Strona 1 z 1

#1 morning surprise

: czw sty 01, 2026 1:49 am
autor: Moira O. Ashford
„Z pamiętniczka Moiry! Dziś mamy cudowny dzień! Poznałam mojego kochanego braciszka, rzuciliśmy się sobie w ramiona, a potem poszliśmy na Maczka – tyle, że nie!”


- chodźmy na imprezę Moira; będzie fajnie Moira; nie nawalimy się, obiecuje.. takiego chuja! – mamrotała cicho, koiła uporczywy ból głowy, przylegając czołem do zimnej szyby, która na moment zdawała się być kojącym remedium na te nieprzyjemną dolegliwość; no właśnie na moment, gdyż niezbyt zadowolony kierowca taksówki, który zabrał Moirę z meliny, gdzie odbywała się „impreza|, powoli zaczynał tego żałować. Frustracja tego człowieka nie była jej jednak zrozumiała, bo przecież nie zarzygała mu samochodu, a to iż pachniała wódką, papierosami i wczorajszym dniem, to już inna sprawa. Frustrowało go to tak dobitnie, że niby przypadkiem, a może specjalnie wjeżdżał w każdą możliwą wyrwę na jezdni, byle tylko podnieść poziom dyskomfortu swojej pasażerki, a nie tak to powinno wyglądać, prawda? Ta ekscytująca, pełna miłości podróż właśnie dobiegała końca, gdy taksówka, całkiem jej nieznanej korporacji, dojeżdżała do miejsca docelowego. Smętny kierowca burknął coś o kwocie, którą powinna zapłacić i po otrzymaniu srebrników oraz upewnieniu się co do pozostawionego stanu czystości pojazdu, gdy Moira go opuściła, odjechał z piskiem opon. A może ten pisk to tylko efekt destrukcyjnego zjazdu alkoholowego w jej głowie? Pomachała mu, puściła całusa na pożegnanie i odwróciła się w stronę malującego się przed nią domostwa. Poprawiła swoje okulary, które wcale nie należały do niej i ruszyła powoli przed siebie, zaliczając przy tym – prawie zaliczając przy tym, bliższe spotkanie z wybrukowanym podłożem. Wzięła głęboki oddech, wracając powoli do równowagi fizycznej – spokojnie Moira, ogarnij dupę...obraz wcale ci się nie kołuje tak bardzo, to tylko psikus twojego mózgu. – gdy upewniła się, że jest wstanie ruszyć dalej, poczuła, że niewidzialne bóstwo pustynne, zaczęło tworzyć mini Sahare. Oby zastała kogoś w domu i oby ten „brat”, nie poszedł w zasadę „won z mojej ziemi”, całe szczęście nie powinien mieć dubeltówki, chyba..prawdopodobnie. A może powinna jednak wrócić do domu, ogarnąć się, PRZESPAĆ się i wrócić, jak będzie wyglądać bardziej na człowieka, niż na patologiczny wrak. Tak, być może właśnie tak powinna postąpić, gdyby nie była Moirą.

Drept...drept, powolny drept, aż ostatecznie stanęła mordką przed drewnianą bramą, zwana drzwiami. Tam, gdzie chwile temu nie było mowy o stresie, tak teraz poczuła te dziwne ukłócie w brzuchu, gram niepewności i odrobinę zwątpienia. Powinna to rozegrać inaczej? Napisać list, dowiedzieć się od kogoś o numer, postalkować trochę brata, by potem … a nie to zdążyła już zrobić jakiś czas temu. Nie było już odwrotu, dodatkowo ten cholerny ból głowy i suchość w ustach, pchnęły jej zmęczone ciało do poruszenia resztkami sił, swoją łapką i zapukać raz cicho, a kolejny raz już mocniej, oczekując aż ktoś otworzy. Bo otworzy przecież, prawda? PRAWDA? Przecież to nie możliwe, by spał! Nie było tak wcześnie, była zaledwie piąta, a może chwile przed, na pewno było już rano, nie za rano ale rano! Stuknęła raz jeszcze mocniej, a potem łupnęła w drzwi głową, by oprzeć o nie swoje zmęczone ciało, które ponownie zaliczyło chwilę słabości, opierając się przed popadnięcie w objęcie morfeusza. – halo, zmęczona i spragniona dziewczyna tu czeka, jesteś tam? halo – puknęła łapką raz jeszcze. Niby słyszała jakiś szum, jakby ciche poruszanie się za ścianą, a może to tylko jej wyobraźnia? Istniała jeszcze możliwość, że obudziła któregoś z sąsiadów, mimo iż według jej mniemania, nie zachowywała się na tyle głośno, by mogło to kogoś zbudzić, nawet Alexandra, na którego czekała. Niczym księżna, której ciepła i przyjemna wieża została przejęta, przez księcia. – cholerne drzwi.. – powiedziała oburzona do drewnianego tworu, który stał jej na drodze.

