Strona 1 z 2

first aid at midnight

: wt gru 30, 2025 1:03 am
autor: Abby Wallace

005.
blood, bourbon, and bandages


Na pewno nie chcesz wracać z nami? — głos Gigi był przepełniony troską, a oczy miała zmartwione. Zawsze tak na nią patrzyła, kiedy Wallace robiła coś, czego nie powinna — czyli praktycznie cały czas. Tym razem chodziło o fakt, że bawiła się za d o b r z e, kiedy wszyscy inni chcieli zwijać się do akademika.
Na pewno — zapewniła ją, poprawiając kurtkę na ramieniu przyjaciółki, która zsunęła się nieznacznie, odsłaniając cekinową bluzkę. — Obiecuję, że wypije jeszcze tylko maks dwa drinki, zgarnę numer do barmana i też wracam — przystawiła dłoń do serca, składając tym samym obietnicę scouta, której za nic nie śmiała łamać, chociaż Gigi wciąż nie wydawała się przekonana.
Obiecujesz?
Obiecuję, obiecuję. A teraz idź — prawie siłą wypchnęła kumpelę z baru, jeszcze trzy razy po drodze zapewniając ją, że nic jej nie będzie. Była wdzięczna za swoich przyjaciół, jednak czasami miała ochotę ich zatłuc za nadmierną ilość troski. Przecież nie była już mała dziewczynką, która dałaby sobie wlać byle gówno do drinka albo poszła zobaczyć kotki w piwnicy. No chyba, że pieski; to już prędzej.
Lekko chwiejnym krokiem ruszyła do baru, przy okazji potykając się o krzywo pociągnięty kabel od głośnika. Trochę pokurwowała pod nosem, jednak finalnie misja zakończyła się sukcesem.
Oparła łokcie na chłodnej ladzie, racząc barmana firmowym uśmiechem numer trzy, przeznaczonym na specjalne okazje, by już po chwili zamówić kolejne już tego wieczoru cuba libre. Rozejrzała się dookoła — liczne podgrupki świetnie bawiły się na parkiecie w rogu sali, dwóch facetów przy drzwiach kłóciło się o ostatni łyk flaszki, a tuż obok przy ladzie jakiś chłopak… przecierał rozjebane knykcie całą zakrwawioną już serwetką. Wallace aż się wyprostowała, przyglądając się temu z boku. I może gdyby była nieco bardziej trzeźwa zareagowałaby bardziej odpowiednio do zawodu, do którego się przygotowywała.
Proponowałabym użyć CZYSTEJ — odezwała się, przysuwając nieznacznie w stronę chłopaka. Wzrok wciąż miała wbity w jego dłoń, przysłoniętą ubabranym po brzegi chisteczką. — Wtedy z pewnością łatwiej byłoby to zetrzeć — uraczyła go tą jakże błyskotliwą myślą. I pewnie na tym powinna poprzestać, przecież obiecała Gigi, że nie będzie zagadywać do typów spod ciemnej gwiazdy. Problem w tym, że nie byłaby sobą, gdy nie paplała dalej. A poza tym nie mogła znieść tego widoku. Aż ją skręcało w środku, żeby wyrwać mu tą serwetkę.
A tak serio, ty wiesz ile to ma bakterii? — znowu się odezwała, przysuwajac jeszcze bliżej, tak, że stała już prz ramieniu chłopaka. — Aż się prosi o jakieś zakażenie, jak zarazki trafią do tkanek. A potem już tylko ropień, zapalenie skóry, nie mówiąc nawet o ryzyku tężca… — zaczęła wymieniać i pewnie mogłaby tak jeszcze przez dobre dziesięć minut, tylko wtedy chłopak w końcu na nią spojrzał, a oczom Abby ukazała się równie zakrwawiona twarz, szczególnie łuk brwiowy i rozjebana warga. — O kurwa.

Alexander Hall

first aid at midnight

: śr gru 31, 2025 12:45 am
autor: Alexander Hall
Przegrana smakowała jak mieszanina krwi, taniej whisky i kurzu z maty, której nie czyszczono od czasów świetności zapuszczonej piwnicy, w której odbywały się nielegalne walki bokserskie. Niższy o kilka centymetrów, nabity jak beczka przeciwnik okazał się mieć pięści z betonu - Lex przyjął na twarz więcej, niż planował, a każdy ruch szczęką przypominał mu o bolesnej porażce.
Wyszedł stamtąd z kilkoma pogniecionymi dolarami w kieszeni, które ledwo starczały na kilka kolejek i taksówkę. Najgorsza była jednak wściekłość na samego siebie, która paraliżowała jego umysł - musiał ją jakoś uciszyć. Bezwiednie zaciskał pulsujące bólem dłonie, czując pod skórą każdą zadaną i przyjętą ranę. Nienawidził faktu, że dał się sprowokować temu nabitemu frajerowi, i że pozwolił, by emocje wzięły górę nad chłodną kalkulacją. Spierdolił to po prostu koncertowo. Jakby tego było mało, gdzieś z tyłu głowy kłębiła się myśl, że po prostu wystawił swoje ciało na sprzedaż i wycenił je zdecydowanie zbyt tanio. Nie ukrywał, że potrzebował tych pieniędzy na wczoraj, a ochłapy, które rzucił mu organizator, były tylko upokarzającym przypomnieniem tego, kim dla nich był. Czyli nikim. Jeszcze.
Ciało samo zaprowadziło go do pierwszego lepszego baru, domagając się solidnej dawki znieczulenia. Usiadł na pierwszym wolnym stołku przy barze, jaki zobaczył. Świat wokół niego lekko wirował, a krawędzie barowych świateł rozmyły się w pulsujące, neonowe plamy. Czuł w głowie rytmiczny łomot, który zagłuszał muzykę.
- Whisky. Czystą - wychrypiał do barmana. Chwilę Lexowi zajęło, zanim ogarnął, że z jego rozbitych kostek zaczynają miarowo uderzać o blat małe krople krwi. Kiedy barman postawił przed nim szkło, Lex skinął głową na swoją dłoń. - I jakieś serwetki.
Zaczął nimi wycierać dłonie, choć w tym stanie tylko rozmazywał czerwień po skórze. Był w takim stanie zawieszenia, że potok słów, który nagle spłynął na niego z boku, dotarł do jego świadomości z opóźnieniem. Przez chwilę trwał w bezruchu, ale zaraz powoli uniósł głowę, jakby każdy milimetr tego ruchu wymagał od niego osobnej decyzji. Przez ułamek sekundy jego wzrok nie mógł złapać ostrości, ale w końcu zatrzymał się na ślicznej buzi jakiejś blondyneczki. Czuł od niej zapach perfum wymieszany z alkoholem, a jej przerażone "O kurwa" odbiło się echem w jego huczącej czaszce.
Skrzywił się, co natychmiast wywołało pulsujący ból w rozbitej wardze.
- Skończyłaś już tę listę przebojów patogenów, czy masz w zanadrzu jeszcze coś o gangrenie? - wychrypiał, a jego głos był niski i szorstki od dymu i wysiłku.
Nie odsunął się, mimo że stała stanowczo za blisko jak na kogoś, kto widzi go pierwszy raz w życiu. Spojrzał na swoją dłoń, potem na ubabraną serwetkę, a na końcu prosto w jej rozszerzone źrenice. W jego oczach nie było agresji, raczej zmęczenie, rezygnacja i odrobina irytacji.
- Gratuluję spostrzegawczości, pani profesor. Czysta serwetka to faktycznie przełom w medycynie polowej - mruknął, rzucając zakrwawiony papier na blat baru z wyraźnym obrzydzeniem. Sięgnął po szklankę i wychylił ją duszkiem, krzywiąc się, gdy alkohol podrażnił rozbitą wargę. Odstawił szkło z głuchym stuknięciem i gestem poprosił barmana o kolejną porcję. - Masz rację, ten papier to syf - dodał, a potem przekrzywił lekko głowę, mierząc ją podejrzliwym wzrokiem. - Ale powiedz mi... ty tak zawsze? Zaczepiasz zakrwawionych facetów w barach, żeby robić im wykłady, czy po prostu szukasz dawcy nerek i oceniasz, czy moje organy są jeszcze coś warte?
Musiał mocno oberwać w głowę, skoro w ogóle chciało mu się ciągnąć tę rozmowę, zamiast po prostu kazać jej odejść. Normalnie warknąłby coś o pilnowaniu własnej dupy, ale teraz, w tym neonowym półmroku, obecność dziewczyny była dziwnie kojąca. Była zdecydowanie zbyt ładna na to miejsce i zbyt przejęta czymś tak błahym jak jego rozbita twarz.
W sumie urocze to było.

