there's glitter on the floor
: ndz gru 28, 2025 4:16 pm
Sam fakt, że w ogóle p r z y s z ł a na tą imprezę rozpatrywała już w ramach wychodzenia z własnej strefy komfortu. Na dodatek p r z y s z ł a ze szczegółowo (jak jej się przynajmniej wydawało) opracowanym planem. Uwaga, famfary, zostanie na godzinę. No dobrze, m o ż e dwie, maksymalnie trzy, jeśli jej sprytny plan okaże się nigdy nie istnieć rozmowy okażą się akceptowalne, a muzyka nie zacznie zbyt szybko przypominać wypadkowej alarmu przeciwpożarowego z kakofonią dźwięków prosto z jej oddziału. Sylwester, jak zresztą żadne inne imprezy i przyjęcia, nigdy nie był jej żywiołem — za dużo ludzi, za dużo błysku, za dużo wrażenia, że wszyscy inni wiedzą dokładnie, co robią i co ważniejsze po co robią. Ona po prostu założyła połyskującą mini, wyrysowała na oku najlepszą kreskę jaką umiała i postanowiła się nie przejmować tym, że co chwilę poprawia dół sukienki, wyglądając w najlepszym wypadku jak czyjaś przyzwoitka. Po prawdzie jednak — było miło. N a p r a w d ę. Ktoś ją znał, ktoś ją komuś przedstawił, ktoś był znajomym kogoś kto ją zna, a ktoś jeszcze inny zapytał, gdzie pracuje, ktoś inny powiedział, że pielęgniarki to bohaterki. Uśmiechała się, śmiała, kiwała głową, słuchała. Robiła to, co zawsze — była sobą. T ą dziewczyną, którą łatwo wciągnąć w rozmowę i jeszcze łatwiej zaprosić na kolejne spotkanie, nawet jeśli dopiero co się ją poznało. Owszem, nie pamiętała imion większości ze swoich rozmówców, ale w tych wyjątkowych okolicznościach przyrody mogła to zwalić na karb bąbelków w prosecco.
I właśnie wtedy go zobaczyła. Nie od razu. Najpierw mignął jej znajomy profil gdzieś po drugiej stronie salonu. Potem ten charakterystyczny moment zawieszenia wzroku, kiedy mózg potrzebował sekundy, żeby dogonić serce. Donnie, o c z y w i ś c i e. Tutaj. Jakby zupełnie niepasujący do tego obrazka, a jednocześnie pasujący aż za bardzo. Z pewnością bardziej niż ona. Przez chwilę zastanawiała się, czy to jakaś sylwestrowa halucynacja, ale nie — raz: nie wypiła (przynajmniej jeszcze) wcale tak dużo, dwa: to po prostu on miał tę zdolność pojawiania się dokładnie tam, gdzie się go nie spodziewała. Uśmiechnęła się sama do siebie. Oczywiście, że to on. Elsie nie miała w zwyczaju analizować takich rzeczy. Jeśli kogoś widziała i chciała z nim porozmawiać, po prostu to robiła. Nagle życie okazywało się po prostu proste a życie towarzyskie banalne do rozgrywania, specjalistka z Bożej łaski. Przecisnęła się między ludźmi, rzucając kilka automatycznych przepraszam, dzięki czy świetnie wyglądasz aż w końcu stanęła przed nim, jakby widzieli się wczoraj, a nie… kiedy to właściwie było?W epoce kamienia łupanego.
