanim wpakował się na materac. Wystarczyło, że uniósł głowę i napotkał jego roziskrzone, szczenięce spojrzenie by reszta tego co chciał mu powiedzieć uwięzła mu w gardle. Przełknął więc nerwowo ślinę, palce obu dłoni złożył w przeplatany koszyczek i wstrzymał na krótko powietrze w płucach licząc, że pomoże mu to zebrać myśli, a jeśli nie, to przynajmniej nieco zyska na czasie. 一 Bo chodzi o to, że tutaj musimy być trochę bardziej dyskretni niż w Toronto. To nie jest... w sensie, Diego rozumie, Estella potrzebuje czasu, ale widzę, że lubi cię tak czy inaczej. Z resztą może być większy problem, to nie jest najbardziej tolerancyjne środowisko na jakie można trafić w Sacramento, okay?
Chciał, by Dylan dobrze go zrozumiał, bo wiedział jak łatwo można było tę kwestię nadinterpretować. Wpatrzony w niego jak w święty obrazek, z obiema dłońmi złożonymi jak do modlitwy, na których palcach podpierał teraz w skupieniu brodę, próbował wyczytać czy przekaz był wystarczająco jasny. Nie wstydził się go - po prostu obawiał się ewentualnych konsekwencji, na jakie nie chciał go bez potrzeby narażać.
一 Nie sądzę, żeby ktokolwiek zrobił ci krzywdę wiedząc, że za ciebie ręczę, Diego też na pewno by na to nie pozwolił 一 ciągnął dalej, by dać mu pełniejszy obraz aktualnej sytuacji. 一 ale nie chcę, żebyś musiał wysłuchiwać komentarzy. I tak jesteś tu dość łatwym... mhmm, celem, wybacz, że tak to określę, ale wiesz o czym mówię, tak? Dylan, ja się po prostu martwię, nic poza tym.
Pozwolił sobie na chwilę ciszy, tym samym dając okazję Gauthierowi do uporządkowania sobie nowych informacji we własnym zakresie. Wciąż jednak spoglądał na niego z mieszaniną troski i przebijającego ponad wszystko lęku, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie zawsze potrafił sprawnie komunikować co ważniejsze tematy.
一 Na pewno się domyślają, a jeżeli nie, to to zrobią prędzej czy później. Przynajmniej część z moich znajomych, nie wszyscy są szczególnie yh, lotni, prawda, więc nie zabraniam ci sugestii - choć pewnie jak zwykle niewiele z nich wyłapię, wolałbym jednak, żebyś się trochę zdystansował. Tylko na kilka godzin, obiecuję, że ci to później wynagrodzę, zgoda?
Nie wiedział jeszcze jak, ale kiedy Rivera już dawał słowo, zwykle się go trzymał, Dylan mógł zatem liczyć na rekompensatę za niedogodności.
Na dole echem odbijał się ledwo słyszalny dźwięk telenoweli, a znając jej zwyczaje Milo mógł śmiało założyć, że Estella albo miała lada moment zasnąć w fotelu z kieliszkiem wina otrzymanego w prezencie, albo już spała jak kamień.
Cichy szelest obciążonej dłońmi narzuty zaanonsował jego rzadko inicjowaną bliskość; Rivera wychylił się w przód na kolanach, jedną ręką wsparł się o materac, drugą oparł Gauthierowi o kolano i z nowej perspektywy - od dołu - spojrzał na Dylana z powoli kształtującym mu się na ustach przepraszającym uśmiechem. Coś jednak zauważył bo zmarszczył momentalnie brwi, wzrok utkwił bardziej przy lewej skroni mężczyzny i odetchnął niemal bezgłośnie przez uchylone wargi. Na chwilę cofnął rękę i z kolana uniósł ją wyżej, by odgarnąć mu pasmo jasnych, tracących reżim poprzedniej schludnej fryzury włosów. Parsknął znów bezdźwięcznie, kiedy wróciło z powrotem w to samo miejsce.
