Strona 1 z 2

Sit. Drink. Breathe.

: wt sty 06, 2026 2:42 pm
autor: Iris Valentine
Okres świąteczny i noworoczny był… intensywny. Głównie dlatego, że brała wszystkie możliwe zmiany i robiła absolutnie wszystko, żeby nie siedzieć samej w domu albo jeszcze gorzej – nie musieć iść do matki. Przez cały ten okres poszła tam raz, dokładnie raz… i to był dokładnie o ten jeden raz za dużo, bo głowa do dzisiaj bolała ją na samo wspomnienie tego felernego wieczoru. Już wolała pracę, użeranie się z pacjentami i lekarzami. Tam przynajmniej wiedziała, co ma robić… w rodzinnym domu czuła się zwyczajnie źle.
Na szczęście każdy intensywny okres kiedyś się skończy i kiedy po Nowym Roku udało jej się zgrać kalendarze z Teddy – nie mogła sobie tego odmówić. Bar, alkohol, orzeszki i same miłe rzeczy. Wszystko to, co nie przypominało ostatnich dni.
Myślałam, że wybuchnę. Tyle, dosłownie tyle brakowało! – minimalną przerwą między kciukiem a palcem wskazującym pokazała przyjaciółce jak niewiele dzieliło ją do tego wybuchu. Zdążyły już pokonać kilka kolejek, bar z każdą godziną stawał się coraz bardziej zatłoczony, muzyka coraz głośniejsza, a policzki Valentine coraz bardziej zaróżowione – Jak można być tak zaślepiony?! W sensie wiem, że faceci odbierają zdolność logicznego myślenia, ale ten człowiek zniszczył życie swoje, jej i przy okazji też nasze. Nikomu go nie brakuje. No nikomu poza nią… cały wieczór histeryzowała, że to pierwsze święta bez niego, że jak ona sobie teraz poradzi, co ona ma robić. Że my też nie mamy dla niej czasu. No brawo… CIEKAWE DLACZEGO! – emocjonowała się, musząc wyrzucić z siebie wspomnienia tego jednego wieczoru, gdy jednak pojawiła w rodzinnym domu i dotrzymała matce towarzystwa. Żałowała – Więc jeśli się kiedyś zastanawiałaś dlaczego jestem pojebana to właśnie dlatego… to rodzinne. – prychnęła i spojrzała w kierunku kelnera, który momentalnie nawiązał z nią kontakt wzrokowy i po chwili przed nimi wylądowały kolejne dwa kieliszki alkoholu – Wolałam siedzieć w pracy. Przynajmniej ludzie, którzy płakali przy choince mieli ku temu dobry powód. – dodała trochę gorzko, ale no cóż… nie kłamała! Ani przez moment nie kłamała. Jeden z kieliszków przesunęła w kierunku Teddy, a drugi wzięła sama. Spojrzała na przyjaciółkę, wzniosła coś w stylu niewypowiedzianego na głos toastu i wlała sobie alkohol do gardła, wymownie się przy tym krzywiąc, gdy zapiekł.

teddy darling

Sit. Drink. Breathe.

