Strona 1 z 1

Stillness between storms

: wt gru 23, 2025 2:00 am
autor: Milo Rivera


Pomimo, że przebicie się o tej porze przez miasto, nawet jeżeli metrem, zajęło mu prawie godzinę, wściekłość zamiast odparować zdążyła zgęstnieć i opaść na dno jak ciężki, trudny do zignorowania, ciążący przy każdym kroku kamień, którego nie potrafił się pozbyć. Trzaśnięcie drzwiami obwieściło jego powrót do domu, prawie trzy godziny po czasie, a kolejny huk przypadł w udziale drzwi od sypialni. Zaraz po tym coś odbiło się od ściany - jedna z antystresowych piłek, jakich miał na pęczki, podobnie jak pętelek, klocków i innych zajmujących ręce zabawek - ale zaledwie parę sekund później Milo wręcz wyrwał do przedpokoju i zatrzasnął się w łazience.
Sądząc po odgłosach, nawet nie patrzył w co rzucał ściąganymi z siebie ubraniami, by za moment resztę zagłuszył szum prysznica.
Potrzebował dystrakcji, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
Potrzebował uspokoić chaos, który rozrywał mu wnioski na pozbawione sensu urywki.
Potrzebował czasu, by opanować się na tyle, by skonfrontować się jeszcze z Dylanem, który prawdopodobnie podkurwiony i zmartwiony wyczekiwał go albo w kuchni albo w przedpokoju, bo to byłoby do niego podobne, mimo, że wyjątkowo dzisiaj i w tej sytuacji Milo wolałby, aby Gauthier znalazł się gdzieś indziej. Dalej.
Zamiast produktywnie spożytkować gorącą wodę, wolał postać bezczynnie pod jej strumieniem, usiłując przepchnąć blokadę i znów stać się trzeźwo myślącym, sprawnie odnajdującym się w sytuacji człowiekiem, ale nie potrafił. Jedyne co zauważył po niemal kwadransie namakania i patrzenia na wodę, to to, że złość zaczynała ustępować miejsca czemuś, co w jego przypadku było znacznie trudniejsze do obcowania i uporządkowania; rozżalenie. I to do tego to gówniane, bo nie do końca jasnego pochodzenia, dlatego, że naprawdę nie był do końca pewny czym było spowodowane. Nagłym pojawieniem się Pablo, który jak dotąd nie pofatygował się ani razu by nawiązać z nim kontakt, mimo, że wiele razy po drodze tak cholernie go potrzebował, tym, że podskórnie Rivera czuł, że gdyby nie jakaś nagląca konieczność, tkwiłby w błogiej nieświadomości, że posiada bratanicę, czy tym, że nawet po tylu latach nadal nie potrafił kazać mu spieprzać z pełną stanowczością.
Był w stanie co najwyżej się trochę, nomen omen, odciąć.
Stając na cienkim dywaniku, który Dylan przytargał bóg wie skąd, ale okazał się on rzeczą diabelnie praktyczną, Milo zdał sobie sprawę z dwóch potencjalnych upierdliwości; po pierwsze, nie wziął ze sobą z rozpędu żadnych ubrań na zmianę, co udało się rozwiązać naokrężnie; na haczyku wisiał na szczęście przepastny szlafrok Gauthiera, którym poczęstował się natychmiast i przewiązał się w pasie. Po drugie, a z tego zdał sobie sprawę dopiero gdy lustro odrobinę odparowało i z odbicia zaatakowała go jego własna twarz z dużymi, niedospanymi oczami rasowego pracoholika i ustami zaciśniętymi w cienką linię, na szyi wykwitła mu podłużna, nieregularna plama sińca, zapewne po tym jak Pablo przydusił go kiedy miotał się ze scyzorykiem w ręku z zamiarem oddania mu go z powrotem - między żebra najlepiej.
To skłoniło go do podwinięcia rękawów, gdzie choć obyło się bez zaskoczenia, rozpoznał kolejne ślady, tym razem od zbyt mocno dociśniętej taśmy.
Zgryzł rozwlekły, płynące kurwami i innymi uprzejmościami komentarz, pospiesznie odwinął z powrotem rękawy, przedramiona zaplótł na piersi by tym sposobem utrzymać szlafrok na tyle w ryzach, by od biedy zasłonił szyję. Na nic więcej nie mógł liczyć, aczkolwiek i tak był więcej niż pewny, że Dylan zauważy.