一 Ale zabiorę cię gdzieś, może jutro? Obiecuję, że... 一 Jego spojrzenie pomknęło w kierunku znajomych, budzących w nim irracjonalny sentyment błękitów, a sam przysunął się jeszcze bliżej, jednocześnie prowadząc małą kampanię zachęcającą do współpracy w uprzednim temacie oraz testując swoje wciąż badane granice. 一 ...będziemy sami.
Nadal nie do końca rozumiał dlaczego i w jaki dokładnie sposób działał na Gauthiera, który w niektórych sytuacjach wpatrywał się w niego jak w objawienie. Nie pojmował, przez kilka miesięcy czuł się wręcz nieswojo, a dopiero od niedawna postanowił poświęcić temu zjawisku więcej uwagi. Jak dotąd zauważył kilka zaskakujących słabości, które - jak mu się wydawało - wprawiały Dylana w stan osobliwego zawieszenia, tak, jakby w jego głowie uruchomiło się na raz o kilka procesów za dużo, lub jeden przebił się na tyle priorytetowo, by spowodować przerwanie systemowe. Jemu też się to zdarzało, głównie wtedy, kiedy w sklepie widział nowy smak płatków Kapitana Cruncha, bezdomnego kota przebiegającego po osiedlowym parkingu, albo jakąś nowostkę technologiczną. Och, albo schludnie napisany kod.
Wyjątkowo nie czuł się aż tak zażenowany, gdy wsparty na kolanach i wyprostowanych rękach zmusił Gauthiera do odchylenia się w tył w siadzie, co automatycznie wywołało szeroki, usatysfakcjonowany uśmiech oraz poblask obsesyjnej wręcz ciekawości budzącej się bardzo powoli, ale zauważalnie.
Tym razem z uwagi na mocno diagonalną pozycję ich twarze znalazły się na tej samej wysokości, na tyle blisko by Milo mógł spojrzeć na niego spod gęstej woalki rzęs bez potrzeby mrużenia oczu by dostrzec detale.
Dylan, na przykład, miał jego zdaniem absolutnie przepiękny łuk kupidyna i przez moment naprawdę nie potrafił zmusić się do oderwania wzroku, jak łakome dziecko wpatrzone w watę cukrową przez szybkę.
一 Więc... 一 zaczął dla efektu powoli, z udawanym wahaniem, jakby bardzo uważnie ważył kolejne słowa; wyłapał ten patent na filmie i chciał koniecznie sprawdzić, czy coś tak głupiego faktycznie działało w rzeczywistości. 一 ...mam ci opowiedzieć o Diego, czy o tej blondynce, dla której miałbym cię odstawić?
Dylan Gauthier
It''s beginning to look a lot like fuck this
: sob gru 27, 2025 5:05 am
autor: Dylan Gauthier
Temat pamiętnika zaczął na żarty, ot przelotny komentarz co do tego co tak naprawdę chciałby znaleźć między książkami, jako że w czasie od opuszczenia samolotu zdobył nowy cel całego wyjazdu - nie chodziło o samo zwiedzanie, nawet nie o wspólne spędzenie świąt, a dowiedzenie się ile mógł o tej nowej odmianie Milo widzianej tylko na znajomym terenie. I o ile wcześniej nie miał wyrobionej opinii, aktualnie bez dwóch zdań miał go za osobę piszącą pamiętnik, oceniając po samym tonie głosu w jakim zaczął zaprzeczać. Posłał mu powątpiewające spojrzenie ze znacząco uniesioną brwią, wymruczał nieprzekonane "mhmm" pod nosem, ale zostawił temat w spokoju. Koniec końców chodziło o prywatność, do której miał pełne prawo nawet z Dylanem myszkujących mu po półkach. Ostatecznie jednak wylądował z nim na materacu i ponownie poświęcił mu całą swoją uwagę, zwłaszcza kiedy ten zaczął się mieszać i gubić w słowach. Zmarszczka między brwiami dowodziła temu jak bardzo na serio brał sobie nowe informacje, odpuszczając sobie na chwilę robienie żartów na każdy możliwy temat. I chociaż większość czasu trzymał się względnie neutralnej mimiki, na samo wspomnienie o dystansie instynktownie się skrzywił i odbił spojrzeniem gdzieś w bok na kilka sekund, zanim znalazł słowa.
