All we ever do is talk
: sob sty 03, 2026 11:51 pm
Górne światła już od dawna były wyłączone. Lampka na biurku oraz monitor laptopa rozświetlały jej twarz. W biurze od co najmniej dwóch godzin było tak cicho, że słyszała jedynie szum elektroniki w tym ekspresu do kawy w oddali, który co jakiś czas się załączał na samooczyszczenie. Dźwięk ten przypominał jej, gdzie wciąż się znajduje od… dziesięciu godzin? Straciła już rachubę.
W piątek miała pierwszy raz zaprezentować swój projekt. Czekała na tą szansę od roku. Odkąd tylko przekroczyła próg biura dwanaście miesięcy temu, a nawet znacznie wcześniej, kiedy zamarzyła o zostaniu architektem. To było w ostatniej klasie szkoły średniej. Dlatego nie było możliwości, aby mogła przegapić swoją szansę. Tym bardziej, że dzisiaj była środa, więc niewiele czasu jej pozostało, aby wszystko dopracować. A Skye była przecież perfekcjonistką. Poprawiała i zmieniała koncepcję tysiące razy. Sprawdzała obliczenia tak często, że momentami musiała na chwilę przymykać oczy i odchylać głowę, bo wzrok jej wszystko rozmazywał. Z prawej strony pod ręką miała też swój skórzany notatnik. Prezent, który dostała w pierwszym tygodniu pracy. Lubiła notować w nim pomysły i wszystkie ważne wiadomości. W tej kwestii była trochę oldschoolowa. Oparła się wygodnie o oparcie fotela, by spojrzeć na cały plan nieco z oddali. Jednocześnie co rusz jej dłoń rysowała nic nieznaczące wzory na stronie notatnika. Próbowała wyłączyć umysł i skupić się tylko na pracy. To było jej teraz priorytetem.
Ale umysł lubił przecież płatać figle, czyż nie? Najwyraźniej jej był niezłym żartownisiem, bo rzucał jej obrazy z Joshem. Pierwsze spotkanie w klubie. Pierwsza randka. Pierwszy pocałunek. Pierwszy seks. Pierwsze wyznanie miłości. Nie czekała z tym długo, bo nie czuła takiej potrzeby. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Taka, która uderza Cię znienacka i pochłania całkowicie. Bez pytania ani ostrzeżenia. Zakochała się bez pamięci i była to odwzajemniona miłość- nie miała co do tego wątpliwości. Lecz z czasem przyszły też te pierwsze kłótnie. Pierwsze łzy. Pierwsze krzyki. Pierwsze niespełnione oczekiwania i żal. Mimo wszystko wciąż byli razem, podnosząc się po każdym upadku i idąc dalej wspólnie przez życie. Skye wiedziała, że w tym wszystkim dużą rolę odgrywała osoba trzecia. Czasami żartowała nazywając go dobrą wróżką jej związku z Joshem. Jednak to nie był tylko nic nieznaczący żart, ponieważ Murray uważała momentami, że gdyby nie Dominic, jej związek nawet by się nie zaczął. Czy to nie było przeznaczenie, że akurat wylądowała w tej samej firmie co on? To od niego dostała numer do Josha. To on nie raz podsuwał jej pomysł, co mu kupić w prezencie, bo przecież najlepiej znał swojego przyjechała. Poza tym był od zawsze dużym wsparciem dla kobiety. Pocieszał ją po kłótniach próbując jakoś to wszystko pogodzić, a na dodatek był jej mentorem w pracy. Otoczył ją niewidzialną ochroną. Stawał się nie tylko przyjacielem jej chłopaka, ale także i jej własnym. Już tyle wieczorów przegadali po godzinach pracy, że ciężko jej było go tak nie nazywać. Przy nim czuła pewną swobodę. Całkowitą lekkość wypowiedzi bez ryzyka niezrozumienia czy wyśmiania. Zawsze ją wysłuchał. Zawsze był przy niej.
Powinna się skupić tylko na projekcie. Na tym czy wszystko ma ręce i nogi i nie zaliczy ogromnej wtopy w najbliższy piątek. Jednak nie mogła całkowicie wymazać tych dwóch mężczyzn ze swojej głowy. Gdzieś kłębili się w jej głowie, gdy wpatrywała się w ekran monitora. Nagle usłyszała dźwięk za swoimi plecami i wyrwana niczym z transu wyprostowała się szybko na krześle.
- Boże, Dominic… wystraszyłeś mnie- powiedziała, gdy po odwróceniu zauważyła mężczyznę za sobą. Mówił coś do niej? Nie była pewna. Przestraszyła się trochę, co było widać po szybko unoszącej się klatce piersiowej. - Co tutaj jeszcze robisz? Myślałam, że już wszyscy wyszli- spytała już nieco pewniej z lekkim uśmiechem. Reyes zawsze wywoływał na jej twarzy uśmiech. Nie potrafiła już inaczej reagować na jego widok niż szeroko uniesionymi kącikami ust. Skye, to normalne! W końcu to Twój przyjaciel. Tylko przyjaciel. Przyjaciel Josha również.