Skrzyp otwieranego zamka, dał jej znać, że ktoś postanowił się nad nią zlitować i wpuścić ją do środka. Tak właśnie myślała, tak sobie właśnie to wyobraziła chwilę wcześniej. Taki właśnie miał – taki powinien być jej brat. Oczywiście wcale tak nie myślała, to tylko jej pijackie majaki umysłowe. – ooo Ale...znaczy Alex, Alexandrze? Nie ważne. Przybyłam! Wiem, wiem to szokujące ale jak ci powiem to… tp.. ale najpierw potrzebuje – przypomniała sobie, że ekscesy po alkoholowej libacji, to powinna sobie darować całkowicie, jeśli nie chce przy tym kontaktów z toaletą. Prześlizgnęła się przez niego – chwała bogu, że jest karzełkiem – ruszyła, sama nie wiedziała gdzie ale w jakiś magiczny sposób trafiła do przewspaniałej łazienki, trzaskając za sobą drzwiami. A odgłos, który dobiegał z niej mógł sugerować jedno – właśnie zwymiotowała i pewnie nabrudziła przy okazji. Trwało to chwilę; chwila prywatności po tym jak naruszyła jego prywatną strefę, bez jakiegokolwiek ale. – to nie tak powinno być ale wiesz jak to jest..tak, wódka smakuje lepiej, gdy wchodzi niż gdy wychodzi... – przetarła papierem usta, które przemyła chwile wcześniej przy kranie. – a właśnie Moira jestem.. – wyciągnęła przed siebie dłoń, by się z nim przywitać.