- Nie musisz mi... To nie twoja odpowiedzialność, żebyś musiał mi to rekompensować. Wiesz, to nie jest moje pierwsze rodeo, a Kanada wbrew wszelkim pozorom nie jest rajem na ziemi. Starczy słowo i będę się zachowywać - obiecał, przede wszystkim chcąc wyciągnąć go z tego bezpodstawnego przekonania jakby to on był czemukolwiek winny w kwestii swoich nietolerancyjnych znajomych. Jasne, Gauthier dotarł już do tego momentu w życiu, gdzie aktywnie odmawiał by inni ludzie ustawiali mu egzystencję, stąd na co dzień był bezkompromisowo sobą, jednak posiadał jeszcze dość instynktu samozachowawczego by nie wystawiać się na zbędne ryzyko. Nawet jeśli tylko w celu zachowania komfortowej atmosfery. Minęło już trochę czasu od kiedy ostatnio musiał zastanawiać się czy dostanie w twarz za złapanie kogoś za rękę i o ile przypomnienie o tej możliwości nie do końca mu się podobało, nie zamierzał w żaden sposób zwalać tego na Milo.
- Zobaczymy na ile umiem wrócić do sierpnia. Jak to leciało? Brachu, stary, ziom - wyliczył, ponownie zaczynając się uśmiechać, i tyle by było z momentu powagi, nawet jeśli potrzeba porzucenia na wpół ironicznych pieszczotliwości wydawała mu się niemalże bolesna. Zdążył się przyzwyczaić do wyskakiwania z mon chéri, kiedy akurat miał lepszy humor.
- I czekaj, cofnij, "łatwym celem"? - powtórzył, jako że zdecydowanie nie wiedział o czym on mówi i miał wrażenie, że ominęła go jakaś wyjątkowo istotna informacja. - Doceniam, że się o mnie martwisz, ale nie musisz, wierz mi, że umiem sobie poradzić. Nie wiem tylko co myślisz, że może mi się tutaj stać - przyznał, wyraźnie nie pojmując dlaczego Milo nagle pisał czarne scenariusze. To co dotychczas widział nie dało mu przekonania, że może zginąć po drodze do knajpy na rogu ulicy, jednocześnie pierwszy raz wystawił nos z Kanady i równie dobrze mógł nie wiedzieć nic o tym jak działała reszta świata.
Jeśli jednak potencjalne niedogodności miały być mu przedstawiane w zestawie z niecodziennym spoufalaniem się, mógł przyjąć jeszcze kilka innych zagrożeń dla swojego zdrowia, życia czy dumy. Był prostym człowiekiem, a jeszcze łatwiejszym do rozproszenia, kiedy dotyczyło to Rivery. Czując dotyk na kolanie i łapiąc z nim kontakt wzrokowy, zdawał się zapomnieć o bożym świecie, a tym bardziej o tematach nie do końca mile widzianych. Kiedy ciemne tęczówki popłynęły w bok, sam także spojrzał w stronę swojej skroni, co nie dało mu absolutnie nic poza dodatkowymi pytaniami, gdy Milo z pewną fascynacją ruszył jego włosy.
Błysk entuzjazmu w jego własnych oczach na samo wspomnienie o kameralnym wyjściu i szansie na odrobinę prywatności mógłby wydawać się wręcz żałosny, zwłaszcza, że i tak na co dzień spędzali ze sobą już lwią część swojego czasu wolnego, jednak Dylan nie zamierzał się tym przejmować. Mężczyzna, aktualnie zmuszający go do zgięcia rąk w łokciach by odchylić się w tył na materacu, miał stabilny chwyt na jego sercu i Gauthier bezwstydnie tracił głowę za każdym razem, kiedy ten znalazł się na wyciągnięcie ręki. A zwłaszcza, kiedy patrzył na niego w ten sposób.
