My sweet eighteen
: wt sty 06, 2026 7:19 pm
To miał być pierwszy weekend od dawna, kiedy jej rodzice wyjadą.
Rzadko kiedy to robili, bo matka była tak wpatrzona w treningi jej córki, że praktycznie zapominała o sobie, a także swoim mężu, który ciężko pracował na ich dobrobyt. Teraz jednak miało nie być taryf ulgowych. To była ich rocznica. To miała być bardzo ważna data, którą jej ojciec zaplanował grubo wcześniej, przypadkiem zahaczając o datę osiemnastych urodzin ich jedynej córki.
To, że puścił jej wymowne oczko, gdy się żegnali, to już inna kwestia.
Oczywiście obiecała żadnych imprez i odwalenie treningu, jak w każdą sobotę.
Przynajmniej w jednej kwestii nie kłamała.
Gdy tylko samochód zjechał z podjazdu, Raven pobiegła do telefonu, aby potwierdzić na czacie grupowym datę oraz poinformować ludzi, że Pirania odjechała, więc plan był aktualny.
Młoda Heist może nie chodziła na wszystkie imprezy i domówki organizowane przez innych uczniów ze względu na krótką smycz jej matki, ale znajomych miała całkiem sporo. Chociażby ze względu na swój wyszczekany charakter, który się albo uwielbiało, albo nienawidziło. Nie tylko w środowisku sportowym. Dlatego też, gdy nadeszła długowyczekiwana okazja, zamierzała z niej w pełni skorzystać i zaprosić każdego, kto w jej mniemaniu nadawał się na domówkę.
Przygotowała się do tego dnia. Alkohol nawet zorganizowała, prosząc trochę starszych znajomych o to, aby kupili to co było trzeba. Nie zamierzała korzystać z domowych zapasów, bo jej matka szybko by zwęszyła, że coś jest nie tak. Wtedy musiałaby skłamać i przyjąć na klatę wykład na temat tego, jak alkohol jest niedobry dla zawodowych sportowców.
Gdy nadchodził wieczór, jej koleżanki przyjechały, aby pomóc jej wszystko przygotować. Muzykę, dekoracje, a także jakieś przekąski oraz całą resztę. Już wtedy zaczęły popijać kolorowe drinki zrobione przez jedną z nich, a w okolicy godziny dwudziestej zaczęli pojawiać się pierwsi goście.
W ciągu godziny dom zapełnił się nastolatkami.
Alkohol się lał, muzyka dudniła z głośników, a ludzie tańczyli lub się dobrze bawili na różne sposoby. Raven jednak ostrzegła, że żadna rzecz nie może zostać zniszczona, bo wtedy rozbije coś na czyjejś twarzy. Nie mówiąc o tym, że do jej pokoju oraz sypialni rodziców wstęp był zabroniony.
Właśnie wracała z kolejnym drinkiem, kiedy do drzwi zadzwonił dzwonek, przebijający się przez muzykę. Raven machnęła ręką do znajomych na znak, że idzie otworzyć i zaraz przyjdzie. Sięgnęła do klamki, a gdy jej oczom ukazała się doskonale jej znana, po tych kilku tygodniach, osoba, zadowolony uśmiech pojawił się na jej pomalowanych wargach.
No i nie był sam.
— Trener Morningstar — zaczęła jakże grzecznie witając się z mężczyzną. — Do końca nie wierzyłam, że przyjdziesz — dodała. W końcu zawsze mogło to być tylko czcze gadanie, aby się zamknęła. Mógł się wywinąć obowiązkami albo tym, że nagle zachorował mu pies. — Pani musi być Sora. Cieszę się, że pani również przyszła.
— Tylko nie pani, wystarczy Sora — odpowiedziała z przyjaznym uśmiechem.
— Tym lepiej — stwierdziła i podała kobiecie rękę. — Raven — przedstawiła się, a po zapoznaniu, odepchnęła się bokiem do framugi, wpuszczając tym samym parę środka. Zamknęła za nimi drzwi, witając ich tym samym w świecie alkoholu i nastoletniej rozpusty.
— Zrobić wam drinka? — spytała, popijając swojego, świeżo zrobionego. — Naprawdę nie są złe, a wy jesteście mocno w tyle — powiedziała, zerkając na jedno i drugie dość wymownie.
Soren wraz z narzeczoną właśnie weszli do paszczy lwa. I chyba nie wiedzieli w co się pakowali, bo nowe pokolenia potrafiły być... nieprzewidywalne.
