Strona 1 z 1

You came in like a wrecking ball

: wt sty 06, 2026 2:26 am
autor: Elisabeth M. Gilbert
Popołudnie w Toronto było chłodne, ale jasne. Śnieg zalegał na chodnikach, a słońce odbijało się w taflach lodu, tworząc migoczące refleksy na ulicach. Elisabeth skończyła pracę wcześniej niż zwykle, co zdarzało się rzadko, i postanowiła wykorzystać ten czas dla siebie. Zamiast wracać do mieszkania, które wciąż dzieliła z byłym, skierowała się do jednej z kawiarni, które szczególnie przypadły jej do gustu. Lubiła to miejsce za jego wystrój, ciepły, przytulny, z nutą elegancji, która sprawiała, że czuła się tam spokojniej.
Kiedy weszła do środka, poczuła falę przyjemnego ciepła, kontrastującą z mroźnym powietrzem na zewnątrz. Wnętrze pachniało kawą, czekoladą i świeżo wypiekanymi ciastami. W tle grała delikatna muzyka, a rozmowy klientów tworzyły miękki szum, który nie był uciążliwy. Ściany zdobiły obrazy lokalnych artystów, a w oknach wisiały girlandy z drobnymi światełkami, które dodawały wnętrzu uroku. Elisabeth od razu skierowała się do swojej ulubionej wnęki z tyłu kawiarni, małego zakątka, w którym stały dwa wygodne fotele i niski stolik. Obok nich znajdowało się ogromne okno, sięgające od sufitu do podłogi, przez które rozciągał się widok na zimowe miasto. Śnieg prószył lekko, a przechodnie, otuleni w grube płaszcze, poruszali się w zwolnionym tempie, jakby czas na zewnątrz płynął inaczej.
Zamówiła duże cappuccino z dodatkiem czekolady (jej mała słabość) oraz dyniowy sernik i usiadła w fotelu przy oknie, zostawiając drugi wolny. Wyjęła laptop z torby, rozłożyła go na stoliku i włożyła słuchawki, które tłumiły hałas wokół. Włączyła swoją playlistę, spokojne, instrumentalne utwory, które pomagały jej się skupić i wzięła pierwszy łyk kawy. Ciepło rozlało się po jej ciele, a smak czekolady przyniósł odrobinę ukojenia po długim dniu.
Elisabeth miała przed sobą zadanie: musiała wyszukać informacje o nowym artyście, którego obrazy były rozważane do pojawienia się w ich galerii. Praca w recepcji była tylko częścią jej obowiązków, angażowała się w projekty, które pozwalały jej być bliżej sztuki, a to było dla niej najważniejsze. Otworzyła przeglądarkę i zaczęła wpisywać nazwisko artysty, przeglądając strony, artykuły i recenzje. Jej palce poruszały się po klawiaturze szybko, pewnie, jakby w tym momencie świat poza ekranem przestał istnieć.
Od czasu do czasu unosiła wzrok znad laptopa, by spojrzeć przez okno. Toronto w zimowej odsłonie miało w sobie coś hipnotyzującego. Śnieg wirujący w powietrzu, światła latarni odbijające się w białym puchu, ludzie z kubkami kawy w dłoniach, spieszący do swoich spraw. Ten widok działał na nią kojąco. Wnętrze kawiarni również sprzyjało skupieniu, miękkie światło lamp, ciepłe barwy drewna, zapach cynamonu unoszący się z pobliskiej lady, gdzie ktoś właśnie zamawiał zimową herbatę.
Elisabeth poczuła, że wreszcie ma chwilę dla siebie. Bez rodziców, którzy nieustannie pytali, dlaczego wciąż pracuje jako recepcjonistka. Bez byłego, którego obecność w mieszkaniu była jak cień przeszłości. Tutaj mogła oddychać. Mogła być sobą, dziewczyną, która kocha sztukę, która potrafi godzinami analizować obrazy i historie artystów. Wzięła kolejny łyk cappuccino, czując, jak słodycz czekolady miesza się z goryczą kawy. Na ekranie pojawiły się zdjęcia prac artysty..odważne, pełne kolorów, z nutą ekspresji, która od razu przyciągnęła jej uwagę. Zanotowała kilka spostrzeżeń w pliku, który przygotowywała dla zespołu.