Dominic Reyes
W piątek miała pierwszy raz zaprezentować swój projekt. Czekała na tą szansę od roku. Odkąd tylko przekroczyła próg biura dwanaście miesięcy temu, a nawet znacznie wcześniej, kiedy zamarzyła o zostaniu architektem. To było w ostatniej klasie szkoły średniej. Dlatego nie było możliwości, aby mogła przegapić swoją szansę. Tym bardziej, że dzisiaj była środa, więc niewiele czasu jej pozostało, aby wszystko dopracować. A Skye była przecież perfekcjonistką. Poprawiała i zmieniała koncepcję tysiące razy. Sprawdzała obliczenia tak często, że momentami musiała na chwilę przymykać oczy i odchylać głowę, bo wzrok jej wszystko rozmazywał. Z prawej strony pod ręką miała też swój skórzany notatnik. Prezent, który dostała w pierwszym tygodniu pracy. Lubiła notować w nim pomysły i wszystkie ważne wiadomości. W tej kwestii była trochę oldschoolowa. Oparła się wygodnie o oparcie fotela, by spojrzeć na cały plan nieco z oddali. Jednocześnie co rusz jej dłoń rysowała nic nieznaczące wzory na stronie notatnika. Próbowała wyłączyć umysł i skupić się tylko na pracy. To było jej teraz priorytetem.
Ale umysł lubił przecież płatać figle, czyż nie? Najwyraźniej jej był niezłym żartownisiem, bo rzucał jej obrazy z Joshem. Pierwsze spotkanie w klubie. Pierwsza randka. Pierwszy pocałunek. Pierwszy seks. Pierwsze wyznanie miłości. Nie czekała z tym długo, bo nie czuła takiej potrzeby. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Taka, która uderza Cię znienacka i pochłania całkowicie. Bez pytania ani ostrzeżenia. Zakochała się bez pamięci i była to odwzajemniona miłość- nie miała co do tego wątpliwości. Lecz z czasem przyszły też te pierwsze kłótnie. Pierwsze łzy. Pierwsze krzyki. Pierwsze niespełnione oczekiwania i żal. Mimo wszystko wciąż byli razem, podnosząc się po każdym upadku i idąc dalej wspólnie przez życie. Skye wiedziała, że w tym wszystkim dużą rolę odgrywała osoba trzecia. Czasami żartowała nazywając go dobrą wróżką jej związku z Joshem. Jednak to nie był tylko nic nieznaczący żart, ponieważ Murray uważała momentami, że gdyby nie Dominic, jej związek nawet by się nie zaczął. Czy to nie było przeznaczenie, że akurat wylądowała w tej samej firmie co on? To od niego dostała numer do Josha. To on nie raz podsuwał jej pomysł, co mu kupić w prezencie, bo przecież najlepiej znał swojego przyjechała. Poza tym był od zawsze dużym wsparciem dla kobiety. Pocieszał ją po kłótniach próbując jakoś to wszystko pogodzić, a na dodatek był jej mentorem w pracy. Otoczył ją niewidzialną ochroną. Stawał się nie tylko przyjacielem jej chłopaka, ale także i jej własnym. Już tyle wieczorów przegadali po godzinach pracy, że ciężko jej było go tak nie nazywać. Przy nim czuła pewną swobodę. Całkowitą lekkość wypowiedzi bez ryzyka niezrozumienia czy wyśmiania. Zawsze ją wysłuchał. Zawsze był przy niej.
Powinna się skupić tylko na projekcie. Na tym czy wszystko ma ręce i nogi i nie zaliczy ogromnej wtopy w najbliższy piątek. Jednak nie mogła całkowicie wymazać tych dwóch mężczyzn ze swojej głowy. Gdzieś kłębili się w jej głowie, gdy wpatrywała się w ekran monitora. Nagle usłyszała dźwięk za swoimi plecami i wyrwana niczym z transu wyprostowała się szybko na krześle.
- Boże, Dominic… wystraszyłeś mnie- powiedziała, gdy po odwróceniu zauważyła mężczyznę za sobą. Mówił coś do niej? Nie była pewna. Przestraszyła się trochę, co było widać po szybko unoszącej się klatce piersiowej. - Co tutaj jeszcze robisz? Myślałam, że już wszyscy wyszli- spytała już nieco pewniej z lekkim uśmiechem. Reyes zawsze wywoływał na jej twarzy uśmiech. Nie potrafiła już inaczej reagować na jego widok niż szeroko uniesionymi kącikami ust. Skye, to normalne! W końcu to Twój przyjaciel. Tylko przyjaciel. Przyjaciel Josha również.
Dominic Reyes