: wt sty 06, 2026 3:58 pm
autor: teddy darling
023.
Zdecydowanie okres noworoczny był wyjątkowo intensywny. Podobnie jak jej przyjaciółka, Teddy natychmiast po powrocie do pracy została wrzucona w sam środek zmian i obowiązków. Oczywiście nie z własnej woli, ale czystej konieczności. W remizie brakowało ludzi, a większość chłopaków wciąż jeszcze nie wróciła z urlopów. Tylko ona, jak ten ostatni frajer, zapierdalała za dwóch. A momentami nawet za trzech. Jakby fizyczny wysiłek nie był wystarczający, w jej głowie panował kompletny chaos. Coraz częściej łapała się na tym, że powinna w końcu usiąść i naprawdę zastanowić się nad swoim zachowaniem. Nad tym, co nią kierowało, co próbowała zagłuszy i dlaczego, do cholery, całowała ostatnio tak wiele dziewczyn.
Udało jej się wygospodarować jeden wieczór specjalnie dla Iris. Nie widziały się wystarczająco długo, a i Sylwestra spędzały osobno, bo Darling szusowała po stoku w Mont-Tremblant, kiedy Valentine... No cóż, czy to będzie zbyt przesadzone, aby stwierdzić, że miała dyżur przy pacjentach z pourywanymi przez fajerwerki kończynami?
Słuchała rozemocjonowanej przyjaciółki, potakując ze zrozumieniem głową, choć wcale nie dlatego, że podzielała jej osąd. Nie uważała, by Iris była pojebana. Zbyt dobrze znała ją, żeby sprowadzać jej zachowanie do tak prostego, krzywdzącego wniosku. Potakiwała, bo Iris miała pełne prawo do tej wypluwania z siebie żalu frustracji i zalewania go alkoholem. Teddy uniosła swój kieliszek i opróżniła go do dna, po czym z hukiem odstawiła szkło na barowym blacie.
Nie denerwuj się tak — poprosiła, przyzwyczajając się do gorzkiego posmaku w gardle. — Tyle razy mówiłam, że złość piękności szkodzi. Byłoby naprawdę szkoda, gdybyś faktycznie odczuła te skutki — powiedziała filozoficznym tonem. Serio, Darlig? To jest ta złota rada? Musisz flirtować nie tylko z przyjaciółkami, ale również z heteroprzyjaciółkami? I to jeszcze w trakcie moralizowania. To zdecydowanie wymagało diagnozy. Najlepiej wstępnej, a potem długoterminowego leczenia. — Poza tym — ciągnęła, zerkając na nią znacząco — Nie chcę się na zapas martwić, że pielęgniarka zaraz dostanie nadciśnienia z nerwów. Dobrze wiesz, że święta to ckliwy czas. I ustaliłyśmy już, że twoja matka cierpi na syndrom sztokholmski. Była od niego emocjonalnie zależna, więc jej mózg robi teraz chore wygibasy, żeby przetrwać. Tłumaczy go i usprawiedliwia, bo inaczej musiałaby przyznać, że całe życie było jednym, wielkim koszmarem. Po prostu napij się jeszcze. Przysięgam, że zaraz poczujesz się lepiej — zasugerowała i tym razem to ona przesunęła kieliszek w stronę Iris.
Nie kłamała. Alkohol, tak jak seks, dawał upust emocjom. A skoro miały do dyspozycji to pierwsze, procenty w końcu zaczną działać i wrzucą na luz, co w szczególności przydałoby się Valentine, którą aż nosiło od nadmiaru emocji.

Iris Valentine

Sit. Drink. Breathe.

: wt sty 06, 2026 7:10 pm
autor: Iris Valentine
Nie denerwuj się tak. Aż zmrużyła oczy, przenosząc wzrok na przyjaciółkę i zastanawiając się, czy dokończy… i wygrała! Parsknęła śmiechem, kręcąc głową, bo naprawdę – Spodziewałam się po tobie czegoś bardziej wyrafinowanego niż to, że złość piękności szkodzi. – cóż… gdyby tak faktycznie było, gdyby szkodziła – Iris Valentine przypominałaby standardowy czarny charakter z każdej bajki Disney’a – byłaby niska (znaczy okej, już jest zupełnie przeciętnego wzrostu), garbiłaby się, miałaby wielki nos z ogromną kurzajką (zamiast tylko zadartego) i ziemistą cerę. Bo denerwowała się. Praktyczne całe życie chodziła wkurwiona z wielu różnych, często nakładających się powodów i nic nie potrafiła na to poradzić.
Ale przynajmniej ją rozbawiła. Sięgnęła do miseczki z orzeszkami, które dostały do pierwszej kolejki, zgarnęła kilka i przegryzając okropny smak alkoholu, oparła się o bar i wbiła spojrzenie w przyjaciółkę. Kącik ust drgnął jej lekko w rozbawieniu, ale nic nie powiedziała! Pozwoliła mówić Teddy.
- Czyli nie chcesz, żebym dostała nadciśnienia od nerwów, ale cały szereg skutków ubocznym zatrucia alkoholowego już jest spoko? – rzuciła pół żartem, pół serio i może nawet byłaby w stanie znowu spojrzeć w kierunku barmana, który mógłby się tak nie obijać, ale nie… zatrzymała się na moment. Chociaż krótki! – I mówiąc, że ma syndrom sztokholmski poniekąd ją usprawiedliwiasz, a ja skończyłam… jest pojebana. On też był. Nie wiem może nie powinnam tak mówić o rodzicach i może nawet powinno mi być żal, że umarł, ale no… no nie. Nie jest. Przed świętami byłam na pogrzebie znajomego z wojska… fajny facet. Patrzyłam na jego zapłakaną żonę i nastoletnie córki… i ich było mi żal. A nie mojej własnej matki. – wzruszyła bezradnie ramionami i na chwilę wpakowała sobie do ust kilka kolejnych orzeszków – Ale nieważne. – wymamrotała jak tylko przełknęła – Lepiej opowiedz coś… radosnego – bo jak widać jej za bardzo to nie szło i wszystkie tematy, które poruszała… sprawiały, że się denerwowała - Może coś lepiej zadziała na naszą... urodę. - rzuciła pół żartem, pół serio, bo skoro nerwy na nią szkodziły to koniecznie trzeba było go zmienić.