Alexander Hall

#1 morning surprise

: pt sty 02, 2026 12:25 am
autor: Alexander Hall
Sen Lexa był ciężki. Cały dzień spędził na wysokich obrotach - najpierw morderczy trening, potem godziny spędzone na ringu z dzieciakami, którym musiał wbijać do głów podstawy boksu. Wieczorna wizyta adaptacyjna w schronisku miała go wyciszyć, ale zamiast tego zostawiła go z natrętną myślą o psie, któremu obiecał dom. Borys? Czy to imię do niego pasuje? - zastanawiał się jeszcze przed chwilą, wpatrzony w sufit. Najgorszy był jednak zapach. Wciąż czuł na skórze zapach perfum Maddie, gdy tamtej nocy w barze przyciskał ją do siebie niemal zbyt mocno. Myślał o niej przez cały dzień. Chciał pójść do baru, zobaczyć ją choć przez chwilę, ale duma i resztki zdrowego rozsądku kazały mu zostać w domu. Nie chciał wyjść na prześladowcę, nawet jeśli jej bliskość była jedynym, co realnie koiło jego skołatane nerwy.
Kiedy usłyszał pierwsze pukanie do drzwi, przeklął pod nosem. Myślał, że to może Lennox - że jakimś cudem go znalazła - ale łupnięcie głową o drewno i piskliwy, kobiecy głos przebiły się przez jego rozmarzenie niczym zgrzyt żwiru w silniku. Poza tym, serio, to było zbyt piękne marzenie - Maddie w Parkdale, pod drzwiami jego mieszkania, o piątej rano.
Marzenie ściętej głowy.
- Do jasnej kurwy... - warknął, zwlekając się z łóżka, gdy pukanie nabrało na sile.
Przetarł twarz dłońmi, poprawił luźne dresy i ruszył do przedpokoju. Przekręcił zamek, gotowy na konfrontację z kimkolwiek, kto śmiał zakłócać jego jedyne godziny spokoju. Widok, który zastał, sprawił jednak, że na moment odebrało mu mowę. Przed drzwiami stała drobna, kompletnie pijana dziewczyna w okularach, która wyglądała, jakby właśnie przegrała walkę z grawitacją i butelką taniej wódki.
- Co ty, do diabła... - zaczął, ale nie zdążył skończyć, bo nieznajoma wyrzuciła z siebie potok słów o jakimś Alexandrze - chwila, on miał na imię Alexander - i „przybyciu”, po czym po prostu prześlizgnęła się pod jego ramieniem do środka.
Lex stał przez chwilę z ręką na klamce, mrugając z niedowierzaniem. Czy to był jakiś surrealistyczny żart? Zanim zdążył zareagować, intruzka odnalazła drogę do jego łazienki, a huk zatrzaskiwanych drzwi i następujące po nim odgłosy wymiotów sprawiły, że na jego twarzy odmalowała się czysta, mordercza irytacja. Zamknął drzwi frontowe z trzaskiem i podszedł pod te łazienkowe, zaciskając dłonie w pięści.
- Słuchaj no, mała! Nie wiem, kim jesteś i z jakiej meliny się urwałaś, ale masz dokładnie dziesięć sekund na to, żeby przestać rzygać w moim kiblu i wypierdalać, zanim sam cię stąd wyniosę! - huknął, a jego głos wypełnił małe mieszkanie. Uderzył pięścią w drzwi.
Kiedy drzwi się uchyliły, a ona wyłoniła się z nich, wycierając usta papierem i bełkocząc coś o wódce oraz o tym, że ma na imię Moira, Lex tylko zmrużył oczy. Widok wyciągniętej, drobnej dłoni był tak absurdalny, że przez chwilę po prostu na nią patrzył.
- Moira? - powtórzył, ignorując jej dłoń. - Gówno mnie obchodzi, jak się nazywasz. Skąd znasz moje imię i dlaczego uznałaś, że mój dom to publiczna toaleta?
Zrobił krok w jej stronę, górując nad nią. Jego wzrok spoczął na jej twarzy - była w niej jakaś dziwna, denerwująca znajomość rysów, której w tej chwili, w przypływie wściekłości, nie potrafił jeszcze nazwać.
Miał ochotę chwycić ją za kołnierz i po prostu wystawić za próg, ale dłoń, która już niemal powędrowała w jej stronę, zastygła w powietrzu. Gdyby na jej miejscu stał facet - jakikolwiek pijany pajac, który pomylił adresy - Lex prawdopodobnie już dawno sprawdziłby na nim skuteczność swojego lewego sierpowego. Ale to była kobieta. Drobna, roztrzęsiona i śmierdząca przetrawionym alkoholem, ale wciąż kobieta.
Jego mięśnie napięły się pod skórą, a żyła na skroni pulsowała niebezpiecznie. Ta sytuacja była tak absurdalna, że aż bolesna. Czuł, jak resztki cierpliwości wyparowują z niego wraz z każdym oddechem tej dziewczyny. To, że nie wylądowała jeszcze na klatce schodowej z hukiem, zawdzięczała tylko i wyłącznie resztkom jego zasad, które w tej chwili wydawały mu się wyjątkowo uciążliwym balastem.
- Masz minutę - wycedził przez zaciśnięte zęby, a jego wzrok był tak zimny, że powinien ją otrzeźwić skuteczniej niż kubeł lodu. - Minutę na sensowne wyjaśnienie, skąd wiesz, jak się nazywam i co tu robisz. Inaczej naprawdę zapomnę o dobrych manierach i wyrzucę cię stąd razem z drzwiami.
Stał naprzeciwko niej i wciąż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że patrzy w jakieś krzywe, mocno poturbowane przez życie zwierciadło.

Moira O. Ashford

#1 morning surprise

: ndz sty 04, 2026 5:46 pm
autor: Moira O. Ashford
Wyciągnięta dłoń zdołała utrzymać się w powietrzu jeszcze przez drobną chwilę. Nie zdawało się, by ten jednak zechciał podjąć ten gest. Czyżby miała brudną rękę? Przecież umyła ją chwilę temu w jego własnym kranie. Ramiona Moiry drgnęły delikatnie, nim poprzez jego werbalną agresję i chłód w głosie, wcześniej niezachwiana postawa, na moment przyjęła formę zbitego psa. Przecież posprzątała po sobie, po co ta niepotrzebna agresja, a kim ona jest i kim on dla niej jest, dowie się za chwilę, jak tylko dostanie w swoje łapki to, co akurat jej ciało potrzebuje. Wyminęła go ponownie i udała się do kuchni, której zlokalizowanie nie było jakąś syzyfową pracą. Wzięła leżącą na blacie szklankę, w której znajdowała się woda. Napędzana właśnie taką nadzieję, skosztowała życiodajnego płynu, aż w szklance nie pozostało zupełnie nic. – nigdy więcej nie będę mieszać alkoholu, nie polecam.. – stuknięcie pustej szklanki o blat, tylko na moment przełamał powstałą ciszę po jej nazbyt oczywistym stwierdzeniu o alkoholu, które w jej ustach zapewne jest wierutnym kłamstwem powtarzanym jako częsta po libacyjna mantra.

