Cisza jaka zagnieździła się między nimi w przedpokoju - choć bardzo krótkotrwale - była aż ciężka od znaczeń, niewypowiedzianych pytań i nieudzielonych odpowiedzi, a Milo niczego w tym momencie tak bardzo nie pragnął jak zaszyć się w najgłębszej dziurze by uniknąć konieczności zajmowania się wszystkimi powyższymi.
Niestety z czasem zaczynał się przekonywać, że ta nowa konfiguracja w jakiej ostatnio obaj starali się odnaleźć i dotrzeć wymagała przejrzystości, nawet wtedy, kiedy było to nie na rękę.
Milo nie zamierzał go okłamywać; kłamstwa były kłopotliwe, upierdliwie zawiłe i Dylan nie zasługiwał na to, by sprzedać mu wersję wydarzeń, w jaką i tak nikt by nie uwierzył z prostego powodu: Rivera nie potrafił oszukiwać, i to nie tylko z powodu małej elastyczności w wymyślaniu alternatywnych historii. Zdradzało go całe ciało, od spojrzenia błądzącego panicznie po ścianach, po prawe kolano podskakujące nerwowo z każdym słowem naginającym nieudolnie rzeczywistość. W ten sposób wykupiłby sobie co najwyżej parę niezręcznych minut, w ciągu których Dylan rozpracowałby go bez trudu.
Nie oznaczało to jednak, że miał ochotę po prostu wylać się z tego, co zaszło w Simply Fix It, bo od środka wciąż aż go skręcało i sam tak naprawdę nie wiedział co dokładnie zaszło, dlaczego i jaki miał do tego stosunek.
一 Wybacz, miałem zajęte ręce 一 odparł wymijająco, poniekąd zgodnie z prawdą, niemal namacalnie czując jak kurczył mu się czas. Miał jednak jakiś łut nierealnej nadziei, że Gauthier zaczeka z tym choćby do deseru, tymczasem złapał go zanim jeszcze zdążył wkroczyć do kuchni powłócząc za sobą szlafrok.
一 Kurwa, Dylan! 一 syknął rozeźlony, chwytając natychmiast za obie poły grafitowego szlafroka by się zasłonić. 一 Nie mam nic pod spodem!
I to również była całkowita prawda, a nie był na siłach dźwignąć jednocześnie obu. Dopiero po chwili posłał mu bardzo niejednoznaczne spojrzenie; była w nim złość, choć wcale nie ukierunkowana konkretnie na niego. Był z pewnością jakiś duszony nieumiejętnie żal - również nie mającą nic wspólnego z Gauthierem. Wreszcie zmęczenie i schowane pod tym wszystkim zagubienie, które stało się bardziej oczywiste gdy Milo parokrotnie otwierał usta do wyjaśnień i zamykał je bez słowa.
Odetchnął więc ciężko przez nos, raz, drugi, trzeci, spojrzał w sufit, następnie pochylił głowę i wbił wzrok w swoje bose stopy próbując ominąć Dylana z... to też nie było takie proste.
W jego przypadku konfrontacje bardzo często posiadały wspólny mianownik w postaci strachu, co ciągnęło za nim aż od czasów dziecięcych poprzez praktycznie cały okres dorastania. Prawda była wymagana, rozmowa kończyła się gdy na to pozwolono, a każde padające w jego kierunku pytanie sprawiało, że czuł jakby powietrze wokół stawało się zbyt gęste by móc nim oddychać. Na podstawie dotychczasowych doświadczeń ostatnich miesięcy wiedział na logikę, ba, był pewien, że Dylan nie żądał, nie osaczał go ani nie szukał okazji do wyszarpania z niego niczego, czego nie był gotów powiedzieć, mimo to podświadomość lubiła podążać znanym schematem.
Przez dłuższy moment żuł zatem policzek od środka, przełykał ślinę wraz ze słowami, które niw wydawały mu się właściwe, skubał pasek od szlafroka i żałował, że nie miał pod ręką swojej ulubionej kostki Rubika. Wątpił co prawda, by całkowicie rozwiązała problem, ale być może częściowe przeniesienie uwagi na kolorowe okienka pomogłoby mu znaleźć łatwość w wysłowieniu się.
一 Nie wiem 一 powiedział wreszcie nienaturalnie wyższym, ledwie przechodzącym przez boleśnie zaciśnięte gardło głosem. Kąciki ust drgnęły mu w niezdecydowanym zrywie, ni to do uśmiechu ni grymasu. 一 Myślę... mój, hmm, nie, to nie to, raczej... 一 ciągnął niespójnie, a kilka kolejnych wniosków wybrzmiało w zlepku dwóch języków sprawiając, że nie dało się ich zrozumieć w żadnym.