teddy darling

Sit. Drink. Breathe.

: wt sty 06, 2026 8:07 pm
autor: teddy darling
Nie można było się po niej spodziewać niczego lepszego. W praktyce pełniła funkcję poprawiaczki humoru, a nie specjalistki od skutków ubocznych alkoholu. Jej kompetencje kończyły się tam, gdzie zaczynała się medycyna, za to świetnie radziła sobie z rzeczami znacznie ważniejszymi. Była też swego rodzaju znawczynią urody. Potrafiła bez wahania ocenić, czy jakaś kobieta była ładna i robiła to z przekonaniem godnym eksperta, nawet jeśli brakowało jej jakichkolwiek obiektywnych kryteriów. W tym jednym akurat przypadku nie było jednak miejsca na wątpliwości. Iris zdecydowanie należała do tej kategorii.
O nadużycie alkoholu będziesz martwić się jutro — uśmiechnęła się, zadowolona ze swoich przewidywań. — Ale wcale nie jest powiedziane, że będzie aż tak źle! Z racji mojej mocnej głowy, przerzucę cię sobie przez ramię i zaniosę do domu. Pewnie swojego, bo jest bliżej. A rano ugotuję ci coś dobrego, żebyś nie była taka zrzędliwa — w jednej krótkiej chwili Teddy opracowała plan bez wad. Tutaj nic nie mogło się nie udać. Upiją się, wyjdą z baru, a potem udadzą się do loftu Darling i pogrążą w twardym, pijackim śnie. Chyba, że Valentine uprze się, żeby wracać do siebie, wtedy wsadzi ją w taksówkę, ale pojedzie razem z nią, żeby dopilnować, że ta bezpiecznie trafiła do domu. That’s what friends are for.
Wcale nie chciała usprawiedliwiać jej matki. To było suche stwierdzenie faktów. Być może pani Valentine potrzebowała czasu, żeby otrząsnąć się nie tylko po stracie męża, ale również zrozumieć, że ten wyrządził wiele nieodwracalnych szkód. A może w ogóle nigdy tego nie zrozumie. Opcje były dwie i żadna pewnie nie zabrzmiałaby dla Iris zbyt optymistycznie.
Wybacz — zreflektowała się pośpiesznie. — Będzie ci lepiej, jak stwierdzę, że byli siebie warci? Bardzo nie chcę mówić, że twoja mama jest pojebana, nie przejdzie mi to przez gardło — mruknęła, bo jakby nie patrzeć, pani Valentine zawsze była dla niej miła. — Przykro mi z powodu twojego znajomego — dodała szczerze. Teddy jakiś czas temu również przez to przechodziła, kiedy w wybuchu w banku zginął jeden z jej kolegów z jednostki. Istniały zawody, w których ryzyko było wysokie i człowiek nie znał dnia ani godziny.
Lepiej opowiedz coś radosnego.
Darling aż parsknęła zduszonym śmiechem. O ile dopiero wróciła do pracy po urlopie, to w jej życiu prywatnym trudno było o autentyczną radość.
Byłam na nartach w kurorcie Mont-Tremblant — uśmiechnęła się na wspomnienie tych kilu fantastycznych dni. — Rodzice zafundowali mi voucher na święta, więc postanowiłam skorzystać. Pogoda była doskonała, śnieg sypał praktycznie przez cały wyjazd. Chyba nie ma nic lepszego od witania Nowego Roku w górach — rozmarzyła się, jednocześnie zachowując w tajemnicy, że nie była tam sama. — W ogóle nie uwierzysz! — Teddy aż podskoczyła na barowym stołku. Zanim jednak zdecydowała się kontynuować, złapała za swój kieliszek i wlała całą jego zawartość do gardła. — Nie jestem już jedyną strażaczką w jednostce! Dołączyła do nas moja znajoma ze szkoleń sprzed dziesięciu lat — oznajmiła takim tonem, jakby sama nie dowierzała, że to naprawdę się stało. — Dziwnie mieć babskie towarzystwo — zamyśliła się głośno. I dziwnie całować się z nią po kątach, dodała, ale już tylko w głowie.

