Time to Sin
: czw sty 01, 2026 9:54 pm
Lokal miał w sobie ten poziom gwaru, który zaprasza cię do środka, obiecując przyjemny wieczór w bezproblemowym towarzystwie. Ciepłe światło sączyło się po drewnie i miedzi, szkło wypełniało półki niczym trofea, a w powietrzu wisiała mieszanka chmielu, jałowca i czegoś ostrzejszego – może ambicji, może tylko spirytusu.
Mal Menard siedział w boksie ze swoją paczką tak, jakby był tu częścią wystroju – i tak samo czułby się w taniej spelunie, jak i w klubie, do którego wejdziesz tylko z zaproszeniem. Lokal był dla niego tylko scenografią. Ludzie w takich miejscach i tak grali w te same gry, niezależnie od warstwy społecznej czy zawartości portfela. Czarne dżinsy, czarna koszula rozpięta pod szyją, włosy zaczesane do tyłu oraz jego nieodłączny element wyposażenia, zaraz obok telefonu, kluczy i fajek: skórzana kurtka przewieszona przez oparcie krzesła – mały manifest obwieszczający kto przewodzi temu stadu rozrechotanych twarzy wokół niego. Siedział wygodnie rozpostarty w krześle, dłonie splecione na brzuchu i wzrok stale wodzący w leniwym tempie po sali. Miał w zwyczaju podwijać rękawy do łokci, głównie dla wygody. I żeby tusz na przedramionach mógł mówić za niego, gdy on milczał. Zwykle to działało. Zwykle też nie miał dnia, w którym cisza przyklejała mu się do języka tak jak dziś.
Rzadko miewał zły humor, bo nie miał w zwyczaju brać świata na poważnie i przejmować się pierdołami. Ale tego wieczoru coś go uwierało. Uczucie niewyjaśnione, irytujące, jak kamyk w bucie, którego nie można znaleźć, choć obciera cię przy każdym kroku. Może był po prostu zmęczony? Ostatnio nie sypiał najlepiej. Był cichszy niż zwykle, co oczywiście nie uszło uwadze jego kompanów, którzy nie omieszkali tego skomentować.
– Mal, mrugnij dwa razy, jeśli cię nie sparaliżowało. Chyba że… o Boże, ty masz chwilę refleksji? – rzucił ktoś z przesadną trwogą.
Pierwsza salwa szydery i rechotu poszła natychmiast, głośna i bezczelna, taka, na jaką stać tylko ludzi, którzy znają cię za dobrze. Mal przewrócił oczami z powolną pogardą, jakby okazywał im litość, postanawiając nie skomentować tej zaczepki.
– Stary, ty jesteś dziś… grzeczny. Przerażasz mnie – dorzucił drugi, przeciągając słowo „grzeczny” tak, jakby przeżuwał coś obrzydliwego.
Słowo „grzeczny” musnęło go po karku niczym niechciany dotyk z zaskoczenia. Prychnął w myślach – jego matka pewnie klaskałaby z zachwytu, słysząc, że zasłużył sobie na takie miano.
Przeniósł wzrok na swojego towarzysza, gotowy coś odszczeknąć, kiedy nad jego ramieniem wzrok Mala zahaczył nagle o kogoś w oddali, przy barze. Nie był to moment jak z filmu, ze zwolnionym tempem, nastrojową muzyką i intrygującymi ujęciami. Po prostu – tak jak się zauważa coś, co wyróżnia się w pewien sposób, czerwona kredka wśród niebieskich. Czas zgrzeszyć – pomyślał.
Wstał nagle, dopił piwo jednym łykiem i odstawił szklankę na stół z głośnym stukiem.
– Pies was jebał – rzucił neutralnie do swoich kompanów i wśród salw śmiechu ruszył w stronę baru, ku intrygującej go sylwetce.
Przeciął gwar bez pośpiechu, zręcznie wymijając ludzi stojących mu na drodze. Przy barze zatrzymał się obok niej, o krok za daleko na nachalność, o krok za blisko na przypadek. Pochylił się nieco nad blatem, skinął do barmana i wskazał na szklankę stojącą przed nieznajomą, dla której tu przywędrował.
– To samo.
Kiedy barman kiwnął głową, dając znać, że przyjął zamówienie, Mal przeniósł wzrok na twarz kobiety i podchwycił jej spojrzenie.
– Zdaję się na twój gust. Jeśli mi nie posmakuje, to przynajmniej będę miał pretekst, żeby tu zostać i ponarzekać – uśmiechnął się zawadiacko, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Oparł łokieć o bar i podparł głowę na dłoni, pozwalając spojrzeniu zatrzymać się na jej twarzy odrobinę dłużej – bez pośpiechu, bez presji. Ot tak, sprawdzając, czy gra jest warta świeczki.