Abby Wallace

first aid at midnight

: śr gru 31, 2025 4:29 pm
autor: Abby Wallace
Zazwyczaj nie zaczepiała obcych facetów.
Nie. Wróć.
Zdarzało się jej zaczepiać obcych facetów, zagadywać i zaciągać na parkiet, ale raczej nigdy takich, którzy ociekali krwią. A może po prostu na żadnego wcześniej nie trafiła? Może jej lekarska natura nie pozwalałą przejsć obok tego wszystkiego obojętnie? Szczególnie kiedy zobaczyła twarz chłopaka.
Podczas gdy jego kocie oczy wpatrywały się w jej zaskoczoną minę, Wallace już analizowała wszystkie rany na jego ciele. A przynajmniej te, które były widoczne na pierwszy rzut oka; napuchnięty policzek, najprawdopodobniej od mocnego uderzenia, rozwalony łuk brwiowy i rozcięta warga, z której wciąż sączyła się krew. Nawet jego uszczypliwa uwaga doszła do niej z lekkim opóźnieniem, jednak kiedy to się stało, wbiła spojrzenie w jego piwne oczy. A może jednak były bardziej pomarańczowe? Nie potrafiła się zdecydować.
Spokojnie, gangrena jest dopiero w wersji premium. Na razie masz pakiet podstawowy: ropa i stan zapalny — uśmiechnęła się ciepło, dodając do tego nutę sarkazmu. — Ale jak bardzo chcesz, moge dorzucic jeszcze wykład o sepsie — dodała zaczepnie, upijając łyk drinka. Szczerze mówiąc, gdyby tylko chciała, mogła rozwodzić się nad różnymi chorobami aż nie zostałby ich ranek. A może nawet i jeden dzień dłużej. Tylko czy był w tym sens? Przecież on i tak nic sobie z tego nie zrobi. Nie wyglądał na faceta, który słuchał poleceń innych, a co dopiero jakiejś randomowej laski z klubu. Nawet jeśli spojrzenia, które wymieniali, trwały nieco dłużej niż powinny. A może trwałyby jeszcze dłużej, gdyby Abby co jakiś czas nie odbiegała wzrokiem do jego ran. Aż ją kurwa skręcało w środku, żeby coś z tym zrobić.
Obserwowała uważnie, jak upija łyka swojego drinka; jak jego rozwalona warga rozciąga się nieznacznie, by już po chwili wypuścić z siebie niewielką strużkę krwi, którą Wallace przez moment miała ochotę wytrzeć. Nawet ręka jej drgnęła, tylko wtedy on rzucił o tej kwalifikacji organów do przeszczepu, a blondynka zaśmiała się szczerze, unosząc przy okazji jedną brew ku górze.
Spokojnie, twoja wątroba już dawno się zdyskwalifikowała — wskazała dłonią na alkohol, który pił. Nie była specjalistką, ale dałaby sobie rękę uciąć, że to wcale nie był jego pierwszy ani jedyny drink tego wieczoru. Szczególnie, że już po chwili zamówił kolejny. — Ale rękę i twarz jeszcze mogę uratować — dodała po chwili, spoglądając głęboko w jego piwne oczy. Może trochę za bardzo wyzywająco? W końcu dlaczego miałby pozwolić jej sobie pomóc? Nawet się nie znali. Już nie wspominając o fakcie, że ona go nie znała i zapewne mało rozważnym było pójście z nim gdziekolwiek.
Tylko kiedy ona tak naprawdę była rozważna?
Wsiąkała kłopoty jak gąbkę i nikogo nie powinno dziwić, że nawet teraz, zamiast po prostu wzruszyć ramionami i odejść, ona nachyliła się jeszcze bliżej w jego kierunku, a wolny kosmyk osunął się jej na twarz.
A tak już na serio, to trzeba to opatrzyć — ściągnęła uśmiech z twarzy, siląc się na nieco więcej powagi. — Mam w plecaku apteczkę, gdybyś był zainteresowany — rzuciła luźno i dopiero po chwili dotarło do niej, że dla zwykłego, szarego człowieka, fakt, że ktokolwiek nosił casualowo przy sobie apteczkę mogło być co najmniej dziwne. — Studiuje medycyne — wyjaśniła praktycznie od razu, delikatnie czerwieniąc się na twarzy. Chociaż to może od tego gorąca panującego na sali? Bo przecież nie ze względu na nieplanowane towarzystwo. — I nie, nie chodze po barach, szukając przypadkowych rannych typów do ćwiczeń klinicznych. Ale jak już trafi się ktoś z twarzą wartą uratowania, szkoda byłoby przejść obojętnie — powiedziała to na głos?

