Strona 1 z 2

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: sob gru 27, 2025 1:13 am
autor: Devon Koncecny
Ostatni tydzień w jego życiu nie należał do tych udanych. Krótko mówiąc; był fatalny. Starcie z dawną przyjaciółką ze studiów, podczas którego musiał odbyć nieprzyjemną rozmowę, nie należało do momentów, do których będzie miło wracać. Oprócz tego, kilkadziesiąt godzin później, razem z dwójką poznanych zawodowo goryli, został zmuszony do wyciągnięcia długu od jednej z dziewczyn. Sprzeciwiała się ona oddania mieszkania w zamian za spłatę rodzinnych zobowiązań. To wszystko sprawiło, że wewnątrz poczuł się paskudnie. Kiedyś, będąc młodym i nieopierzonym adwokatem, patrzył na ludzką krzywdę bez cienia wyrzutów sumienia. Dał się skusić magii pieniądza; ilości zer na koncie, które pojawiały się po każdej zakończonej sprawie. Teraz, gdy pieniądze przestały robić na nim jakiekolwiek wrażenie, po raz pierwszy spojrzał na ludzką stronę tego biznesu i zrozumiał, jak bardzo jest ona pozbawiona moralnego kręgosłupa.
Miał przejebane. Wiedział o tym doskonale od momentu gdy godzinę po zajściu zjawił się w salonie swojego mieszkania i ledwo powstrzymał partnerkę przed wezwaniem karetki; a tym bardziej policji. Grupa, do której należał, nie była zwyczajną organizacją przestępczą działającą na małą skalę. Była to mocno globalna sieć. I choć brzmiało to jak bajka opowiadana niegrzecznym dzieciom na dobranoc, tak Devon wiedział doskonale, że ludzie stojący na samym szczycie mieli kontakty i wpływy nie tylko u swoich, lecz także w służbach. Najgorsze było to, że po raz pierwszy w życiu został pozbawiony tego charakterystycznego błysku i pewności siebie, widocznych zawsze przy jego triumfach. Wiedział, że życie jego oraz jego najbliższych jest zagrożone; i nie potrafił znaleźć wyjścia, które uszczęśliwiłoby każdą ze stron.
A wystarczyło przecież, żeby Charity podpisała ten cholerny dokument i wszystko byłoby załatwione. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że misja odebrania majątku dziewczynie była jego karą za niezałatwione sprawy z kobietą, do której czuł minimalną słabość. Od dawna z Lacey mu się nie układało, a propozycja otwartego związku sprawiła, że przestał blokować się uczuciowo tak jak dawniej. Marshall spodobała mu się od pierwszego momentu, gdy poznał ją na studiach. Jednak związek z jego ówczesną dziewczyną, June, sprawił, że wolał pozostawić relację z Cherry na stopie przyjacielskiej, a potem na linii frontu niż ryzykować komplikacje, które nikomu wtedy nie były potrzebne.
Od kilkunastu godzin czuł się lepiej. Choć wciąż bolało go w okolicy żeber zranionych sztyletem, postanowił wyjść z domu i odetchnąć od natłoku negatywnych myśli. Oczywiście, w każdej sekundzie towarzyszyło mu poczucie zagrożenia czające się z tyłu głowy. Za każdym razem, gdy wracał myślami do tamtych wydarzeń, wiedział jednak jedno; gdyby chcieli, weszliby i zlikwidowali go nawet we własnej posiadłości, nie zostawiając po sobie żadnych śladów. Dlatego wybór padł na prestiżowy bar do którego zaglądał zawsze, gdy coś zaczynało się sypać. Uwielbiał tutejsze drinki, do których miał ogromną słabość. Za każdym razem wychodził z chudszym portfelem i brakiem problemów, które znikały wraz z kolejnymi łykami.
Na miejscu od razu zmierzył wzrokiem każdego, kto znalazł się w jego polu widzenia. Na szczęście panował półmrok, a głośna muzyka skutecznie zagłuszała myśli. Gdy ruszył w stronę barmana, zajął jedno z wolnych miejsc, siadając obok kobiety, której przyjrzał się uważniej. - No chyba sobie kurwa żartujesz - powiedział, nie dowierzając temu, kogo ujrzał. Ze wszystkich możliwych osób musiała to być ona Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: sob gru 27, 2025 10:04 am
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Nie wiedziała, co dokładnie działo się w jej życiu. Biegło ono zbyt szybko, żeby mogła je dotknąć opuszkami palców. Bała się każdego, kogo tylko spotykała. Ludzie zbyt mocno potrafili ranić. Byli jak pożar, pochłaniający wszystko na swojej drodze. Nawet ten na oceanie, który trawił życie błękitu głębin.