Przestał na moment skubać zawzięcie pasek i otulił się ciaśniej przydużym szlafrokiem, ramiona zaplatając na piersi w mocno defensywnym geście. Jego spojrzenie znów skakało bez celu po wszystkich drobnych pęknięciach, skazach i skromnych dekoracjach zgromadzonych na ścianach w przedpokoju, ale na niczym nie zatrzymywał się na dłużej. Przypominały mu, zwłaszcza blaszane słońce, które sam, cholera jasna, powiesił kilka tygodni wcześniej, jakieś płytkie strzępy wspomnień o Ensenadzie, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że to nie myśl o dysfunkcyjnym domu dobiła go w tym momencie a wspomnienie samego siebie sprzed lat. Przez krótką chwilę znów był tym oszołomionym dorosłością jakiej nie rozumiał, przebodźcowanym dzieciakiem i naprawdę, NAPRAWDĘ nienawidził tego uczucia.
Walczył z płaczem, z samym sobą i słowami, z wyjaśnieniem, jakie jednocześnie kładło się na języku i nie chciało przejść przez usta, z jakąś barierą, która ograniczała mu zrozumienie tej sytuacji i irracjonalnością sentymentu, który jak zmartwychwstanka po zaledwie kropli atencji ze strony Pablo wykwitł na nowo wbrew jego woli. Czuł się tak, jakby po raz kolejny zdradziły go własne emocje.
一 Mój brat przyszedł do sklepu 一 wyrzucił z siebie wreszcie sucho, decydując się na wypunktowanie samych faktów. 一 Zaczekał aż będę sam, zamknął drzwi i pierdolił od rzeczy, nawet go nie poznałem. Ale nie byłem pewny, czy to ktoś, komu za coś nie wiszę, więc... 一 Jego spojrzenie znów ulotniło się w stronę sufitu, przez co z uniesioną głową, blendą przynajmniej kilku sprzecznych emocji i w pelerynie z przepastnego szlafroka wyglądał co najmniej groteskowo. 一 Więc dostał ode mnie scyzorykiem. Zanim zdążysz zapytać - nie, nie trafiłem między żebra, będzie żył.
Krótka pauza była mu potrzebna na ustalenie właściwej chronologii, ponieważ wiele chaotycznych fragmentów z zajścia mieszało mu się teraz z uwagi na nerwy.
一 Trochę poszarpaliśmy się w... no powiedział mi w końcu kim jest i chyba kurwa liczył, że nie wiem, że co, że... 一 Milo gwałtownie przyspieszył z narracją, a pojedyncza ale głęboka zmarszczka odcięła mu się ostro między brwiami. Ramiona uniosły mu się gdy cały spiął się jakby liczył na kolejny atak, widocznie samo wspomnienie powodowało w nim odruch czuwania. 一 Że co, że podskoczę kurwa z radości? Że... ŻE PÓJDZIEMY NA KAWĘ?! Po tym wszystkim? Po tym jak po pros... nie. Nie, kazałem mu spierdalać, bo... dime que es un maldito chiste, hmm? Pojawia się kurwa, ile, jebane DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ i myśli, że rozpłaczę się z radości?! Oh no no no, no va a pasar otra vez, no soy tan tonto...
Milo mamrotał jeszcze przez chwilę soczyście kurwiąc i kręcąc głową energicznie, niedługo później ożywiła się również jego gestykulacja, a ręce odkleiły się od tułowia. Nastroje były niezdecydowane, wciąż przechylały się to od smutku do wściekłości i w drugą stronę, jak łódź na bardzo wzburzonym morzu.
一 I wyobrażasz sobie?! WYOBRAŻASZ?! Wziął i mnie kurwa PRZYKLEIŁ pierdolonym duct tapem do krzesła na zapleczu! Pomachał zdjęciem, czaisz, uwaga, bo to będzie kurwa zajebisty żart - ZDJĘCIEM CÓRKI! CÓRKI! Ja pierdolę, i on się teraz bawi w domowe przedszkole i pomyślał, tak, że, wiesz, że JA mógłbym CHCIEĆ POZNAĆ MOJĄ RODZINĘ! PRZYSZEDŁ I MI KURWA OPOWIADAŁ O JEBANEJ RODZINIE! ON! ON - MI! PO TYM...!
Przerwał tylko dlatego, że zabrakło mu powietrza i dostał zadyszki.
Nie wiedział kiedy podniósł głos ani kiedy zacisnął obie ręce w pięści, kiedy paznokcie pokaleczyły mu wnętrza dłoni ani w którym dokładnie momencie rozminął się z obiektywną narracją i wszedł w żywą, niekontrolowaną furię grożącą wybuchem.
一 I najgorsze jest to, że i tak... 一 głos załamał mu się, gdy nieoczekiwanie Milo spuścił z tonu, choć zaledwie parę sekund wcześniej wyglądał jakby był o krok od apopleksji. Teraz był na powrót jedynie bardzo zmęczonym, ugrzęźniętym w mocno osobistym dylemacie człowiekiem, który widocznie wbrew sobie miał wciąż sentyment. I miał również ogromny żal. 一 ...że ja chciałbym ją poznać. Nie jej wina, że jest jak jest, a szczerze mówiąc ja chyba po prostu nie ufam Pablo, że nie wystawi jej tak samo jak... no. Że gdyby, to sam rozumiesz.
Dylan Gauthier