Alexander Hall

first aid at midnight

: czw sty 01, 2026 11:11 pm
autor: Alexander Hall
Adrenalina powoli opadała, zostawiając po sobie to tępe, pulsujące bicie w skroniach i pieczenie każdego rozcięcia na skórze. Czuł metaliczny posmak krwi w ustach, który próbował zabić kolejnym łykiem taniej whisky, ale alkohol tylko rozgrzewał rany, zamiast je uśpić. Nielegalne walki miały to do siebie, że nikt po nich nie pytał o samopoczucie. Wygrałeś - bierzesz kasę, przegrałeś - liżesz rany w samotności. Taki był układ i Lexowi całkowicie on odpowiadał. Nie potrzebował współczucia, a już na pewno nie potrzebował publiki - dlaczego więc pozwalał tej słodkiej blondynce na te wszystkie uwagi?
Sam nie wiedział, dlaczego jeszcze nie kazał jej odejść. Może to przez ten drink, który powoli uderzał mu do głowy, a może przez to, że miała w sobie coś, co kazało mu na moment przestać zaciskać zęby. Przyjął jej sarkastyczną uwagę o pakiecie premium z lekkim, chrapliwym parsknięciem, którego od razu pożałował, bo rozcięta warga pulsowała teraz jak oszalała. Spojrzał na nią, a jego oczy zwęziły się nieznacznie.
- Wykład o sepsie? Brzmi jak najgorsza randka, na której mógłbym wylądować - mruknął, odstawiając szklankę na blat z głuchym stukotem. - Ale muszę przyznać, że masz tupet. Większość dziewczyn tutaj odwraca wzrok albo szuka kogoś, kto nie wygląda, jakby przed chwilą wypadł z wirówki.
Gapił się na nią przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy któryś z ostatnich ciosów nie uszkodził mu jednak płata czołowego. Ta dziewczyna była absurdalna. Śliczna w sposób, który kłuł w oczy w tym zapyziałym barze, z tymi swoimi blond włosami i niebiesko-zielono-piwnym spojrzeniem, które zamiast strachu, wyrażało niemal kliniczną ciekawość. Wyglądała jak wycięta z kolorowego magazynu i wklejona w środek brudnego komiksu.
„Gada od rzeczy” - przemknęło mu przez myśl, gdy słuchał o tych wszystkich pakietach premium i sepsie. Kto normalny podchodził do zakrwawionego faceta i zamiast zapytać, czy żyje, serwował mu wykład o gniciu tkanek? Była irytująca w tej swojej lekarskiej pewności siebie, a jednocześnie hipnotyzująca. Lex rzadko spotykał ludzi, którzy patrzyli na krew bez obrzydzenia, traktując ją po prostu jak usterkę do naprawienia.
Spokojnie, twoja wątroba już dawno się zdyskwalifikowała.
Uniósł brew, patrząc na Abby z mieszanką niedowierzania i rozbawienia.
- Wątroba zdyskwalifikowana, co? Szybka ta diagnoza, pani doktor. Nawet nie zdążyłem zdjąć koszulki - mruknął. - W moim świecie to się nazywa hartowanie organizmu, ale widzę, że na studiach uczą was raczej czarnowidztwa.
Zaśmiał się pod nosem. Pyskata pani doktor. Lex obserwował ją uważnie, gdy nachyliła się jeszcze bliżej. Czuł od niej zapach, który kompletnie nie pasował do tego miejsca - coś czystego i świeżego, co gryzło się z fetorem potu, dymu i rozlanej whisky. Może płyn do płukania? A cholera wie. Gapił się na ten wolny kosmyk włosów, który opadł jej na twarz, i przez krótką chwilę zastanawiał się, czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę, jak bardzo tutaj nie pasowała.
- Uratować... - powtórzył pod nosem, jakby to słowo miało dla niego gorzki posmak. - Dobra, doktorku. Skoro już i tak zepsułaś mi narrację o byciu niezniszczalnym tym swoim wykładem o ropie i martwych organach, to miejmy to z głowy. Wyciągaj te swoje zabawki.
Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zauważając delikatny rumieniec. Zastanawiał się przez ułamek sekundy, co go wywołało - duszna atmosfera baru, stres związany z robieniem czegoś „zakazanego”, czy może po prostu on sam i jego bliskość? Lex rzadko spotykał ludzi, którzy zamiast uciekać przed kłopotami, sami pakowali się w nie z plecakiem pełnym... gazików.
- Tylko uprzedzam, jeśli planujesz mnie tu dezynfekować przy wszystkich, to miej świadomość, że właśnie psujesz mi reputację najbardziej wrednego gościa w tym barze - dodał, tym razem nie siląc się na uśmiech, bo ból w rozciętej wardze stał się zbyt natrętny. - Siadaj i rób swoje, zanim zmienię zdanie i uznam, że ta gangrena premium to jednak całkiem stylowy dodatek.
Był nieprzyzwyczajony do tego, że ktoś skraca dystans nie po to, by wyprowadzić kolejny cios, ale by... no właśnie, co? Naprawić go? W świecie Lexa rany były trofeami albo lekcjami, które lizało się w samotności, w brudnym mieszkaniu, z butelką najtańszego alkoholu w dłoni. Nikt nigdy nie nosił za nim apteczki. Nikt nie opowiadał mu o gangrenie w wersji premium, gdy z jego brwi sączyła się krew. To nagłe skupienie na jego osobie i ta drapieżna wręcz troska obcej dziewczyny sprawiały, że czuł się bardziej obnażony niż wtedy, gdy stał na ringu bez koszulki.
Było mu zwyczajnie, po ludzku niezręcznie. To było nowe, nieznane uczucie, które wierciło mu dziurę w brzuchu skuteczniej niż uderzenie w splot słoneczny. Chciał ją odepchnąć, rzucić jakimś chamskim żartem i wyjść, ale jednocześnie... to ciepło, które od niej biło, było zbyt uzależniające, by tak po prostu z niego zrezygnować.
- Medycyna, mówisz? - mruknął, gdy wspomniała o studiach. - To wiele wyjaśnia. Pewnie uczą was, że świat to jeden wielki pacjent, którego trzeba zszyć, żeby móc spokojnie zasnąć.
Zamilkł na moment, gdy do jego uszu dotarło to absurdalne stwierdzenie o „twarzy wartej uratowania”. Najwyraźniej ta nieznajoma była jedyną osobą, która widziała w nim coś więcej niż tylko świeże sińce i stare blizny. Nie odpowiedział, tylko przyłożył do ust szklankę, pociągnął łyk i wbił w nieznajomą to swoje ciężkie, piwne spojrzenie, czekając, aż wyjmie apteczkę z plecaka.

Abby Wallace

first aid at midnight

: pt sty 02, 2026 1:21 am
autor: Abby Wallace
Jakbym wiedziała, że to randka, zaprosiłabym cię na SOR dla większego efektu — prychnęła wwiercając spojrzenie w jego ciemne, czekoladowe oczy. W sumie, jakby tak przyjrzeć mu się uważniej; zdecydowanie pasował na oddział ratunkowy — krew, obita twarz, możliwy wstrząs mózgu.. Wszystko się zgadzało. Tylko czy to zrobiłoby na nim jakiekolwiek wrażenie? Skoro siedział w barze i to tutaj wolał się wykrwawić i dołować w bólu, raczej nie po drodze było mu do szpitali. Ale może Abby do niego już tak? Bo przecież jak słusznie zauważył: większość dziewczyn raczej stroniła od facetów, którzy wyglądali, jakby wypadli z wirówki.
Jak już zdążyłeś zauważyć, nie jestem taka, jak wszystkie — bo ile z tych innych dziewczyn zaczynało rozmowę o zakażeniach i ryzyku tężca? Wallace nie była wszechwiedząca, ale dałaby sobie rękę uciąć, że była pierwsza. Uniosła szkło do ust, a następnie przyjrzała mu się uważnie. — Lubię jak się dzieje — wzruszyła nonszalancko ramionami, a następnie upiła drinka, nie ściągająć wzroku z chłopaka. Był intrygujący. Ciekawy. Może była to kwestia jej nagminnego szukania kłopotów, albo po prostu jego czarujące oczy — może i to i to? A może czysta c i e k a w o ś ć, która kazała jej zostać na miejscu i dalej drążyć tą rozmowę.
Zaśmiała się krótko na komentarz o wątrobie. Nie potrzebowała głębszych oględzin, by dojść do wniosku, że do przeszczepu byłby z pewnością zdyskwalifikowany, biorąc pod uwagę jak ciężkiego kalibru alkohol pił, nie wspominając nawet o fakcie, że wyglądał na takiego, co lubił się bić.
Akurat badanka na próby wątrobowe najlepiej zrobić z krwi — wtrąciła w pierwszej kolejności, oczywiście dzieląc się swoją jakże nieistotną w tej sytuacji wiedzą. Brawo, Abby. — Ale jeśli aż tak bardzo chcesz zaprezentować się bez koszulki, to z łatwością mogę znaleźć jakiś inny powód — dodała już po chwili, przyglądając mu się uważnie i przy okazji zastanawiając, kiedy dokładnie zrobiło się tak ciepło? Czy to tylko ona?
Wyprostowała się nieznacznie, łapiąc nieco więcej powietrza. Jego spojrzenie mrowiło przyjemnie skórę, a dwuznaczność rozmowy, jaką nagle prowadzili, również nie była jej obojętna. Nie miała w zwyczaju flirtować z pacjentami, ale przecież i warunki w jakich się znajdowali wcale nie były szpitalne. Do tego stopnia, że trzy razy musiała się zastanowić, czy to na pewno był dobry pomysł, żeby chociażby oferować mu pomoc z ranami. Bary jak te były chyba najmniej sterylnym miejscem, w jakim można było bawić się w lekarza. Idealnym przykładem potwierdzającym tą regułe, była dwójka pijanych facetów, która obiła się o bar z takim impetem, że nie tylko resztki z ich szklanki rozlały się po ladzie ale i łokieć jednego z typów obił się o plecy Wallace, strącając ją ze stołka.
Chcąc nie chcąc, na moment straciła równowagę i poleciała do przodu, zmuszona wpaść na zranionego chłopaka. Całe szczęście w ostatniej chwili zdążyła zacisnąć palce na jego ramieniu i wyhamować. Nie ustrzegła się jednak przed nagłą bliskością i intensywnym zapachem, który w ułamku sekundy podrażnił jej zmysły.
Nie tutaj — rzuciła cicho. Za cicho. Tak cicho, że zabrzmiało to co najmniej jak jakaś niemoralna propozycja, szczególnie, że praktycznie wciąż stała w jego ramionach, kiedy w rzeczywistości była to jedynie odpowiedź na jego poprzednie słowa. — Nie chcemy przecież zepsuć ci reputacji silnego samca alfa i najbardziej wrednego gościa w tym barze, nie? — dodała po chwili, cytując go słowo po słowie, podczas gdy jej spojrzenie wodziło uważnie po poharatanej twarzy. Dopiero z bliska była w stanie zobaczyć też jego rozwalony łuk brwiowy, któremu ewidentnie przydałyby się szwy. Nawet drgnęła dłonią, jakby chciała go dotknąć, jednak finalnie zamiast na twarz, przesunęła palcami wzdłuż materiału bluzy, którą miał na sobie, zaciskając mocno.
Idziemy do kibla — oznajmiła z delikatnym uśmiechem, w końcu się od niego odsuwając, przy okazji szarpiąc za materiał, by wstał z miejsca. — Romantycznie, wiem — zwinnie schyliła się po plecak, który walał się gdzieś pod barowym stołkiem, a następnie posłała chłopakowi ostatnie, przelotne spojrzenie nim ruszyła w stronę toalet.

