Strona 1 z 1

small talk, big secret

: czw gru 18, 2025 6:47 pm
autor: Madox A. Noriega
17
Just a coffee break.
Nothing complicated.

Madox właściwie nie pił kawy, tylko taką po kolumbijsku, którą sam sobie robił w klubie. Nauczył kilka osób jak się ją parzy i to mu w zupełności wystarczało, ale dzisiaj wyszedł z Emptiness bez tego zastrzyku kofeiny, więc chciał, czy nie, to musiał wejść po drodze do jakiejś kawiarni.
Nie lubił tych miejsc, gdzie kolejki są ustawione pod same drzwi, a te kawy mają jakieś dziwne nazwy, które w ogóle mają mało wspólnego z kawą. Wybrał więc miejsce, które z zewnątrz wcale nie zachęcało, ale na google wyczytał, że mają nawet tę jego kawę po kolumbijsku.
Postał chwilę przy ladzie oczywiście wdając się w krótką rozmowę z baristą, pewnie na temat kawy, albo może Kolumbii, w której przecież Noriega był jakiś czas temu. Może nawet wypił tam taką kawę, albo dwie, chociaż on tam więcej wypił jednak rumu. W ogóle był zwolennikiem rumu, dlatego jeszcze pochylił się w kierunku dziewczyny, która mu tę kawę parzyła i zapytał, czy nie może mu do niej dolać trochę rumu, ale powiedziała, że nie, bo nie mają tutaj alkoholu. No szkoda, będzie musiał się zadowolić tą swoją kawką be żadnej wkładki. Wrzucił do puszki jakiś niewielki napiwek, bo kiedy już dostał papierowy kubeczek, to stwierdził, że kawa nie jest najgorsza, nie taka, jaką on sobie robi, ale niezła.
Odwrócił się na pięcie i miał stąd wyjść, lecieć dalej przed siebie, bo przecież Madox nigdy się nie zatrzymywał, gnał do przodu...
Tylko, że dzisiaj z tego jego pośpiechu wyszło to, że on z tym swoim kubkiem wpadł na jakąś blondynkę, na szczęście to Noriega miał jakieś takie wyczulone reakcje, że odskoczył, a tę kawę wylał... no właśnie prosto na swoją nową, kolorową koszulę, a nawet na kurtkę.
- Mierda, como caminas - kurwa, jak łazisz, mruknął po hiszpańsku. Ale może to i dobrze, bo może nie każdy go zrozumie, a on przecież zagregował trochę gwałtownie, ale Madox taki właśnie był, narwany.
Dopiero po chwili jego brązowe tęczówki przesunęły się po sylwetce kobiety, na która tak bezczelnie wlazł, tak, on na nią wlazł. Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy i przez chwilę to nie mógł uwierzyć w to co widzi, bo kogo jak kogo, ale jej się tutaj nie spodziewał. W ogóle nie spodziewał się, że jeszcze stanie twarzą w twarz z Beaumont. Przecież tak sprawnie jej unikał w klubie, w ogóle Toronto to takie duże miasto, mogli się mijać, z powodzeniem robili to przez tyle lat, a tu dzisiaj, proszę, stanęli przed sobą. Twarzą w twarz.
To jakiś świąteczny cud? A może jakiś żart od losu?
Madox obstawiał to drugie, bo w cuda to on wcale nie wierzył. Nawet obejrzał się przez ramię, jakby liczył, że zaraz ktoś mu powie, że to jakaś ukryta kamera. Ale wszystko biegło swoim normalnym torem, baristka parzyła kolejną kawę, a oni stali tak po środku, na przeciwko siebie, Noriega z tą kawą kapiąca z jego koszuli na podłogę.
- Anais... - zaczął, bo przecież doskonale pamiętał jej imię, ją, jakby widzieli się wczoraj, a nie kupę lat wstecz. Sięgnął do jakiegoś stolika obok nich, żeby wyrwać z serwetnika kilka chusteczek i wytrzeć nimi trochę tę kawę ze swojej koszuli, ale nie za wiele to dało. Jego brązowe oczy znowu spoczęły na twarzy blondynki.
- Kupę lat - powiedział powoli i zwinął te chusteczki, żeby wrzucić je do tego swojego kubka z niedopitą kawą. Bo jakoś stracił na nią ochotę, nawet się zamierzył, żeby wyminąć blondynkę i po prostu sobie iść, a jednak coś go powstrzymało, jakaś dzika ciekawość kazała mu stać w miejscu.
- Jak się masz? - zapytał przechylając na bok głowę, czy tak w ogóle mówi się do ludzi, których nie widziało się wieki? Madox nie wiedział, kompletnie nie wiedział co ma jej powiedzieć, a ta niezręczna atmosfera rosła z sekundy na sekundę.