Przede wszystkim chciała odpocząć od myśli, pojawiających się w jej apartamencie. Każde muśnięcie kuchennego blatu, drobny bałagan, sprawiał, że miała ochotę chwycić się za serce. Koko, pudel, krążyła między Cherry a zabawkami. Nie miała siły, by móc chwycić za piłkę. Wyrzucić ją gdzieś dalej. Zdążyła wyjść z nią na spacer i zdecydowała.
Nie przetrwa dzisiaj ciszy.
Dlatego pojawiła się w barze. Lekko stłumione światło, głośna muzyka, a gdzieś dalej dobrze bawiący się ludzie. Rozmowy toczyły się same. Nic nie musiała mówić. Usiadła spokojnie przy barze. Uniosła dłoń, by zamówić jedną z droższych whiskey. Czysta, bez lodu, bez dodatków. Potrzebowała poczuć delikatną gorycz życia. Jakby właśnie alkohol miał sprawić, że wytrzeźwieje. Może faktycznie miało to potoczyć się w ten sposób. Gorzki smak powodował prostowanie myśli.
Nie obserwowała tego, co działo się dookoła niej. Nie słuchała rozmów, które jej nie dotyczyły. Jedynie brała małe łyki, by relaksować się bodźcami docierającymi do jej uszu. Dopiero pewien znany głos spowodował, że jej wzrok uciekł znad szkła wprost na Devona. Zmierzyła go chłodno, taksując od dołu do góry. Jego przywitanie było wręcz przepełnione klasą samą w sobie.
Kurwą nie jestem — skwitowała krótko, kręcąc głową. Żadnego dzień dobry, cześć, tylko standardowe wyrzuty. Chciała móc odpocząć, a czeka ją kolejna werbalna bitwa — jak Ci nie pasuję, to usiądź gdzieś indziej — prychnęła krótko, strzelając oczami. Witanie damy takimi słowami powodowało u niej przedziwne skurcze żołądka. Miała w sobie tyle klasy, że mogłaby zdobyć każdego faceta w barze. Chwilowo nie chciało się jej nawet wstać z miejsca.
Ja tu się relaksuję, Misiaczku — zacmokała finalnie Charity, a na jej ustach wymalował się przepiękny uśmiech. Mogła się z nim przepychać, ale na jej własnych zasadach.

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pn gru 29, 2025 1:34 am
autor: Devon Koncecny
Marzył o tym by w końcu odetchnąć. Od problemów, od pracy i całego gówna, w które wszedł całym sobą, dając się zatracić czarom bogactwa. Choć należał do zamożnej rodziny, od zawsze marzył o byciu znanym i rozpoznawalnym. Jednak bardziej niż sławy pragnął respektu; tego, który otrzymał w propozycji złożonej przez tajemniczych ludzi podczas realizacji studenckiego projektu.
Bar wydawał się dziś najlepszym możliwym pomysłem. I choć zaprzyjaźniony lekarz zalecił mu, by przez dłuższy czas nie wychodził z domu - Devon był typem mężczyzny, który nie potrafił usiedzieć w jednym miejscu zbyt długo. Może właśnie to sprawiło, że jego relacja z obecną partnerką znalazła się w tak krytycznym stanie, że oboje zdecydowali się na otwarty związek. Już jako student miał problem z tkwieniem w jednym miejscu i wysłuchiwaniem przydługich regułek, których i tak uczył się później na własną rękę. Był tym typem, który wyśmiewał wszystkich siedzących na wykładach studentów jak żywe manekiny, wsłuchanych w słowa profesorów niczym w bóstwa. Dlatego tak łatwo dał się wkręcić w to oszustwo, z którego teraz mocno próbował się wydostać. Winił się za to, że jak dziecko dał się zmanipulować wizji łatwych, prostych i o g r o m n y c h pieniędzy, które zamiast zbawieniem stały się jego największym utrapieniem.
Nawet obecność Charity nie była w stanie zniechęcić go do wyjścia i szukania nowego miejsca do alkoholowej fantazji. Była cięta i często nie do wytrzymania, ale to właśnie na studiach okazała się jego najlepszą towarzyszką wieczorów spędzanych na testowaniu granic własnej wytrzymałości w spożywaniu alkoholu, regularnie przekraczając granice zdrowego rozsądku. Nie chciał jej nawet winić za to, że jej upartość przyczyniła się do efektu domina i całego cyklu zdarzeń, które roztrzaskały jego pewność siebie na drobne kawałki. Sam już nie wiedział, czy było to coś więcej niż sympatia; a może po prostu podziw dla tego, jak potrafiła wszystkim tak sprawnie zarządzać, będąc przy tym doskonałym prawnikiem.
- Naprawdę, znowu zaczynasz? - jęknął cicho, poprawiając się na krześle. Musiał szczególnie uważać, bo wciąż miał na ciele liczne opatrunki i bandaże, które przy złej pozycji dawały o sobie boleśnie znać. Po chwili jednak pewnym ruchem uniósł wzrok i w końcu na nią spojrzał ;wzrokiem, w którym mieszało się niezrozumienie jej braku decyzji w sprawie podpisania dokumentów korzystnych dla obu stron oraz próba pojęcia, czym właściwie się kierowała, podejmując takie kroki. Zemstą? A może czynnikami, o których nie miał pojęcia?