Iris Valentine

Sit. Drink. Breathe.

: śr sty 07, 2026 9:46 pm
autor: Iris Valentine
Jutro. Prychnęła, bo jutro to ona będzie musiała być w pracy… z kacem. Bo szczerze zazdrościła przyjaciółce mocnej głowy. Szczerze! Sama nigdy nie mogła się nią pochwalić (w odróżnieniu od serii żenujących historii po alkoholu), a po leczeniu jest jeszcze gorzej. Dużo gorzej. W pierwszej chwili też chciała zaprotestować, że gdzie ją przerzuci przez ramię, ale na szczęście ugryzła się w język. Po pierwsze do jej mózgu dotarło, że oczywiście, że dałaby radę, bo przecież była cholerną strażaczką, więc musiała być silna. A po drugie… była chuda – w jej własnych standardach zdecydowanie za chuda, aż spojrzała na swój nadgarstek i się wzdrygnęła. Naprawdę dobrze, że zdążyła się ugryźć w język.
- Nie jestem zrzędliwa… ja po prostu wyrażam swoje oburzenie! – prychnęła raz jeszcze, a kącik ust drgnął jej wymownie, bo cóż – może jednak była trochę zrzędliwa, ale zdecydowanie tak działało na nią towarzystwo jej własnej rodziny. A mogła zostać Millerem! – Ale jak gotujesz to i tak biorę. – dwa razy nie trzeba było jej namawiać. Nigdy się upierała, żeby wracać do swojego mieszkania. A czasami powinna… i zdecydowanie czasami powinna się upierać, żeby pojechać tam samej. Na szczęście to nie był ten wieczór i jakoś nieszczególnie przejmowała się tym, że pod wpływem alkoholu skończy w łóżku Teddy. To byłby najmniejszy z jej życiowych problemów!
- Jesteś za dobra, zdecydowane za dobra. – dodała, kręcąc lekko głową, bo zdecydowanie wolałaby, gdyby Darling po prostu przyznała jej rację i powyzywała jej matkę razem z nią. Ciągle była zbyt zraniona, żeby próbować to wszystko usprawiedliwiać, szukać dobrych stron, pozytywnych wspomnień i tego typu bredni. Możliwe, że powinna iść z tym na terapię, ale to nie było coś do czego dorosła. Potrzebowała jej jak zmiany tematu na radosny!
Wycieczka w góry była radosna, więc pokiwała głową z uznaniem… i oczywiście, że pierwszym pytaniem, które urodziło się w głowie Valentine to z kim tam pojechała, ale zanim zdążyła je zadać dziewczyna kontynuowała. I znowu ją zaskoczyła!
- Najs! I dziwnie, bo… się odzwyczaiłaś? Czy to coś komplikuje? Chłopaki na to nie narzekają? Swoją drogą fajnie, że to ktoś znajomy… świat jest jednak mały, co? Ty zaczynasz pracować z dawną znajomą, ja trafiam w szpitalu na lekarza, z którym byłam na Bliskim Wschodzie. Ciekawe! – kącik ust drgnął jej wymownie w rozbawieniu i złapała za kieliszek, jakby samo wspomnienie pracy z Michaelem powodowało u niej natychmiastową potrzebę utopienia wszystkich głupich myśl – Z kim byłaś w górach?


teddy darling

Sit. Drink. Breathe.

