Strona 1 z 1

A Quiet Evening with Wine

: pn sty 05, 2026 11:47 pm
autor: Lana Harris
Od kilku dni Lana czuła się jakby nieco wyobcowana, choć nie działo się nic nadzwyczajnego. Praca w restauracji była pełna zwykłych obowiązków, które dotąd traktowała jak codzienny rytuał — przygotowywanie dań, sprzątanie, dopilnowywanie zamówień. Czasami zlewały się w siebie dni, a ona sama miała poczucie, że żyje w pętli, w której każdy krok jest przewidywalny i bezpieczny, ale też trochę pusty. Właśnie dziś postanowiła zrobić coś innego — oderwać się od kuchni i zwykłych obowiązków, choćby na kilka godzin.
Hailey była pierwszą osobą, która przyszła jej na myśl. Osoba, z którą można było śmiać się bez powodu, pić do upadłego, mówić o drobiazgach dnia codziennego, plotkować albo po prostu siedzieć w ciszy i czuć, że świat jest w porządku. Lana potrzebowała właśnie tego: obecności przyjaciółki, zwykłej, codziennej bliskości, która nie wymaga niczego ponad wspólną chwilę.
Nie napisała, nie zadzwoniła. Wzięła ich ulubioną butelkę wina, włożyła ją do torby, ubrała lekki płaszcz i wyszła z mieszkania. Spacer do Hailey miał być krótki — mieszkania były w tej samej dzielnicy, w odległości kilku przecznic. Ale mimo bliskości trasa wydawała się pełna refleksji. Lana szła powoli, pozwalając, by myśli powoli się układały, a ciało odetchnęło po całym dniu spędzonym w kuchni.
Ulice dzielnicy były spokojne. Latarnie rzucały żółtawe światło na mokry bruk, który delikatnie odbijał refleksy świateł samochodów przejeżdżających w oddali. Powietrze pachniało kawą z pobliskiej kawiarni, lekko wilgotnym liściem i czymś, co trudno było określić, może zapachem świeżo upieczonego chleba albo wilgotnego betonu po niedawnym deszczu. Wszystkie te drobne detale sprawiały, że spacer, choć krótki, był dla Lany odświeżającym rytuałem.
Przechodząc kolejne uliczki, Lana zwracała uwagę na drobiazgi: stary mural na rogu, światełka w oknach mieszkań, odgłos kota przechodzącego przez ulicę, stukot obcasów na chodniku. Wszystko wydawało się bardziej wyraźne niż zwykle. Było coś kojącego w tym spokoju nocnej dzielnicy, w tym rytmie miasta, który wypełniał ciszę między myślami Lany.
Wreszcie dotarła pod drzwi mieszkania blondynku. Zatrzymała się na moment przed wejściem, lekko drżącą ręką dotykając dzwonka. W dłoniach nadal trzymała butelkę wina. Lekki niepokój wypełnił jej żołądek: nie wiedziała, czy Hailey jest w domu. Jeśli nie — będzie musiała zawrócić i odłożyć wizytę na później. To była drobna, ale realna presja, bo czuła, jak bardzo potrzebuje tej chwili, tego zwykłego wspólnego czasu. A pustka i zamknięte drzwi, uderzyły by w nią za mocno.
Przez chwilę stała nieruchomo, nasłuchując. Z wnętrza dochodził cichy szum — odgłos przepływającej wody w kranie, jakiś szmer z telewizora, subtelne skrzypnięcia podłogi. Każdy dźwięk niósł w sobie obietnicę, że Hailey może być w środku, albo rozczarowanie, że mieszkanie jest puste, a te minimalne dźwięki to po prostu losowe odgłosy natury. Lana wzięła kilka głębokich oddechów, próbując opanować drobne drżenie w rękach i uspokoić serce, które biło nieco szybciej niż zwykle. W ciągu ostatnich dni czuła się dziwnie spięta, jakby ktoś czyhał na nią za rogiem.
Spojrzała jeszcze raz na drzwi, obserwując numer mieszkania, małe oznaczenia przy klamce, nawet rysy w drewnie, które wydawały się znajome, bowiem nie pierwszy nie ostatni raz tu była. Nie pierwszą, nie ostatnią butelkę otwierały.
Podniosła rękę i nacisnęła dzwonek. Dźwięk rozszedł się po klatce schodowej, echo odbijało się od ścian. Serce Lany zabiło mocniej, a ona sama poczuła lekkie napięcie, mieszankę nadziei i niepokoju. W tej chwili nie liczył się świat zewnętrzny, nie liczyły się garnki ani obowiązki. Liczyła się tylko obecność Hailey i możliwość spędzenia wspólnego czasu, zwyczajnie, bez pośpiechu.