- A myślisz, że ja tu jestem, bo cię szpieguję? Nie mam co robić wieczorami, tylko chodzić do miejsc, w których znajduje się kobieta w momencie całkowitego rozpierdolu - westchnął, niemal natychmiast. Dopiero po chwili zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił, wypowiadając te ostatnie słowa.
Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pn gru 29, 2025 11:01 am
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Uniosła do góry swoje brwi. Zlustrowała cały bar. Pełno było w nim wolnych miejsc. Mogła uciec od Koncecny'ego. Wtedy zachowałaby dalej spokój. Odetchnęłaby ulgą, nie zastanawiając się, co stanie się później. Potrzebowała wewnętrznej równowagi. Jakiegoś impulsu do działania, a życie coraz bardziej negatywnie ją zaskakiwało.
To ty zacząłeś, siadając obok mnie — mruknęła Charity, unosząc szklankę. Zatopiła usta w whiskey, a dopiero później wróciła jeszcze raz do niego wzrokiem. Wydawał się inny. Bardziej zmęczony życiem, strapiony. Może potrafił się z nią kłócić, ale nie w takim stanie. Bardziej przypominał jej zamek z kart — ja po prostu nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego — stwierdziła finalnie, zakładając sobie kosmyk niesfornych kosmyk włosów za ucho. Wiele była w stanie mu powiedzieć. Po ich ostatniej bitwie chciała od niego odpocząć. Nie widzieć go przez dłuższy czas. Powodował u niej pojawienie się tej charakterystycznej żyłki na czole.
Uważasz, że jestem w momencie całkowitego rozpierdolu? — zagadnęła, zakładając rękę na rękę i aż parsknęła śmiechem. Życie Charity było perfekcyjnie poukładane. Mogła nosić znamiona zmęczenia. Mieć bledszy odcień skóry, lekko podkrążone oczy, ale wszystko chowała za perfekcyjną warstwą makijażu — nie wiesz, o czym mówisz Devon — mruknęła Marshall, wzdychając ciężko. Zlustrowała go wzrokiem od stóp po głowę. Wyglądał niesamowicie żałośnie — to nie ja wyglądam jak jesień średniowiecza — widocznie przeznaczenie musiało go dopaść. Sprawić, że spojrzał swojemu żałosnemu życiu prosto w oczy. Charity niewiele o nim wiedziała. Przychodził męczyć ją w biurze. Próbował pozyskać informacje, a ona za każdym razem go zbywała. Rzadko dochodziła do momentu, w którym podpisywała ugodę.
Łatwiej by było dla Ciebie, i dla mnie — zaczęła Cherry dość miękkim tonem — jakbyś poszedł pić na drugi kraniec baru — pokazała mu palcem wolne miejsce. Mogli spotkać się przypadkowo, ale nie musieli razem spędzić tego wieczoru.

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: czw sty 01, 2026 10:13 pm
autor: Devon Koncecny
Prawdę mówiąc, nie tak wyobrażał sobie dzisiejszy wieczór. Pragnął bardziej relaksujących chwil z drinkami i myślami niekrążącymi wokół wydarzeń ostatnich dni. Jednak będąc już na miejscu i siedząc obok Charity, nie potrafił odejść ani udawać, że ich spotkanie się nie odbyło. I choć prawdą było, że gdyby nie jej upartość oraz wysokie mniemanie o sobie po ich ostatnim spotkaniu, wydarzenia nie skierowałyby go do klubu z wyrzutami największej słabości ostatnich lat.
- A myślisz, że od razu zauważyłem, że to ty? Zobaczyłem piękną kobietę i postanowiłem się przysiąść - powiedział wprost, czując ogromny ciężar tych słów. Jeśli była osoba, której nie chciał karmić pięknymi słowami, definitywnie była to Cherry „Skarbek” Marshall. Nie z powodu ostatniego spotkania, lecz przez długą znajomość i wiedzę o tym, jak potrafiła wykorzystać każde, nawet najdrobniejsze słowo. Choć wypowiedzianych słów nie dało się już cofnąć, postanowił spojrzeć na nią jeszcze raz i z pełną uwagą skoncentrować się na jej wyrazie twarzy. Nigdy nie potrafił rozgryźć, co myślała, wiedząc jednocześnie jak idealnie pasowała do prawniczego świata. - Czyli spędzamy ten wieczór razem. No chyba, że znowu wezwiesz na mnie jakiegoś goryla - westchnął z ironicznym uśmieszkiem, spoglądając kątem oka na umięśnionych ochroniarzy stojących w każdym rogu pomieszczenia. Nie bał się ich, ale w podbramkowej sytuacji nawet nie myślał o psuciu sobie opinii w jednym z ostatnich miejsc, w których wciąż czuł się bezpiecznie… chyba. Wiedział, że w każdej obecnej osobie mógł spotkać kogoś z jego świata, kto mógł zrobić mu zdjęcie i wysłać je odpowiednim ludziom. Dlatego brzmiało to wręcz absurdalnie: Charity, spośród wszystkich tu obecnych, była jedyną osobą, przy której czuł się względnie bezpiecznie… choć nigdy do końca.