Anais L. Beaumont

small talk, big secret

: śr gru 24, 2025 1:09 am
autor: Anais L. Beaumont
Dzisiaj dzień jak codzień... a może jednak nie. Dla Anais był to dzień wolny od pracy – rzadki luksus, który zdarzał się tak sporadycznie, że niemal zapomniała, jak smakuje wolność. Od ostatniego dnia, gdy mogła wyjść na miasto bez pośpiechu, minęło kilka tygodni. Wtedy kupiła kwiaty, zrobiła zakupy, napiła się kawy w kawiarni. Dziś postanowiła powtórzyć ten rytuał.
Toronto przywitało ją zimowym krajobrazem. Ulice tętniły życiem mimo chłodu – tramwaje sunęły po torach, a śnieg połyskiwał w świetle latarni, jakby ktoś rozsypał tysiące kryształków. W witrynach odbijały się kolorowe neony, a z pobliskiej piekarni dolatywał zapach świeżych bułek, mieszając się z aromatem kawy z kawiarni na rogu. Anais zatrzymała się przed jej drzwiami, wciągnęła głęboko powietrze i weszła do środka.
Wnętrze było jak mała oaza w środku zimowego miasta. Ceglane ściany kontrastowały z jasnym drewnem stolików, a na półkach stały rzędy ceramicznych kubków i słoików z ziarnami kawy. W powietrzu unosił się intensywny aromat świeżo mielonej arabiki, z nutą wanilii i cynamonu. Przy oknach ustawiono miękkie fotele w odcieniach zieleni i musztardowej żółci, na stolikach paliły się małe świeczki w szklanych lampionach. Za ladą barista z tatuażem na przedramieniu przygotowywał kawę z wprawą artysty – mleko wlewał tak, by na powierzchni tworzyły się perfekcyjne wzory latte art. Na tablicy kredowej wypisano menu ręcznym pismem: espresso, flat white, chai latte, obok kuszące ciasta – sernik z malinami, brownie z solonym karmelem.
Dźwięki kawiarni tworzyły spokojną melodię codzienności. Z gramofonu w rogu płynęły miękkie dźwięki jazzu – saksofon i subtelny rytm perkusji, jakby czas płynął wolniej. Co jakiś czas słychać było syk ekspresu, stuk filiżanek, cichy szmer rozmów i krótkie śmiechy. Od drzwi wpadał stłumiony gwar ulicy: odległy dźwięk tramwaju, kroki ludzi na chodniku, szelest zimowych kurtek. Anais usiadła przy oknie, zamówiła flat white i poczuła, jak ciepło filiżanki ogrzewa jej dłonie. Pierwszy łyk był jak obietnica – kremowa pianka, głęboki smak kawy, delikatna słodycz. W tej chwili wiedziała, że znalazła swoje miejsce na oddech. Wyjęła z torebki swojego kindle i zaczęła czytać, była już w połowie lektury kiedy nagle otrzymała wiadomość że niedługo będzie kurier z ważną dla niej paczką którą musi podpisać czy odebraniu. Zupełnie o tym zapomniała. Zamknęła swój czytnik chowając go z powrotem do torby i zakładając swój luźny czarny płaszcz na siebie ruszyła w stronę wyjścia. Jednak nie było jej dane zwyczajne wyjście z kawiarni, ktoś na nią nadepnął! Tak zwyczajnie i po chamsku, jeszcze miał czelność wyklnąć ją po hiszpańsku. Przez umysł Anais nawet nie przeszła myśl żeby udać że nie zrozumiała, zanim nawet zdąrzyłaby przetrawić tę myśl jej usta same wypaliły ripostę -
¡Pero caminas por la calle como una vaca sagrada!* – warknęła cicho pod nosem ale wystarczająco głośno że jej nowo poznany hiszpański kolega usłyszy. Dopiero gdy usłyszała swoje imię podniosła wyżej swój wzrok i zamarła. Kogo jak kogo ale tego osobnika na pewno nie spodziewała się spotkać w miejskiej dziczy jakim było Toronto.
- Madox..kupę lat. – zawtórowała mu przyglądając mu się uważnie. Bardzo dobrze go pamiętała z czasów akademii policyjnej kiedy to została przeniesiona z Quebec City do Toronto musiała odbyć kilka szkoleń i tam ich ścieżki się złączyły. Niedługo później każde z nich poszło w swoją stronę, byli ze sobą przyjaźni ale z tego co Anais pamiętała nie byli sobie za szczególnie bliscy, przynajmniej nie na tyle by zwierzać się ze swoich sekretów.
- Akurat mam dzień wolny i z niego korzystam zanim dostanę telefon i będę musiała się zwijać do biura. A ty? Zasiąknąłeś gdzieś jak kamień w wodę..- odpowiedziała bez emocjonalnie zakładając pasmyk włosów za ucho żeby jej nie przeszkadzał w koncentracji. Odbiła również piłeczkę w jego stronę. Co jak co ale Anais była dosyć ciekawską osobą z natury a jej kierunek kariery to tylko wyostrzył i nie umiała inaczej, a nawet bardziej nie chciała.


