In the shadow of the past
: ndz gru 21, 2025 2:06 pm
3
Niezapowiedziane wizyty, były dla niego niesamowicie frustrujące, nawet jeżeli odwiedzającymi byli właśni rodzice. Najzwyczajniej w świecie nie przepadał za takimi akcjami, jak mu się wydawało ojciec go w pełni rozumiał, pod tym względem, natomiast matka, cóż Charlotte nigdy specjalnie nie przejmowała się takimi drobnostkami, była to kobieta w średnim wieku, lecz pozostawała temperamentna i pozytywnie zakręcona mimo upływających lat, dlatego tak silnie momentami kontrastowała z opanowanym i precyzyjnym, niczym szwajcarski zegarek ojcem. Richard był z natury ugodowy i wybryki oraz wszelkie pomysły małżonki traktował z lekkością ducha, acz bywały momenty, gdy nieco go irytowały, te jej „wymysły”, jednak w przypadku wizyty w Toronto nie zabrał kluczowego zdania, więc niejako aprobował pomysł. Na całe szczęście taktownie uprzedził syna o wizycie, ta męska solidarność kilkukrotnie uchroniła Tonego przed głupim tłumaczeniem się z wielu niezręcznych sytuacji. Dzisiejszego dnia jednak odsypiał nieprzespaną nockę i był wyraźnie zmęczony otwierając drzwi, gdzie w progu czekali dawno niewidziani rodzice.
Wolał odwrotność tych ról – on bawiący w formie odwiedzającego, ale nie przeszkadzało mu to specjalnie, bo z miejsca dostał zapewnienie, że nie zamierzają narzucać się ze swoją obecnością w jego mieszkaniu, a wynajęli apartament w hotel, gdzieś w centrum, to było dobre posunięcie, a przynajmniej dawało każdemu pewną swobodę. Kochał rodziców, jednakże wolałby przygotować się na ich wizytę, by ich odpowiednio ugościć w mieszkaniu. Po krótkiej rozmowie wyszedł prawdziwy powód budzenia go o nieludzkiej porze, miał wraz z nimi odwiedzić dawną znajomą i jej rodziców. To do nich przyjechali; ci się między sobą przyjaźnili od dekad, a kilka razy w roku odwiedzali się wzajemnie, dlatego aż tak bardzo go nie zaskoczył widok rodziców w mieście, co jednak było dla niego nowością, to jego osoba na tym spotkaniu, bowiem samej znajomej – Louise nie widział od… blisko ośmiu lat, i kompletnie nie wiedział, co u niej słychać wyjąwszy plotki, które rodzice, zwłaszcza matka przesyłała podczas rozmów telefonicznych. Część z nich zapomniał, bo były to informacje, bez większego znaczenia i zapychały wyłącznie umysł, tak na tę chwilę, gdy stał z butelką wina w dłoni na progu drzwi wejściowych, pragnął przypomnieć sobie, choć trochę z najnowszych informacji, by nie dać plamy podczas towarzyskiej pogawędki przy kolacji.
Stres wraz ze zmęczeniem odbił na jego licu ślad, a cienie pod oczami i bladość cery uwydatniała przemęczenie, tak jego postawa pozostawała pewna siebie, a w ruchach nie przedstawiał jakiejkolwiek słabości. Czuł jednak jak zresztą zawsze, gdy bywał wśród Fraserów tę rodzinną, przyjazną aurę, a przytłaczający dom, czy raczej powinien powiedzieć – posiadłość robiła na nim wrażenie, które jednak krył pod neutralnym wyrazem twarzy. Osobiście odczuwałby pustkę mieszkając, w takim wielkim domu tylko we dwoje, bo tak zrozumiał matkę Louise, oczywiście była pomoc domowa, ale jednak.. to samo było, kiedy jako dziecko bawił u nich w rodzinnej posiadłości. Czasem bał się nawet dotykać mebli i innych przedmiotów, jakby miał go zaraz ktoś skarcić. Nie dorastał w takim przepychu i za każdym razem czuł nutkę dyskomfortu przebywając w nim, chociaż powinien przywyknąć.
— Dzień dobry, miło cię widzieć i dziękuje za zaproszenie — przywitał się serdecznie z Louise, bo chociaż to jej ojciec wcześniej otworzył mu drzwi, tak panią domu spotkał dopiero w korytarzu. Wręczył kobiecie rumuńskie czerwone wino z małej, ale dobrej winnicy, które kiedyś dostał od jednego kolekcjonera alkoholi w zamian za drobną przysługę. Miał nadzieję, że będzie jej smakowało, bo jeśli chodzi, o tak rzadkie wina nie miał absolutnie rozeznania i nie wiedział, czym mogło ją zaskoczyć.
— Piękny dom, istny labirynt, gdzie można się zgubić — westchnął, bo jego mieszkanie, chociaż przestronne i dające sporo przestrzeni, nijak nie mogło konkurować z czymś takim.
Gdy ponownie chciał zabrać głos; ojciec Louise porwał go do jadalni, a sam Tony nie protestował. Szczerze mówiąc był mu odrobinę wdzięczny, bo już niemal cisnął na usta kolejny sztampowy komplement, a tak przynajmniej oszczędził sobie tego skrępowania.
Louise Beckett