I owe you more than a drink
: czw sty 08, 2026 5:03 pm
look
Iris Valentine nie zaczęła nowego roku w sposób… spektakularny. Właściwie od dłuższego czasu nie była w formie, a właściwie każdą wolną chwilę spędzała w szpitalu biorąc więcej dyżurów niż powinna. Poza tym? Właściwie nie miała życia poza szpitalem i to chyba zaczęło być po niej widać. Zdała sobie sprawę, że musi być nieznośna, gdy jedna z pielęgniarek zasugerowała ją, że powinna coś zrobić ze swoim życiem. I naprawdę nigdy nie przypuszczała, że dojdzie do tego, że energiczna pięćdziesięciolatka umówi ją na randkę w ciemno ze swoim znajomym, którego na pewno by polubiła. Valentine szczerze w to wątpiła i w pierwszej chwili potraktowała to jako żart – nie miała najmniejszej ochoty korzystać usług samozwańczej swatki. Znajomy jednak został przedstawiony w samych superlatywach, chodzący ideał… a sama kobieta była przy tym szalenie męcząca, więc w końcu się poddała.
Zgodziła się na randkę w ciemno, co za idiotyczny pomysł.
Powtórzyła to sobie jeszcze parę razy w taksówce oraz przynajmniej dwa razy przed wejściem do lokalu. Przez moment nawet chciała się odwrócić na pięcie i po prostu wyjść, napisać krótką wiadomość, że coś jej wypadło i przełożą to na inną okazję. Najlepiej nigdy.
Nie jesteś tchórzem, Valentine.
Wzięła więc głębszy oddech, poprawiła sukienkę i weszła do środka, starając się zlokalizować swoją dzisiejszą randkę. Chodzący ideał. Zlokalizowała go dość szybko i była zaledwie parę stolików od mężczyzny, który w rezultacie ani trochę nie przypominał człowieka z opowieści pielęgniarki. Iris była w stanie zignorować fakt, że był starszy niż przypuszczała, niższy niż przypuszczała, że czas nie był dla niego łaskawy i zrobiły mu się zakola… nie była aż tak płytka. Nie mogła jednak zignorować faktu, że był burakiem. Zatrzymała się na ułamek sekundy obserwując interakcję mężczyzny z kelnerką i cóż… właśnie wyzywał młodą dziewczynę od najgorszych, bo przyniosła mu nie ten alkohol, który powinna. Chyba zdążył już wypić o kilka drinków za dużo, bo zrobił się czerwony na twarzy i prawie się popluł, gdy podniósł głos.
Już miała się wycofać, gdy podniósł wzrok i spojrzał w jej kierunku. Widziała w jego spojrzeniu moment, w którym się zastanawiał, czy ona to faktycznie ona, czy to na nią tu dzisiaj czekał… i już zaczął podnosić się ze swojego miejsca, żeby się z nią przywitać.
Zadziałała instynktownie. W ułamku sekundy rzuciła spojrzeniem po najbliższych stolikach i zauważyła samotnie siedzącego mężczyznę – rozpromieniła się na jego widok i postanowiła odegrać rolę swojego życia. Przynajmniej przez kilka najbliższych minut.
- Hej, Skarbie. Wybacz, że tyle musiałeś na mnie czekać. – rzuciła pogodnie, pochylając się do Mavericka i sięgając jego policzka, muskając go ciepłem swojego oddechu – Pięć minut – szepnęła i nie czekając na jego reakcję – usiadła naprzeciwko. Odrzuciła do tyłu włosy, pochyliła się nad stolikiem i wbiła spojrzenie w zapewne mocno zdezorientowanego mężczyznę, którego wybrała na swojego bohatera – Mam nadzieję, że twoja randka spóźni się jeszcze chwilę, bo nie chcę robić ci kłopotów, ale proszę… – kącik ust mimo wszystko drgnął jej w rozbawieniu, bo zdawała sobie sprawę, że to i d i o t y c z n e. Miała jednak nadzieję, że zrozumie. Tym bardziej, że zaledwie ułamek sekundy później przy stoliku pojawił się… ekhm, chodzący ideał z czerwonymi policzkami i odrobinę niewyraźnie zapytał – Irene? – i nawet nie ukrywał, że zmierzył Valentine wzrokiem. Dziewczyna ściągnęła mocniej brwi i pokręciła lekko głową – Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił. – rzuciła spokojnie i nawet nie kłamała, bo nawet nie zapamiętał jej imienia! Mężczyzna jednak nie wydawał się przekonany i zaczął coś bełkotać pod nosem zamiast po prostu odejść.
