Nothing is gonna hurt you baby
: ndz sty 04, 2026 2:08 am
Rok temu dowiadując się o zdradzie męża , Mara sądziła że nic ją już w życiu nie zaskoczy. Naprawdę była pewna, że to był już ten punkt kulminacyjny. Niestety ostatni czas pokazał jej jak bardzo była w błędzie. Przynajmniej początkowo traktowała to jako coś bolesnego. Jako ogromną stratę. Potrzebowała jednak chwili, żeby przypomnieć sobie to, co zawsze powtarzała swoim pacjentom. Musiała się stać swoim własnym terapeutą i zrozumieć, że ludzie pojawiają się w naszym życiu w jakimś celu i na określony czas. Niektórzy uczą nas czym jest romantyzm. Z kolei niektórzy co to znaczy odpuszczać i stawiać granice. A jeszcze inni dają nam lekcję pokory i cierpliwości. Od innych dostajemy też wsparcie w trudnych momentach, które pozwala nam się podnieść. Każdy z nich musi też w pewnym momencie odejść. Niektórzy znacznie szybciej niż byśmy tego chcieli. Relacja z Arthurem była dla niej piękną lekcją życia. Lekcją, która rozpoczęła się lata temu, ale nadszedł jej już koniec.
Dlatego Mara była gotowa na kolejne lekcje, które przygotowało dla niej życie. Jedną z nich miało być przejęcie grupy wsparcia, którą prowadziła dotychczas jej koleżanka z pracy. Zbliżający się poród zmusił ją jednak do odsunięcia się od pracy zawodowej, a pacjentów i grupy porozdzielać wśród współpracowników. Lakefield nie miała z tym najmniejszego problemu. Jako bezdzietna singielka miała dużo wolnego czasu, więc dodatkowe godziny traktowała tylko jako szansę większego zarobku. Oczywiście także jako możliwość wzbogacenia swojego doświadczenia zawodowego, ponieważ akurat miała bardzo małe w prowadzeniu grup. W ostatnich latach skupiała się głównie na terapiach indywidualnych, gdzie mogła cały czas i uwagę poświęcić jednej osobie. Nie ma co ukrywać - łatwiej przez godzinę rozmawiać o problemach jednej osoby niż dziesięciu innych. Gdy to sobie uświadomiła poczuła zażenowanie względem własnej osoby. Jakby spoczęła na laurach? Miała dobre opinie, pacjenci ją raczej chwalili, ale z drugiej strony nie była wielkim, cenionym psychoterapeutą z mnóstwem publikacji i ogromnym doświadczeniem. Początkowo dużo czasu poświęcała swojemu rozwojowi, ale potem razem z mężem zaczęli rozmawiać o dzieciach, przyszły pierwszy próby, zdrada, rozwód… Karierę zawodową zepchnęła całkowicie na drugi plan próbując poskładać swoje złamane serce. Czy było już naprawione? Nie. Wciąż brakowało wielu elementów, a w niektórych miejscach klej słabo się trzymał, ale życie toczyło się dalej.
Dzisiaj był jej pierwszy dzień na spotkaniu tej grupy. Dostała notatki od Jess, dotychczasowej prowadzącej, i oczywiście wcześniej się przygotowała zapamiętując jak najwięcej szczegółów. Jak najwięcej, bo nie wszystko wyłapała. Gdy jeden z obecnych przedstawił się jako Nick, to myślała , że to ten od wypadku samochodowego, a to był Hugh. Natomiast Ashley pomyliła z Rosalie. Nie wypadła najlepiej, ale starała się okazać wszystkim wsparcie, dać przestrzeń do wypowiedzi i odpowiednie wskazówki. Czy inni dostrzegli, że była w tym nowa? Całkiem możliwe. Tym bardziej, że nie wszyscy byli rozmowni. Jeden z uczestników nie odezwał się jako jedyny poza wypowiedzeniem swojego imienia, gdy się każdy przedstawiał. Lazare. Ciekawe imię. Ciężkie do zapomnienia.
Kiedy nadszedł koniec spotkania i wszyscy zaczęli się zbierać, Mara szybko się odezwała, zanim szmer przesuwanych krzeseł ją zaczął zagłuszać.
