Strona 1 z 1

i feel like shit

: czw sty 08, 2026 1:13 pm
autor: Demian Crowe
after fifteen shots of Jameson
the morning always hurts. I feel like shit.
“Chujowo się czuję”, przemknęło mu przez myśl.
Obudził się daleko stąd, w którymś z pobliskich miast, odruchowo mocniej ciągnąc coś, co przypominało kołdrę, ale gwałtownie wciągnął powietrze w płuca. Bezwiednie chwycił dolną część pleców dłonią, po czym mocno uścisnął bolące miejsce. Czuł się tak, jakby z każdym poruszeniem odnawiały się stare pęknięcia, stłuczenia i złamania. Od razu się obudził.
Głowa pękała mu tępym bólem.
Westchnął, starając się przypomnieć sobie, co, do diabła, się działo. Ale nieważne, jak bardzo próbował, i tak pamiętał jedynie wycinek ostatnich paru dni: lejącego się Jamesona, barmana wołającego: “trzecia godzina, panowie. Zbieramy się”, a potem wycieczkę w poszukiwaniu czegoś z procentami celem zwieńczenia (któregoś z kolei) dnia. Tyle. Skąd wzięła się dziewczyna obok, czemu leżał w dżinsach, gdzie byli — usilnie o tym myślał, jak na razie jednak bez większych skutków. Aż wreszcie pogodził się z tym, z czym pogodzić się musiał: to, dlaczego spał na podłodze hotelowego pokoju, co robił ostatnich parę dni, a także czemu nieznajoma obok leżała w ubraniu bez ruchu, już na zawsze pozostanie niezgłębioną tajemnicą pokroju rasgueado. O wiele lepiej pamiętał decyzję, charakterystyczne: “przyszedłem tylko na jednego” powtarzane ze śmiechem zarówno do barmana, jak i kolegów, niż to, co rzeczywiście robił. Łapiąc swoją komórkę, a obcą odrzucając gdzieś w bok, dostrzegł parę nieodczytanych wiadomości i nieodebranych połączeń, niemniej jednak wolał oszczędzić sobie historii.
Trudno.
Crowe leżał tak chwilę, pozwalając sobie odsapnąć, przede wszystkim jednak — przywyknąć do bólu, zanim wreszcie podniósł się z widocznym wysiłkiem. Otrząśnięcie się chwilę mu zajęło, ale potem chwycił bluzę z oparcia fotela i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.

***


Jadąc z miasteczka oddalonego o pół godziny od Toronto, boleśnie uświadomił sobie jedno: “chujowo” to mało powiedziane. Raczej czuł się jak gówno. Trzęsące się dłonie mocno zaciskał a to łapiąc kierownicę, a to dźwignię zmiany biegów. Co chwilę przełykał ślinę. Jak to dobrze, że tak szybko znalazł kluczyki w bluzie.
Wciąż bił się z myślami, próbując zdecydować, czy powinien sprawdzić kartę kredytową, ale przynajmniej dotarł do domu bez ani jednej kontroli. Trochę krzywo zaparkował forda, tylnym kołem zatrzymując się na trawniku sąsiadów, ale zgasił silnik. Idąc do domu, dwukrotnie upuścił klucze i minęło dobrych parę minut, zanim zorientował się, gdzie upadły.
Kiedy wreszcie zamknął za sobą drzwi z głośnym trzaskiem, stracił równowagę. Oparł się więc dłonią o szafkę stojącą nieopodal wejścia, strącając jednocześnie jakąś tandetną wazę, której — mógł przysiąc — jeszcze tydzień temu tutaj nie było.
Trochę po omacku odłożył klucze, dopiero teraz podnosząc wzrok.
Zamarł dosłownie na sekundę.
Schudłaś — powiedział jedynie, od razu rozpoznając młodszą siostrę, chociaż ostatnio widzieli się tak dawno temu. Od niechcenia pogłaskał oba psy, jednocześnie odsuwając od siebie ich duże cielska. Wyminął dziewczynę, od razu idąc do kuchni w poszukiwaniu piwa.

Ramona Crowe

i feel like shit

: pt sty 09, 2026 3:42 pm
autor: Ramona Crowe
Ramona nie miała pewności co do słuszności swojej decyzji powrotu do Toronto po tak długim czasie. Czy powrót to zawsze dobra opcja? Czy naprawdę nie było innego wyjścia? A może było to wbrew pozorom najlepsze? Wątpliwości miała bardzo dużo, no bo przecież nie było jej tyle czasu, nie wracała do tego co znała, bo tego już po prostu nie bylo, a na pewno nie w takiej formie, nie w takiej konfiguracji. Ale ważne jest też to, że miała też nadzieję. To w połączeniu z presją jaką na siebie narzuciła działało jednak jak bardzo dobry motywator, który sprawił że się tu wprowadziła... Dobra, wprowadziła to może byc za duże słowo, ale chwilowo miala trudno wyjaśnić właścicielowi co tu robi.

Tak, przez te przez kilka dni, prawie tydzień, siedziala tu sama a główny lokator nie dał znaku życia. Wielki fan psów, który swoje czworonożne istoty zostwł na pastwę losu. Co prawda, zdarzyło się, że Ramona musiala grzecznie (jak na nia) wyprosić sąsiadkę, która uporczywie domagała się wydania zwierzat. Chodzi mi o pewien typ.

Ramona nie była pewna co to znaczy i nie chciała wybiegać w przyszłość, bo mogło to znaczyć bardzo dużo. W końcu, ostatni kontakt mieli bardzo dawno i te... Wlaśnie, ile? Z piętnaście lat bez słowa? Cholera, to dużo.