- Oglądać gwiazdy? - podłapał plan, pamiętając jego sugestię z samochodu tyczącą się starej cegielni. W tamtym momencie ciężko było mu zareagować na to tak jakby chciał, jednak zakatalogował to jako kuszącą opcję. Ciekawiło go jak wyglądało nocne niebo tak daleko od domu. Skacząc wzrokiem między jego oczami a rozciągniętymi w uśmiechu wargami, z zauważalnie spłyconym oddechem wysłuchał pytania, na które być może miałby odpowiedź jeszcze kilka minut wcześniej. Teraz? Imię Diego niemalże go zaskoczyło, jakby zdążył zapomnieć o jego istnieniu, a pierwszą reakcją na przypomnienie tej nieznanej nie-blondynki było tylko wpuszczenie bezgłośnego śmiechu. Przekładając swój ciężar na jedną rękę, podniósł dłoń w górę, by pogładzić kciukiem konstelację piegów na kości policzkowej Milo i przeciągnąć dwoma palcami w dół boku jego szyi. I to było ostatnie ostrzeżenie jakie dał mu przed złapaniem go za przód swetra by przyciągnąć go na spotkanie swoich ust, jednocześnie odrywając drugą rękę od materaca i dając grawitacji zrobić swoje. Wylądował na płasko, oddech wypchnięty z płuc przez zmianę ułożenia wypuścił między jego wargi, a wszystkie nerwy w jego ciele zawiesiły się wesoło na Milo. Jego dotyku, zapachu, spojrzeniu jakie dawało radę rozpalić w nim nieokiełznany pożar w ciągu kilku krótkich sekund. I jeśli po wyjściu z tego pokoju miał zacząć trzymać się na dystans, musiał wyrzucić to z systemu póki miał okazję.
Milo Rivera
It''s beginning to look a lot like fuck this
: sob gru 27, 2025 3:32 pm
autor: Milo Rivera
racist language, discrimination
Zniecierpliwienie jakie mignęło mu przez twarz jasno dopełniło jaki stosunek do tego przymusowego powrotu do przeszłości miał sam Milo; na dylanowe
mon chéri wciąż zdarzało mu się reagować podobnie - na pozór - bo w rzeczywistości rozpływał się w środku jak przytrzymana w ręku czekolada.
Klepnął go karcąco w pierś i lekko wydął wargi z niezadowoleniem, jak złota rybka zamknięta nagle w zbyt ciasnym akwarium.
一 Dokładnie, łatwym celem 一 powtórzył, a słysząc, że Gauthier tym razem niewiele z tego rozumie, Rivera również odpuścił sobie kluczenie pomiędzy znaczeniami. 一 To jest trochę, no wiesz, nasza dzielnica? Z ręką na sercu, w czasach w jakich tu mieszkałem spotkałem na tej ulicy może pięciu czy sześciu białych? A i to z przypadku, bo turyści niewiedzący gdzie się zapędzili. Mieliśmy... incydenty.
Milo nabrał głęboko powietrza w płuca i przytrzymał je przez parę sekund, nie do końca pewny, czy wejście w szczegóły zachęciłby Gauthiera do pełnej współpracy z pełnym zrozumieniem problemu, czy przeciwnie, przeraziłoby go dość, by do końca świąt wzbraniał się przed wyściubieniem nosa z mieszkania.
Ale zanim zdążył podjąć tę decyzję, Dylan uczepił się entuzjastycznie propozycji wspólnego włamania się wypadu (Milo nie miał na tym etapie pojęcia czy Gauthier pojmował, że ich randka wiązała się ze złamaniem przynajmniej trzech przepisów obowiązującego w Kalifornii prawa) do cegielni, wyciągnął na wierzch obietnicę oglądania gwiazd na tutejszym niebie i Milo po prostu odpuścił mu na chwilę, by nie przygniatać go na raz ciężarem, jaki prościej było rozłożyć na mniejsze porcje.
一 Aha. Oglądać gwiazdy, tak jak obiecałem 一 przytaknął cicho, z cierpliwym uśmiechem pomagając mu rozeznać się w ogólnikowym planie na ich kolejne dni w Sacramento. 一 Chociaż myślałem też, że mógłbym zabrać cię na wybrzeże. To tylko dwie godziny autobusem, San Francisco jest mniej tłoczne o tej porze roku.