Odwróciła się „powabnie”, sięgając do uchwytu lodówki i otwierając ją, by odkryć, jakie skarby się w niej kryją… - nie masz nic słodkiego? czekolady? nutelli? Czegokolwiek? nic? ech.. przykre. – zamknęła drzwiczki, odwracając się do niego przodem, lustrując wcześniej pułki oraz resztę kuchennych zakamarków, by zlokalizować coś do skubnięcia. – minuta to całkiem sporo czasu, wiesz? – wyminęła go ponownie i o ile jej się uda kolejny raz ta sama sztuczka, uda się do miejsca zwanego jego kątem sypialnianym. Jak ma coś do schrupania, nie koniecznie coś słodkiego, to zapewne tam! Ona tak robi. Stolik nocny, miejsce pod łóżkiem, często nawet szuflada dziewczyny, z którą wynajmuje mieszkanie. Zawsze i wszędzie coś się znajdzie, a on nie może być przecież aż tak różny od niej, prawda? Nim jednak wpadła w jego prywatną strefę, zatrzymała się na moment – chyba nie ma tam nagiej dziewczyny albo chłopaka? Nawet jeśli to spokojnie, twoja siostra nie jest już dzieckiem, widziała już nagie ciałka – szybki zryw po dostarczeniu dziwnej informacji, kończący się potknięciem o swoje własne nogi, lądując prawie na głupim ryju, nim faktycznym wtargnięciu do jego pokoju.

ała.. to bolało. Chyba jeszcze nie jestem swoja. – podniosła się do pozycji siedzącej, wyciągając ku niemu obie łapki – pomożesz mi wstać, czy mam sobie tu posiedzieć? Nie by było jakoś wygodnie.. – wzięła głęboki oddech i nawet jeśli ten planował jej pomóc wstać to zbyt późno, bo jej łapki ponownie opadły. – a może pozwolisz mi się przespać, a potem ładnie ci wyjaśnię, dlaczego twoja przewspaniała, kochana siostra nie może znać twojego imienia? – nie sądziła w to, że ten jej uwierzy ot, tak sobie. Nie miała jakiś większych dowodów, ot co jakieś stare papiery z bidula, gdzie widniał podpis jej matki z imienia i nazwiska, lecz z pewnych powodów – tych mniej legalnych zapewne. Bo osoba, która wykradła te dokumenty, zapewne miałaby niezłe kłopoty, jak i ona sama za takie akcje. A kontaktów z policją na pewien czas jej wystarczy, bo nigdy nie wiadomo co znajdą przy niej akurat dnia, którego postanowią się zainteresować zgłoszoną przez kogoś sprawą. Nie osądzała brata o to, że by ich sprzedał, lecz taka tycia niepewność zawsze pozostaje. – a co do wyrzucania, to co zrobiły ci drzwi, że je też chcesz wyrzucić? To naprawdę fajne i dobre drzwi, szkoda je wyrzucać. – bredziła, ale zmęczenie, spadające powoli upojenie alkoholowe zaczynały oddziaływać na nią w taki właśnie dziwaczny sposób. A cała ta wywołana przez nią szopka, w jej wyobraźni wyglądała całkowicie inaczej, a jest, jak jest i nie da się już niczego powiedzieć, zrobić inaczej. – jak mówiłam.. Moira Oriana Ashford, dawniej Hall. Nie długo, ale jednak.. Miło mi cię poznać, braciszku..