- Źle mnie zrozumiałaś, skarbie. Ja jestem w momencie totalnego rozpierdolu przez to, że nie potrafiłaś podpisać pieprzonego dokumentu - warknął, kontrolując ton głosu. Ostatnie, czego pragnął, to głośna sprzeczka na samym początku. Najgorsze, co mógł zrobić, to publiczna szopka przy barze, zwracająca uwagę wszystkich dookoła. Wziął delikatny wdech i jeszcze raz spojrzał jej w oczy, po czym odwrócił się w stronę barmana. - Dla mnie to, co zawsze. A dla zło… uroczej pani to, co wcześniej - zamówił chłodnym, lecz stonowanym tonem. Znał większość pracujących tu ludzi doskonale, nierzadko wykorzystując ich do przygotowywania zawodowych zasadzek. Wiedział, że w takich miejscach wystarczyła koperta z odpowiednim napiwkiem, by zmusić każdego do bycia pionkiem w jego mrocznych i tajemniczych rozgrywkach, eliminujących niewygodnych z gry. - Łatwiej dla kogo? - zapytał, odbierając od barmana drinka i biorąc łyk swojej ulubionej whisky. - Dla ciebie, siedzącej tu samotnie? Czy dla mnie, szukającego spokojnych chwil? Więc. Powiesz mi jeszcze raz, żebym poszedł tam i zostawił cię samą? - Zapytał znając potencjalną odpowiedź nie chcąc i tak się stąd ruszać.
Dla siebie. Dla niej Dla dobrze spędzonych chwil… w W S P Ó L N Y M towarzystwie. Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pt sty 02, 2026 12:15 am
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Nigdy nie potrafiła zrozumieć relacji z Devonem. Wydawał się dla niej niestworzonym tworem. Dzieliła ich różnica wieku, poglądów, ale też stanowiska. Charity była królową chodzącą po kuli ziemskiej. Zawsze przygotowaną na wszystko. Idealnie ułożone włosy, dopieszczony makijaż i ten błysk w oku, przed którym ludzie uciekali. Potrafiła zjadać ludzi jak łakomy kąsek. Jednym z nich był Devon.

Piękną kobietę? — spytała, odkładając szkło na blat. Jedna z jej brwi mimowolnie uniosła się ku górze, a sama Charity się przy tym zaśmiała uroczo — misiu, ale ty jesteś zajęty. Zapominasz, że masz kobietę? Z nią powinieneś spędzać samotne wieczory — chciała zrównać go do ziemi. Mógł ukrywać, że był w związku, nie brać tego na poważnie, ale ona nigdy nie dotknęłaby zajętego mężczyzny. Samo wypowiedzenie słów o pięknej kobiecie przy barze, spowodowało zapalenie w jej głowie czerwonej lampki nie do wyłączenia.
Postaw mi drinka, to może nie wezwę — prychnęła, unosząc kącik ust ku górze. Prowokowała go. Kątem oka spojrzała na ochroniarzy. Gdzieś w klubie był jeszcze jej goryl. Od ostatniego spotkania z Devonem zaczęła uważać na obcych ludzi. Stała się bardziej uważna. Obserwowała otoczenie, bo z każdą chwilą czuła, że nie jest bezpieczna.
Zrobiłam z twojej dupy jesień średniowiecza? — parsknęła krótko, a na jej twarzy wymalował się uśmiech pełen zadowolenia — mmm, lepszego komplementu dawno nie słyszałam — prychnęła krótko pod nosem i po chwili dodała — miło mi, że utrudniłam Ci życie — na jej twarzy wymalował się szczery uśmiech. Potrzebowała to usłyszeć. Pierwszy raz od dawna poczuła się wolna przy Devonie. Tak jakby nie tylko jej życie było usłane gównem zamiast płatkami róż.
Twoje słowa nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, wiesz o tym? — prychnęła, słysząc słowa do barmana. Uniosła własne szkło i wlała w siebie całą zawartość szklanki. Potrzebowała móc poczuć w sobie odrobinę procentów, coś co mogłoby sprawić, że odleci.