— Kogo to moje piękne oczy widzą — powiedziała siląc się na naturalność porównywalną z tą, którą Marlon Brando fundował swoim widzom jako don Corleone. Oparła się lekko o stół obok, trochę tak jakby tylko w ten jeden sposób nie mógł jej zaraz zniknąć. W tym momencie sukienka przestała mieć znaczenie, a cały ten sylwestrowy blichtr stał się tylko tłem. — Serio — dodała po chwili, kręcąc głową z uśmiechem. — Dobić się do ciebie bywa trudniej niż do prezydenta. Już myślałam, że potrzebuję oficjalnego zaproszenia albo przynajmniej numeru do rzecznika prasowego — klasyk w wykonaniu tej pięknej damy. Lekki uśmiech, trochę zadziorny co by nie wychodziła przed Donniem na zbyt łatwą, ale z drugiej strony — zero wyrzutu, zero pretensji, zero martwiłam się o ciebie, cholerny niewdzięczniku. Brzmiała dokładnie jak ona: ciepło, żartobliwie, z tym rodzajem luzu, który sprawiał, że ludzie czuli się przy niej swobodnie.
W tle ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny próbował ustawić muzykę, ktoś odliczał minuty do północy (ewidentnie nie zdając sobie sprawy jak długo do niej jeszcze zostało). A Elsie stała tam, dokładnie taka, jaka była zawsze — dobra, trochę nie na miejscu,trochę błyszcząca jak noworoczna kula w Nowym Jorku. Może ten wieczór nie będzie wcale taki zły?
Donnie A. Bowen
I właśnie wtedy go zobaczyła. Nie od razu. Najpierw mignął jej znajomy profil gdzieś po drugiej stronie salonu. Potem ten charakterystyczny moment zawieszenia wzroku, kiedy mózg potrzebował sekundy, żeby dogonić serce. Donnie, o c z y w i ś c i e. Tutaj. Jakby zupełnie niepasujący do tego obrazka, a jednocześnie pasujący aż za bardzo. Z pewnością bardziej niż ona. Przez chwilę zastanawiała się, czy to jakaś sylwestrowa halucynacja, ale nie — raz: nie wypiła (przynajmniej jeszcze) wcale tak dużo, dwa: to po prostu on miał tę zdolność pojawiania się dokładnie tam, gdzie się go nie spodziewała. Uśmiechnęła się sama do siebie. Oczywiście, że to on. Elsie nie miała w zwyczaju analizować takich rzeczy. Jeśli kogoś widziała i chciała z nim porozmawiać, po prostu to robiła. Nagle życie okazywało się po prostu proste a życie towarzyskie banalne do rozgrywania, specjalistka z Bożej łaski. Przecisnęła się między ludźmi, rzucając kilka automatycznych przepraszam, dzięki czy świetnie wyglądasz aż w końcu stanęła przed nim, jakby widzieli się wczoraj, a nie… kiedy to właściwie było?
— Kogo to moje piękne oczy widzą — powiedziała siląc się na naturalność porównywalną z tą, którą Marlon Brando fundował swoim widzom jako don Corleone. Oparła się lekko o stół obok, trochę tak jakby tylko w ten jeden sposób nie mógł jej zaraz zniknąć. W tym momencie sukienka przestała mieć znaczenie, a cały ten sylwestrowy blichtr stał się tylko tłem. — Serio — dodała po chwili, kręcąc głową z uśmiechem. — Dobić się do ciebie bywa trudniej niż do prezydenta. Już myślałam, że potrzebuję oficjalnego zaproszenia albo przynajmniej numeru do rzecznika prasowego — klasyk w wykonaniu tej pięknej damy. Lekki uśmiech, trochę zadziorny co by nie wychodziła przed Donniem na zbyt łatwą, ale z drugiej strony — zero wyrzutu, zero pretensji, zero martwiłam się o ciebie, cholerny niewdzięczniku. Brzmiała dokładnie jak ona: ciepło, żartobliwie, z tym rodzajem luzu, który sprawiał, że ludzie czuli się przy niej swobodnie.
W tle ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny próbował ustawić muzykę, ktoś odliczał minuty do północy (ewidentnie nie zdając sobie sprawy jak długo do niej jeszcze zostało). A Elsie stała tam, dokładnie taka, jaka była zawsze — dobra, trochę nie na miejscu,
Donnie A. Bowen