Alexander Hall

#1 morning surprise

: pn sty 05, 2026 10:16 pm
autor: Alexander Hall
Lex stał w przejściu między kuchnią a pokojem, czując, jak krew pulsuje mu w skroniach z taką siłą, że niemal słyszał jej szum. Patrzył na Moirę z mieszaniną obrzydzenia i narastającej fascynacji jej bezczelnością.
- Słyszysz ty mnie w ogóle? - warknął, a jego głos odbił się od kuchennych kafelków. - Wchodzisz do mieszkania faceta, którego nie znasz, o piątej rano, rzygasz w jego łazience, a teraz urządzasz sobie degustację kranówki i prawisz morały o mieszaniu alkoholu?
Zrobił krok w jej stronę, naruszając jej przestrzeń osobistą, ale ona zdawała się tego kompletnie nie rejestrować. Lex czuł, jak drga mu powieka. W jego świecie zasady były proste: albo go szanowałeś, albo się go bałeś. Ta drobna postać w okularach nie robiła ani jednego, ani drugiego. Była jak błąd w systemie. Czekał na jakąkolwiek oznakę strachu, na drżenie rąk, na cokolwiek, co przypominałoby normalną ludzką reakcję na zagrożenie. Zamiast tego czuł jedynie zapach wczorajszej imprezy i widział tę jej dziwną, pijaną pewność siebie, która doprowadzała go do szału.
- Zadałem ci pytanie. Skąd znasz moje imię i dlaczego, do jasnej cholery, wciąż tu jesteś, zamiast wypierdalać? - pstryknął palcami tuż przed jej twarzą, ale wyglądała na taką, co nic sobie z takiego gestu nie robi.
Lex patrzył na nią z narastającym osłupieniem, które powoli zaczynało wygrywać z czystą furią. To, co wyprawiała ta dziewczyna, wykraczało poza ramy jakiegokolwiek znanego mu zachowania. Kiedy bez pytania otworzyła jego lodówkę i zaczęła wybrzydzać na brak słodyczy, poczuł, jak szczęka mu opada.
- Nutelli? Ty sobie ze mnie jaja robisz? - wychrypiał, nie wierząc we własne uszy. - Włamałaś mi się do kuchni, żeby przeprowadzić inwentaryzację cukru?
Zanim jednak zdążył ją złapać za ramię i wystawić za próg, ona znów go wyminęła. Zrobiła to z taką lekkością, jakby nie był groźnym bokserem, tylko uciążliwym... bratem, który plącze się pod nogami. Gdy ruszyła w stronę jego sypialni - jego jedynego azylu - Lex poczuł, jak krew uderza mu do głowy.
- Ej! Wracaj tu! Gdzie ty się pchasz?! - rzucił za nią, ruszając w pościg, ale wtedy padły te słowa.
Twoja siostra.
Lex zamarł na ułamek sekundy, gdy Moira runęła na podłogę, ale w jego oczach nie było szoku. Była jedynie czysta, lodowata pogarda - sorry, ale nie powinna go budzić w środku nocy (tak, piąta rano to była noc) i przedstawiać mu takich rewelacji. Słowo „siostra” odbiło się od ścian sypialni, brzmiąc w jego uszach jak wyjątkowo kiepski żart, na który nie miał zamiaru dać się nabrać. Ta dziewczyna nie miała za grosz instynktu samozachowawczego - włamała mu się do domu, wypiła wodę, skrytykowała zawartość lodówki, a teraz, jak gdyby nigdy nic, siedziała na jego podłodze i bredziła bajki o byciu jego siostrą.
- Siostra? - powtórzył pod nosem, prychając. - Serio? To teraz twoja linia obrony?
Zrobił krok w jej stronę i kucnął przy niej, ale nie było w tym geście ani grama troski. Chwycił ją mocno za nadgarstek, przerywając jej pijackie błądzenie rękami po podłodze. Zmusił ją, by na niego spojrzała, choć wiedział, że jej wzrok pewnie i tak nie mógł złapać ostrości.
- Słuchaj mnie uważnie, mała. To, że jakimś cudem wygrzebałaś moje imię i nazwisko w Internecie albo usłyszałaś je w barze, nie czyni cię moją rodziną. Czyni cię co najwyżej kiepską oszustką, która nie wie, z kim pogrywa - wycedził, a jego twarz była niewzruszona jak głaz. - Moja matka ledwo radziła sobie ze mną, więc bajki o zaginionym rodzeństwie zostaw dla kogoś, kto ma w głowie tyle samo promili co ty teraz.
Zacisnął palce na jej nadgarstku odrobinę mocniej, patrząc na nią z góry z całkowitą ignorancją dla jej rewelacji.
- Więc przestań pierdolić od rzeczy i wstawaj. Nie interesują mnie twoje urojenia ani to, co widziałaś w swoim krótkim życiu. Masz dziesięć sekund, żeby wyjść stąd o własnych siłach, zanim uznam, że ta rozmowa definitywnie dobiegła końca i wyniosę cię stąd jak worek ziemniaków, siostrzyczko.
Ostatnie słowo wypowiedział z tak ociekającym sarkazmem jadem, że powinno ją to otrzeźwić bardziej niż zimny prysznic. Jego wzrok desperacko szukał w jej twarzy jakiegoś kłamstwa, ale znalazł tam jedynie pijany, ale uparty błysk w oku i rysy, które nagle zaczęły mu się wydawać przerażająco znajome... Nope. Nie ma bata. Ta cała Moira była po prostu delulu i pojebała mieszkania.
I tyle.