Stanley Knox

You came in like a wrecking ball

: wt sty 06, 2026 2:53 pm
autor: Stanley Knox
To był wspaniały dzień. Knox zakończył dyżur i miał jeszcze pół dnia dla siebie, co było bardzo rzadkim zjawiskiem w jego życiu, ponieważ spędzał w szpitalu więcej czasu, niż we własnym domu. Stanley miał zamiar nabrać troche świeżego powietrza do płuc i rozprostować nogi, może kupić sobie jakąś nową koszulę czy zjeść coś dobrego - plan był dobry. Szkoda tylko, że ktoś miał mu w tym przeszkodzić.
Szedł akurat jedną z uliczek, paląc papierosa, jak to miał w zwyczaju, aż został zaczepiony przez "nią" - swoją byłą partnerkę, którą nazwałby "szaloną eks" bez słowa zawahania. Ta kobieta nie dawała mu żyć. Robiła o wszystko problemy, bawiła się uczuciami Knoxa, a afera to było jej drugie imię. Nawet po rozstaniu nie potrafiła tego zaakceptować i niejako śledziła Stanleya, nie dając mu świętego spokoju, chociaż sama chciała, aby ich drogi się rozeszły.
- Anne-Marie, proszę Cię. Sama mówiłaś, że do siebie nie pasujemy, zgodziłem się z tym, bo coś ewidentnie było na rzeczy i nasze drogi się rozeszły. Daliśmy sobie spokój i najlepiej będzie, jeżeli tak zostanie - prosił ją, bo nie wypadało przejść do bardziej racjonalnych argumentów - Zresztą jestem już umówiony i naprawdę się śpieszę - mówiąc te słowa, zaczął się rozglądać na lewo i prawo nad miejscem "spotkania", na które był przecież umówiony. To była gra, a raczej próba pozbycia się swojej byłej dziewczyny, bo ostatnie, co chciał dzisiaj robić, to spędzać z nią czas po tym, jak go potraktowała.
Śnieg chrupał mu pod nogami, a on nerwowo pokonywał kolejne metry, słysząc próby tłumaczenia przez Anne, która nalegała nad jeszcze jedną szansą. Blondyn nie miał jednak zamiaru dawać jej żadnej szansy, bo wiedział, jak to się skończy - tym samym, zdradą, aferą i wielką burdą, a on już był za stary na takie rzeczy.
- Tu się musimy rozstać, życzę ci wspaniałych świąt - zapewnił, poklepując ją po ramieniu, a następnie wszedł do kawiarni, która wydawała się miejscem na ratunek. Tutaj zawsze ktoś siedział i Knox liczył, że jakaś dobra dusza okaże się pomocna.
Przeszedł przez próg, wymieniając gesty grzecznościowe z baristą, a następnie skierował się do wnętrza przybytku. Szukał osoby, do której mógłby się dosiąść, niejako atakując przestrzeń osobistą, aby móc jakoś spławić Anne-Marie. Oczywiście miał zamiar wszystko wytłumaczyć w odpowiednim czasie, ale musiał najpierw pozbyć się tamtej wariatki.
Kiedy znikał w konstelacji stolików, krzeseł i ludzi, drzwi za nim się otworzyły, a on tylko rzucił okiem w ich kierunku. Kurwa, idzie tu. Czego ona tutaj szukała? Powiedział jej chyba jasno? A może wyczuła ten mały blef? Sprawa nie rysowała się zbyt łagodnie. Stanley przyśpieszył kroku.
Po przejściu niemal całego przybytku nie udało mu się odnaleźć ratunku i został ostatni fragment kawiarni, w którym akurat siedziała samotna kobieta. Nosz kurwa, teraz to wyjdzie, że ją napastuje czy coś, ale to moja jedyna nadzieja.
Nie czekając dłużej na lepszą okazję oraz czując oddech na swoich plecach, Stanley skierował swoje kroki do stolika damy, która coś sobie klikała w laptopie i skupiała się na swoich sprawach.
- Hej - zaczął, machając jej nad laptopem dłonią, aby kupić trochę jej uwagi - To pilna sprawa. Jestem goniony przez wariatkę i muszę jakoś uciec - mówiąc te słowa, rzucił okiem za siebie - Błagam, mogę się na chwilę dosiąść? Dosłownie kilka minut, aby ta psychopatka się odczepiła. Wszystko wyjaśnię, jak tylko da mi święty spokój - zapewnił, ponownie spoglądając w kierunku przedniej części kawiarni.
Na całe szczęście jeszcze tutaj nie dotarła.