Maverick Cormier
Iris Valentine nie zaczęła nowego roku w sposób… spektakularny. Właściwie od dłuższego czasu nie była w formie, a właściwie każdą wolną chwilę spędzała w szpitalu biorąc więcej dyżurów niż powinna. Poza tym? Właściwie nie miała życia poza szpitalem i to chyba zaczęło być po niej widać. Zdała sobie sprawę, że musi być nieznośna, gdy jedna z pielęgniarek zasugerowała ją, że powinna coś zrobić ze swoim życiem. I naprawdę nigdy nie przypuszczała, że dojdzie do tego, że energiczna pięćdziesięciolatka umówi ją na randkę w ciemno ze swoim znajomym, którego na pewno by polubiła. Valentine szczerze w to wątpiła i w pierwszej chwili potraktowała to jako żart – nie miała najmniejszej ochoty korzystać usług samozwańczej swatki. Znajomy jednak został przedstawiony w samych superlatywach, chodzący ideał… a sama kobieta była przy tym szalenie męcząca, więc w końcu się poddała.
Zgodziła się na randkę w ciemno, co za idiotyczny pomysł.
Powtórzyła to sobie jeszcze parę razy w taksówce oraz przynajmniej dwa razy przed wejściem do lokalu. Przez moment nawet chciała się odwrócić na pięcie i po prostu wyjść, napisać krótką wiadomość, że coś jej wypadło i przełożą to na inną okazję. Najlepiej nigdy.
Nie jesteś tchórzem, Valentine.
Wzięła więc głębszy oddech, poprawiła sukienkę i weszła do środka, starając się zlokalizować swoją dzisiejszą randkę. Chodzący ideał. Zlokalizowała go dość szybko i była zaledwie parę stolików od mężczyzny, który w rezultacie ani trochę nie przypominał człowieka z opowieści pielęgniarki. Iris była w stanie zignorować fakt, że był starszy niż przypuszczała, niższy niż przypuszczała, że czas nie był dla niego łaskawy i zrobiły mu się zakola… nie była aż tak płytka. Nie mogła jednak zignorować faktu, że był burakiem. Zatrzymała się na ułamek sekundy obserwując interakcję mężczyzny z kelnerką i cóż… właśnie wyzywał młodą dziewczynę od najgorszych, bo przyniosła mu nie ten alkohol, który powinna. Chyba zdążył już wypić o kilka drinków za dużo, bo zrobił się czerwony na twarzy i prawie się popluł, gdy podniósł głos.
Już miała się wycofać, gdy podniósł wzrok i spojrzał w jej kierunku. Widziała w jego spojrzeniu moment, w którym się zastanawiał, czy ona to faktycznie ona, czy to na nią tu dzisiaj czekał… i już zaczął podnosić się ze swojego miejsca, żeby się z nią przywitać.
Zadziałała instynktownie. W ułamku sekundy rzuciła spojrzeniem po najbliższych stolikach i zauważyła samotnie siedzącego mężczyznę – rozpromieniła się na jego widok i postanowiła odegrać rolę swojego życia. Przynajmniej przez kilka najbliższych minut.
- Hej, Skarbie. Wybacz, że tyle musiałeś na mnie czekać. – rzuciła pogodnie, pochylając się do Mavericka i sięgając jego policzka, muskając go ciepłem swojego oddechu – Pięć minut – szepnęła i nie czekając na jego reakcję – usiadła naprzeciwko. Odrzuciła do tyłu włosy, pochyliła się nad stolikiem i wbiła spojrzenie w zapewne mocno zdezorientowanego mężczyznę, którego wybrała na swojego bohatera – Mam nadzieję, że twoja randka spóźni się jeszcze chwilę, bo nie chcę robić ci kłopotów, ale proszę… – kącik ust mimo wszystko drgnął jej w rozbawieniu, bo zdawała sobie sprawę, że to i d i o t y c z n e. Miała jednak nadzieję, że zrozumie. Tym bardziej, że zaledwie ułamek sekundy później przy stoliku pojawił się… ekhm, chodzący ideał z czerwonymi policzkami i odrobinę niewyraźnie zapytał – Irene? – i nawet nie ukrywał, że zmierzył Valentine wzrokiem. Dziewczyna ściągnęła mocniej brwi i pokręciła lekko głową – Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił. – rzuciła spokojnie i nawet nie kłamała, bo nawet nie zapamiętał jej imienia! Mężczyzna jednak nie wydawał się przekonany i zaczął coś bełkotać pod nosem zamiast po prostu odejść.
Maverick Cormier