Tęsknił za bladozłotym piaskiem kalifornijskich plaż, za falami liżącymi brzeg, za słońcem roztapiającym się wschodem i zachodem na zmarszczonej tafli oceanu i mimo, że jego serce od dłuższego czasu podążało za Dylanem po kanadyjskich ulicach, które obaj przemierzali każdego dnia, jego dusza dawno temu została zapieczętowana w miejscach, które go ukształtowały.
一 Hmm? Co robisz? 一 Głupie pytanie, na dodatek zadane zbyt późno. Pomiędzy zakamuflowaną zapowiedzią intencji Gauthiera - jego palce kreśliły mapę nieba piegów na jego policzku - a kategorycznym chwyceniem za przód swetra i podstępem miał niewiele czasu na reakcję.
Impet upadku pochłonął łagodnie materac, a Milo poza karcącym, nieco zniecierpliwionym mruknięciem uśmiechnął się Gauthierowi prosto w usta w trakcie pocałunku, przecząc samemu sobie. Miał się zaraz cofnąć, wyprostować dłonie i zmitygować go dla porządku, ale rozmyślił się z jego pomocą. Tak po prawdzie, i właśnie potknął się o to spostrzeżenie, od paru dni nie mieli okazji na jakąkolwiek intymność, bo cała atmosfera wyjazdu trzymała ich w nerwowym napięciu na nogach. Stres związany z powrotem w bliskie jego sercu strony i na nim odcisnął piętno, jako że czuł się w obowiązku koordynowania całej przeprawy przez granicę.
Niby na zupełnie innych warunkach, miejsce też się różniło, ale raz czy dwa złapał się na tym, że przez zmarnowany planowaniem, pakowaniem i dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik odczuł jak przez warstwę mocno odległych wspomnień delikatnie prześwituje czerwiec 2011 roku.
W tym momencie jedyną rzeczą o jakiej myślał były miękkie, aktywnie mobilizującego go do reakcji wargi Dylana, smakujące jeszcze zupą z soczewicy i sokiem pomarańczowym, a więc czymś tak bardzo znajomym i domowym, że z zupełnie innych, całkiem niewinnych powodów, Rivera jeszcze bardziej utracił na chęci stawiania jakichkolwiek oporów.
Najczęściej, kiedy zdarzało się im już nawiązać tego rodzaju bliskość, Milo nie zamykał oczu do końca, głównie przez zaufanie zaśniedziałe od doświadczeń nabytych latami, takich, które zupełnie co prawda nie wiązały się z podobnymi sytuacjami, ale niestety również opierały się o fizyczność. Tym razem też nie zrezygnował całkowicie z obserwowania wszystkiego spod przymrużonych rzęs, stąd widział jak zmarszczka na czole Dylana rozprostowuje się pod wpływem przyjemnej dystrakcji. Jeżeli tego właśnie potrzebował by poczuć się tu bardziej na swoim miejscu, nawet nietykalstwo Rivery musiało zejść na dalszy plan.
一 Mogę... 一 mruknął między jednym pocałunkiem a drugim, prosto w szukające go na oślep usta. 一 ...lepiej... 一 przerywał jak pokierszowana winylowa płyta, po której igła skacząc spontanicznie produkowała poszarpany, niespójny przekaz. 一 ...jeśli chcia—... 一 Reszta niedokończonego zdania rozpuściła się gdy ich usta przegoniły jakikolwiek dystans, znów i znów, jako że Milo wyczuwając momenty, w jakich pocałunek dążył do nabrania głębi wycofywał się udając, że potrzebuje zaczerpnąć oddechu.
Pierwszy jednak raz odkąd ich relacja została otwarcie zdefiniowana, Milo czuł się bliski odrzucenia tego nawyku i sprawdzenia co mógłby odkryć, gdyby przepuścił pierwszą falę paniki między palcami.