Elisabeth M. Gilbert

You came in like a wrecking ball

: śr sty 07, 2026 2:12 am
autor: Elisabeth M. Gilbert
Elisabeth była tak pogrążona we własnym świecie, że początkowo nawet nie zauważyła mężczyzny zbliżającego się do niej w dość szybkim tempie. Wokół niej rozbrzmiewał gwar kawiarni, rozmowy klientów mieszały się z brzękiem filiżanek, szumem ekspresu do kawy i cichą muzyką w tle. Kelnerka przechodziła obok z tacą pełną parujących kubków, a zza okna dochodził odgłos przejeżdżających samochodów i sporadyczne klaksony. Elisabeth jednak była odcięta od tego wszystkiego, skupiona na ekranie laptopa, z palcami szybko stukającymi w klawiaturę.
Nawet gdy jego ręka pojawiła się przed jej laptopem, zajęło jej chwilę, by to zachowanie przerwało jej skupienie. Dopiero wtedy podniosła wzrok na intruza. Nie była zadowolona, że ktoś jej przeszkodził. Przecież ewidentnie było widać, że jest zajęta, prawda? Wyjęła z ucha słuchawki, próbując zrozumieć, co było do niej mówione. Na twarzy mężczyzny widoczna była prośba… tylko czego? Gdy ten obejrzał się za siebie i kontynuował swoją wypowiedź, Elisabeth w końcu zrozumiała, co się działo.
Musiała przyznać, że nazywanie kogoś innego psychopatką dotknęło w niej pewną strunę. W końcu sama miała z tym coś wspólnego i nie do końca nad tym panowała, jeśli w ogóle się dało. Jednak nie chciała nakładać swoich uprzedzeń na nikogo innego, choć nie było to łatwe. Wskazała ręką na wolny fotel naprzeciwko siebie. Sama podniosła wzrok i zobaczyła kobietę, która lada moment miała się zjawić przy ich stoliku. Elisabeth może i aktorką nie była, ale zamierzała spróbować swoich sił w tej dziedzinie.
Idź za moim śladem. Cokolwiek zrobię, idź za mną – powiedziała szybko, pochylając się w jego stronę i na tyle cicho, by tylko on ją usłyszał.
Potem, już głośniejszym tonem, rzuciła z szerokim, olśniewającym uśmiechem, który zwykle rezerwowała na bankiety i rodzinne spotkania:
Już myślałam, że nie przyjdziesz! Długo kazałeś mi na siebie czekać… Za karę zabierzesz mnie na zakupy w weekend! - Jej głos brzmiał lekko, z nutą radości i ciepła, zupełnie jakby naprawdę byli razem. W tle rozległ się śmiech grupy studentów przy sąsiednim stoliku, a barista głośno uderzył metalowym dzbankiem o blat, przygotowując kolejne cappuccino. Elisabeth mówiła dalej, nie dając mu czasu na zastanowienie – Coś cię zatrzymało po drodze w pracy? Wiesz, że mogłeś do mnie zadzwonić! Ach, no tak… zapomniałam, że roztrzaskałam telefon wczoraj. Godzinę temu odebrałam nowy, podaj mi swój, to skoryguję numer! - Wyciągnęła rękę po jego telefon, zupełnie ignorując otoczenie, w tym kobietę, przed którą ewidentnie uciekał jej nowy znajomy. Nie miała zamiaru sprowadzać na siebie więcej uwagi ani sygnalizować, że jest świadoma jej obecności, nie chciała spalić swojego aktorskiego debiutu. W jej głowie pojawiła się myśl, że to wszystko przypominało scenę z filmu: ona, nieznajomy i rola, którą musiała odegrać bez przygotowania.
W powietrzu zawisło napięcie, które Elisabeth poczuła niemal fizycznie. W tle ktoś upuścił łyżeczkę, a zza baru dobiegł dźwięk spienianego mleka. Wszystko to tworzyło kontrast z jej spokojnym, kontrolowanym tonem. Nie wiedziała, jak długo będzie musiała grać tę rolę, ale jedno było pewne, nie zamierzała się poddać. W końcu w tej kawiarni, pełnej zapachu świeżo mielonej kawy i rozmów obcych ludzi, zaczynała się historia, której nikt z obecnych nie mógł przewidzieć.