: śr sty 07, 2026 10:36 pm
autor: teddy darling
Kto normalny upijał się po pracy, wiedząc, że następnego dnia musi znowu stawić się na dyżurze? Chyba tylko Iris. Co prawda Teddy zaczynała służbę dopiero wieczorem, więc mogła pozwolić sobie na teoretycznie spokojny poranek i kilku dodatkowych godzin snu. Miała jednak nadzieję, że Iris również nie musiała zrywać się z łóżka o szóstej rano, z pulsującą głową i gorzkim posmakiem alkoholu w ustach. Choć, znając ją, to kto wie? Może właśnie na kacu funkcjonowała najlepiej i robiła pacjentom fantastyczne wkłucia?
Nie jestem zrzędliwa.
Teddy aż jej posłała w powietrzu słodkiego całusa. Zdecydowanie w ich duecie, to ona była optymistką na sto trzy procent. Nawet po zamachu terrorystycznym kipiała entuzjazmem i musiała zapewniać przyjaciółkę, że wszystko jest w porządku.
Nie mów mi, że jestem za dobra, bo jeszcze obrosnę w piórka — zastrzegła, ostrzegawczo wymierzając w nią palcem.
Owszem, Darling miała dużo pozytywnych cech, co akurat działało na jej korzyść. Swoim usposobieniem szybko zyskiwała sobie sympatię nie tylko kobiet, ale po prostu ludzi. Była świetną kumpelą, co mogli potwierdzić jej koledzy z remizy. I niewątpliwie miała zadatki na świetną partnerkę, gdyby nie wykonywany zawód. Dziewczyny przeważnie leciały na jej mundur, ale kiedy przychodziło co do czego, jakoś nie paliły się na związek z wiecznie zapracowaną strażaczką, która codziennie brnie w ogień, ryzykując własne życie.
Chłopaki mieliby narzekać, że mają jeszcze jedną laskę w jednostce? — spojrzała pobłażliwie na Valentine. — Są nią oczarowani. To znaczy, pewnie byliby bardziej, gdyby nie zajęła miejsca RJ-a, który nie przeżył tamtego wybuchu w banku.. W każdym razie, dla mnie to miła odmiana. Kipiący od nich testosteron potrafi być przytłaczający — widząc, że Iris sięga po kieliszek, od razu poszła jej śladem. — Z April — wyjaśniła i jednym haustem opróżniła szkło. Wódka zapiekła ją w gardło.
Iris na pewno kojarzyła jej dobrą przyjaciółkę z licealnych lat, z którą Teddy eksperymentowała i przeżywała pierwsze pocałunki. To było dawno i chciałoby się powiedzieć, że nieprawda, ale te pocałunki znów się powtórzyły. I powinno zakończyć się wyłącznie na pocałunkach, ale trochę je poniosło po jarmarku świątecznym. Darling miała na swoje usprawiedliwienie to, że była odurzona jakimś okropnie mocnym trunkiem z jarmarkowej budki, chociaż to w rzeczywistości marne tłumaczenie.
Możemy o tym nie rozmawiać? — przycisnęła palce do nasady noc i wzięła głęboki oddech. — Była zajebiście, ale nie wiem, chyba sama sobie zbyt dużo wyobrażam. Kretynka ze mnie — prychnęła, zażenowana własnym zachowaniem. — Co lekarz, z którym byłaś na Bliskim Wschodzie robi w Mount Sinai Hospital? — o wow, bystre pytanie, Teddy. Faktycznie kretynka z ciebie. Bo co lekarz może robić w szpitalu? Może, na przykład, leczy tam ludzi?

Iris Valentine

Sit. Drink. Breathe.