Moira O. Ashford

#1 morning surprise

: pt sty 09, 2026 9:06 pm
autor: Moira O. Ashford
Powiało chłodem z ust braciszka. Uznałaby go jednak za idiotę, gdyby ot, tak uwierzył jej na słowo i przeszedł do czułości rodzinnych. Chociaż te groźby są zbędne, przecież jak chwile odpocznie, to mogą spokojnie porozmawiać o tym wszystkim, po co kierować się nerwami. - ach no tak, jestem oszustką internetową. W luksusach nie opływasz, chociaż nie mnie to oceniać. Dodatkowo jesteś tym, ten no od bicia się i myślisz, że po co by mi to było? - być może była trochę nadpobudliwa w swoim zachowaniu i przeginała, pozwalając sobie na zbyt wiele. Nawet nie będzie kłamała, że tak nie jest, ale jak sam zapewne zauważył, bo inaczej być nie mogło, Moira była wczorajsza; nadal wstawiona i niezbyt rozumna. Więc alkoholowy stan, przytępił jej logiczne myślenie, ale nadal po części jej zachowanie, było tym jej normalnym, codziennym. - ach świętej pamięci mamusia. Nie chce jej uwłaszczać, bo nie wypada tego robić zmarłym, ale uwierz mi, święta i prawdomówna ona nie była, skoro nie wspomniała ci o tym, że masz siostrę - pohamowała język, bo nie chciała nacisnąć na jakiś czuły punkt u niego. Była jego matką i próba obrazy jej może skończyć się różnie. Wszak, jaka nie była, pewnie ją kochał, o czym Moira nie wie i nie chce się zbytnio dowiadywać. Kobieta mianująca się jego matką, dla niej była jedynie rodzicielką, która była całkiem obca. Niczym mgliste, niewyraźne sensoryczne wspomnienie jej głosu, nic więcej, nic ponadto.

- ała! - jęknęła, gdy poczuła mocniejszy uścisk na swoim nadgarstku. Nadal odczuwała ból po upadku, gdy wdrapywała się po schodach. Dodatkowo późniejsza walka z drzwiami, również nie była łagodna dla jej dłoni, a teraz jeszcze te brutalne zachowanie. - bo złamiesz mi łapkę, a nie wiem, czy wiesz..pewnie nie ale używam jej do pracy. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ciężko będzie utrzymać łopatę w jednej ręce, a dołki się same nie wykopią... - warknęła z tonem głosu wskazującym na drobnego foszka i dąsanie się. Szarpnęła się więc lecz nie miała aktualnie na tyle siły, by z nim wygrać. Na trzeźwo i po solidnym wyspaniu się, pewnie również by nie miała z nim większych szans. - ale skoro jesteś moim bratem i kocham cię, jak na starszą, a nie młodszą siostrę przystało, wybaczę ci to, że mną szarpiesz jak szmacianą lalką - powiedziała to z dziwnym przekonaniem w głosie, tak jakby on oczekiwał jej wybaczenia, co istniało tylko w jej głowie.