Alexander Hall

first aid at midnight

: pt sty 02, 2026 5:34 pm
autor: Alexander Hall
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Pozwolił, by jej słowa o oddziale ratunkowym zawisły między nimi, mieszając się z dymem i muzyką. Obracał w palcach szklankę, czując pulsowanie bólu pod łukiem brwiowym, które teraz stało się dziwnie odległe.
- SOR? Masz wyjątkowo specyficzne poczucie romantyzmu - zaczął w końcu, po czym dokończył whisky jednym haustem i odstawił szkło na blat. - Już to widzę. Ty, ja, romantyczna kolacja z kroplówki i blask jarzeniówek zamiast świec.
Zaśmiał się cicho, ale w tym dźwięku rozbrzmiała również nuta niespodziewanej... goryczy, która na moment zgasiła rozbawienie w jego spojrzeniu. Przez ułamek sekundy, patrząc na tę drobną blondynkę, zobaczył w niej kogoś, kto za kilka lat będzie decydował o ludzkim życiu w sterylnych, jasnych salach - kogoś, kto ma przed sobą jasny cel i jasną drogę. On był jej zupełnym przeciwieństwem; chaosem, który właśnie dopijał whisky w barze, próbując zignorować pulsowanie rozbitego łuku brwiowego. Dotarło do niego, że nawet w jej żartach o sorze kryła się prawda, o której oboje wiedzieli.
On pasował do jej świata wyłącznie jako przypadek do poskładania.
Lex szybko odpędził od siebie te ponure myśli. Nie był typem faceta, który roztkliwiał się nad sobą zbyt długo, zwłaszcza gdy przed nim siedziała dziewczyna, która zamiast uciekać, bacznie studiowała jego zniszczoną wątrobę i rozbity łuk brwiowy. Skoro ona lubiła, jak "się dzieje", to on był gotowy dostarczyć jej więcej wrażeń niż cały semestr na akademii medycznej.
- Faktycznie, nie jesteś. Większość dziewczyn pyta o imię, znak zodiaku albo o to, czym się zajmuję. Ty wchodzisz od razu z profilaktyką tężca i wizją marskości wątroby. Mało romantyczne, ale za to cholernie skuteczne, jeśli chciałaś zwrócić moją uwagę - mruknął, mrużąc oczy, w których znów pojawiły się te same, niebezpieczne iskierki.
Jej nonszalanckie wzruszenie ramionami i deklaracja, że lubi kłopoty, sprawiły, że poczuł nagły przypływ adrenaliny, który niemal zagłuszył ból żeber. Skoro ona szukała wyzwań, to właśnie trafiła na ich główne źródło w tym barze.
- Lubisz, jak się dzieje? - powtórzył, a w jego głosie pobrzmiewało wyzwanie. - Uważaj, o co prosisz, pani doktor. Szukanie kłopotów to hobby, które szybko może zamienić się w pracę na pełen etat, zwłaszcza w moim towarzystwie. A co do mojej wątroby... cóż, na szczęście mam dwie, prawda? - rzucił rozbrajająco. Zanim zdążyła się zapowietrzyć, uniósł dłoń w obronnym geście. - Spokojnie, żartowałem. A nawet jeśli nie, to zawsze zostaje mi to prezentowanie klatki piersiowej, o którym wspomniałaś. Może chociaż tutaj moje parametry wypadną nieco lepiej niż w przypadku prób wątrobowych.
Kątem oka zarejestrował ruch dwóch podchmielonych idiotów, zanim jeszcze zdążyli narobić rabanu. Kiedy jeden z nich rąbnął łokciem w plecy jego nową znajomą, nawet nie drgnął, kiedy na niego wpadła. Jego ciało, przyzwyczajone do przyjmowania znacznie silniejszych uderzeń, zareagowało instynktownie - mięśnie napięły się, a on niemal automatycznie objął ją ramieniem, żeby nie poleciała dalej na bar.
- W porządku? - spytał mimochodem, przyglądając jej się uważnie.
Przez ułamek sekundy poczuł, jak zalewa go fala czystej irytacji na tych dwóch debili. Jego dłoń, ta którą opierał o blat, zacisnęła się w pięść tak mocno, że kłykcie zbielały - miał ochotę wstać i pokazać im, co się dzieje z ludźmi, którzy przerywają mu rand... rozmowę, czy cokolwiek to było. Jednak pani doktor, niemal magicznym sposobem, zdusiła tę agresję w zarodku. Przez krótką chwilę była tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu na swojej szyi. Jej ciche „nie tutaj” zadziałało na niego gorzej niż litr czystej whisky. Brzmiało to jak zaproszenie do gry, w której zazwyczaj to on rozdawał karty.
- Gdyby nie ty, jeden z nich właśnie uczyłby się latać w stronę wyjścia - skwitował krótko, posyłając tym dwóm facetom ostatnie, ostrzegawcze spojrzenie, które mówiło wyraźnie, że ich limit szczęścia właśnie się wyczerpał. Zresztą, jego myśli już były zajęte czymś innym. Dłoń dziewczyny przesuwająca się wzdłuż materiału jego bluzy i to stanowcze „idziemy do kibla” sprawiły, że znów poczuł nagły przypływ adrenaliny. On też lubił, jak się działo. - Romantycznie, romantycznie. Już mnie zapraszasz do kibla, a ja nawet nie wiem, jak się nazywasz, skarbie.
Złapał to ostatnie, przelotnie spojrzenie w locie i ruszył za nią w stronę toalet, ignorując rwane tempo własnego oddechu. Damska była zajęta, więc weszli do męskiej, a Lex lekkim kopnięciem w tył przymknął ciężkie drzwi, odcinając ich od dudniącego basu i gwaru panującego w barze. W małym pomieszczeniu nagle zrobiło się nienaturalnie cicho, a jedynym dźwiękiem był szum wody w rurach i bzyczenie starej jarzeniówki.
Oparł się ciężko o wyszczerbioną umywalkę, która jęknęła pod jego ciężarem. Uniósł głowę i spojrzał w porysowane, upstrzone zaciekami lustro. Wyglądał paskudnie. Rozbity łuk brwiowy, rozjebana warga, zakrzepła krew na policzku i sińce, które zaczęły przybierać barwę zgniłej purpury - w tym ostrym, białym świetle prezentował się jak ktoś, kto przed chwilą przegrał walkę z pociągiem towarowym. Obrócił głowę w stronę blondyny, która już zaczęła szperać w swoim plecaku. Przyglądał się jej chwilę w milczeniu, po czym z trudem zdjął bluzę, rzucając ją gdzieś na brudny parapet i zostając w samym podkoszulku.
- No dobra, bezimienna - mruknął. - Mamy swój prywatny SOR. I co teraz?