Dla utrzymania świętego spokoju — odparła, chwytając nowe szkło z whiskey w środku — dobra, Misiaczku — zacmokała wesoło, unosząc ku górze oba kąciki ust — powiedz po prostu, że chcesz spędzić ze mną wieczór — powiedziała poważnym tonem, a jej wzrok utkwił w oczach Koncecny'ego — i nie oszukuj ani siebie, ani mnie — po paru sekundach jeszcze dodała — chcesz skosztować moich ust, żeby poczuć prawdziwej kobiety — uśmiechnęła się prowokacyjnie, chwytając za szklankę i upijając z niej kilka większych łyków. Mogli się bawić w kotka i myszkę, ale ona doskonale wiedziała, do czego to zmierza.

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pt sty 02, 2026 9:11 pm
autor: Devon Koncecny
Charity była N A J W I Ę K S Z Ą zagadką której nie potrafił rozwiązać. Znali się już tyle lat, a za każdym razem udowadniała mu, jak daleko był od pełnego rozszyfrowania jej osoby. Każde spotkanie przypominało loterię, w której największą wygraną była zwyczajna rozmowa; bez krzyków, wyzwisk czy obelg, jakby był jej największym wrogiem. A przecież nie zawsze tak było. Zwłaszcza na początku ich znajomości zdarzały się chwile, w których mógł zobaczyć prawdziwą kobietę bez masek i wrogości, nastawionej już od pierwszych sekund.
- Tak. Piękną kobietę. Powiedzieć to jeszcze raz? Tym razem powoli. - westchnął, skołowany zaistniałą sytuacją. Czy wyglądało to tak, jakby właśnie próbował ją poderwać? Możliwe. Jednak w tej chwili starał się być tą milszą, bardziej kulturalną połówką tego spotkania, nie wyskakującą agresją. - Oj, Charity, naprawdę potrafisz być zabawna. To, że staram się być miły, nie oznacza, że mam ochotę cię właśnie poderwać. Nie musimy od razu palić mostów wszędzie - odpowiedział stanowczo, przyglądając się jej uważnie - Serio musisz być o mnie bardzo zazdrosna, skoro tak często pytasz o moją dziewczynę - dodał, starając się zachować dobrą minę do złej gry; nie zdradzając, że z obecną partnerką nigdy mu się nie układało. Że zawalił wszystko, nie potrafiąc otworzyć się na nowe relcje po bolesnym rozstaniu.
- Nie wezwiesz? Jeszcze powiedz, że przyszłaś tutaj ze swoim bezmózgim ochroniarzem - rzucił zszokowany, kątem oka rozglądając się po sali w poszukiwaniu goryla, który podczas ostatniego spotkania w niezbyt przyjemnej atmosferze wyrzucił go z jej biura. Prawdę mówiąc, był zaskoczony przebiegiem tamtej sytuacji. Zwłaszcza, że nie był wobec niej ani agresywny, ani wulgarny. Starał się znaleźć idealne rozwiązanie sprawy, do której oboje zostali przydzieleni. Gdy zauważył zaprzyjaźnioną sylwetkę, po chwili ponownie skierował uwagę na kobietę, zachowując powagę.
- O, proszę. Już sobie przypisuje wszystkie zasługi - zaśmiał się pod nosem, słysząc kolejne słowa. Czy zrobiła z jego dupy jesień średniowiecza? Nie. Ale zdecydowanie się do tego przyczyniła będąc jedynie małą iskierką podpalającą i rozpoczynającą długi proces, którego efektem była sprawa należąca do gatunku najmniej leżącego Devonowi. - Cała ty. Przyznaj się, że od początku zależało ci na tym, by mnie tam upokorzyć. Powiedz mi. Gdyby był tam jakikolwiek inny prawnik, podpisałabyś to, nawet gdyby był największym bucem w tym zawodzie? - zapytał z ciekawością.
- Dobra, skarbie - zaczął, prostując się na krześle delikatnie dotykając bandaż, czując lekki dyskomfort w okolicy żeber. - Nie wiem. To ty co chwilę gadasz o klękaniu, błaganiu i proszeniu o najmniejszą uwagę. Przyznaj się, to ty już w biurze chciałaś jednego - odpowiedział, biorąc większy łyk ze swojego szkła ponownie skupiając na niej wzrok. - Bo jeżeli chodzi o mnie… Myślisz, że jestem tak zdesperowany, że jedyną rzeczą, o której marzę, to twoje usta, twoja obcisła sukienka i numerek gdzieś z tyłu tego klubu? - mrugnął do niej ironicznie. - Jeśli tak, muszę cię rozczarować. Jesteś ostatnią osobą, z którą chciałbym się przelizać.
Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: sob sty 03, 2026 3:18 pm
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Jak dotąd respektowała Koncecny'ego w formie jednego z największych rywali. Przychodził do niej z pozwami, próbując namieszać bezpieczeństwo firmy. To potrafiło wyprowadzić ją z równowagi. Miała mieć sukcesy, wygrywać i zostać najlepszą prezeską na świecie. Mało ludzi miało szacunek do kobiet w biznesie, a ona chciała wszystko odwrócić na własną korzyść. Stąd traktowała go jak niechciany wrzód na tyłku.