Opierając się nad nim na łokciach po obu stronach głowy zapragnął zapuścić palce między jego jasne włosy, tak inne w odczuciu od jego własnych. Były prostsze, nie plątały się w trakcie ich przeczesywania, a ręce ślizgały się po nich przypominając w odczuciu przesypujący się w dłoniach piasek.
Dopiero wtedy Milo zatrzymał się nad jego twarzą nisko, musnął jeszcze wargami kant szczęki Gauthiera i opadł na niego powoli, całkiem płasko, twarz układając mu między brodą a obojczykiem.
一 Naprawdę wolałbym, żeby było inaczej, ale to jedna z tych dzielnic w której kolor skóry ma znaczenie. Gdybym puścił cię teraz samego, nie dotarłbyś na drugi koniec ulicy. 一 Płaska intonacja i brak dodatkowych ozdobników do jakich uciekał się gdy próbował ironizować jasno sugerowały, że wiedział o czym mówił i tym razem powaga wyparła z niego humor. 一 Kilka lat temu prawie przydzielili nam nieoficjalnie godzinę policyjną, bo w magazynie przy stacji znaleźli ciało jakiegoś białego chłopaka, a to teoretycznie nasz rewir, El Camino. Parę miesięcy później zaginął Manny od Ramírezów, mieszkał ile, sto metrów stąd? Znaleźli go dopiero pod Arcade w furgonetce Great White Junk Removal, więc nasi fantastyczni los perros oczywiście przyjechali, obstawili całą ulicę, przepytali każdego, choć wiadomo było, że kurwa to nie był nikt od nas, potem stwierdzili, że auto było kradzione i jak się pewnie domyślasz, wszystko utknęło.
Nie do końca pasowało to do obecnie prowadzonego klimatu historii sprzed lat, ale Milo poczuł irracjonalną chęć skubnięcia go zębami za płatek ucha, który miał od dłuższego czasu przed nosem. Nie rozpoznał w tym odruchu zakamuflowanej przez instynkt podświadomej chęci określenia terytorium dla własnego spokoju ducha.
一 I tak co jakiś czas sytuacja się powtarza, raz w jedną, raz w drugą stronę. Biali się tu nie pokazują, my nie pokazujemy się u nich.
Jedna z jego dłoni spoczywająca dotąd luźno na ramieniu Gauthiera pociągnęła w górę; Milo chwycił go częściowo za brodę, częściowo za kant szczęki i obrócił w swoją stronę by móc na niego zerknąć. Przez dłuższy czas milczał jedynie trzymając go pod presją swojego własnego spojrzenia i palców.
一 Nie pozwolę, żeby ktokolwiek ruszył cię kurwa palcem, rozumiesz? 一 odezwał się nagle, z mocą, twardo, tonem nie pozostawiającym miejsca dla jakichkolwiek wątpliwości. Rzadko kiedy obiema nogami wchodził w aż tak poważny tryb. 一 Ale to oznacza, że będziesz musiał trzymać się mnie. Żadnego wychodzenia samopas, żadnego zagadywania z własnej inicjatywy, żadnego oddalania się ode mnie choćby za próg warsztatu. Masz szczęście, że przez ostatnie kilka lat zdążyłem tu stać się całkiem przydatny. Większość z naszych znajomych to głównie mięśnie i kretyńskie poczucie humoru, a mózg to towar deficytowy, więc szanują kiedy ktoś akurat potrafi naprawić coś bardziej skomplikowanego od mikrofalówki, jak oczywiście standardowe przypierdolenie przestaje działać.
Odgarnął mu po raz kolejny dokładnie to samo upierdliwe pasmo włosów za ucho, a to, rzecz jasna, wróciło na swoje miejsce zaledwie sekundę później, wywołując niedowierzające, bezgłośne prychnięcie śmiechem.
Zbyt rzadko oglądał jego twarz z tak bliska.