: czw sty 08, 2026 10:21 pm
autor: Iris Valentine
Nigdy nie wątpiła w to, że w ich duecie to Teddy jest tym radosnym promykiem słoneczka – nawet jeśli nie! Po prostu w kontraście do Iris większość społeczeństwa była radosnym promykiem słońca – przynajmniej przez większość czasu. Ale zdawała sobie z tego sprawę! To nie tak, że Iris nie była świadoma swoich wad i problemów – była. I naprawdę się starała coś z tym zrobić. Szczerze! Z efektem… marnym, ale liczyły się dobre chęci. Doceniała też, że ten promyk słoneczka potrafił jeszcze znaleźć dla niej czas i chociaż nie miała stuprocentowej pewności, czy chodziło o jej osobowość, czy może jednak cycki, ale no… doceniała. Nie wyobrażała sobie jak mogłoby nie być Teddy w jej życiu – nawet jeśli nie były w ciągłym, bezustannym kontakcie i nie wiedziały o każdym jednym aspekcie swojego życia. Cieszyła się, że ktoś taki po prostu obok niej był.
- Faceci różnie reagują na kobietę, które wykonuje męski zawód… więc równie dobrze mogli się oburzyć, że za dużo bab na metr sześcienny remizy – zabawne, bo widziała to nawet w szpitalu, ale oczywiście zazwyczaj dotyczyło lekarzy, a najczęściej chirurgów. Dziwnym trafem nikt nigdy nie narzekał, że jest dużo więcej pielęgniarek w porównaniu z pielęgniarzami – Ale cieszę się, że dobrze ich wyszkoliłaś. – rzuciła, uśmiechając się pod nosem, bo coś jej mówiło, że Teddy mogła mieć w tym swój udział.
Zapomniała o chłopakach z remizy jednak w tempie ekspresowym, gdy połączyła imię z twarzą, a raczej wspomnieniem… i tego się nie spodziewała, więc prawdopodobnie jej twarz wyrażała w tym momencie więcej niż tysiąc słów.
- Oczywiście, że musimy o tym rozmawiać. – prychnęła, bo naprawdę myślała, że to jej tak ujdzie? – Jak to się stało, że pojechałaś w góry z April? I dlaczego uważasz, że za dużo sobie wyobrażasz? Rozumiem, że to nie był czysto przyjacielski wypad? Taki wiesz… jak nasz! – że każda trzymała ręce przy sobie! – I pracuje, Skarbie. Jest z Toronto, więc wrócił do domu. Nie wiem dlaczego wrócił, nie zapytałam… staram się go unikać. – wzruszyła ramionami, bo to naprawdę była wyższa szkoła logistyki, żeby unikać dyżurów z Grahamem – szczególnie teraz, gdy brała ich tak dużo, żeby nie siedzieć w pracy!


teddy darling

Sit. Drink. Breathe.

: pt sty 09, 2026 12:38 am
autor: teddy darling
Miała wokół siebie wielu ludzi, ale niewielu dopuszczała naprawdę blisko. Przyjaźń traktowała selektywnie, bo wiedziała, że pomimo dobrych chęci, nie potrafi dać wszystkim wystarczająco dużo uwagi. Czas był jej największym deficytem i jednocześnie najprostszą próbą lojalności. Jedni odpadali po tygodniach ciszy, zniechęceni brakiem odpowiedzi, inni zostawali, bo rozumieli i potrafili poczekać. Darling nie tłumaczyła się pracą. To nie były wyssane z palca preteksty. Większość jej życia naprawdę toczyła się w remizie pomiędzy akcjami i skrajnym wyczerpaniem. Iris była tą, która została i rozumiała. A rozumiała, bo nie tylko wystarczająco długo się znały, ale poniekąd chodziła w jej butach. Wiedziała, czym są czasochłonne dyżury i niespodziewane wezwania. Ale cycki też miała fajne.
Facetów trzeba trzymać krótko — przytaknęła pouczającym tonem. Valentine powinna się od niej uczyć!
W sto trzydziestej drugiej jednostce wszyscy faceci pachnieli papierosami, potem i tanim dezodorantem. Pracując z samymi mężczyznami Teddy szybko pojęła, że zaufanie buduje się nie słowami, ale tym, w jaki sposób trzymasz węża pożarniczego, jak długo wytrzymasz w zadymionym pomieszczeniu i czy po akcji potrafisz się zaśmiać, gdy adrenalina wciąż dudni w skroniach. Na samym początku wcale nie było łatwo, bo każdy testował ją na swój sposób. Wiadomo, niby żarty i drobne prowokacje, ale gdy w trzecim tygodniu pracy weszła do płonącego mieszkania, żeby wyciągnąć chłopaka, którego inni uznali za martwego, coś się zmieniło. Od tamtej pory przestali mówić nasza dziewczyna, a zaczęli zwracać się do niej, jak do każdego innego, czyli po nazwisku. I to było w porządku. Właśnie tego chciała.
Darling wydała z siebie przeciągły jęk i zakryła twarz dłońmi. Czy naprawdę musiały ciągnąć temat, na który naprawdę nie chciała rozmawiać? Dlaczego Iris musiała drążyć i wiercić jej dziurę w brzuchu. Była najgorszą przyjaciółką na świecie!
Dostałam na święta od rodziców kilkudniowy wypad w góry na Sylwestra, więc zaproponowałam jej wspólny wyjazd. I to wcale nie dlatego, że dwa tygodnie wcześniej przespałyśmy się ze sobą! — zastrzegła natychmiast i sięgnęła po kolejny kieliszek. Musiała to przepić. — Ale tak, to był czysto przyjacielski wypad — skłamała i czuła, że nos wydłuża jej się jak u Pinokia. — No może nie zupełnie... — już sama zaczynała się w tym wszystkim motać. Teddy zdecydowanie była okropnym kłamcą. — Nie wiem, Iris, mam wrażenie, że granica gdzieś się zatarła. Bo to tak, jakbym spała z tobą. Z tą różnicą, że ty jesteś hetero, a ona nie. Z jednej strony coś mi podpowiada, że to w ogóle nie powinno się wydarzyć, a z drugiej... — przechyliła kieliszek, odstawiła go na blat i od razu poprosiła barmana o następną kolejkę. Jak narzuciła takie tempo, to chyba faktycznie będzie wynosić Valentine na rękach. — Naprawdę nie wiem. Co myślisz? Powiedz mi, zanim zacznę dopytywać, dlaczego unikasz tego lekarza — wymierzyła w nią palcem, dając do zrozumienia, że ona również nie uniknie przesłuchania. Chyba im się profesje pojebały i obie powinny zostać policjantkami.