*A ty chodzisz po ulicy jak święta krowa!


Madox A. Noriega

small talk, big secret

: czw sty 08, 2026 5:36 pm
autor: Madox A. Noriega
- Primero que todo no es una calle, y segundo... ¿qué vaca? - po pierwsze to nie ulica, a po drugie... jaka krowa?, wypalił jeszcze zanim jego ciemne oczy rzeczywiście spoczęły na jej ślicznej twarzy. Twarzy, którą zaraz się okazało przecież znał, aż za dobrze. I ona też poznała jego, bo jej usta ułożyły się w jego imię. Za dużo ludzi go w tym mieście znało... Albo może on po prostu miał jakiegoś takiego pecha, że wpadał właśnie na takich, którzy go znali, a których on nawet nie zawsze przecież chciał oglądać?
Miał pecha zdecydowanie, bo ta kawa, która rozlała mu się po koszuli tworzyła piękną, wielką plamę, a przecież on właśnie miał coś ważnego załatwić. Jak w takiej brudnej koszuli? W pierwszej chwili sięgnął ręką do suwaka, bo może jak się zasunie to nie będzie widać? Było.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, znowu podnosząc wzrok na jej twarz.
- Sześć? - zgadywał ile to już lat minęło - może siedem? - dużo. Nawet trochę to zaskakujące, że przez tyle lat mogli się unikać, mimo, że przecież Noriega pracował czasem z policją. Najwidoczniej los tak chciał. I chciał też, że właśnie dzisiaj stanęła na jego drodze. Niszcząc mu doszczętnie koszulę, a przecież nawet jeszcze nie wymienili wszystkich uprzejmości. Nawet jakichkolwiek.
- Pracujesz w biurze? - zainteresował się, chociaż może nawet go to nie powinno obchodzić, ale Madox jednak lubił wiedzieć, a w terenie jej nie widział, chociaż dla niego teren ograniczał się do Emptiness, ale w zasadzie dużo miał tam zawsze psów. Bo dużo też różnych podejrzanych rzeczy działo się w jego klubie.
Może nawet pogadaliby sobie o tym dłużej, a on powiedział jej, że przecież siedzi tam, gdzie mu kazali. W klubie.
Ale wtedy jakiś podejrzany typek przeszedł obok nich do kasy...
A później to już wszystko potoczyło się szybko, bo chłopak naciągnął na głowę kaptur, i może nawet gdyby oni to widzieli, to już by wiedzieli, że coś jest nie tak. Ale nie widzieli wpatrzeni w siebie. Młodzik zawrócił, a później przechodząc miedzy nimi wyrwał Anais torebkę, a później to już wypadł z kawiarni na ulicę. Madox tylko jeszcze raz spojrzał w twarz blondynki, a później też rzucił się przed lokal. Oboje stali już na tej ulicy przed kawiarnią.
- Tam jest! - wskazał jej palcem chłopaka, który uciekł po zaśnieżonym chodniku. Chyba ona powinna zareagować, skoro była z policji?
A może on?
A przecież Noriega się wiecznie zarzekał, że on nie będzie spełniał żadnych obywatelskich powinności, a jednak już po chwili biegł za chłopakiem chodnikiem, licząc na to, że Anais również to zrobi.

Ale nie zrobiła... Stała w miejscu, bo może kobieta była w szoku?
Dobrze, że jednak Madox to był wysportowany i zanim chłopak uciekł z jej torebką, to już go powalił na ziemię, na ten zaśnieżony chodnik. Torebka odzyskana, Anais mogła skuć tego złodzieja, albo nie. A Noriega sobie poszedł, bo przecież gdzieś tam się śpieszył.

koniec


Anais L. Beaumont