Abby Wallace

first aid at midnight

: pt sty 02, 2026 8:10 pm
autor: Abby Wallace
Może faktycznie miała specyficzne poczucie humoru. W końcu kto inny rzucał medyczne żarty na lewo i prawo, szczególnie takie, które tyczyły się randek na SORze i sepsy? Z pewnością nikt normalny. Bo może faktycznie Abigail Wallace była specyficzną kobietą — nigdy nie dążyła do bycia najpiękniejszą w tłumie, nie chodziła w sukienkach, nie malowała się mocno, a szpilki zakładała jedynie na śluby i pogrzeby. Od gorących ploteczek przy lampce wina zdecydowanie wolała pójść na piwo i zagrać w darta. Może przez to miała tak mało koleżanek? Częściej zadawała się z facetami, ale wcale nie ze względu na testosteron, a ich prostotę użytkowania. Lubiła bezpośredniość i ceniła szczerość nad owijanie w bawełnę i skrywanie prawdy za dobrze dobranymi słowami.
I może właśnie to był jeden z powodów, dla których nieznajomy przy barze zyskał tak wiele jej uwagi — jego wypowiedzi były bez jakiegokolwiek filtra. Nie starał się jej zaimponować, nakreślić przekrzywioną rzeczywistość, w której mówiłby to, co tylko chciała usłyszeć. On prezentował rzeczy takie, jakimi były, a Wallace przyjmowała to wszystko z delikatnym uśmiechem na twarzy i błyskiem w oku.
O znak zodiaku pytam dopiero na drugiej randce — wzruszyła ramionami, przyglądając mu się uważnie. Sama ledwo wiedziała, jaki ma, więc nawet gdyby faktycznie podzielił się z nią tym faktem, z pewnością i tak nie miałaby pojęcia jaką przyszłość wróżyły im gwiazdy. No chyba, że zaraz odpaliliby jakiś zajebisty generator czytania znaków (albo przeczytali w Bravo). Mało romantycznie, ale cholernie skuteczne. — Poza tym romantyzm jest już przereklamowany — bo jak niby miał się to skuteczności? Działanie zawsze miało większą moc niż tylko solidna gadka i planowanie. Podobnie z miłością — czym innym było mówić, a robić. I chociaż Abby nie miała dla niego pięknych, czułych słów, owianych romantyzmem, którymi mogłaby go oczarować, tak miała zamiar zaraz opatrzyć jego rany. A to akurat powodowało przeskoczenie nawet kilku etapów znajomości.
Zaśmiała się głośno, gdy tak zarzekał się, że swoimi słowami prosiła się o kłopoty, szczególnie w jego towarzystwie.
Dobrze, że mam nerwy ze stali — rzuciła luźno. Czy była to prawda? Niekoniecznie. Pierwsze kilka wizyt na intensywnej podczas praktyk kończyła w kiblu, wymiotując jak kot. Chociaż w przypadku uczuć może faktycznie nie szło jej najgorzej. Zazwyczaj nie przywiązywała się zbyt szybko, nie przeszkadzały jej jednorazowe przygody, a tym bardziej kłopoty. Je lubiła niekiedy aż za bardzo. — A na złamane serce zawsze mogę sobie przykleić plasterek — najlepiej taki kolorowy, z jakimś spongebobem albo innym spider-manem. Czy wyglądał na takiego, który łamał serce? Zdecydowanie. Przecież ci od kłopotów zawsze mieli swoje za uszami. Ba, wystarczyło przyjrzeć się jego twarzy i wszystkim raną, które ją zdobiły by dość do szybkiego wniosku, że to spokojnych i cichych wcale nie należał. Do najbrzydszych zresztą też nie, więc powodzenie musiał mieć przednie.
Jak i temperament, który bardzo szybko zaczął z niego wychodzić, kiedy pijany facet popchnął ją prosto w jego ramiona. Wcale nie uszło jej uwadze, kiedy zacisnął dłoń w solidną pięść, która z pewnością już obiła w swoim życiu niejedną twarz, o czym świadczyła chociażby wciąż sącząca się z nich krew. Nie wspominając o ogniu w oczach, który w sekundę zapłonął z poirytowania.
Wystarczy, że ktoś inny już przez ciebie latał — zauważyła, krótkim gestem wskazując na jego poharataną twarz. — Zawsze chcesz każdego od razu napierdalać? — spytała bardziej z ciekawości niż złośliwości, chociaż osobiście brzydziła się przemocą. Wychodziła z założenia, że konflikty można było w bardzo prostu sposób załatwić poprzez rozmowę i odpowiednie argumenty, jednak wiadomo, każdy był inny. Nie jej oceniać kto jakie miał sposoby. A już na pewno nie tego wieczoru, kiedy sama wlała w siebie solidną ilość alkoholu.
Może gdyby była trzeźwa, wcale nie zaciągałaby rannego faceta do kibla. Może. Ale był i to właśnie robiła. Plan był, by pójść do damskiego, jednak — ku zaskoczeniu absolutnie nikogo — był zajęty. Skończyli w męskim. Wyglądał zupełnie jak damski, z dodatkiem samotnego pisuaru gdzieś na drugim końcu pomieszczenia i obrzydliwego zapachu.
Gorzej niż w prosektorium — rzuciła bardziej do siebie niż do niego. Znała zapach trupów aż za dobrze, jednak i tak nijak miał się on do męskiej toalety. Nim jeszcze zabrała się za rozkładanie zabawek, podeszła do niewielkiego okna i sięgnęła do klamki, wcześniej podpierając się o zakurzony kaloryfer. — Od razu lepiej — zaciągnęła się świeżym powietrzem i dopiero po tym spojrzała na chłopaka. W tym świetle jego twarz wyglądała jeszcze gorzej niż wcześniej — krew miała bardziej wyrazisty kolor, rana pod brwią okazała się o wiele głębsza, a pod oczami ujawniły się drobne sińce. Wallace jednak ani przez moment nie dała nic po sobie poznać. Wciąż niewzruszona podeszła bliżej, stając tuż przed nim.
Abby — przedstawiła się w końcu. — Chociaż bezimienna też nie brzmi najgorzej — zawsze to lepsze niż ej ty. Dziwnie było się mu przedstawić po tym wszystkim, co miało miejsce przy barze. Jakby zaczęli swoją znajomość od zupełnie innej strony, niż to się zazwyczaj odbywało. Czy jej to przeszkadzało? Absolutnie.
Wykonała krok w jego stronę, kompletnie niwelując dzielącą ich odległość, by po chwili wychylić się zza jego ciała i dostać się do umywalki. Przemyła dokładnie dłonie, chociaż marne resztki ubabranego mydła w kostce pozostawały wiele do życzenia.
Mamy swój prywatny SOR. I co teraz?
Teraz umyjemy ci te poodbijane łapy. To po pierwsze — stwierdziła i bez pytania sięgnęła do jego poobijanej dłoni. Nim wsadziła ją pod strumień chłodnej wody, przejechała delikatnie palcami wzdłuż rozwalonych knykci, przyglądając się im dokładniej. — Nie ma tragedii — musnęła jego szorstką skórę jeszcze kilkakrotnie, a po chwili umieściła ją pod kranem, by oczyścić nadmiar krwi. Woda praktycznie od razu zmieniła kolor na jasno różowy. Abby dała chwilę temu procesowi, a następnie przetarła z wyczuciem jego skórę, by pozbyć się również zaschniętych części.
Siadaj — szturchnęła go biodrem w kierunku zamkniętej muszli klozetowej tuż obok. Resztkami ręcznika papierowego odsączyła nadmiar wilgoci, a następnie wciąż przytrzymując jego dłoń, wolną ręką sięgnęła do apteczki. Wyciągnęła z niej płyn do dezynfekcji i spryskała, co jakiś czas spoglądając na twarz chłopaka.
Powiesz mi, co takiego robiłeś, że skończyłeś z takimi pamiątkami? — wydusiła w końcu, przecinając ciszę, w której wybrzmiewały jedynie ich przyspieszone oddechy. — Czy to coś na zasadzie pierwszej zasady fight clubu? — bo może nie chciał mówić? No tylko Wallace tutaj tak ładnie się nim zajmowała, że chyba wypadało uchylić rąbka tajemnicy?