Stanley Knox

You came in like a wrecking ball

: śr sty 07, 2026 8:29 pm
autor: Stanley Knox
W życiu były pewne trzy rzeczy - śmierć, podatki i fakt, że jeżeli Anne-Marie coś sobie ujebała we łbie, to nie było odpuść. Ona musiała to zrealizować i szła po trupach do celu, eliminując wszystkie przeciwności losu, odgrywając scenki czy robiąc z siebie ofiarę losu. To była rasowa manipulantka, która powinna uczyć aktorstwa, dzierżąc tytuł profesorki tej sztuki, a może wręcz powinna dostać angaż na Broadway'u.
Knox z początku myślał, że cały plan pójdzie się palić, widząc reakcję nieznajomej, chociaż szybko podłapała grę i zgodziła się dopomóc jego sprawie. Prawdziwy anioł, a nie kobieta.
Stanley zastosował się do jej polecenia i czym prędzej zasiadł na wskazanym miejscu. Na jego twarzy dało się dostrzec pewnego rodzaju ulgę oraz wyraz wdzięczności. Naprawdę ratowała mu teraz skórę.
Niemniej jednak dało się usłyszeć gniewny tupot obcasów Anne-Marie, która nadciągała i z każdym krokiem malował jej się coraz szerszy grymas, a może wręcz nienawiść w kierunku młodej dziewczyny. W końcu jak ona śmiała zaczepiać "jej faceta"? Co ona sobie w ogóle myślała?
- Um... No... - blondyn podrapał się nerwowo po poliku, próbując wymyślić swoją kwestię dialogową. On był jeszcze gorszym aktorem i żałował, że nie było z nimi żadnego scenarzysty czy innego mistrza aktu, który mógłby teraz dopomóc.
- No dobrze, przepraszam. Nie chciałem cię zawieść - przyłożył prawą dłoń do klatki piersiowej, zupełnie jakby żałował swoich grzechów. W tym wszystkim starał się nie spoglądać w kierunku miejsca odgłosu.
- Proszę - podał jej swój odblokowany telefon - Mam nadzieję, że tylko upadł ci telefon, a nie miałaś żadnego wypadku? Wiesz, pogoda teraz bywa nieprzewidywalna... - nie dokończył, bo ktoś im zaraz przeszkodził.
- Excusez-moi - dało się słyszeć z perfekcyjnym francuskim akcentem - Chyba się zapominasz, młoda damo? - Anne skierowała swoje słowa w kierunku dziewczyny, obdarzając ją "jakże ciepłym" uśmieszkiem - Czego chcesz od mojego faceta? Nie możesz sobie znaleźć swojego własnego? - zapytała, zakładając ręce na piersi, patrząc z wyrzutem w kierunku jedno jak i drugiego.
Wartym podkreślenia był fakt, że sama była ubrana w najmodniejsze kreacje, chociaż Knox nie miał o tym zielonego pojęcia, bo aż tak się na modzie nie znał, aby rozpoznawać kolekcje. Wszystko miała dopasowane pod względem kolorystyki, materiału i kombinacji, co w rezultacie tworzyło perfekcyjną kreację. Ona czuła się wyżej i lepiej od innych.
- Anne-Marie, proszę cię... - Stanley zwrócił się do wariatki - Mówiłem ci, że jestem umówiony. Musisz przestać żyć przeszłością. Nie ma już nas - zastukał melodycznie w blat palcami - Nie jesteśmy już razem, zapomniałaś? - zapytał Marie, a następnie skierował wzrok w kierunku swojego ratunku - Nie musisz się przejmować, to naprawdę stare dzieje - zapewnił siedzącą przed nim kobietę.
Całe otoczenie nie miało dla niego znaczenia, wszak liczył się cel ważniejszy, który mówił jasno - pozbyć się tej psychopatycznej eks.
- Ale ja zmieniłam zdanie i jesteśmy razem - odparła, wyciągając dłoń w ich kierunku - Oddawaj to - zażądała od blondynki - No już. Potrzebujesz specjalnego zaproszenia? - upewniła się, że tamta usłyszała - I czym prędzej stąd znikaj, bo zaraz zrobi się nieciekawie, młoda - ostrzegła ją, a w jej oczach tkwiło czyste zacięcie. Nie miała zamiaru odpuścić.

Elisabeth M. Gilbert