- Lazare, czy mógłbyś mi pomóc z krzesłami?- spytała patrząc wprost w jego oczy z ciepłem i ciekawością kryjącą się w jej własnych. Jednak zanim w ogóle cokolwiek odpowiedział, wstała i zaczęła je składać. - Gdy powiem wprost, że to była moja pierwsza grupa wsparcia od lat, którą prowadziłam, będzie Ci łatwiej się przede mną otworzyć? Czy może wprost przeciwnie?- nagle znalazła się tuż obok niego, gdy tylko wszyscy wyszli. Nie stanęła naprzeciwko bądź za nim. Tylko tuż obok. Ramię w ramię. Jej pytanie też nie było standardowe. Wiele nim ryzykowała, ale uważała, że czasami należy wyjść poza utarte schematy. Czasami trzeba zaryzykować. Czy Lazare podejmie to ryzyko i z nią porozmawia?
lazare moreau
Dlatego Mara była gotowa na kolejne lekcje, które przygotowało dla niej życie. Jedną z nich miało być przejęcie grupy wsparcia, którą prowadziła dotychczas jej koleżanka z pracy. Zbliżający się poród zmusił ją jednak do odsunięcia się od pracy zawodowej, a pacjentów i grupy porozdzielać wśród współpracowników. Lakefield nie miała z tym najmniejszego problemu. Jako bezdzietna singielka miała dużo wolnego czasu, więc dodatkowe godziny traktowała tylko jako szansę większego zarobku. Oczywiście także jako możliwość wzbogacenia swojego doświadczenia zawodowego, ponieważ akurat miała bardzo małe w prowadzeniu grup. W ostatnich latach skupiała się głównie na terapiach indywidualnych, gdzie mogła cały czas i uwagę poświęcić jednej osobie. Nie ma co ukrywać - łatwiej przez godzinę rozmawiać o problemach jednej osoby niż dziesięciu innych. Gdy to sobie uświadomiła poczuła zażenowanie względem własnej osoby. Jakby spoczęła na laurach? Miała dobre opinie, pacjenci ją raczej chwalili, ale z drugiej strony nie była wielkim, cenionym psychoterapeutą z mnóstwem publikacji i ogromnym doświadczeniem. Początkowo dużo czasu poświęcała swojemu rozwojowi, ale potem razem z mężem zaczęli rozmawiać o dzieciach, przyszły pierwszy próby, zdrada, rozwód… Karierę zawodową zepchnęła całkowicie na drugi plan próbując poskładać swoje złamane serce. Czy było już naprawione? Nie. Wciąż brakowało wielu elementów, a w niektórych miejscach klej słabo się trzymał, ale życie toczyło się dalej.
Dzisiaj był jej pierwszy dzień na spotkaniu tej grupy. Dostała notatki od Jess, dotychczasowej prowadzącej, i oczywiście wcześniej się przygotowała zapamiętując jak najwięcej szczegółów. Jak najwięcej, bo nie wszystko wyłapała. Gdy jeden z obecnych przedstawił się jako Nick, to myślała , że to ten od wypadku samochodowego, a to był Hugh. Natomiast Ashley pomyliła z Rosalie. Nie wypadła najlepiej, ale starała się okazać wszystkim wsparcie, dać przestrzeń do wypowiedzi i odpowiednie wskazówki. Czy inni dostrzegli, że była w tym nowa? Całkiem możliwe. Tym bardziej, że nie wszyscy byli rozmowni. Jeden z uczestników nie odezwał się jako jedyny poza wypowiedzeniem swojego imienia, gdy się każdy przedstawiał. Lazare. Ciekawe imię. Ciężkie do zapomnienia.
Kiedy nadszedł koniec spotkania i wszyscy zaczęli się zbierać, Mara szybko się odezwała, zanim szmer przesuwanych krzeseł ją zaczął zagłuszać.
- Lazare, czy mógłbyś mi pomóc z krzesłami?- spytała patrząc wprost w jego oczy z ciepłem i ciekawością kryjącą się w jej własnych. Jednak zanim w ogóle cokolwiek odpowiedział, wstała i zaczęła je składać. - Gdy powiem wprost, że to była moja pierwsza grupa wsparcia od lat, którą prowadziłam, będzie Ci łatwiej się przede mną otworzyć? Czy może wprost przeciwnie?- nagle znalazła się tuż obok niego, gdy tylko wszyscy wyszli. Nie stanęła naprzeciwko bądź za nim. Tylko tuż obok. Ramię w ramię. Jej pytanie też nie było standardowe. Wiele nim ryzykowała, ale uważała, że czasami należy wyjść poza utarte schematy. Czasami trzeba zaryzykować. Czy Lazare podejmie to ryzyko i z nią porozmawia?
lazare moreau