Alexander Hall

first aid at midnight

: sob sty 03, 2026 1:13 am
autor: Alexander Hall
Lex stał w tej obskurnej łazience, pozwalając Abby przejąć kontrolę nad sytuacją, co samo w sobie było nowością. Zazwyczaj to on decydował o kierunku, w którym zmierzał wieczór - a zazwyczaj był to kierunek „problemy”. Teraz jednak, gdy poczuł na swoich zmasakrowanych knykciach jej chłodne, zręczne palce, coś w nim drgnęło. Może to przez ten gwałtowny skok temperatury między mroźnym powietrzem z okna a dusznością toalety, a może alkohol po prostu zaczął tracić swoją osłonową moc, bo Lex poczuł nagłe, pulsujące uderzenie bólu. Jego ciało, dotąd znieczulone adrenaliną i whisky, zaczęło wysyłać raporty z pola bitwy. Szczęka rwała, łuk brwiowy pulsował w rytm serca, a dłoń, którą Abby tak skrupulatnie czyściła, piekła żywym ogniem. Syknął cicho przez zęby, gdy woda i środek do dezynfekcji zaczęły robić swoje.
- Na drugą randkę trzeba sobie najpierw zasłużyć, a ja na razie jestem na etapie bycia twoim pacjentem w kiblu - mruknął, mrużąc oczy, gdy alkoholowa mgła zaczęła rzednąć, ustępując miejsca tępemu pulsowaniu w skroniach. - Z tym romantyzmem masz rację. Kwiaty więdną, a porządny plaster trzyma przynajmniej do rana. To się nazywa pragmatyzm.
Obserwował ją przez chwilę, gdy operowała przy jego dłoni. Fakt, że Abby była tak konkretna i "nie-księżniczkowata", fascynował go bardziej niż powinien. Większość dziewczyn, które znał, na widok rozwalonego łuku brwiowego szukała wzrokiem wyjścia, a ona szukała wody utlenionej. Urocze.
- Nerwy ze stali, co? - powtórzył, a w jego głosie pobrzmiewało uznanie zmieszane z niedowierzaniem. - Zobaczymy, czy będziesz taka twarda, jak zaczniesz mnie szyć. Będziesz mnie w ogóle szyć?
Uśmiechnął się, choć ból w wardze natychmiast go skarcił.
A chwilę później czar prysł. Zawsze chcesz każdego od razu napierdalać? Poczuł, jak po jego plecach przebiega znajomy dreszcz. Nie musiał jej mówić, że ma rację – te blizny i świeże rany były lepszą wizytówką niż jakikolwiek dowód osobisty. Był magnesem na problemy, a ona, zamiast uciekać, zdawała się całkiem nieźle odnajdywać w polu ich rażenia. Gdyby tylko wiedziała, jak wiele razy ugryzł się w język, zanim puściły mu hamulce, może nie oceniałaby go tak surowo. A może właśnie oceniałaby go jeszcze gorzej. Westchnął.
- Dziewczyno, spójrz na mnie. Wyglądam na kogoś, kto cytuje klasyków literatury, gdy jakiś gość wywraca się na kobietę? Niektórzy ludzie rozumieją tylko jeden język i nie jest to, kurwa, esperanto - rzucił pod nosem, obserwując, jak blondynka otwiera okno. Normalnie by jej pomógł, ale no... sami rozumiecie. Skrzywił się, gdy chłodne powietrze z otwartego przez nią okna uderzyło w jego rozgrzaną twarz. To była dobra decyzja - zapach chloru i starego piwa w tym kiblu faktycznie mógłby zabić nawet trupa w prosektorium. - W prosektorium przynajmniej nikt nie próbuje do ciebie zagadać.
Kiedy przedstawiła się jako Abby, a potem skróciła dystans, by umyć ręce, Lex poczuł, że jego oddech staje się cięższy. Nie przez ból, a przez to, jak pewnie czuła się w tej obskurnej łazience. Gdy poczuł jej palce na swoich knykciach i chłodną wodę zmywającą krew, przymknął na moment oczy. Ból, poczucie niesprawiedliwości, irytacja i rozbawienie - to wszystko mieszało się ze sobą, a alkohol tylko potęgował te odczucia.
- Abby... - mruknął, testując brzmienie jej imienia. - Ładnie. Choć "bezimienna" dodawała ci tej nutki tajemnicy.
Posłusznie usiadł na zamkniętej muszli, gdy go szturchnęła. Kiedy spryskała rany i zapytała o "pierwszą zasadę fight clubu", parsknął krótkim, chrapliwym śmiechem.
- Wierz mi, Abby, nie chcesz wiedzieć - uciął krótko, a jego głos nagle stwardniał, tracąc tę wcześniejszą, kpiarską lekkość. Przez ułamek sekundy w jego spojrzeniu przemknęło coś ciężkiego, czego nie dało się zmyć wodą z mydłem. - Są takie rzeczy, o których lepiej nie opowiadać przy dezynfekcji, jeśli chce się mieć spokojne sny. Przyjmijmy po prostu, że to był wyjątkowo kosztowny trening asertywności. A ja najwyraźniej muszę jeszcze poćwiczyć uniki.
Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, a w jego głowie kotłowały się obrazy, których nigdy nie zamierzał jej wyjawić. Nawet gdyby nagle poczuł potrzebę spowiedzi, nie mógłby jej powiedzieć prawdy o nielegalnych walkach, o zapachu potu, krwi i brudnych pieniędzy krążących w piwnicach, o których takie dziewczyny jak ona nie powinny nawet słyszeć. Nie chodziło o brak zaufania - chodziło o to, że wiedza bywała ciężarem. Nie chciał jej narażać, nie chciał, by jej nazwisko kiedykolwiek pojawiło się w kontekście ludzi, z którymi on musiał sypiać w jednym mieście. Abby była ratownikiem, on był problemem, a te dwa światy nie powinny się przenikać bardziej, niż było to konieczne do przemycia kilku ran w męskiej toalecie.
Obserwował ją uważnie, gdy zajmowała się jego dłonią. Ta jej bezpośredniość i brak strachu przed krwią imponowały mu bardziej, niż był skłonny przyznać. Kiedy poczuł pieczenie płynu do dezynfekcji, zacisnął wolną dłoń na krawędzi kaloryfera, ale nie wydał z siebie ani dźwięku.
Nagle jednak świat wokół niego wykonał dziwny, nieprzyjemny obrót. Jarzeniówki na suficie zamigotały zbyt ostro, a ściany łazienki na sekundę zdawały się zacisnąć wokół nich. Krew odpłynęła mu z twarzy, w głowie zahuczało. Połączenie whisky, mrozu i obitej mordy właśnie wystawiło mu rachunek.
Powieki miał ociężałe i musiał spuścić na moment głowę, by opanować wirujący obraz.
- Dobra, doktorku... zmieniamy plan - wychrypiał, nie podnosząc wzroku, bojąc się, że jeśli to zrobi, to po prostu zwali się z tego sedesu prosto pod jej nogi. - Moje nerwy ze stali właśnie zamieniły się w plastelinę, więc zostają tylko twoje. Albo ta łazienka zaczęła się kręcić, albo ten alkohol miał w sobie coś więcej niż tylko procenty. Jeśli zaraz odetnie mi zasilanie, będziesz musiała mnie stąd wynieść na barana.
Oparł głowę na biodrze Abby i zamarł w tej pozycji, wdychając zapach jej ubrań. Świat pod jego powiekami wciąż wirował, więc odruchowo szukał jakiejkolwiek kotwicy. Nie puszczając kaloryfera jedną ręką, drugą powoli przesunął wzdłuż jej talii, by ostatecznie zacisnąć palce na materiale jej ubrania na plecach. Przyciągnął ją do siebie odrobinę mocniej, jakby chciał się upewnić, że ona nigdzie się nie wybiera, a on sam nie osunie się na brudne kafelki.
Raz... dwa... trzy... cztery...
Liczył w myślach uderzenia tętna, które pulsowało mu w skroniach, próbując opanować nudności i narastający mrok. Był w męskiej toalecie, był obolały i prawdopodobnie właśnie robił z siebie totalne pośmiewisko przed dziewczyną, której chciał zaimponować, ale w tej konkretnej sekundzie było mu to absolutnie obojętne. Czuł jej ciepło i to mu wystarczało. Nie był wymagający.

