New year, new drama in Marshall family
: czw sty 08, 2026 9:12 pm
Cora Marshall, Charlie Marshall
Ostatnie wydarzenia były jedną, wielką pomyłką. Nie pamiętała, co zdarzyło się, że trafiła do szpitala, ani w jaki sposób powinna na niego zareagować. Szczerze bała się osądu rodziny. Idealna panna Marshall miała podpalone włosy, była pijana, a dodatkowo zjarana. Coś we wychowaniu Charity musiało pójść nie tak, skoro skończyła w taki sposób.
Z tamtego wieczoru pamiętała dobrze jedynie balkon, a później mgła, której nie mogła sobie przypomnieć. Cokolwiek się stało, wolało o tym zapomnieć. Przyszły konsekwencje. Najgorsze w jej życiu, który dotyczyły jej samej. Włosy. Cała duma, którą nosiła, opierała się właśnie na nich. Idealne fale układające się na ramionach. Dodawały jej pewności siebie oraz uroku, kiedy tylko nimi zarzucała.
Z tego powodu odpaliła alarmowy chat rodziny Marshall. Całe, dostępne rodzeństwo musiało znaleźć się w jej apartamencie, by opłakać największą tragedię życia Cherry. Inaczej nie była w stanie tego nazwać. Jedna noc szaleństwa pozbawiła ją dumy.
Może nawet godności.
Z ulgą przyjęła dźwięk dzwonka do drzwi. W takim stanie nie mogła się nikomu pokazać. Co prawda włosy były lekko spalone, miała oparzenia na ramieniu. Rany mogła ukryć pod warstwą ubrań. Podobno nie miała mieć po nich żadnych blizn. Gorzej z włosami. Nie wyobrażała sobie doczepów. Dlatego zwołała rodzinne spotkanie ratunkowe. Tylko ono mogło jej naprawdę pomóc.
— Ile mam na Was czekać? — spytała z wyraźnym zirytowaniem, otwierając drzwi rodzeństwu. Zaraz wyleciała na nich cała zadowolona Koko, merdając ogonem. Zaatakowała zarówno Charlie'ego i Corę, by skoczyć na nich, merdać ogonem i przynosić zabawki. Cherry od razu poszła do środka apartamentu, a na blacie kuchennym stały trzy kieliszki. Szybko zapełniła je tequilą, a sama wypiła własny bez chwili zastanowienia.
— Tnij, Cora — powiedziała surowym tonem, przekazując blondynce nożyczki. Jej wzrok od razu padł na MŁODSZEGO brata — a ty Charlie ją pilnuj — mruknęła do niego z miną pod tytułem, uważaj, bo cię zasztyletuję, jeśli będzie inaczej.
— Pamiętasz, że uratowałam Tobie życie? — kiedy tylko mogła, wypominała to bratu. Teraz głos Cherry brzmiał poważniej, jakby faktycznie mogła zużyć w tym momencie tę kartę — moje włosy muszą być idealne, kobiece i na poziomie pani prezes — powiedziała nerwowym, szybkim głosem, spoglądając w lustro. Zaraz nalała sobie kolejny kieliszek. Nie zniesie upokorzenia, łysej głowy, czy krzywego cięcia.
— Błagam, nie spierdolcie tego — mruknęła finalnie Charity, wzdychając ciężko. Najgorsza, wyolbrzymiona chwila życia właśnie się rozpoczynała.
Ostatnie wydarzenia były jedną, wielką pomyłką. Nie pamiętała, co zdarzyło się, że trafiła do szpitala, ani w jaki sposób powinna na niego zareagować. Szczerze bała się osądu rodziny. Idealna panna Marshall miała podpalone włosy, była pijana, a dodatkowo zjarana. Coś we wychowaniu Charity musiało pójść nie tak, skoro skończyła w taki sposób.
Z tamtego wieczoru pamiętała dobrze jedynie balkon, a później mgła, której nie mogła sobie przypomnieć. Cokolwiek się stało, wolało o tym zapomnieć. Przyszły konsekwencje. Najgorsze w jej życiu, który dotyczyły jej samej. Włosy. Cała duma, którą nosiła, opierała się właśnie na nich. Idealne fale układające się na ramionach. Dodawały jej pewności siebie oraz uroku, kiedy tylko nimi zarzucała.
Z tego powodu odpaliła alarmowy chat rodziny Marshall. Całe, dostępne rodzeństwo musiało znaleźć się w jej apartamencie, by opłakać największą tragedię życia Cherry. Inaczej nie była w stanie tego nazwać. Jedna noc szaleństwa pozbawiła ją dumy.
Może nawet godności.
Z ulgą przyjęła dźwięk dzwonka do drzwi. W takim stanie nie mogła się nikomu pokazać. Co prawda włosy były lekko spalone, miała oparzenia na ramieniu. Rany mogła ukryć pod warstwą ubrań. Podobno nie miała mieć po nich żadnych blizn. Gorzej z włosami. Nie wyobrażała sobie doczepów. Dlatego zwołała rodzinne spotkanie ratunkowe. Tylko ono mogło jej naprawdę pomóc.
— Ile mam na Was czekać? — spytała z wyraźnym zirytowaniem, otwierając drzwi rodzeństwu. Zaraz wyleciała na nich cała zadowolona Koko, merdając ogonem. Zaatakowała zarówno Charlie'ego i Corę, by skoczyć na nich, merdać ogonem i przynosić zabawki. Cherry od razu poszła do środka apartamentu, a na blacie kuchennym stały trzy kieliszki. Szybko zapełniła je tequilą, a sama wypiła własny bez chwili zastanowienia.
— Tnij, Cora — powiedziała surowym tonem, przekazując blondynce nożyczki. Jej wzrok od razu padł na MŁODSZEGO brata — a ty Charlie ją pilnuj — mruknęła do niego z miną pod tytułem, uważaj, bo cię zasztyletuję, jeśli będzie inaczej.
— Pamiętasz, że uratowałam Tobie życie? — kiedy tylko mogła, wypominała to bratu. Teraz głos Cherry brzmiał poważniej, jakby faktycznie mogła zużyć w tym momencie tę kartę — moje włosy muszą być idealne, kobiece i na poziomie pani prezes — powiedziała nerwowym, szybkim głosem, spoglądając w lustro. Zaraz nalała sobie kolejny kieliszek. Nie zniesie upokorzenia, łysej głowy, czy krzywego cięcia.
— Błagam, nie spierdolcie tego — mruknęła finalnie Charity, wzdychając ciężko. Najgorsza, wyolbrzymiona chwila życia właśnie się rozpoczynała.