一 Zrobimy tymczasową wymianę 一 wymruczał miękko, palcami obrysowując łagodny owal twarzy Gauthiera. 一 W Toronto to ja jestem beaner, brownie... och, ten akurat mnie już śmieszy, kojarzy mi się z ciastem. Pocho, to pewnie mi się jeszcze usłyszy. Fof nadal się zdarza. Ty pewnie oberwiesz jako güero, a przy niektórych gringo brzmi jak komplement. Blanco, machito, bolillo... hmm, przy tych być może odświeżę o sobie pamięć i złamię komuś nos. Zobaczymy jak rozwinie się wieczór.
Dylan Gauthier
It''s beginning to look a lot like fuck this
: ndz gru 28, 2025 4:53 am
autor: Dylan Gauthier
Dopiero bardziej cierpliwe, szczegółowe wyjaśnienie zaoferowało mu dostateczną wskazówkę co do powodu mającego postawić jego bezpieczeństwo pod znakiem zapytania. Przez prawie ćwierć wieku przemykał przez życie mogąc skupiać się wyłącznie na problemach rodzinnych i rozwoju osobistym, od edukacji po zyskiwanie środków do życia, gdzieś między tym wszystkim znajdując przestrzeń także na wyzwania budowania swojej społecznej siatki. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl by jego kolor skóry mógł mieć na to jakikolwiek wpływ. Starczyło jedno zdanie wypowiedziane przez Milo by przez myśl przeleciały mu jednocześnie tysiące wniosków, z których wyciągnął przede wszystkim fakt, że naprawdę nieszczególnie zdawał sobie sprawę ze swojej pozycji, oraz, że jego pojmowanie świata mogło wymagać pewnej restrukturyzacji. Przykładowo to, że przez całe życie szedł na łatwym poziomie i dopiero teraz dostawał do ręki działającego pada, mogło wymagać od niego trochę więcej czasu do pełnego zrozumienia.
San Francisco brzmiało jak przyjemna opcja na spędzenie dnia, podobnie zresztą jak wcześniej wspomniana cegielnia. Nie ściemniał, mówiąc, że był w stanie iść z nim wszędzie i nie zamierzał teraz zmieniać zdania. W życiu nie widział faktycznego wybrzeża, a ta konkretna lokalizacja posiadała przynajmniej kilka klubów brzmiących relatywnie interesująco, kiedy przeglądał opcje na spędzanie czasu w Kalifornii. Niemniej ani ta rozmowa, ani miasto, nie były nawet po części tak interesujące jak Milo poddający się mu bez walki, lądujący na nim bez szczególnych protestów i próbujący zaoferować mu coś między niecierpliwym naciskiem ust. Gauthier już od jakiegoś czasu prowadził pewną grę, zajmującą go bardziej niż jakiekolwiek wcześniejsze zainteresowanie czy nawet długotrwałe hobby, bo kiedy sprawdzał na ile może przepchnąć narysowane w piasku granice Rivery, wyciągane z mężczyzny reakcje zwykle potrafiły poprawić mu nawet tragiczny dzień. Zaczynał ostrożnie, od przelotnych dotyków, przez przytulanie w łóżku, do spontanicznych pocałunków i aktualnie dokładał do tego zarówno zaoferowanie Milo kontroli nad sytuacją, ze względu na pozycję, oraz aktywną i dosadną zachętę w formie dłoni zaplątanej w materiał swetra. Od momentu ściągnięcia go na siebie przytrzymał go jeszcze przez moment, po którym przesunął palcami po jego boku i zapuścił opuszki pod miękki materiał, gładząc pod nim jego talię. Gdy loki mężczyzny załaskotały go w podbródek, a ten zdawał się na nim całkowicie rozpłaszczyć, przebiegł palcami po linii jego kręgosłupa, drugą dłonią rysując spirale na jego łopatce przez warstwę ciepłego materiału. I słuchał. Przyjmował nowe informacje w milczeniu, jednak drobnymi gestami, w stylu mocniejszego przyciśnięcia opuszków do jego skóry, czy nawet pełnego pokiwania głową, dając mu znać, że wszystko to przyswajał, nawet jeśli w swoim czasie. Zachęcony do spojrzenia mu w oczy przekręcił głowę i znalazł w nich determinację, która posłała dreszcze w dół jego kręgosłupa. Samo wbite w niego spojrzenie było elektryzujące. Milo zdawał się być nastawiony na najgorsze i jako, że wszystko to toczyło się wkoło jego własnego bezpieczeństwa, nie do końca wiedział jak przyjąć i przyswoić nowe informacje. A tym bardziej jak na nie zareagować. Wstępnie skinął głową, akceptując jego warunki bez chęci dodawania do nich czegokolwiek więcej. Trzymać się blisko i nie wychylać, raczej leżało to w jego kompetencjach.