Abby Wallace

first aid at midnight

: sob sty 03, 2026 11:36 am
autor: Abby Wallace
Oczywiście, że miała zamiar to szyć.
Rana na łuku brwiowym była na tyle głęboka i już i tak rozszczepiona, że nie powinno się ryzykować dalszych powikłań. Nie mówiąc już o tym, że było to miejsce wyjątkowo ukrwione, które bez odpowiednich działań wiecznie sączyło by z siebie krew. Dlatego właśnie trzeba było założyć kilka szwów. Chociaż czy Abby była w odpowiednim stanie, by to zrobić? Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony czuła się świetnie, była pobudzona i skupiona — z drugiej jednak miała wrażenie, że jej ruchy są niekiedy zbyt miękkie, co było charakterystycznym skutkiem nadmiernego picia alkoholu. Cóż i tak lepsze to niż nic.
Chociaż pierwsze i tak trzeba było zająć się jego dłonią, zostawiając grubszy kaliber na później. W swoich ruchach była ostrożna, może nawet zbyt ostrożna. Cackała się z nim jak z dzieckiem, siląc się na czułość i minimalizacje bólu, kiedy w rzeczywistości facet wydawał się silnym osobnikiem. Może po prostu ona chciała być dla niego delikatna?
Słuchała uważnie, jak wypowiadał jej imię po raz pierwszy. Kątem oka obserwowała jak każda, pojedyncza litera osadzała się na jego lekko rozchylonych wargach. Ładnie. Zrobił to wyjątkowo ładnie. A ona podsumowała to przelotnym uśmiechem i spojrzeniem w oczy.
Wiesz, że to ten moment, w którym ty też się przedstawiasz? — uniosła wysoko jedną brew. Z jednej strony miała przecież nie być jedną z tych dziewczyn, które prosiły o jego imię i znaki zodiaku, a jednak w środku aż ją skręcało, żeby wiedzieć. Imię, oczywiście, nie znak zodiaku.
Chociaż nie tylko to.
Była również ciekawa, skąd wzięły się na jego twarzy te wszystkie rany. Czy dostał, bo stanął w czyjejś obronie, tak jak chciał to zrobić z facetem przy barze? A może sam sprowokował kłótnie? Czy ten drugi wyglądał od niego gorzej? Pytania mnożyły się w jej zatroskanej głowie, a on wcale nie miał zamiaru pomóc w znalezieniu odpowiedzi.
Jakbym nie chciała wiedzieć, to bym nie pytała — zauważyła, przyglądając mu sie uważnie i zaglądając w ciemne oczy, tak, żeby mógł zobaczyć w nich prawdę i stanowczość. Wallace nie była lepiona z cienkiej gliny — przez godziny praktyk naoglądała się już w swoim życiu tak wiele okropnych rzeczy, że naprawdę była odporna na wiele kwestii. Nie należała też do osób, które łatwo oceniały; raczej wychodziła z założenia, że potrzeba czasu, by poznać drugiego człowieka. — Poza tym, akurat dezynfekcja, to jest najlepszy moment, żeby opowiadać o takich rzeczach. W końcu płyn ma na celu oczyszczać, nie? — dodała, wyciągając jeszcze na moment w górę buteleczkę Acclu, nim odłożyła ją na brzeg umywalki. Nie miała zamiaru naciskać. Jeśli nie chciał jej powiedzieć, będzie musiała po prostu przełknąć tą gorycz niewiedzy i jakoś sobie z tym poradzić.
Z podręcznej apteczki wyciągnęła bandaż. Ujęła ostrożnie jego dłoń i w pełnym skupieniu zaczęła owijać biały materiał wokół poranionej dłoni. Może i nie było to koniecznością, jednak skoro już tu była i go opatrywała, miała zamiar zrobić to porządnie i zminimalizować ryzyko jakichkolwiek powikłań.
Była już prawie na samym finiszu, kiedy chłopak znowu się odezwał. I chociaż słowa, które wypowiadał miały większy sens, tak ton jego głosu i sposób, w jaki głowa nagle zaczęła bezwiednie latać na boki sprawił, że Abby momentalnie przestała. Wcisnęła nadmiar bandażu pod zawinięty już materiał i przyjrzała się nieznajomemu.
Taki silny facet i będziesz mi tu teraz mdleć? — rzuciła praktycznie od razu, zaczepnie, żeby skupić jego uwagę na czymś przyziemnym, w tym samym czasie nie dając mu poczucia, że jego stan wywoływał panikę. — Głowa między nogi — nie dała mu zbyt długo potrzymać głowy na swoim biodrze i to wcale nie dlatego, że miała cokolwiek przeciwko — bo nie miała — ale ponieważ trzeba było zwiększyć dopływ krwi do mózgu, by zminimalizować prawdopodobieństwo omdlenia. Serce zabiło jej mocniej, gdy przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie. Czuła jego zaciśnięte palce na swojej talii, tak intensywnie, że pewnie jutro pojawią się tam drobne siniaki. Ale to dobrze, przynajmniej miał jeszcze czucie i kompletnie jej nie odpływał. Chociaż pozycja, w której się znajdował na dłuższą metę wcale nie była taka dobra.
Jest chociaż minimalnie lepiej? — spytała po chwili, niepewnie umieszczając dłoń na jego skroni, by przejechać po ciepłej skórze i zwrócić na siebie jego uwagę. Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, przykucnęła tuż przed nim i sama ujęła w dłonie jego policzki, by wymusić jego spojrzenie. — Zejdziemy sobie do parkietu, okej? Będzie jeszcze lepiej — oznajmiła, a następnie nawet nie czekając na jego zgodę, szarpnęła go w swoją stronę. Męskie ciało zsunęło się z muszli i całe szczęście, że chłopak miał w sobie resztki świadomości i siły, bo Wallace z początku chyba przeceniła swoje siły i finalnie nie byłaby go w stanie sama utrzymać.
Oboje klapnęli na chłodne kafelki. Abby kompletnie nie przejmując się brudem podłogi, sunęła po niej kolanami, by pomóc mu odpowiednio ustawić ciało — nogi na kiblu, reszta na płasko, w jednej linii. Sama Wallace skończyła tuż przy jego głowie, umieszczając ją sobie na udach. Niby ona również powinna leżeć na podłodze, ale nie miała zamiaru ryzykować ewentualnym zakażeniem którejś z ran. Spojrzała na niego z góry.
I jak tam? — spytała po chwili, łapiąc jego zamglone spojrzenie. Dłonie, które wcześniej tylko przytrzymywały mu twarz, leniwie przesunęły się wzdłuż skroni, muskając szorstką skórę. — Chciałbyś poznać powikłania omdleń, czy to jednak powinnam zostawić na trzecią randkę? — dodała, uśmiechając się ciepło, przy okazji wplatając palce w jego gęste włosy i gładząc delikatnie. Jego twarz chociaż wcześniej cholernie blada, teraz wyglądała już o wiele lepiej, odzyskując nieco naturalnego kolorytu. Była dobrej myśli. Chociaż gotowa wzywać karetkę gdyby mu się pogorszyło również była.