Hailey Meachum

A Quiet Evening with Wine

: wt sty 06, 2026 7:48 pm
autor: Hailey Meachum
Ludzie przychodzili i odchodzili równie szybko gdy problemy się piętrzyły, gdy nie było się dobrym kompanem do rozmowy, picia czy wysłuchania. Życie Hailey nigdy nie rozpieszczało za mocno, a wręcz przeciwnie - często kiepsko z niej drwiło, tworząc jej chaos i rozpierdol. Nie umiała znaleźć dla siebie miejsca ale jednak pracowała dalej jako barmanka aby zarobić na życie, na chleb. W wolnych chwilach skupiała się na rozbijaniu się po castingach i szukania dla siebie miejsca w aktorstwie, na chęci dobicia do szczytu. Może robiła to dla siebie, a może chciała aby ojciec z góry spojrzał na nią z dumą i podziwem. Brakowało jej mocno mężczyzny w życiu, takiej osoby jak ojciec trudno było szukać w każdym facecie, pilnować i czekać na okazje jakby to miał złoty strzał w jackpot. Tak czy inaczej po prostu szukała znaków i szansy dla siebie w każdym możliwym momencie, walczyła o to co próbowała zdeptać jej matka tyran. Tamtego dnia nie miała za dużo w planach, swoją zmianę odbębniła szykując w sumie towar dla barmanów na wieczór, potem odwiedziła grób na cmentarzu i wróciła do siebie.
Pogoda w Toronto nie zachęcała do podróży czy spacerów, a ona najlepiej wolne spędzała owinięta w koc w wytartych dresach oraz spiętych w kok włosach. To była kwintesencja jej istnienia, mając te dwadzieścia siedem lat co poniekąd wskazywało na to jakie było do tej pory jej życie. Smutne, może puste i przepełnione gniewem zmieszanym z oczekiwaniem na ten złoty moment, przełom zmieniający wszystko. Czy była zbyt dużą marzycielką? Wariatką w oczach Stwórcy?
Dzisiaj nie planowała gości czy też nie rzucała wielkich propozycji. Wychodziła z założenia że bliskie kumpele mogą być zajęte, tonąc w objęciach jakiegoś bruneta czy ogólnie w kwestiach zawodowych czy pracy. Na pewno jednak pozostawała czujna gdy oglądała kolejny odcinek ulubionego serialu o... strażakach. Była załamana tych finałem gdy najlepsza postać w jej oczach - została uśmiercona. Ale wciąż takie oglądanie dawało jej kopa do własnych ambicji, do czerpania motywacji z ruchów, gestów czy samej gry aktorów pojawiających się na ekranie telewizora. Nim się zorientowała za oknem zaczynało się ściemniać, a ona kończyła właśnie sezon, oczekując na następny który to według znalezionych informacji, dopiero kręcono.
W planach miała zaparzyć sobie zimową herbatę oraz dosypać popcornu, gdy w zawieszeniu pomiędzy wstawieniem czajnika, a sięganiem do półki usłyszała dzwonek. Wspomnieniem obleciała po kolei wszystkie osoby, które mogłyby do niej zajrzeć, w tym także męskie grono, które często zapraszały na schadzki dla choćby zaspokojenia własnych potrzeb. Nie wystraszyła się niezapowiadanego gościa bo najgorsze sceny to działy się tylko w kinie, a nie w prawdziwym życiu. Podejrzewała prędzej, że to ktoś z sąsiadów w jakiejś sprawie albo ktoś z bliskich jej osób, małego grona który został.
Zaglądając przez judasza, zaklaskała wręcz w dłonie bo zobaczyła Harris, trochę speszoną i niewyraźną, ale wciąż - piękną i dobrą koleżankę, którą wręcz uwielbiała. Rozumiała, że ta niezapowiedziana wizyta mogła mieć drugie niezbyt przyjemne dno, dlatego czym prędzej jej otwarła.
- Hej! Nie umawiałyśmy się, a ty wyglądasz jakby gonił Cię jaki zbój! Wchodź szybko i opowiadaj co za problem masz, bo zgaduje że z dobroci do mnie nie zaglądasz? - zaczęła od startu, ale była roześmiana i rozpromieniona, jak zawsze gdy miała zaufanych ludzi wokół siebie. Wyciągnięta butelka rozpaliła w niej pragnienie na dobre wino, babski wieczór w piżamach i świeże plotki.
- Albo... wpadła Ci w ręce ta śliczność i uznałaś, że sama jej nie możesz wypić? - podkreśliła po chwili Hailey, wprowadzając ją głębiej w swoje cztery kąty. Nie żeby miała kiedykolwiek odmawiać pięknym i smacznym trunkom, dobremu towarzystwu i energii, którą dostała w odwrocie od drugiej osoby. Lana zawsze była ciepłym człowiekiem, do tańca i do różańca!