Wybacz za drzwi. Dwa energetyki, za dużo cukru, wiesz jak jest 一 fuknął w przelocie, zgarbiony i jakąś częścią siebie (choć bardzo małą i naiwną) wierząc, że Dylan po prostu przepuści go w przedpokoju i zjebie za spóźnienie. 一 I nadgodziny, awaryjna sytuacja. Miałem... związane ręce.
Prawie fiknął, gdy uderzyła w niego ironia tego stwierdzenia.



Dylan Gauthier

Stillness between storms

: ndz sty 18, 2026 7:43 pm
autor: Dylan Gauthier
8
Spokojna, codzienna rutyna Dylana - naruszona jedynie napięciem spowodowanym potrzebą wciśnięcia w już i tak napięty grafik długich godzin ślęczenia nad książkami oraz nad upierdliwym projektem z coraz szybciej nadchodzącą datą końcową - pomagała mu trzymać życie w ryzach, gdy odhaczał kolejne punkty na liście rzeczy do wykonania, jakby znajdował się w rozgrywce Simsów. Prysznic, śniadanie, wykłady, laby, powrót do domu z zahaczeniem o sklep, jako że tego dnia miał wolne od biegania po kuchennej restauracji, tylko by zabrać się za gary we własnym mieszkaniu. Zapakowany w domowy dres i niebieski fartuch z kiczowatą grą słów, który dostał na urodziny od rodzeństwa, zakasał rękawy i wskoczył w środek roboty faktycznie sprawiającej mu przyjemność. Korzystając z wcześniejszego powrotu od Milo, zdążył przygotować domowe ravioli ze szpinakiem w sosie śmietanowym na czas, by przywitać go z gotowym obiadem. Zajęty sprzątaniem całego syfu, jaki zdążył narobić w ciągu ostatniej godziny, oraz naczyń porzuconych w zlewie jeszcze poprzedniego dnia, nie zwrócił uwagi na obsuwę w grafiku przez pierwsze pół godziny, a pierwszego kontrolnego smsa wysłał po następnym kwadransie. Nie byli umówieni, przynajmniej nie oficjalnie, jednak opóźnienie bez słowa wydało mu się o tyle nietypowe, że zwykle miał go z powrotem w domu o w miarę stałych godzinach, nawet gdy w środku miasta zdarzały się korki. I zapewne nie przejąłby się tym aż tak, gdyby którakolwiek z jego wiadomości została chociażby odczytana. Minęło kolejne pół godziny, zanim zaczął dzwonić, a każde kolejne połączenie lądujące na poczcie głosowej wybijało jego nerwy na coraz wyższe poziomy. Maszerując w tę i z powrotem po niewidzialnej linii na podłodze kuchennej debatował z samym sobą, czy to już dobry moment, by łapać za kluczyki i jechać w kierunku Simply Fix It w nadziei na spotkanie się z nim w połowie drogi i upewnienie się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Oczywiście, Rivera miał pełne prawo na spędzanie czasu wolnego jak mu się żywnie podobało, jednak mógł mu chociaż powiedzieć, że nie planuje wracać od razu po pracy.
