i took a pill in ibiza. kinda.
: pn gru 29, 2025 3:37 pm
Wilbur Fitzpatrick był ostatnim wrzodem na dupie. Naprawdę musiał być dokuczliwą postacią, skoro nawet ktoś o cierpliwości i optymizmie Elsie kończył dzień z poczuciem, że stracił kilka lat życia w dodatku za darmo (choć przecież za pracę otrzymywała wynagrodzenie, najwyraźniej niewspółmierne poniesionemu wysiłkowi). Atencyjny, niewspółpracujący, odgrażający się jakby świat istniał wyłącznie po to by spełniać jego kaprysy. Rzucał na prawo i lewo, że zna każdego, że ma kontakty, że wszystko wie najlepiej — choć jego pojęcie o Google było równie precyzyjne jak wytyczne do gotowania makaronu na oko. Przychodził na oddział ze swoją małą, prywatną apteką, pakując do torby wszystko, co uznał za słuszne i potrzebne, a próby ograniczenia tego zbioru leków zwykle kończyły się krzykiem, groźbą lub — w ekstremalnych przypadkach — pogryzieniem. Gdy tylko spuszczało się go z oka na sekundę, zajadał się tabletkami jak cukierkami, bez ładu, składu czy jakiejkolwiek kontroli nad tym, co właściwie wsuwał. A mimo całej tej chaotycznej mieszanki chemicznej, zawsze wychodził do domu jak zwycięzca — d o c z a s u. Tym razem bowiem serce Wilbura, wcześniej nadszarpnięte przez liczne wybryki i szalone miksy leków, nie wytrzymało. Reanimacja trwała d ł u g o (zdecydowanie z b y t długo, aż chciałoby się rzec), ale nawet najdłuższe sztuczne podtrzymywanie życia nie mogło naprawić tego, co zostało zniszczone przez lata ignorancji i przypadkowej medycyny domowej (nazywając to dosyć delikatnie). Rodzina Fitzpatricków — zaskakująco spójna w swoich szaleństwach i byciu wrzodem na dupie — postanowiła, że wina leży po stronie Elsie. Bo przecież pacjent został przez nią z a b i t y.
Elsie czuła ciężar tej absurdalnej oskarżycielskiej logiki jak potężny głaz ciągnący w dół całą jej pewność siebie i przekonanie o tym, że wykonuje swoją pracę rzetelnie. W głowie przewijały jej się wszystkie sceny z Wilburem: stukające paznokcie o blat stołu, wieczne pretensje, dramatyczne gesty, groźby i wymówki. To miało być zabawne w retrospekcji, gdyby nie fakt, że to n a n i ą spadła odpowiedzialność za śmierć człowieka, który w zasadzie sam urządził sobie finał życia jak szarlatan na zakrapianym syropami przyjęciu. I teraz, w środku chaosu po dyżurze, stała na szpitalnym korytarzu, czekając. Widziała z daleka sylwetkę Zaylee, jak zgrabnie przesuwała się między pracownikami, elegancka i nienagannie ułożona. Narzeczona matki. Zupełnie jakby wszechświat stwierdził, że jeszcze tego dnia jej z a m a ł o. Czekała więc, nerwowo przestępując z nogi na nogę, choć wiedziała, że nie zrobiła nic złego. Każde oskarżenie w jej kierunku było kompletnie wyssane z palca, jednak adrenalina i stres po nieudanym reanimacyjnym wysiłku nie pozwalały na pełny spokój. Przecież to nie ja go zabiłam, chłop zrobił to sam (wyjątkowo ekscentryczne diy), powtarzała w myślach. Mimo to serce biło szybciej, a ręce drżały od zmęczenia i napięcia, które nie znikało nawet przy próbie głębokiego oddechu. Gdy Zaylee wreszcie zbliżyła się, Elsie poczuła charakterystyczny mieszany impuls — dystans, grzeczność, a równocześnie lekkie ukłucie niepewności. Niepewność, bo wiedziała, że rozmowa będzie oceniana w półtonach, a każde słowo może zostać przesunięte w kierunku, którego nie chce. Próbowała zebrać myśli, kontrolować uśmiech, zachować lekki ton. Wiedziała też, że Zaylee nie przyszła po to, żeby ją wspierać — była obserwatorką, uczestniczką sceny rodzinnej, która wolałaby pewnie, żeby Elsie znalazła się gdzie indziej. W głowie Elsie pojawił się potok myśli, szybki jak rzeka po burzy. Nie rób głupstw. Nie zacznij się tłumaczyć jak w szkole. To nie twoja wina. Oddychać. Nie patrz na nią jak na sędziego wszechświata. Uśmiechnij się lekko, bądź spokojna. I tak stała, balansując między dystansem a niechęcią do ustąpienia, między uprzejmością a poczuciem, że musi się bronić samym swoim spokojem, obserwując Zaylee, która powoli zbliżała się do niej na korytarzu.
zaylee miller
Elsie czuła ciężar tej absurdalnej oskarżycielskiej logiki jak potężny głaz ciągnący w dół całą jej pewność siebie i przekonanie o tym, że wykonuje swoją pracę rzetelnie. W głowie przewijały jej się wszystkie sceny z Wilburem: stukające paznokcie o blat stołu, wieczne pretensje, dramatyczne gesty, groźby i wymówki. To miało być zabawne w retrospekcji, gdyby nie fakt, że to n a n i ą spadła odpowiedzialność za śmierć człowieka, który w zasadzie sam urządził sobie finał życia jak szarlatan na zakrapianym syropami przyjęciu. I teraz, w środku chaosu po dyżurze, stała na szpitalnym korytarzu, czekając. Widziała z daleka sylwetkę Zaylee, jak zgrabnie przesuwała się między pracownikami, elegancka i nienagannie ułożona. Narzeczona matki. Zupełnie jakby wszechświat stwierdził, że jeszcze tego dnia jej z a m a ł o. Czekała więc, nerwowo przestępując z nogi na nogę, choć wiedziała, że nie zrobiła nic złego. Każde oskarżenie w jej kierunku było kompletnie wyssane z palca, jednak adrenalina i stres po nieudanym reanimacyjnym wysiłku nie pozwalały na pełny spokój. Przecież to nie ja go zabiłam, chłop zrobił to sam (wyjątkowo ekscentryczne diy), powtarzała w myślach. Mimo to serce biło szybciej, a ręce drżały od zmęczenia i napięcia, które nie znikało nawet przy próbie głębokiego oddechu. Gdy Zaylee wreszcie zbliżyła się, Elsie poczuła charakterystyczny mieszany impuls — dystans, grzeczność, a równocześnie lekkie ukłucie niepewności. Niepewność, bo wiedziała, że rozmowa będzie oceniana w półtonach, a każde słowo może zostać przesunięte w kierunku, którego nie chce. Próbowała zebrać myśli, kontrolować uśmiech, zachować lekki ton. Wiedziała też, że Zaylee nie przyszła po to, żeby ją wspierać — była obserwatorką, uczestniczką sceny rodzinnej, która wolałaby pewnie, żeby Elsie znalazła się gdzie indziej. W głowie Elsie pojawił się potok myśli, szybki jak rzeka po burzy. Nie rób głupstw. Nie zacznij się tłumaczyć jak w szkole. To nie twoja wina. Oddychać. Nie patrz na nią jak na sędziego wszechświata. Uśmiechnij się lekko, bądź spokojna. I tak stała, balansując między dystansem a niechęcią do ustąpienia, między uprzejmością a poczuciem, że musi się bronić samym swoim spokojem, obserwując Zaylee, która powoli zbliżała się do niej na korytarzu.
zaylee miller