Iris Valentine

Sit. Drink. Breathe.

: sob sty 10, 2026 9:42 pm
autor: Iris Valentine
Nie mogła się nie zgodzić, a nawet ją to rozbawiło. Bo może to był właśnie jej błąd i nie trzymała ich wystarczająco krótko? Dlatego nigdy nic jej nie wychodziło? Powinna to zapamiętać i wprowadzić w życie, spróbować! Koniec końców jej niezainteresowana facetami przyjaciółka żyła z nimi w lepszej relacji niż Iris kiedykolwiek. Coś więc musiała wiedzieć!
Tak jak Valentine wiedziała po reakcji Teddy, że sprawa z April była zdecydowanie bardziej skomplikowana niż to mogło się wydawać. Nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy ostatni raz się tak zachowywała. Kiedy ostatni raz tak bardzo nie chciała o czymś mówić… jeśli oczywiście nie było to setne pytanie o jej samopoczucie po wybuchu.
Brew drgnęła jej wymownie i musiała aż zagryźć wargę, żeby się nie roześmiać – Chcesz mi powiedzieć, że… przespałaś się z nią, a dwa tygodnie później zabrałaś w góry i próbowałaś sobie wmówić, że to nic takiego? Dla mnie to brzmi jak całkiem poważne… coś, więc nic dziwnego, że granica się zatarła. – wzruszyła ramionami, bo może nie była dobra w relacjach, ale to nie brzmiało przyjacielsko! – I moja historia jest bardzo krótko… coś nas łączyło, on miał żonę, ja zachorowałam więc nie chciałam go tym obarczać, spierdoliłam do kraju i myślałam, że nigdy więcej się nie spotkamy. Spotkaliśmy, więc się unikamy. – streściła w telegraficznym skrócie, wzruszając ramionami i sięgając po kieliszek z alkoholem, bo może tempo było niebezpieczne, ale póki co trzymała się całkiem nieźle – Lubisz ją? Nie no, nie mamy szesnastu lat. W sensie… spałaś z nią, bo lubisz seks z nią i chodzi tylko o to, czy dlatego, że coś do niej czujesz? I rozmawiałaś z nią? Czy ona traktuje to tylko przyjacielsko i uparcie powtarza ci, że nic z tego nie będzie? Bo jeśli nie… to podobno z przyjaźni wychodzą najlepsze związki. – to właśnie myślała! Niewielkie miała o tym wszystkim pojęcie, doświadczenie w związkach jeszcze mniejsze, ale szczerze mówiąc… nie pogardziłaby takim właśnie opartym na przyjaźni! A biorąc pod uwagę, że dziewczyny znały się kawał życia i najwyraźniej je do siebie ciągnęło – Iris mogłaby być tego fanką!
Jaką masz alternatywę? – heh, coś jej podpowiadało, że to dlatego może być skomplikowane!


teddy darling

Sit. Drink. Breathe.