Prawie dwie godziny po czasie, w którym spodziewałby się go na miejscu, zaczął kręcić bezę na tartę cytrynową, potrzebując włożyć w coś ręce by nie wyjść z siebie i spróbować uciszyć czarne scenariusze samoistnie piszące się w jego głowie. Co kilka minut rzucał kolejnego smsa, albo ponownie starał się dodzwonić, tylko by spotkać się z tym samym brakiem znaku życia wpychającym go coraz głębiej w tryb sfrustrowanego mamrotania pod nosem i wyżywania się na ugniatanym cieście. Był na granicy wytrzymałości, odliczając czas do godziny, którą ustalił sobie jako akceptowalny limit, zanim zacznie obdzwaniać znajomych Milo i bić na alarm, kiedy zgrzyt przekręcanego zamka wyciągnął z niego ciężki oddech ulgi. Poczuł się niemalże głupio, że zdążył wpakować się w dostateczny stres by zapomnieć o własnym obiedzie, i był gotowy upomnieć mężczyznę o chociażby odczytywaniu wiadomości, kiedy planował nie wracać do domu po pracy, jednak następująca seria trzaśnięć, stuknięć i zniknięcie w łazience bez słowa ponownie podkręciły jego zmartwienie. Tym razem nie o jego życie, a wszystko co mogło zdarzyć się w ciągu trzech godzin bez kontaktu. Zdążył dokończyć ciasto na wpół skupiony na zadaniu, na wpół nasłuchując dźwięków z łazienki, a kiedy szum prysznica ustał, ulokował się w przedpokoju by poczekać na Milo oparty o ścianę. Głęboka zmarszczka między brwiami i założone na piersi przedramiona trzymały w ryzach wszystko, co chciał z siebie wyrzucić w momencie, gdy zobaczył go wychodzącego w swoim szlafroku. Obiegł go spojrzeniem od czubka głowy po palce u stóp, kontrolnie, jakby spodziewał się zobaczyć brakującą kończynę, i z ulgą zanotował brak widocznych obrażeń. Chociaż coś wyraźnie było nie w porządku.
- Czekaj - rzucił na powitanie, wyciągając rękę by przyblokować go w przejściu i móc przyjrzeć mu się trochę dokładniej. - Co się stało? - spytał, szukając odpowiedzi w rysach jego twarzy, nerwach wyraźnie widocznych w reszcie jego ciała. Jeśli jakaś awaria w pracy tak nim wstrząsnęła, chciał o tym usłyszeć. Nie był przyzwyczajony do widywania go w tym stanie.
- Ja wszystko rozumiem, naprawdę, ale na miłość boską, dawaj znać, że żyjesz. Minęły trzy godziny, napisanie smsa zajęłoby ci pięć sekund i wiedziałbym, że nie leżysz w jakimś rowie bez nerki - westchnął, łapiąc się na powtarzaniu tych samych słów, jakie słyszał swego czasu od własnego ojca. Wtedy machał na to ręką i uznawał za dramatyzowanie, jednak zaczynał rozumieć jak działał ten poziom troski o drugą osobę. - Nie musisz mi się spowiadać ze wszystkiego, ale mógłbyś chociaż... - urwał, podczas kolejnej wędrówki spojrzeniem w dół jego twarzy wyłapując plamkę koloru wychylającą się spod szlafroka. Niewiele myśląc podniósł rękę by lekko odciągnąć palcem materiał, w nadziei, że była to tylko gra światła, dziwnie rzucony cień, jednak zamiast tego przywitał go fragment siniaka rozchodzącego się po jego szyi i docierającego cholera wie dokąd. Niemalże czuł jak krew odpływa mu z twarzy. - Milo, kto ci to zrobił?