Alexander Hall

first aid at midnight

: sob sty 03, 2026 9:22 pm
autor: Alexander Hall
Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, urzeczony tym, z jaką precyzją i niemal nabożną czułością traktowała jego poharataną dłoń. Czuł na skórze jej chłodne, "miękkie" palce. Kiedy uniosła brew, wyrywając go z tego odrętwienia, Alex poczuł, jak na jego twarz wypływa rzadki u niego, nieco zakłopotany uśmiech.
Wiesz, że to ten moment, w którym ty też się przedstawiasz?
- Fakt. Wybacz, pani doktor, ale najwyraźniej Twoje towarzystwo dekoncentruje mnie znacznie skuteczniej niż wszystkie drinki, które zdążyłem dziś wypić - mruknął w odpowiedzi. - Lex, Alex, jak wolisz. Chociaż po tym, jak widowiskowo zapomniałem o manierach, możesz mówić mi „pacjent zero” albo „ten idiota z łazienki”. Obiecuję, że nie będę protestował.
Alex poczuł na sobie to badawcze, lekarskie spojrzenie i przez moment miał wrażenie, że te jej jasne oczy widzą znacznie więcej, niż by chciał. Abby nie była naiwną dziewczynką z klubu; biła od niej siła, którą nabywa się tylko w miejscach, gdzie śmierć i ból są na porządku dziennym. To go fascynowało i jednocześnie zmuszało do trzymania gardy wyżej niż podczas dzisiejszej walki.
Zaśmiał się krótko, choć dźwięk ten był pozbawiony wesołości, i spojrzał na buteleczkę Acclu.
- Oczyszczanie, co? Obawiam się, Abby, że niektóre rzeczy potrzebują czegoś mocniejszego niż woda utleniona, żeby zniknąć - mruknął, pozwalając, by na moment zapadła między nimi cięższa cisza.
Obserwował jej dłonie, czując na skórze chłód płynu dezynfekującego. Prawda była taka, że, mimo wygranej, ten drugi facet prawdopodobnie nie mógł teraz samodzielnie otworzyć oczu, ale Alex nie zamierzał się tym chwalić. Nie tutaj. Nie jej. Nielegalne ringi, krew mieszająca się z potem i zapach stęchlizny w piwnicach nie pasowały do tego, jak delikatnie odgarniała mu teraz włosy z czoła.
- Wiesz, dlaczego powiedziałem, że nie będziesz chciała wiedzieć? - spytał, a jego wzrok stał się intensywny, niemal hipnotyzujący. - Bo historie o ranach rzadko kończą się morałem o szlachetnym rycerzu. Częściej to po prostu opowieści o facetach, którzy nie potrafią inaczej rozładować napięcia albo o takich, którzy lubią czuć, że jeszcze żyją, sprawdzając, ile bólu są w stanie przyjąć.
Zamilkł na chwilę, a potem kącik jego ust uniósł się w lekkim, tajemniczym uśmiechu, który miał uciąć temat, zanim ona zacznie drążyć zbyt głęboko.
- Zostańmy przy wersji, że po prostu nie dogadałem się z pewnym typem co do interpretacji przepisów ruchu drogowego. Albo po prostu miałem pecha - wzruszył ramionami, interpretację jego słów pozostawiając jej.
Taki silny facet i będziesz mi tu teraz mdleć?
Teraz dźwięk jej głosu docierał do niego jakby przez grubą warstwę waty, ale to właśnie zaczepne pytanie o „mdlenie” sprawiło, że zmusił się do powrotu do rzeczywistości. Kiedy kazała mu schylić głowę, Lex posłusznie poddał się jej dłoniom, choć każdy ruch wydawał się teraz walką z grawitacją. Czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach, a zapach Abby - mieszanka płynu do dezynfekcji i jej perfum - był jedyną rzeczą, która pozwalała mu nie odpłynąć całkowicie w ciemność.
- Nie mdleję... po prostu sprawdzam, czy naprawdę jesteś tak dobra, jak twierdzisz - wybełkotał z trudem, próbując ratować resztki fasonu, choć jego czoło wciąż ciężko opierało się o jej udo. Jego palce zacisnęły się na jej talii mocniej, niż planował. To był odruch bezwarunkowy - instynktowne szukanie oparcia, zakotwiczenie się w kimś, kto wydawał się teraz jedynym stabilnym punktem we wszechświecie. Czuł pod palcami materiał jej sukienki i ciepło jej ciała.
Zejdziemy sobie do parkietu, okej? Będzie jeszcze lepiej.
Nagle poczuł gwałtowne szarpnięcie i przez ułamek sekundy świat zawirował mu przed oczami bardziej niż po najmocniejszym ciosie, jaki dziś przyjął. Nie zdążył zaprotestować - zresztą, w tym stanie nie miał nawet jak - i po prostu poczuł, jak osuwa się z ceramicznej muszli prosto w przepaść łazienkowej podłogi.
Całym sobą walnął o kafelki na podłodze. Stęknął, czując, jak zimno posadzki przeszywa go przez ubranie, ale zanim zdążył pomyśleć, że to koniec jego godności, poczuł pod potylicą miękkość jej ud. Ta nagła stabilizacja i zapach jej perfum znów zadziałały jak kotwica.
- Mówiłem ci, że jesteś odważna? Nie wiedziałem, że trenujesz zapasy, Abby - wychrypiał, próbując złapać oddech, podczas gdy sufit łazienki przestał w końcu wirować. - Efektowne to było. Mało brakowało, a rozstawiłabyś mnie tu jak namiot.
Mimo bólu i oszołomienia, kącik jego ust uniósł się w słabym uśmiechu. Słowa o „trzeciej randce” dotarły do niego z lekkim opóźnieniem, ale trafiły w punkt.
Jego dłoń, wciąż owinięta świeżym bandażem, powędrowała w stronę jej kolana, zaciskając się na nim lekko. Czuł, jak jej palce błądzą w jego włosach, i przez moment zapomniał o pulsującym bólu łuku brwiowego. To było zbyt dobre, by mogło być prawdziwe - facet taki jak on zazwyczaj nie lądował z głową na kolanach kogoś, kto patrzył na niego z taką troską, zwłaszcza po nocy spędzonej na rozbijaniu cudzych szczęk.
- Jest lepiej - przyznał cicho, wpatrując się w jej twarz z dołu. - Chyba naprawdę masz najwygodniejsze kolana w tym mieście. Nie wzywaj karetki. Szkoda by było psuć taki moment syrenami.
Przez chwilę milczał, po prostu pozwalając sobie na to, by jej dotyk uspokoił galopujące tętno. Wpatrywał się w jej twarz z dołu, z tej dziwnej, intymnej perspektywy, która sprawiała, że mrugające, jarzeniowe światło łazienki tworzyło wokół jej głowy swego rodzaju świetlistą obręcz.
Uniósł zdrową dłoń i choć palce mu drżały, delikatnie odsunął zbłąkany kosmyk włosów z jej czoła, nie spuszczając wzroku z jej oczu.
- Wiesz... - zaczął niemal szeptem, a w jego spojrzeniu nie było już ani śladu wcześniejszej, kpiarskiej maski. - Pewnie to przez ten ubytek krwi albo alkohol, ale przysięgam... z tej perspektywy wyglądasz jak pieprzony anioł, Abby.
Uśmiechnął się do niej blado, niemal bezbronnie, po czym osunął dłoń i oparł ją ciężko na kafelkach, dając jej niemy sygnał, że jest gotowy na wszystko, co zamierza mu zrobić.
- Czyń swoją powinność - rzekł i zamknął oczy. Niech mają to szycie już za sobą.

Abby Wallace