Bardzo poproszę, Devon — odpowiedziała słodkim tonem, wachlując przy tym rzęsami. Dla niej komplementy były jak woda. Potrzebowała ich do życia i zakwitnięcia — przy wrogach trzeba mieć włączony cały czas system bezpieczeństwa — stwierdziła całkiem szczerze, wzruszając delikatnie ramionami — albo się martwię, że zobaczyła, kim naprawdę jesteś i wypierdoliła Cię za drzwi — skwitowała krótko wzmiankę o jego kobiecie. Cherry nie byłaby w stanie dotknąć mężczyznę, wiedząc, że jest w związku. Nawet wejście we flirt nie wchodziło w grę. Miała pewne zasady.
Czy to nie ty dałeś mi ostrzeżenie, Koncecny? —spytała, słysząc jego komentarz o ochroniarzu. Dla niej była to jawna groźba — Charity Marshall klienci, którzy się ze mną nie zgadzają, znikają — przypomniała mu tamtą scenę. Nic dziwnego, gdyby gdzieś na tyłach baru krążył jej ochroniarz. Marshall była przezorną kobietą. Nie bała się śmierci, ale chciała pozostawić po sobie ślad. Jak dotąd nigdzie go zrobiła, a chciała zostać zapamiętana.
Przypisuje — przyznała całkiem szczerze, wyginając usta w krzywym uśmiechu — po prostu zajmuje należne mi miejsce — dodała po chwili, zarzucając lokami do tyłu. Na jego kolejne słowa nie mogła zareagować niczym innym jak śmiechem. Parsknęła pod nosem, ukrywając usta za dłonią.
Nie jesteś wyjątkowy Devon — odparła, kręcąc głową. Widocznie, prawnik miał większe ego, niż sama by się po nim spodziewała — kobiety w biznesie bardzo nie lubią przegrywać, zwłaszcza gdy muszą się przepychać łokciami o własne miejsce — nie chodziło o jego oryginalność, bycie kimś znaczącym w jej życiu. Tylko o honor samej Charity. Nic poza tym nie miało znaczenia przy podejmowaniu decyzji. Nie lubiła przegrywać i świadomie nie podjęłaby decyzji, w której mogłaby się do tego przyznać.
Różnica między nami jest taka — spoważniała na moment, milknąć na chwilę. Złapała z nim kontakt wzrokowy, by mógł dowiedzieć się, co dokładnie kryło się za jej słowami — że jakbym chciała, żebyś mnie zerżnął, to bylibyśmy już w taksówce, jadąc do mojego apartamentu — dodała, wywracając przy tym teatralnie oczyma. Im więcej mówił, tym bardziej chciała odejść, zostawiając po sobie jedynie napiwek dla barmana — możesz być, ja gustuję w bardziej higienicznych miejscach niż publiczna toaleta — to był drugi z jej największych strachów. Lęk przed zarazkami — mocne słowa Devon jak na dziesięciolatka — odparła na słowa o przelizaniu się. Typowy facet ze zbyt wielkim ego. Podobno im było ono większe, tym mniejszy był rozmiar penisa. Może powinna współczuć jego kobiecie?
To o czym chciałbyś ze mną porozmawiać? — spytała, opierając łokieć na blacie, a głowę na dłoni — pożalić się, że nie podpisałam, ponarzekać na dziewczynę, czy posłuchać o mojej pracy? — skoro nie chciał walczyć, chciała poznać jego intencje — musisz zdecydować — wycedziła, unosząc szklankę, by upić z niej kilka łyków. To od Devona zależało, w jaki sposób potoczy się ten wieczór.

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pn sty 05, 2026 7:37 pm
autor: Devon Koncecny
Z prawniczego świata była jedyną osobą, którą respektował. Przez ponad dziesięcioletnią karierę spotkał na swojej drodze wielu prawników, lecz żaden nie zrobił na nim tak ogromnego wrażenia jak Charity. Była inna, bardziej pewna siebie, a przede wszystkim nie przypominała żywego kodeksu, oddychającego wyłącznie nudnymi regułkami, jakimi kierowali się przeciętni prawnicy. Dlatego każde spotkanie z przeciwniczką wyróżniało się nieprzewidywalnością i faktem, że nigdy nie był w pełni świadomy tego, co na niego go czekało.