Milo Rivera

Stillness between storms

: ndz sty 18, 2026 11:19 pm
autor: Milo Rivera
Cisza jaka zagnieździła się między nimi w przedpokoju - choć bardzo krótkotrwale - była aż ciężka od znaczeń, niewypowiedzianych pytań i nieudzielonych odpowiedzi, a Milo niczego w tym momencie tak bardzo nie pragnął jak zaszyć się w najgłębszej dziurze by uniknąć konieczności zajmowania się wszystkimi powyższymi.
Niestety z czasem zaczynał się przekonywać, że ta nowa konfiguracja w jakiej ostatnio obaj starali się odnaleźć i dotrzeć wymagała przejrzystości, nawet wtedy, kiedy było to nie na rękę.
Milo nie zamierzał go okłamywać; kłamstwa były kłopotliwe, upierdliwie zawiłe i Dylan nie zasługiwał na to, by sprzedać mu wersję wydarzeń, w jaką i tak nikt by nie uwierzył z prostego powodu: Rivera nie potrafił oszukiwać, i to nie tylko z powodu małej elastyczności w wymyślaniu alternatywnych historii. Zdradzało go całe ciało, od spojrzenia błądzącego panicznie po ścianach, po prawe kolano podskakujące nerwowo z każdym słowem naginającym nieudolnie rzeczywistość. W ten sposób wykupiłby sobie co najwyżej parę niezręcznych minut, w ciągu których Dylan rozpracowałby go bez trudu.
Nie oznaczało to jednak, że miał ochotę po prostu wylać się z tego, co zaszło w Simply Fix It, bo od środka wciąż aż go skręcało i sam tak naprawdę nie wiedział co dokładnie zaszło, dlaczego i jaki miał do tego stosunek.
Wybacz, miałem zajęte ręce 一 odparł wymijająco, poniekąd zgodnie z prawdą, niemal namacalnie czując jak kurczył mu się czas. Miał jednak jakiś łut nierealnej nadziei, że Gauthier zaczeka z tym choćby do deseru, tymczasem złapał go zanim jeszcze zdążył wkroczyć do kuchni powłócząc za sobą szlafrok.
Kurwa, Dylan! 一 syknął rozeźlony, chwytając natychmiast za obie poły grafitowego szlafroka by się zasłonić. 一 Nie mam nic pod spodem!
I to również była całkowita prawda, a nie był na siłach dźwignąć jednocześnie obu. Dopiero po chwili posłał mu bardzo niejednoznaczne spojrzenie; była w nim złość, choć wcale nie ukierunkowana konkretnie na niego. Był z pewnością jakiś duszony nieumiejętnie żal - również nie mającą nic wspólnego z Gauthierem. Wreszcie zmęczenie i schowane pod tym wszystkim zagubienie, które stało się bardziej oczywiste gdy Milo parokrotnie otwierał usta do wyjaśnień i zamykał je bez słowa.
Odetchnął więc ciężko przez nos, raz, drugi, trzeci, spojrzał w sufit, następnie pochylił głowę i wbił wzrok w swoje bose stopy próbując ominąć Dylana z... to też nie było takie proste.
W jego przypadku konfrontacje bardzo często posiadały wspólny mianownik w postaci strachu, co ciągnęło za nim aż od czasów dziecięcych poprzez praktycznie cały okres dorastania. Prawda była wymagana, rozmowa kończyła się gdy na to pozwolono, a każde padające w jego kierunku pytanie sprawiało, że czuł jakby powietrze wokół stawało się zbyt gęste by móc nim oddychać. Na podstawie dotychczasowych doświadczeń ostatnich miesięcy wiedział na logikę, ba, był pewien, że Dylan nie żądał, nie osaczał go ani nie szukał okazji do wyszarpania z niego niczego, czego nie był gotów powiedzieć, mimo to podświadomość lubiła podążać znanym schematem.
Przez dłuższy moment żuł zatem policzek od środka, przełykał ślinę wraz ze słowami, które niw wydawały mu się właściwe, skubał pasek od szlafroka i żałował, że nie miał pod ręką swojej ulubionej kostki Rubika. Wątpił co prawda, by całkowicie rozwiązała problem, ale być może częściowe przeniesienie uwagi na kolorowe okienka pomogłoby mu znaleźć łatwość w wysłowieniu się.

Nie wiem 一 powiedział wreszcie nienaturalnie wyższym, ledwie przechodzącym przez boleśnie zaciśnięte gardło głosem. Kąciki ust drgnęły mu w niezdecydowanym zrywie, ni to do uśmiechu ni grymasu. 一 Myślę... mój, hmm, nie, to nie to, raczej... 一 ciągnął niespójnie, a kilka kolejnych wniosków wybrzmiało w zlepku dwóch języków sprawiając, że nie dało się ich zrozumieć w żadnym.
Przestał na moment skubać zawzięcie pasek i otulił się ciaśniej przydużym szlafrokiem, ramiona zaplatając na piersi w mocno defensywnym geście. Jego spojrzenie znów skakało bez celu po wszystkich drobnych pęknięciach, skazach i skromnych dekoracjach zgromadzonych na ścianach w przedpokoju, ale na niczym nie zatrzymywał się na dłużej. Przypominały mu, zwłaszcza blaszane słońce, które sam, cholera jasna, powiesił kilka tygodni wcześniej, jakieś płytkie strzępy wspomnień o Ensenadzie, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że to nie myśl o dysfunkcyjnym domu dobiła go w tym momencie a wspomnienie samego siebie sprzed lat. Przez krótką chwilę znów był tym oszołomionym dorosłością jakiej nie rozumiał, przebodźcowanym dzieciakiem i naprawdę, NAPRAWDĘ nienawidził tego uczucia.
Walczył z płaczem, z samym sobą i słowami, z wyjaśnieniem, jakie jednocześnie kładło się na języku i nie chciało przejść przez usta, z jakąś barierą, która ograniczała mu zrozumienie tej sytuacji i irracjonalnością sentymentu, który jak zmartwychwstanka po zaledwie kropli atencji ze strony Pablo wykwitł na nowo wbrew jego woli. Czuł się tak, jakby po raz kolejny zdradziły go własne emocje.