- Czyli... Ok, czyli podsumowując, jesteśmy w środku dzielni, której mieszkańcy będą mieli ze mną problem nawet jeśli sami jeszcze o tym nie wiedzą. To... dobra informacja, znaczy dobrze wiedzieć to teraz, niż zanim faktycznie stąd wyjdziemy i... - wypuścił oddech, tracąc ten konkretny tok myślenia i nie będąc w stanie go dokończyć. Skupił się na innych kwestiach, jego zdaniem bardziej naglących niż wcześniejsza rozmowa.
- Okay, nie. O ile zwaliłbyś mnie z nóg rzucając się w mojej obronie i niewątpliwie dałbym ci się przełożyć przez najbliższy blat... Oczywiście w celach stricte naukowych do zbadania wytrzymałości napięciowej materiałów... Nie chcę żebyś skakał w bójki i ryzykował, że ktoś tobie zrobi krzywdę. Jasne? I wiem, że tobie będzie trudniej to ignorować, ale pamiętaj, jak mi tego nie przetłumaczysz, to nawet tego nie zrozumiem. I naprawdę przetrwam kilka dni nazywania białasem. Jak dołączy do tego jakaś ciota to też przeżyję, nie pierwszy i nie ostatni raz. Tylko proszę, nie pakuj się w walki w obronie mojego honoru, bo nie jest tego wart - odparł, pochylając się by przycisnąć usta do jego burzy loków, jeszcze bardziej nieposłusznych po całym dniu drogi i wszelkich dodatkowych wrażeń, które zbierały się w zastraszającym tempie. Jednocześnie był w tym wszystkim hipokrytą i doskonale zdał sobie z tego sprawę, kiedy Milo wymieniał nacechowane rasowo obelgi wymierzane w niego na porządku dziennym i jedyne na co Gauthier miał ochotę to poprzestawianie przegród nosowych wszystkim przykładającym do tego rękę. W jego własnej głowie on sam miał do tego prawo, Rivera z kolei powinien ignorować problem.
- I mówisz, że muszę się ciebie trzymać blisko? Dla bezpieczeństwa, oczywiście. Tak jest dostatecznie blisko? - upewnił się z rozbawionym uśmiechem, przeczesując palcami jego włosy na czubku głowy, unikając jak ognia okolic wrażliwego karku. Wolał jeszcze nie dostać po łapach. - Bo mogę być bliżej - dodał, w ramach dowodu przekręcając się w bok by praktycznie przygnieść Milo do materaca. Zsunął się niżej by musnąć wargami jego podbródek, trącić nosem jego obojczyk i przylgnąć ustami do jego szyi, ostrożnie by nie zostawić po sobie zbędnych śladów. Chciałby, pewna uparta część jego jestestwa przypominała mu by miał wylane w narzucone zasady i ostrożność, jednak miał dość oleju w głowie by ją zignorować i odepchnąć się od materaca na wyprostowanych rękach.
- Daj mi pięć minut, przebiorę się w najbardziej heteroseksualne ciuchy jakie mam i możemy się zbierać - ogłosił, przysiadając na piętach i przekręcając się w stronę rzuconych na bok bagaży. Jeszcze chwila i nie ruszyłby się z miejsca, a nawet teraz spojrzenie w stronę Milo, odrobinę roztrzepanego po ich krótkiej przerwie na czułości, groziło by porzucił ich wszelkie plany na rzecz przeleżenia reszty urlopu w łóżku. Dla spokoju ducha musiał na chwilę w pełni poświęcić się przekopywaniu przez własny bajzel w plecaku.
Milo Rivera