Lana Harris

A Quiet Evening with Wine

: śr sty 07, 2026 2:14 pm
autor: Lana Harris
Drzwi otworzyły się, a Lana od razu uśmiechnęła się lekko, spokojnie, bez cienia nerwowości. Nie było w tym geście nic dramatycznego — raczej cicha ulga, naturalna i niewymuszona, wynikająca z samego faktu, że trafiła do właściwej osoby. Weszła do środka bez pośpiechu, pozwalając, by zwyczajność tej chwili zrobiła swoje. Ciepło mieszkania i znajoma atmosfera działały kojąco, jak coś stałego, niezmiennego.
- Hej — uśmiechnęła się lekko, wchodząc do środka. — Może faktycznie wyglądam trochę, jakby dzień mnie przejechał, ale spokojnie… nic dramatycznego. Po prostu uznałam, że lepiej przyjść tutaj niż wracać do pustego mieszkania.
Butelkę wina trzymała w dłoni do momentu, aż znalazła się już w środku, po czym postawiła ją na blacie z wyraźną intencją — jakby od początku było jasne, że to właśnie ona jest pretekstem tej wizyty.
No właśnie — przyznała bez zawahania. — Stwierdziłam, że sama jej nie chcę wypijać. Ta śliczność zdecydowanie lepiej smakuje w towarzystwie. A wino, babski wieczór i świeże plotki brzmią dziś dokładnie tak, jak powinien wyglądać mój plan awaryjny.
Ta „śliczność” nie była przypadkowa. Lana wiedziała, że sama nie miałaby ochoty jej otwierać; nie dlatego, że bała się ciszy, ale dlatego, że niektóre wieczory po prostu lepiej dzielić. Wino, babski wieczór i świeże plotki — bez nadawania temu większej rangi, bez planu na rozmowę, która musi się wydarzyć.
Zdjęła kurtkę i odłożyła ją na bok, po czym rozejrzała się po mieszkaniu z miękkim, ciepłym spojrzeniem. Było tu dokładnie tak, jak zapamiętała: zwyczajnie, przytulnie, bez udawania. To miejsce nie wymagało od niej żadnej roli ani nastroju. Pozwalało po prostu być. Lana poczuła, jak napięcie dnia powoli zsuwa się z ramion — nie nagle, nie gwałtownie, lecz stopniowo, jak coś, co przestaje mieć znaczenie w odpowiednim towarzystwie. I było to widoczne na jej twarzy, to schodzące z niej napięcie.
- Poza tym nie chciałam być dzisiaj sama. Tym bardziej, że chyba widziałam ... - Spojrzała w kierunku blondynki, krzyżując ręce. Zębiskami skubała dolną wargę, zawsze to robiła w chwilach stresowych. A tym bardziej wtedy, gdy nie daj Bóg jej przyszłość zacznie o sobie przypominać. Pamięta po dziś dzień, jak Milton zareagował na jej ucieczkę. Po dziś dzień wspomina słowa babci i tym, jak i mało co nie rozniósł miasteczka i ich podwórka, gdy jej szukał.
- Hailey, albo zaczynam mieć coś z głową. Albo... - - przerwała drapiąc się po karku - albo widziałam Miltona. Trzydzieści minut temu, po drugiej stronie ulicy. - Wypuściła z płuc ciężkie westchnienie, to charakterystyczne, które mówiło więcej niż zdanie. Spojrzała na Hailey już poważniej, bez uśmiechu, ale też bez paniki.
- Nie mam stuprocentowej pewności. To był moment, tłum ludzi, ruch uliczny. Ale zatrzymało mnie to bardziej, niż chciałabym przyznać. Przez chwilę kompletnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czy to tylko moja wyobraźnia, czy coś, co naprawdę się wydarzyło. Stałam tam jak przyklejona, patrząc na drugą stronę ulicy i myśląc, że to absurdalne...
Uniósł się kącik jej ust, ale uśmiech był krótki, gorzki. Inny niż ten, którym obdarzyła Hailey na początku. Tak było zawsze, gdy na moment zanurzała się w swojej przeszłości, która nadal była dla brunetki marą okrutną, koszmarem z najgorszej odchłani, która miała miejsce w realu.
W końcu poszłam dalej. Ale to uczucie… nie bardzo chciało mnie puścić. I chyba właśnie dlatego tu jestem. Z butelką...
Jej spojrzenie wróciło na Hailey spokojnie, bez oczekiwań, jakby sam fakt powiedzenia tego na głos był już wystarczający.

Hailey Meachum