i need somebody, help!
: ndz sty 04, 2026 6:04 pm
Zima w Toronto potrafiła być widowiskowa tylko z daleka. Z bliska była mokra, lodowata i bezlitosna. Śnieg zamarzał warstwami, chodniki przypominały poligon doświadczalny dla grawitacji, a miasto — mimo wysiłków służb — działało bardziej na zasadzie robimy, co możemy, niż jest bezpiecznie. Elsie właśnie balansowała z torbą zakupów, kiedy kolejny podmuch wiatru wcisnął jej lodowate igły pod kołnierz płaszcza. Miała na sobie solidne buty, takie, które przeszły już niejedną zimę i kilka dyżurów kończonych po świcie, a mimo to poruszała się ostrożnie, krok po kroku, jakby ziemia mogła w każdej chwili zmienić zdanie co do swojej przyczepności. Wtedy to zobaczyła. Kilka metrów dalej ktoś stracił równowagę. Krótki moment zawieszenia, ten charakterystyczny bezgłośny o nie, po którym ciało decyduje się spotkać z chodnikiem. Elsie zareagowała automatycznie — torba z zakupami przestała istnieć jako priorytet, a nogi same ruszyły w tamtym kierunku.
— Hej, wszystko okej? — rzuciła jeszcze zanim zdążyła się zatrzymać, kucając przy postaci na lodzie. To było silniejsze od niej. Lata pracy zrobiły swoje. Upadek w przestrzeni publicznej nie był czyjąś sprawą, tylko potencjalnym urazem, który należało sprawdzić. Głowa? Biodra? Nadgarstki? Krótkie skanowanie wzrokiem, szybka analiza. I wtedy dotarło do niej, kogo właściwie ma przed sobą. Uniesione brwi. Uśmiech, który pojawił się zanim zdążyła go powstrzymać.
— No nie… — mruknęła pod nosem, a potem już głośniej, z rozbawieniem, które rozbroiło napięcie szybciej niż cokolwiek innego. — Powiedz mi tylko, że nie planowałaś tego jako performance art — jej ton był zaczepny, ciepły, dokładnie taki, jaki zostawiała dla ludzi swoich. Jednocześnie dłonie Elsie były już blisko, gotowe, czujne — nie dotykając jeszcze, dając przestrzeń, ale będąc na miejscu.
— Dobra, pielęgniarka pyta — dodała, przechylając głowę. — Nic sobie nie zrobiłaś? Nic nie strzeliło, nie chrupnęło, świat nie zgasł na sekundę? — wokół nich miasto toczyło się dalej. Ktoś minął ich zbyt blisko, ktoś inny rzucił szybkie spojrzenie i przyspieszył kroku. Pług śnieżny ryknął gdzieś w oddali. Elsie jednak miała wrażenie, że czas na chwilę się zatrzymał — zawieszony między lodem a śmiechem, między profesjonalnym odruchem a absurdalną radością przypadkowego spotkania.
Dopiero teraz pozwoliła sobie w pełni uświadomić, jak bardzo to „przypadkowe” było. Toronto było ogromne. Dni krótkie. Zima chaotyczna. A jednak los postanowił połączyć je dokładnie tu, dokładnie w tym momencie, dokładnie w tej najbardziej kanadyjskiej z możliwych okoliczności.
— Serio — kontynuowała, już ciszej, bardziej z wyczuciem. — Zanim zaczniemy się z tego śmiać, chcę mieć pewność, że wszystko gra — jednym okiem zlustrowała okolicę, myśląc o tym, jak bezsensowne bywały niektóre miejskie decyzje i jak bardzo liczyło się to, że ludzie reagują. Drugim — wróciła do twarzy przyjaciółki, czując, jak napięcie w jej własnych ramionach powoli puszcza. Bo jeśli już ktoś miał się poślizgnąć na lodzie w środku torontońskiej zimy, to przynajmniej dobrze było wiedzieć, że w pobliżu znalazła się pielęgniarka.
Nawet jeśli była nią ona sama.
Nelly Rowley
— Hej, wszystko okej? — rzuciła jeszcze zanim zdążyła się zatrzymać, kucając przy postaci na lodzie. To było silniejsze od niej. Lata pracy zrobiły swoje. Upadek w przestrzeni publicznej nie był czyjąś sprawą, tylko potencjalnym urazem, który należało sprawdzić. Głowa? Biodra? Nadgarstki? Krótkie skanowanie wzrokiem, szybka analiza. I wtedy dotarło do niej, kogo właściwie ma przed sobą. Uniesione brwi. Uśmiech, który pojawił się zanim zdążyła go powstrzymać.
— No nie… — mruknęła pod nosem, a potem już głośniej, z rozbawieniem, które rozbroiło napięcie szybciej niż cokolwiek innego. — Powiedz mi tylko, że nie planowałaś tego jako performance art — jej ton był zaczepny, ciepły, dokładnie taki, jaki zostawiała dla ludzi swoich. Jednocześnie dłonie Elsie były już blisko, gotowe, czujne — nie dotykając jeszcze, dając przestrzeń, ale będąc na miejscu.
— Dobra, pielęgniarka pyta — dodała, przechylając głowę. — Nic sobie nie zrobiłaś? Nic nie strzeliło, nie chrupnęło, świat nie zgasł na sekundę? — wokół nich miasto toczyło się dalej. Ktoś minął ich zbyt blisko, ktoś inny rzucił szybkie spojrzenie i przyspieszył kroku. Pług śnieżny ryknął gdzieś w oddali. Elsie jednak miała wrażenie, że czas na chwilę się zatrzymał — zawieszony między lodem a śmiechem, między profesjonalnym odruchem a absurdalną radością przypadkowego spotkania.
Dopiero teraz pozwoliła sobie w pełni uświadomić, jak bardzo to „przypadkowe” było. Toronto było ogromne. Dni krótkie. Zima chaotyczna. A jednak los postanowił połączyć je dokładnie tu, dokładnie w tym momencie, dokładnie w tej najbardziej kanadyjskiej z możliwych okoliczności.
— Serio — kontynuowała, już ciszej, bardziej z wyczuciem. — Zanim zaczniemy się z tego śmiać, chcę mieć pewność, że wszystko gra — jednym okiem zlustrowała okolicę, myśląc o tym, jak bezsensowne bywały niektóre miejskie decyzje i jak bardzo liczyło się to, że ludzie reagują. Drugim — wróciła do twarzy przyjaciółki, czując, jak napięcie w jej własnych ramionach powoli puszcza. Bo jeśli już ktoś miał się poślizgnąć na lodzie w środku torontońskiej zimy, to przynajmniej dobrze było wiedzieć, że w pobliżu znalazła się pielęgniarka.
Nawet jeśli była nią ona sama.
Nelly Rowley