Mój brat przyszedł do sklepu 一 wyrzucił z siebie wreszcie sucho, decydując się na wypunktowanie samych faktów. 一 Zaczekał aż będę sam, zamknął drzwi i pierdolił od rzeczy, nawet go nie poznałem. Ale nie byłem pewny, czy to ktoś, komu za coś nie wiszę, więc... 一 Jego spojrzenie znów ulotniło się w stronę sufitu, przez co z uniesioną głową, blendą przynajmniej kilku sprzecznych emocji i w pelerynie z przepastnego szlafroka wyglądał co najmniej groteskowo. 一 Więc dostał ode mnie scyzorykiem. Zanim zdążysz zapytać - nie, nie trafiłem między żebra, będzie żył.
Krótka pauza była mu potrzebna na ustalenie właściwej chronologii, ponieważ wiele chaotycznych fragmentów z zajścia mieszało mu się teraz z uwagi na nerwy.

Trochę poszarpaliśmy się w... no powiedział mi w końcu kim jest i chyba kurwa liczył, że nie wiem, że co, że... 一 Milo gwałtownie przyspieszył z narracją, a pojedyncza ale głęboka zmarszczka odcięła mu się ostro między brwiami. Ramiona uniosły mu się gdy cały spiął się jakby liczył na kolejny atak, widocznie samo wspomnienie powodowało w nim odruch czuwania. 一 Że co, że podskoczę kurwa z radości? Że... ŻE PÓJDZIEMY NA KAWĘ?! Po tym wszystkim? Po tym jak po pros... nie. Nie, kazałem mu spierdalać, bo... dime que es un maldito chiste, hmm? Pojawia się kurwa, ile, jebane DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ i myśli, że rozpłaczę się z radości?! Oh no no no, no va a pasar otra vez, no soy tan tonto...
Milo mamrotał jeszcze przez chwilę soczyście kurwiąc i kręcąc głową energicznie, niedługo później ożywiła się również jego gestykulacja, a ręce odkleiły się od tułowia. Nastroje były niezdecydowane, wciąż przechylały się to od smutku do wściekłości i w drugą stronę, jak łódź na bardzo wzburzonym morzu.

I wyobrażasz sobie?! WYOBRAŻASZ?! Wziął i mnie kurwa PRZYKLEIŁ pierdolonym duct tapem do krzesła na zapleczu! Pomachał zdjęciem, czaisz, uwaga, bo to będzie kurwa zajebisty żart - ZDJĘCIEM CÓRKI! CÓRKI! Ja pierdolę, i on się teraz bawi w domowe przedszkole i pomyślał, tak, że, wiesz, że JA mógłbym CHCIEĆ POZNAĆ MOJĄ RODZINĘ! PRZYSZEDŁ I MI KURWA OPOWIADAŁ O JEBANEJ RODZINIE! ON! ON - MI! PO TYM...!
Przerwał tylko dlatego, że zabrakło mu powietrza i dostał zadyszki.
Nie wiedział kiedy podniósł głos ani kiedy zacisnął obie ręce w pięści, kiedy paznokcie pokaleczyły mu wnętrza dłoni ani w którym dokładnie momencie rozminął się z obiektywną narracją i wszedł w żywą, niekontrolowaną furię grożącą wybuchem.

I najgorsze jest to, że i tak... 一 głos załamał mu się, gdy nieoczekiwanie Milo spuścił z tonu, choć zaledwie parę sekund wcześniej wyglądał jakby był o krok od apopleksji. Teraz był na powrót jedynie bardzo zmęczonym, ugrzęźniętym w mocno osobistym dylemacie człowiekiem, który widocznie wbrew sobie miał wciąż sentyment. I miał również ogromny żal. 一 ...że ja chciałbym ją poznać. Nie jej wina, że jest jak jest, a szczerze mówiąc ja chyba po prostu nie ufam Pablo, że nie wystawi jej tak samo jak... no. Że gdyby, to sam rozumiesz.


Dylan Gauthier