: sob sty 10, 2026 11:10 pm
autor: teddy darling
Teddy ponownie przycisnęła palce do nasady nosa, próbując zebrać myśli. Bo jej opowieść i tłumaczenia brzmiały co najmniej dziwnie. Chyba wolała rozmawiać z Iris o facetach, którymi wcale się nie interesowała. Mogła nawet zaproponować, że umówi ją z jakimś kumplem z jednostki. Na przykład z Jettem Donovanem! Jett był przystojny, inteligentny i zabawny — w skrócie idealny dla Valentine. I co najważniejsze, pewne było, że nie złamie jej serca.
Ale nie, Iris musiała drążyć temat. Darling czuła, jak krew dopływa jej do twarzy, a uszy robią się czerwone jak dwa neony. W desperackiej nadziei, że może to jakoś odciąży wzbierające się zażenowanie, przycisnęła palce do oczu. Głęboko, naprawdę głęboko, jakby chciała wcisnąć je do samych oczodołów. Nie działało.
Zaprosiłam ją, bo się przyjaźnimy — zastrzegła natychmiast, próbując jakoś z tego wybrnąć. Z czerwoną twarzą i resztkami godności. — No dobra, może i liczyłam na coś więcej, ale nie jechałam tam tylko po to, żeby ją przelecieć. Oczywiście, że ją lubię — prychnęła, bo to było przecież totalnie logiczne. Nie przyjaźniłaby się z kimś, kogo nie darzyła sympatią. — Seks z nią też lubią. Rozmawiamy o wielu rzeczach, ale nie konkretnie o tym, co się dzieje między nami. I nie powiedziała mi, że nic z tego nie będzie. A powinna mi powiedzieć?! — Teddy aż wyprostowała się na wysokim stołku. — A może ona ma tak samo, jak ja i też się nad tym zastanawia? — zamyśliła się głośno. Wcześniej jakoś na to nie wpadła. Czy to w ogóle miałoby sens? I czy jakaś głębsza relacja z przyjaciółką mogła przerodzić się w autentyczne uczucie, które wybiega poza ramy zwykłej przyjaźni? Zaczęłyby chodzić na prawdziwe randki, ale nie dlatego, żeby wyłącznie wypić drinka i spalić blanta. Po prostu robiłyby te wszystkie rzeczy, które na co dzień robią normalne pary.
W jednym Valentine na pewno miała rację — związki z przyjaźni były dobre. Nie brało się żadnego kota w worku i dawno miało się za sobą etap dopytywania o ulubiony kolor.
Alternatywy? — zdziwiła się szczerze. Sorry, ale na razie temat lekarza marnotrawnego musiały pozostawić na boku. Co nie oznaczało, że Teddy do niego nie wróci! — Czekaj, ty masz mnie za jakąś puszczalską, czy o co chodzi? — prychnęła, ale jakby się lepiej zastanowić, to coś w tym było. — Byłam na kilku randkach z informatyczką policyjną, z którą dodatkowo łączy nas wspólna trauma po zamachu terrorystycznym w banku. I w jednostce pojawiła się nowa strażaczka, do której miałam zajebistą słabość na szkoleniach dziesięć lat temu... — zaczęła wyliczać, ale szybko pokręciła głową. Kurwa, może jednak była rozwiązła? — Hej, na swoje usprawiedliwienie mam to, że żadnej z nich nie zaprosiłam na ten wypad w góry, okej? — uniosła ręce w obronnym geście. A w zasadzie mogła zaproponować wyjazd do Mont-Tremblant Helenie albo Riley. Jednak chciała pojechać z April, zamroczona bliskością, jakiej doświadczyła po piciu zdradliwych trunków na jarmarku świątecznym.
Darling sięgnęła po swój kieliszek, ale zanim go opróżniła, obróciła szkło w dłoni i podniosła wzrok na przyjaciółkę.
Iris, czy ze mną jest coś nie tak? Tylko szczerze — westchnęła ciężko, gubiąc się we własnych myślach i plącząc w uczuciach, których nawet nie potrafiła zdefiniować. — Zasłaniam się pracą i nie mam czasu na randki, a jak już przychodzi co do czego, to nawet nie wiem, jak to ugryźć — wzruszyła ramionami i wypiła shota. Który to już? Pewnie z szósty.

Iris Valentine