- Znasz mnie, z kłamstwami mi nie do twarzy. - odparł ironicznie, mając świadomość opinii krążącej o nim po mieście. Tym razem jednak nie kłamał. Każdy wypowiedziany komplement był prawdą, podobnie jak fakt, że nigdy nie byliby idealną parą; ich temperament i wybuchowość doprowadziłyby ich wprost do katastrofy. - Przy wrogach? My przecież teraz jesteśmy jak kumple. Nie myślałaś chyba, że ja to wszystko mówiłem w złości - dodał, pozwalając sobie na lekki przytyk do sytuacji sprzed kilku dni. Znał zagrożenie czające się za rogiem, czekające tylko na idealny moment do ataku. Gdyby mógł, najchętniej oddałby jej tę sprawę, przełknął gorycz porażki i przez kolejne tygodnie słuchał wyłącznie o triumfie pokonania największego z największych. Prawda była jednak gorsza. Znał warunki tej gry, w której słowa albo razem wygramy, albo razem przegramy nigdy nie brzmiały tak prawdziwie i tak mrocznie jak teraz. - Kim naprawdę jestem? Rozwiń, proszę - zapytał z zaciekawieniem. Choć w jej słowach było ziarenko prawdy. Nigdy nie traktował Lacey tak, jak powinien, tworząc związek, który z czasem przypominał jedynie marną próbę reanimowania trupa.
- Ostrzeżenie? To nie ja przychodzę z ochroniarzem, obrażam, a potem odgrywam rolę przestraszonej księżniczki potrzebującej ratunku - westchnął cicho, wiedząc, że i tak przerodzi się to w większą kłótnię, awanturę, a może nawet wybuch niekontrolowanych emocji zakończony wyrzuceniem go z klubu przez jej ochroniarza. Choć wzbudzało to w nim mieszane uczucia, i tak go do niej ciągnęło. Wciąż miał nadzieję, że w końcu uda im się znaleźć wspólny język i zakończyć to spotkanie na neutralnych warunkach. - Znikają? Inne plotki słyszałem od innych, ale masz rację, każdy znika, kiedy każdego traktujesz tak samo jak mnie - odparł, oczekując odpowiedzi. Czy tylko on był wyjątkiem, z którym trzeba było sobie radzić, wzywając ochronę, czy był to jej znak rozpoznawczy wobec wszystkich?
- Wiem, że jestem, ale nigdy nie wyróżniałem cię w tym gatunku. Nie patrzę na to w ten sposób. Zaproponowałem tobie… wam ugodę z własnej inicjatywy. Nigdy nie chciałem z tobą wygrać, bo nie o to mi chodziło - powiedział, czując narastające zakłopotanie. Oczywiście, jako prawnik pragnął, by każda sprawa rozstrzygała się na jego i klientów korzyść, ale w przypadku Charity znalazł się w sytuacji, w której porażka nie kosztowałaby go tego co zawsze. Nie chodziło już tylko o klientów, chodziło o uratowanie siebie, jej i ICH z tarapatów. Oczekiwał jedynie w s p ó ł p r a c y z jej strony. - Więc nie wiem skąd, jak i gdzie. Ale jeśli postawiłaś mnie na równi z tymi pustymi debilami, którzy nie traktują was poważnie, to muszę cię zmartwić. Siedzę naprzeciwko kogoś, kto byłby w stanie mnie pokonać w równej sprawie. I nie, nie chowam głowy w piasek ze strachu przed procesem. Po prostu miałem nadzieję, że ten jeden, jedyny raz mi zaufasz i załatwimy to wspólnie - powiedział wprost, z serca. Jeśli by mu na niej nie zależało, nie próbowałby ratować jej przed błędem, który czekałby ją, gdyby dalej trwała przy swojej uporczywości.
- A tego nie chcesz? Powiedz mi prosto w oczy, że nigdy nie myślałaś o nas w tej kwestii - zapytał, choć znał odpowiedź. Czuł się dziwnie jak nastolatek, który z jednej strony zabiega o względy partnerki, a z drugiej rękami i nogami broni się przed przyznaniem do własnej słabości. Na kolejne próby obrażania i poniżania zareagował jedynie cichym westchnieniem. Nie miał już siły wykrzykiwać jej swoich racji. Oczywiście mógł dalej odpierać ciosy, odpowiadając tym samym, lecz dawno przestał go interesować taki format rozmowy. Gdy usłyszał ostatnie pytanie skierowane w jego stronę, przełknął ślinę i powiedział wprost: - Nie. Chciałbym spędzić ten czas z kobietą, do której mam słabość. Ale jeśli dalej zamierzasz mnie obrażać… proszę bardzo. Czekam.
Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: wt sty 06, 2026 12:30 am
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Nie mogła ukryć własnego zażenowania, musiała parsknąć. Nie była w stanie powstrzymać własnej reakcji. Z kłamstwami mu nie do twarzy? Każdy prawnik, biznesmen, polityk ukrywał się za nimi. Sama Charity też. Dlatego tak bardzo ceniła w ludziach szczerość, jasne wyjawienie warunków współpracy, dla niej wydawało się to być najważniejszą wartością. Nie lubiła niejasnego przekazu, a dla niej Devon zbyt często się za nim ukrywał.