- eee i ten, słuchaj, a nie krzyczysz. Serio mówię, że powinniśmy usiąść i porozmawiać o tym, a potem.. pójść poszukać mojej torby. Tam były papiery… ale cii.. nie mów policji.. - uraczyła go kolejną dawką głupotek oraz pełnym uśmiechem na swojej mordce, przykładając następnie palec do ust, w teatralnym geście oznaczającym ciszę i sekret. Mimo że zmęczenie pochłaniało ją coraz mocniej, resztkami sił wspięła się, za pomocą jego ręki do pozycji stojącej, jednak prawie natychmiast świat zawirował w jej głowie, przez co zachwiała się delikatnie, lecz tym razem nie wylądowała na podłodze. - chyba zgubiłam też telefon.. albo nie czekaj... - sięgnęła dłonią do stanika, by wyciągnąć z niego swoje prawie rozładowane telefoniczne pudełeczko. Próbowała je odblokować znakiem, lecz aktualnie wcale nie było to tak proste, jak się mogło innym wydawać i gdy już go odblokowała jakimś cudem, całkowicie zapomniała o tym, co ona właściwie chciała mu pokazać? czy ona chciała mu cokolwiek pokazać - ja wiem, że jesteś na mnie wściekły, ale naprawdę jestem padnięta i skoro chcesz mnie wyrzucić, to pójdę się przespać na ławce obok bloku. Wrócę, jak będzie już lepiej - wcale nie grała mu na uczuciach, nie taki miała zamiar, wypowiadając takowe słowa. Skoro jej tu nie chciał, a jej argumenty były dla niego niczym, to pójdzie spać gdzieś indziej. A ławka była całkiem blisko! O bezpieczeństwie spania tam można polemizować, ale jak już ustaliła i on sam wykrzyczał, powinna się wynieść. Czekała jeszcze tylko jak ją puści i zniknie, czym mrok o poranku.