Hunter na pewno by się tu odnalazł. Mentalnie byli na jego poziomie.
Soren Morningstar
Rzadko kiedy to robili, bo matka była tak wpatrzona w treningi jej córki, że praktycznie zapominała o sobie, a także swoim mężu, który ciężko pracował na ich dobrobyt. Teraz jednak miało nie być taryf ulgowych. To była ich rocznica. To miała być bardzo ważna data, którą jej ojciec zaplanował grubo wcześniej, przypadkiem zahaczając o datę osiemnastych urodzin ich jedynej córki.
To, że puścił jej wymowne oczko, gdy się żegnali, to już inna kwestia.
Oczywiście obiecała żadnych imprez i odwalenie treningu, jak w każdą sobotę.
Przynajmniej w jednej kwestii nie kłamała.
Gdy tylko samochód zjechał z podjazdu, Raven pobiegła do telefonu, aby potwierdzić na czacie grupowym datę oraz poinformować ludzi, że Pirania odjechała, więc plan był aktualny.
Młoda Heist może nie chodziła na wszystkie imprezy i domówki organizowane przez innych uczniów ze względu na krótką smycz jej matki, ale znajomych miała całkiem sporo. Chociażby ze względu na swój wyszczekany charakter, który się albo uwielbiało, albo nienawidziło. Nie tylko w środowisku sportowym. Dlatego też, gdy nadeszła długowyczekiwana okazja, zamierzała z niej w pełni skorzystać i zaprosić każdego, kto w jej mniemaniu nadawał się na domówkę.
Przygotowała się do tego dnia. Alkohol nawet zorganizowała, prosząc trochę starszych znajomych o to, aby kupili to co było trzeba. Nie zamierzała korzystać z domowych zapasów, bo jej matka szybko by zwęszyła, że coś jest nie tak. Wtedy musiałaby skłamać i przyjąć na klatę wykład na temat tego, jak alkohol jest niedobry dla zawodowych sportowców.
Gdy nadchodził wieczór, jej koleżanki przyjechały, aby pomóc jej wszystko przygotować. Muzykę, dekoracje, a także jakieś przekąski oraz całą resztę. Już wtedy zaczęły popijać kolorowe drinki zrobione przez jedną z nich, a w okolicy godziny dwudziestej zaczęli pojawiać się pierwsi goście.
W ciągu godziny dom zapełnił się nastolatkami.
Alkohol się lał, muzyka dudniła z głośników, a ludzie tańczyli lub się dobrze bawili na różne sposoby. Raven jednak ostrzegła, że żadna rzecz nie może zostać zniszczona, bo wtedy rozbije coś na czyjejś twarzy. Nie mówiąc o tym, że do jej pokoju oraz sypialni rodziców wstęp był zabroniony.
Właśnie wracała z kolejnym drinkiem, kiedy do drzwi zadzwonił dzwonek, przebijający się przez muzykę. Raven machnęła ręką do znajomych na znak, że idzie otworzyć i zaraz przyjdzie. Sięgnęła do klamki, a gdy jej oczom ukazała się doskonale jej znana, po tych kilku tygodniach, osoba, zadowolony uśmiech pojawił się na jej pomalowanych wargach.
No i nie był sam.
— Trener Morningstar — zaczęła jakże grzecznie witając się z mężczyzną. — Do końca nie wierzyłam, że przyjdziesz — dodała. W końcu zawsze mogło to być tylko czcze gadanie, aby się zamknęła. Mógł się wywinąć obowiązkami albo tym, że nagle zachorował mu pies. — Pani musi być Sora. Cieszę się, że pani również przyszła.
— Tylko nie pani, wystarczy Sora — odpowiedziała z przyjaznym uśmiechem.
— Tym lepiej — stwierdziła i podała kobiecie rękę. — Raven — przedstawiła się, a po zapoznaniu, odepchnęła się bokiem do framugi, wpuszczając tym samym parę środka. Zamknęła za nimi drzwi, witając ich tym samym w świecie alkoholu i nastoletniej rozpusty.
— Zrobić wam drinka? — spytała, popijając swojego, świeżo zrobionego. — Naprawdę nie są złe, a wy jesteście mocno w tyle — powiedziała, zerkając na jedno i drugie dość wymownie.
Soren wraz z narzeczoną właśnie weszli do paszczy lwa. I chyba nie wiedzieli w co się pakowali, bo nowe pokolenia potrafiły być... nieprzewidywalne.
Hunter na pewno by się tu odnalazł. Mentalnie byli na jego poziomie.
Soren Morningstar