When the Music Stops
: czw sty 01, 2026 8:02 pm
Fabien Kovalski
Niektóre czynności na dyżurze sprawiały Ivy ogromną niechęć. W trakcie szesnastogodzinnego dyżuru najgorszą kwestią wydawały się być godziny wyznaczone do pracy w przychodni. Szybka kwalifikacja przypadku, wysłanie go na najpotrzebniejsze badania oraz przekazanie sprawy lekarzowi prowadzącemu. Najnudniejsze zajęcie w całym szpitalu.
Już w trakcie wykonywania lewatyw, niektórym potrafiło stanąć serce. Za to w gabinecie wypełniała przede wszystkim dokumentację. Żmudne wystukiwała na klawiaturze kolejne przypadki. Wstępne dane dostarczały ją rejestracja, ale musiała ją uzupełnić, sprawdzić stan pacjenta oraz wykonać rozeznanie. Proste, ale dość kluczowe zajęcie. Całkiem potrzebne, ale dłużące się w nieskończoność.
W pomieszczeniu roztaczała się won mocnej kawy z automatu. Jeszcze parząca. Po dwóch godzinach potrzebowała odrobiny pobudzenia. Dodatkowej dawki stymulacji. Kolejni pacjenci powoli zaczynali się jej zlewać w tą samą osobę. Nieważne, czy przychodzili z kującym bólem klatki piersiowej, poparzeniem po spalonym kartonie od fajerwerk, czy z problemami z wypróżnieniem. Monotonia za bardzo zagościła w sercu panny Harrison. Nie czuła tej samej adrenaliny, kiedy zostawała sama.
Spojrzała wymęczonym wzrokiem na ekran komputera. Godzina 16:30. Jeszcze pół godziny. Będzie mogła wyjść na krótką przerwę. Odetchnąć pełnią piersią. Drgnęła nerwowo, słysząc pukanie do drzwi. Sięgnęła dłońmi do kucyka, by go poprawić. Upiła łyk kawy, a na jej twarzy wymalował się charakterystyczny, sztuczny uśmiech.
— Dzień dobry, nazywam się doktor Harrison — odpowiedziała z tradycyjnym automatyzmem w głosie, unosząc delikatnie kąciki ust ku górze. Zlustrowała mężczyznę wzrokiem. Żaden z niego przystojniak, raczej ktoś o duszy artysty. Widziała w nim przedziwną aurę, której nie była w stanie łatwo zakwalifikować — w czym mogłabym pomóc? — dodała zaledwie po paru sekundach. Próbowała wprowadzić miłą atmosferę. Chociaż pod skórą czuła, że zapamięta tego pacjenta na zawsze.
Niektóre czynności na dyżurze sprawiały Ivy ogromną niechęć. W trakcie szesnastogodzinnego dyżuru najgorszą kwestią wydawały się być godziny wyznaczone do pracy w przychodni. Szybka kwalifikacja przypadku, wysłanie go na najpotrzebniejsze badania oraz przekazanie sprawy lekarzowi prowadzącemu. Najnudniejsze zajęcie w całym szpitalu.
Już w trakcie wykonywania lewatyw, niektórym potrafiło stanąć serce. Za to w gabinecie wypełniała przede wszystkim dokumentację. Żmudne wystukiwała na klawiaturze kolejne przypadki. Wstępne dane dostarczały ją rejestracja, ale musiała ją uzupełnić, sprawdzić stan pacjenta oraz wykonać rozeznanie. Proste, ale dość kluczowe zajęcie. Całkiem potrzebne, ale dłużące się w nieskończoność.
W pomieszczeniu roztaczała się won mocnej kawy z automatu. Jeszcze parząca. Po dwóch godzinach potrzebowała odrobiny pobudzenia. Dodatkowej dawki stymulacji. Kolejni pacjenci powoli zaczynali się jej zlewać w tą samą osobę. Nieważne, czy przychodzili z kującym bólem klatki piersiowej, poparzeniem po spalonym kartonie od fajerwerk, czy z problemami z wypróżnieniem. Monotonia za bardzo zagościła w sercu panny Harrison. Nie czuła tej samej adrenaliny, kiedy zostawała sama.
Spojrzała wymęczonym wzrokiem na ekran komputera. Godzina 16:30. Jeszcze pół godziny. Będzie mogła wyjść na krótką przerwę. Odetchnąć pełnią piersią. Drgnęła nerwowo, słysząc pukanie do drzwi. Sięgnęła dłońmi do kucyka, by go poprawić. Upiła łyk kawy, a na jej twarzy wymalował się charakterystyczny, sztuczny uśmiech.
— Dzień dobry, nazywam się doktor Harrison — odpowiedziała z tradycyjnym automatyzmem w głosie, unosząc delikatnie kąciki ust ku górze. Zlustrowała mężczyznę wzrokiem. Żaden z niego przystojniak, raczej ktoś o duszy artysty. Widziała w nim przedziwną aurę, której nie była w stanie łatwo zakwalifikować — w czym mogłabym pomóc? — dodała zaledwie po paru sekundach. Próbowała wprowadzić miłą atmosferę. Chociaż pod skórą czuła, że zapamięta tego pacjenta na zawsze.