Alexander Hall

#1 morning surprise

: ndz sty 11, 2026 10:17 pm
autor: Alexander Hall
Sytuacja była abstrakcyjna. Jeszcze godzinę temu Lex martwił się jedynie o to, jak ułożyć swoje życie po ostatniej walce, a teraz stał we własnym salonie naprzeciwko dziewczyny, która nie tylko twierdziła, że jest jego siostrą, ale też bezczelnie deptała po kruchym pomniku jego matki. Ta noc przypominała coraz gorszy, surrealistyczny sen, z którego nie mógł się obudzić. Zacisnął szczękę, ale powoli, niemal niezauważalnie, zaczął odpuszczać. Ta pierwotna, czysta wściekłość, która zwykle kazała mu po prostu eliminować zagrożenie, zaczęła wygasać, ustępując miejsca ciężkiemu, lodowatemu zmęczeniu. Cofnął się o pół kroku, dając jej odrobinę więcej przestrzeni, choć jego spojrzenie wciąż pozostawało czujne. Widział, że dziewczyna jest w stanie, w którym logika przegrywała z procentami, a agresja wobec pijanego „dziecka” - nawet jeśli to dziecko właśnie zrzuciło na niego bombę atomową - nie była w jego stylu. Uwagę o luksusach i byciu tym, no, od bicia się puścił mimo uszu. Bardziej skupił się na jej kolejnych słowach. „Świętej pamięci mamusia”. Zmrużył oczy, a jego sylwetka, choć już mniej agresywna, stała się nienaturalnie napięta. Opadł powoli na fotel naprzeciwko niej, nie spuszczając z niej wzroku, jakby próbował wyczytać z jej twarzy kod do prawdy, której dotąd nie znał.
- Skąd wiesz, że nie żyje? - zapytał nagle, a jego głos był nienaturalnie spokojny, co w jego przypadku było znacznie bardziej niepokojące niż krzyk. - Pogrzeb był cichy. Tylko ja i garstka ludzi, którzy zapomnieli o niej dzień później. Jeśli jesteś tylko przypadkową dziewczyną, która znalazła mój adres w sieci, nie powinnaś wiedzieć o takich rzeczach.
Przesunął dłonią po twarzy, zamykając na chwilę oczy. Wyglądało na to, że Moira nie pojawiła się tu zupełnie bez przygotowania.
- Masz rację, w luksusach nie opływam. I tak, jestem tym „od bicia się” - mruknął, nawiązując do jej wcześniejszej zaczepki, ale tym razem bez cienia ironii. - Moja matka nie była święta, to też prawda. Ale sama najwyraźniej dobrze wiesz, że życie w Toronto nie zostawia miejsca na aureole, inaczej nie zapukałabyś do moich drzwi pijana w trzy dupy. Ale ukrywanie siostry? To... to by oznaczało, że całe moje życie było jedną wielką inscenizacją.
Spojrzał na Moirę, analizując jej rysy twarzy w poszukiwaniu jakiegokolwiek podobieństwa, którego wcześniej nie chciał dostrzec.
- Dołki? Łopatę? - powtórzył, mrużąc oczy i próbując przetworzyć informację o jej rzekomej pracy. - Co ty robisz, dziewczyno? Jesteś grabarzem czy zawodową morderczynią? Bo zaczynasz brzmieć bardziej niepokojąco niż ja po trzech rundach w ringu.
Opadł ciężko na fotel, tym razem ostatecznie rezygnując z jakiejkolwiek fizycznej konfrontacji. Nie miał siły szarpać się z kimś, kto w środku nocy, będąc w stanie solidnego upojenia alkoholowego, peroruje o miłości braterskiej i kopaniu dołów.
- Wybaczysz mi? - parsknął suchym, krótkim śmiechem, kręcąc głową. - Słuchaj, „starsza siostro”, na razie to ja wybaczam ci włamanie, pijaństwo i opowiadanie bajek o mojej matce. Więc daruj sobie ten ton ofiary. Ile ty w ogóle masz lat?
Eee i ten, słuchaj, a nie krzyczysz. Serio mówię, że powinniśmy usiąść i porozmawiać o tym, a potem.. pójść poszukać mojej torby. Tam były papiery… ale cii... nie mów policji...
Lex patrzył na nią z rosnącym niedowierzaniem, gdy przyłożyła palec do ust w geście sekretu. Ta dziewczyna była kompletnie nieobliczalna, ale jedno słowo sprawiło, że jego czujność wróciła do maksymalnego poziomu: papiery. Jeśli istniały jakiekolwiek dokumenty, które mogły potwierdzić tę abstrakcyjną historię, musiał je dorwać. Teraz.
- Cii? Nie mów policji? - powtórzył za nią, a na jego twarzy pojawił się zirytowany grymas. - Moira, w tym momencie policja to twój najmniejszy problem.
Kiedy chwiała się na nogach, złapał ją mocniej, ponownie ignorując większą część jej słów. Jednak gdy wyciągnęła telefon ze stanika, ramiona mu opadły. Jeśli naprawdę była jego siostrą, była... bardzo oryginalna. Tak, to było odpowiednie słowo.
- Nigdzie nie idziesz. Żadnej ławki i żadnego spania pod blokiem - warknął, gdy wspomniała o wynoszeniu się. Jego głos był teraz twardy i nieznoszący sprzeciwu. - Nie wypuszczę cię stąd, dopóki nie zobaczę tych papierów, o których mówisz. Gdzie jest ta torba? Gdzie ją zostawiłaś? W którym barze, na której ulicy?
Zabrał jej z ręki to "telefoniczne pudełeczko", zanim zdążyła je upuścić. Spojrzał na ekran, próbując wyłapać cokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć, z kim miał do czynienia, ale zaraz wrócił do niej wzrokiem. Że co? Chciała spać na dworze? W taki ziąb? Wizja Moiry śpiącej na mrozie była dla niego nie do zaakceptowania, zwłaszcza jeśli faktycznie nosiła w sobie odpowiedzi na pytania, których bał się zadać.
- Kładź się na kanapie. Teraz - rozkazał, niemal siłą kierując ją w stronę mebla. - I gadaj, gdzie jest ta torba. Jeśli tam są jakiekolwiek dokumenty z nazwiskiem mojej matki, to znajdę je jeszcze przed świtem, choćbym miał przetrząsnąć całe miasto.
Pochylił się nad nią, gdy już opadła na poduszki, i zabrał telefon, rzucając go na stolik kawowy.
- Papiery, Moira. Skup się. Gdzie one są? Jeśli chcesz, żebyśmy "porozmawiali", muszę wiedzieć, czy nie marnuję czasu na kogoś, kto po prostu za dużo wypił i pomylił adresy. Gdzie jest dowód na to, że faktycznie jesteś moją siostrą?
Poczuł nagły skurcz w żołądku, gorszy niż po przyjęciu ciosu na wątrobę. Wątpliwość. To była nowa, trująca emocja. Co, jeśli te papiery, o których bełkotała, naprawdę istniały? Co, jeśli w jakiejś zakurzonej torbie w Toronto leżał dowód na to, że kobieta, którą uważał za swoją matkę, przez całe lata go okłamywała? Gówno, gówno, gówno.

Moira O. Ashford