Koledzy nie wręczają mi propozycji ugody — prychnęła finalnie, kręcąc głową. Odkąd zakończyli studia, relacja z Koncecny'm wkroczyła dla niej na poziom ściśle biznesowy. Mieli dogadywać spory, mogli się kłócić, ale nie wyszłaby z nim po wszystkim na piwo. Takie ścieranie się budowało ścianę, która była dla niej nie do przekroczenia. Nigdy nie bawiły ją półśrodki, kiedy miała wygrać, o ile nie znała ceny własnego zwycięstwa — parszywym skurwysynem? Wywłoką? Naprawdę mam szukać epitetów? — spytała, unosząc do góry jedną brew. Wiele mogłaby wypowiedzieć, pod wieloma określeniami ukryć. Nie były one kłamstwem, brzydziła się mężczyznami, którzy nie potrafili utrzymać własnego penisa na odpowiedniej granicy. Był w związku, a nazywał ją piękną. Absolutnie, jej to nie bawiło.
Nie przypominam przerażonej księżniczki — burknęła zirytowana pod nosem, strzelając oczyma. Mogła mieć ochroniarzy dookoła siebie. Dla niej liczyło się bezpieczeństwo, zwłaszcza kiedy ktoś sugerował jej zniknięcie. Tylko udawała, że słowa Devona spływały po niej jak po kaczce. Przezorny zawsze ubezpieczony, a nie jak Polak mądry po szkodzie — ile ty masz lat? Jak mam Ciebie nimi traktować? Czerwony dywan rozłożyć następnym razem? — była dosadna. Mogli mieć wspólną przeszłość, bawić się, ale od tamtego okresu minęło sporo czasu. Oboje się zmienili, wydorośleli i przejęli odpowiednie obowiązki. Noga Cherry nigdy nie stanęłaby na sali rozpraw, miała od tego setki prawników, którzy dbali o dobro firmy. Ona mimo to ich nadzorowała, by mieć pewność, że wszystko jest na odpowiednim miejscu.
Daruj sobie Devon — prychnęła Cherry. Nie mogła się powstrzymać od strzelenia oczami — z własnej inicjatywy mógłbyś napisać do mnie o wyjście na drinka, a nie przychodzić z ugodą — to jedno zdanie wiele podkreślało. Na stopie zawodowej byli wrogami, a to powodowało, że nie mogli się do siebie zbliżyć. Gdyby chcieli, mogliby po spotkaniu wyjść coś zjeść, łatwiej było się kłócić.
A niby dlaczego mamy załatwić to wspólnie? — parsknęła krótko Charity. Dlatego nie mogli się przyjaźnić, nawet w barze próbował przekonać ją do własnego pomysłu. — Boisz się, że przegrasz? Może czapkę kurczaka powinnam dla Ciebie załatwić? — zagadnęła oschle, przechylając głowę — mnie nie kręcą półsłówka Devon, jeśli mam komuś zaufać, to liczy się szczerość — powiedziała finalnie Charity, odwracając wzrok na szklankę. Uniosła ją, by zatopić usta w whiskey. Tyle miała ze spokojnego wieczoru w samotności. Potrzebowała go na otrzeźwienie głowy, a zamiast tego dostała szarpaninę słowną.
Wstała z krzesła, by móc się do niego przybliżyć. Zatrzymała się na kilka centymetrów od jego twarzy. Po jej minie nie dało stwierdzić się zbyt wiele, choć patrząc w jego oczy, szybciej zabiło jej serce.
Nie, nie myślałam — wycedziła krótko przez usta, tak że dzieliły ich usta dzieliły centymetry. Zaśmiała się krótko, siadając z powrotem na miejsce — uroczy jesteś, jeśli myślisz, że przeszłoby mi to przez głowę — był zajętym facetem. Nie znała go w innej wersji. Zakazany owoc mógł smakować najlepiej, ale ona nie miała zamiaru tego sprawdzać — widzisz Devon, ja się nigdy nie bawię w półśrodki jak ty — stwierdziła, przechylając głowę — nawet mówiąc to, przyznajesz mi rację — wyraził własne pragnienia, a ona zdołała je ocenić. Sprawa była banalna. Mógł być cholernie przystojny, mogła chcieć zedrzeć z niego ubrania, ale nigdy, przenigdy nie przyznałaby tego zajętemu facetowi.
To powinieneś iść do swojej kobiety — spojrzała na niego badawczym wzrokiem. Mógł się przed nią odsłaniać, ale koniec końców miał kogoś — nie dotykam zajętych facetów — stwierdziła głosem nieznoszącym sprzeciwu — co najwyżej możemy się pośmiać z dawnych czasów, jak najebany rzygałeś przez okno — zaproponowała z nutą ironii. Normalna rozmowa mogłaby mieć miejsce, gdyby nie przekleństwa padające od samego początku.