– Dasz się namówić, żebym postawił ci następnego?
Cherry Marshall
Mal Menard siedział w boksie ze swoją paczką tak, jakby był tu częścią wystroju – i tak samo czułby się w taniej spelunie, jak i w klubie, do którego wejdziesz tylko z zaproszeniem. Lokal był dla niego tylko scenografią. Ludzie w takich miejscach i tak grali w te same gry, niezależnie od warstwy społecznej czy zawartości portfela. Czarne dżinsy, czarna koszula rozpięta pod szyją, włosy zaczesane do tyłu oraz jego nieodłączny element wyposażenia, zaraz obok telefonu, kluczy i fajek: skórzana kurtka przewieszona przez oparcie krzesła – mały manifest obwieszczający kto przewodzi temu stadu rozrechotanych twarzy wokół niego. Siedział wygodnie rozpostarty w krześle, dłonie splecione na brzuchu i wzrok stale wodzący w leniwym tempie po sali. Miał w zwyczaju podwijać rękawy do łokci, głównie dla wygody. I żeby tusz na przedramionach mógł mówić za niego, gdy on milczał. Zwykle to działało. Zwykle też nie miał dnia, w którym cisza przyklejała mu się do języka tak jak dziś.
Rzadko miewał zły humor, bo nie miał w zwyczaju brać świata na poważnie i przejmować się pierdołami. Ale tego wieczoru coś go uwierało. Uczucie niewyjaśnione, irytujące, jak kamyk w bucie, którego nie można znaleźć, choć obciera cię przy każdym kroku. Może był po prostu zmęczony? Ostatnio nie sypiał najlepiej. Był cichszy niż zwykle, co oczywiście nie uszło uwadze jego kompanów, którzy nie omieszkali tego skomentować.
– Mal, mrugnij dwa razy, jeśli cię nie sparaliżowało. Chyba że… o Boże, ty masz chwilę refleksji? – rzucił ktoś z przesadną trwogą.
Pierwsza salwa szydery i rechotu poszła natychmiast, głośna i bezczelna, taka, na jaką stać tylko ludzi, którzy znają cię za dobrze. Mal przewrócił oczami z powolną pogardą, jakby okazywał im litość, postanawiając nie skomentować tej zaczepki.
– Stary, ty jesteś dziś… grzeczny. Przerażasz mnie – dorzucił drugi, przeciągając słowo „grzeczny” tak, jakby przeżuwał coś obrzydliwego.
Słowo „grzeczny” musnęło go po karku niczym niechciany dotyk z zaskoczenia. Prychnął w myślach – jego matka pewnie klaskałaby z zachwytu, słysząc, że zasłużył sobie na takie miano.
Przeniósł wzrok na swojego towarzysza, gotowy coś odszczeknąć, kiedy nad jego ramieniem wzrok Mala zahaczył nagle o kogoś w oddali, przy barze. Nie był to moment jak z filmu, ze zwolnionym tempem, nastrojową muzyką i intrygującymi ujęciami. Po prostu – tak jak się zauważa coś, co wyróżnia się w pewien sposób, czerwona kredka wśród niebieskich. Czas zgrzeszyć – pomyślał.
Wstał nagle, dopił piwo jednym łykiem i odstawił szklankę na stół z głośnym stukiem.
– Pies was jebał – rzucił neutralnie do swoich kompanów i wśród salw śmiechu ruszył w stronę baru, ku intrygującej go sylwetce.
Przeciął gwar bez pośpiechu, zręcznie wymijając ludzi stojących mu na drodze. Przy barze zatrzymał się obok niej, o krok za daleko na nachalność, o krok za blisko na przypadek. Pochylił się nieco nad blatem, skinął do barmana i wskazał na szklankę stojącą przed nieznajomą, dla której tu przywędrował.
– To samo.
Kiedy barman kiwnął głową, dając znać, że przyjął zamówienie, Mal przeniósł wzrok na twarz kobiety i podchwycił jej spojrzenie.
– Zdaję się na twój gust. Jeśli mi nie posmakuje, to przynajmniej będę miał pretekst, żeby tu zostać i ponarzekać – uśmiechnął się zawadiacko, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Oparł łokieć o bar i podparł głowę na dłoni, pozwalając spojrzeniu zatrzymać się na jej twarzy odrobinę dłużej – bez pośpiechu, bez presji. Ot tak, sprawdzając, czy gra jest warta świeczki.
– Dasz się namówić, żebym postawił ci następnego?
Cherry Marshall