002. champagne was a bad idea
: śr sty 07, 2026 5:36 pm
#21
If I text you from a gala, it’s fine.
If I text you from an ambulance, it’s still kind of fine.
If I text you from an ambulance, it’s still kind of fine.
Noriega trochę się przejmował, bo tak mu się tutaj nudziło, Cherry dostała jakąś kroplówkę, a on nie. Co to za sprawiedliwość, kiedy to on przecież był tutaj bohaterem, ugasiła ją marynarką. Marynarką z wypożyczalni, za która będzie musiał teraz bulić. Cudownie.
Jemu powinni sypać tutaj na te metalowe tacki jakieś prochy tak w ramach podziękowania i jakiejś imprez dziękczynnej, że jednak uratował Marshall życie, albo przynajmniej włosy. Tylko, że Madox kiedy tylko wszedł z Cherry do sali podając się za jakiegoś jej partnera, to wyjebał na podłogę taką metalową tackę i wszystkie leżące na niej narzędzie, ale to dlatego, że się zatoczył i złapał, przecież nie specjalnie. Blondynka, która zajmowała się Cherry, jakaś rezydentka chyba, wywaliła go z sali i posadziła na korytarzu. Jeszcze coś mu nagadała, że jest nietrzeźwy. A jaki miał być, skoro oni przyjechali z balu? Roztańczony? Nienajedzony? Miał się śmiać głośno, szczerze i radośnie?
No chyba nie.
Siedział sobie na tym niewygodnym krzesełku na poczekalni i pisał z Pilar. Dobrze, że miał telefon, bo okazało się, że płaszcz zgubił, a miał tam portfel i papierosy.
- Mierda... - przeszedł się dwa razy po korytarzu, a nawet zapytał jakiegoś ratownika, czy nie ma jego kurtki, ale to nawet chyba nie był ten, z którym przyjechali. Potem to w ogóle tak się zakręcił, że zgubił Cherry, nie kojarzył w ogóle w której sali leżała, a może już w ogóle wyszła? W końcu nic takiego jej się nie stało, bo Madox - bohater, dość szybko zareagował. Tylko później trochę spanikowali, bo byli nawaleni w trzy dupy i zadzwonili po to pogotowie.
A może ono samo przyjechało? Tylko to tak chyba nie działa.
Zresztą no nieważne, bo jednak szczęście się do niego uśmiechnęło, i Pilar stwierdziła, że przyjedzie. Świetnie, bo w przeciwnym wypadku trzeba byłoby znaleźć taksówkę, albo jakąś świeżo upieczoną wdówkę, która by go podrzuciła.
Albo Cherry.
Może powinien znaleźć Cherry, zwłaszcza, że gdzieś tam po drodze do szpitala obiecywał jej, że jej nie zostawi, a zrobił to kiedy tylko weszli do sali. Mniejsza o to. W końcu powiedziała mu, że nie musi za nią ponosić odpowiedzialności, więc...
Mógł sobie pójść.
Może nawet by to zrobił, bo już raz wyszedł przed szpital, tylko bez tego płaszcza było mu zimno, wrócił do budynku. A potem nawet przez chwilę opierał się o kontuar na recepcji rozmawiając z pielęgniarką o tym, że nie może dostać kroplówki. Szczerze był zdziwiony dlaczego nie, a później mu się przypomniało o Marshall, nawet udało mu się dowiedzieć w jakiejś sali ona jest, już miał do niej iść, już stał przed drzwiami z ręką na klamce, ale na całe szczęście zobaczył przez szybę, że ona już nie jest sama. Bo był z nią jej ojciec, którego Madox to szczerze nie lubił. Oni w ogóle się nie lubili, bo ojciec Cherry myślał, że Madox to był jakiś gangus, trochę był. A jeszcze teraz jakby się okazało, że podpalił włosy jego córki, ale w sumie to tego nie zrobił, ale kto by słuchał jego tłumaczeń? No na pewno nie stary Marshall. Noriegę mogliby wtedy deportować.
Chyba nie mogliby. Ale jednak lepiej tam nie zaglądać, najwyżej jej za dwa dni wyśle balonik z napisem "wracaj do zdrowia", czy coś.
Właśnie przy takich balonikach, w jakimś sklepie na dole, stał sobie Madox, gdy zobaczył Pilar…
Nie, to wcale nie była Stewart, tylko jakaś podobna do niej dziewczyna, nie tak piękna, żeby nie było, ale całkiem miła, bo zaraz Madox się jej pytał, czy nie mogłaby na przykład go podrzucić do domu, a ona się nawet zgodziła. I to mógł być początek jakiejś nowej, pięknej historii miłosnej, ale nie był.
Z jednej strony dobrze, bo jeszcze jedna taka popierdolona historia miłosna Madoxa wciąż trwała. No i kiedy on wychodził z tego szpitala z wcale nie Pilar, to właśnie trafił na prawdziwą Stewart, nawet w tej czapce z pomponem, którą już widział. Szczerze się ucieszył na jej widok, naprawdę. Bo ta jego nowa koleżanka była jakaś dziwna. Zwłaszcza, kiedy on już stał przy prawdziwej Pilar, a tamta zatrzymała się obok i jakoś dziwnie na nich patrzyła.
- Ja pierdole Pilar ale masakra - wyrzucił z siebie na jednym oddechu, a potem mu się zapomniało, że przecież mieli udawać, że się nie znają, albo nawet nienawidzą i chciał się do niej przytulić, łasić jak kot, tylko że tamta dziewczyna, która miała mu robić za podwózkę, zrobiła krok w ich kierunku i Madox się zawiesił.
- No to jedziemy czy nie? - zapytała, ale Noriega to już stracił wątek gdzie. Chociaż... chyba do niego. Podwieźć go miała, czy coś takiego.
Właściwie Madox już wcale nie był pewny co on jej nagadał.
Pilar Stewart