Z rozmyślań wyrwał ją jakiś rumor dochodzący z zewnątrz. Więc Ramona wstała z kanapy i podeszła do okna, odsłaniając firankę. Przyglądała się Demianowi przez chwilę, dopóki nie straciła go z oczu. Chyba tak bliskich ludzi nigdy się nie zapmina. Westchnęła. Wiedziała, że nie miała prawa oceniać, ale poczuła jakieś dziwne ukłuciem, które zazwyczaj kojarzyła z jakimś rodzajem niepokoju, lękiem.

- Dzięki - odpowiedziała krótko, po czym poprawiła wazon. Nie, jeszcze nie wpadla na pomysl dekorowania mu mieszkania z własnych środków. Po prostu go znalazła i uznała, że będzie pasowal do wystroju. A skąd był w jego mieszkaniu? Tego to już nie wie.

- Ciebie też miło widzieć. - Dodała jeszcze, podążając za nim do kuchni.

Wiedziała przyjeżdżając tutaj, że będzie potrzebna jakaś rozmowa. Może o przeszłości, o przzyszłości, i o teraźniejszości. A że to ostatnie było najprostsze, to od tego postanowiła zacząć.

- Słuchaj... - zaczęła więc od razu - potrzebowałam chwilę sie gdzieś zatrzymać. - Oznajmiła. I to chyba wystarczyło na ten moment, musiala poczekać na jego reakcje i decyzję, do ktorej będzie przecież musiała się dostosować.

Demian Crowe

i feel like shit

: ndz sty 11, 2026 4:49 pm
autor: Demian Crowe
Wyminął zarówno zwierzęta, grzecznie drepczące parę kroków z tyłu, jak i młodszą siostrę, bez posyłania komukolwiek choćby jednego krótkiego spojrzenia. Omiótł jednak wzrokiem pomieszczenie. Co najwyżej odruchowo, ot, mimowolnie. Bezmyślnie wręcz. W pierwszym odruchu dostrzegł to, co zostawił, wychodząc parę dni temu — mniejszy lub większy porządek: trochę walającej się gdzieniegdzie psiej sierści, pustą w połowie paczkę papierosów, rzuconą od niechcenia zapalniczkę.
Tyle że reszta niekoniecznie pokrywała się ze wspomnieniami.
To, co się działo, okazało się niewiadomą, pewnie, niemniej jednak pamiętał jedno: robił wszystko w pośpiechu, a obracając dwukrotnie klucz w zamku, co chwilę myślał: “później posprzątam”. Świadomie i z pełną premedytacją zostawił w s z y s t k o: uszczerbioną filiżankę z niedopitą kawą, talerz z okruchami, a obok umywalki — otwartą paczkę ciasteczek. Brud zniknął. Domowa, powyciągana bluza, w której od czasu do czasu mimo wszystko wychodził do któregoś z pobliskich sklepów, teraz wisiała niedaleko drzwi wejściowych, chociaż zawsze leżała przewalona przez oparcie fotela.
Widział o wiele lepszy porządek, niż ten, który zostawił, wychodząc “tylko na chwilę”.
Ściągnął brwi, zachodząc w głowę, jak długo tutaj jest i jak długo zamierza zostać.
Ale nieważne, jak dużo komentarzy cisnęło mu się na usta, milczał. Milczał, mocno napinając mięśnie w stresie, złości i innych uczuciach, których nigdy nie potrafił zidentyfikować.
Otworzył lodówkę, z której od razu wyciągnął schłodzone piwo, a zatrzaskując drzwi barkiem, przekręcił kapsel jednym silnym ruchem. Od razu odpił parę dużych łyków. Delektował się smakiem pełnym goryczki, po czym odrzucił nakrętkę gdzieś w bok, najpierw słysząc, jak turla się po blacie, a potem spada na podłogę.
Dopiero gdy się odwrócił, przypomniał sobie o Ramonie, a w szczególności o tym, że odpowiedział jedynie w myślach — bardziej zresztą krążył opłotkami, zamiast wyartykułować cokolwiek wprost. Ale uważał to za oczywiste. Wprawdzie Ramona była ostatnią osobą, jaką spodziewał się zobaczyć, jednak łączyło przecież ich coś więcej. Coś więcej niż głupie, często powtarzane w amerykańskich filmach “więzy krwi”. Łączyło ich coś, co Demian z braku lepszych określeń zawsze nazywał jako “wspólny ciężar”, nie za bardzo wiedząc, jak inaczej (i bardziej trafnie) to opisać.
Jednak tym razem, uważnie obserwując siostrę, doszedł do nieprzyjemnych wniosków. Wystarczyło jedno pospieszne spojrzenie. Ramona stała jakby… ciszej, niż zapamiętał. Przez ułamek sekundy coś ścisnęło go pod żebrami — od razu to zignorował. Tego odruchu najbardziej nie znosił.
Od niechcenia wzruszył więc ramionami.
Dobra — powiedział. Odsunął butelkę, trzymaną w trzech palcach za szyjkę, jednocześnie opierając się dupą o blat. Dość uważnie obserwował siostrę, ale chyba od zawsze źle znosił ciszę, więc za chwilę odezwał się jeszcze raz: — Tylko o niczym nie gadamy. Przynajmniej nie dzisiaj. Cokolwiek — podniósł rękę z piwem, ostrzegawczo wyciągając wskazujący palec — zamierzasz powiedzieć o czymkolwiek, przełóż to na inny dzień.


Ramona Crowe