Small Parts, Dirty Hands
: pt sty 09, 2026 10:45 pm
Warsztat Morton Motors Inc. Był już pusty, ale nie martwy, bo Nyx wciąż kręcił się między boksami, nie spiesząc się ani z wyjściem, ani z gaszeniem świateł, jakby sama myśl o zamknięciu tego miejsca była czymś, czego jeszcze nie chciał dopuścić. Cisza była gęsta, przerywana jedynie brzękiem narzędzi i cichym szumem instalacji, a on, zamiast pakować się do domu, wciąż miał ręce zajęte drobnymi, pozornie nieistotnymi rzeczami — poprawieniem osłony tu, przetarciem czegoś tam, sprawdzeniem jeszcze jednego elementu, który równie dobrze mógł poczekać do rana. Sportowe auto wciąż stało na podnośniku, otwarte, rozebrane bardziej, niż było to konieczne, jakby Nyx potrzebował pretekstu, żeby przy nim zostać. Pracował powoli, niemal celowo przeciągając każdą czynność, a co jakiś czas cicho przeklinał pod nosem, gdy śruba stawiała opór albo gdy narzędzie wyślizgiwało mu się z dłoni.
— No oczywiście… — mruknął cicho, poprawiając chwyt. — Inaczej być nie mogło.
To dłubanie było w gruncie rzeczy zbędne, bo decyzja zapadła już wcześniej, nawet jeśli on sam nie chciał tego jeszcze w pełni przyznać. Wiedział, że ta część jest warta więcej niż cała robota przy tym aucie, wiedział też, że zamiennik, który miał pod ręką, spokojnie wystarczy, by samochód wyjechał z warsztatu bez wzbudzania podejrzeń. Klient dostanie to, za co zapłacił, a on sam — coś, czego nie wpisze się w żaden raport. Zatrzymał się na chwilę, opierając dłonie o rant auta, patrząc na wnętrze komory silnika z tym specyficznym skupieniem, które zawsze towarzyszyło mu w momentach, gdy kalkulował, a nie reagował impulsywnie. W głowie układał już dalszy ciąg — gdzie sprzeda część, komu ją pokaże, ile realnie jest warta i jak szybko zniknie z obiegu, zanim ktokolwiek zacznie zadawać pytania. Czarny rynek był dla niego czymś znanym, niemal banalnym, i to właśnie ta banalność całej sytuacji była najbardziej niepokojąca. Podmiana nie była nerwowa ani chaotyczna. Nyx wyjął oryginalny element z taką samą precyzją, z jaką wyciągał każdy inny, odkładając go na bok, a potem, przeklinając cicho, sięgnął po zamiennik, który — jak sam stwierdził półgłosem — „i tak zrobi robotę”.
— Kurwa… — mruknął, dokręcając ostatnią śrubę. — Wystarczy.
Silnik odpalił równo, bez zająknięcia, co skwitował tylko krótkim westchnięciem, bardziej zmęczonym niż zadowolonym. Oryginalna część trafiła do torby, zabezpieczona, schowana na dnie, jakby nie była niczym więcej niż kolejnym elementem, który przypadkiem znalazł się nie tam, gdzie powinien. Nyx jednak nie zamknął maski od razu. Zamiast tego krążył jeszcze po warsztacie, poprawiał narzędzia, sprawdzał inne samochody, jakby potrzebował jeszcze kilku minut, by wyciszyć to napięcie, które zebrało się w nim w trakcie pracy. Co jakiś czas rzucał krótkie, ciche przekleństwa, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej frustracji, próbując w ten sposób zagłuszyć myśli, które zaczynały wracać do pytania, jak łatwo przyszło mu podjąć tę decyzję. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy był już pewien, że nic więcej nie musi robić, a jednak nadal nie miał ochoty wychodzić, spojrzał na zegar, który bezlitośnie przypominał, że noc zrobiła się późna. Warsztat wciąż był otwarty, światła nadal się paliły, a Nyx stał pośrodku tego wszystkiego z torbą zawierającą coś, co za kilka godzin trafi na czarny rynek, i z poczuciem, że to nie była ani ostatnia taka noc, ani ostatnia taka decyzja.
Mara Lakefield
— No oczywiście… — mruknął cicho, poprawiając chwyt. — Inaczej być nie mogło.
To dłubanie było w gruncie rzeczy zbędne, bo decyzja zapadła już wcześniej, nawet jeśli on sam nie chciał tego jeszcze w pełni przyznać. Wiedział, że ta część jest warta więcej niż cała robota przy tym aucie, wiedział też, że zamiennik, który miał pod ręką, spokojnie wystarczy, by samochód wyjechał z warsztatu bez wzbudzania podejrzeń. Klient dostanie to, za co zapłacił, a on sam — coś, czego nie wpisze się w żaden raport. Zatrzymał się na chwilę, opierając dłonie o rant auta, patrząc na wnętrze komory silnika z tym specyficznym skupieniem, które zawsze towarzyszyło mu w momentach, gdy kalkulował, a nie reagował impulsywnie. W głowie układał już dalszy ciąg — gdzie sprzeda część, komu ją pokaże, ile realnie jest warta i jak szybko zniknie z obiegu, zanim ktokolwiek zacznie zadawać pytania. Czarny rynek był dla niego czymś znanym, niemal banalnym, i to właśnie ta banalność całej sytuacji była najbardziej niepokojąca. Podmiana nie była nerwowa ani chaotyczna. Nyx wyjął oryginalny element z taką samą precyzją, z jaką wyciągał każdy inny, odkładając go na bok, a potem, przeklinając cicho, sięgnął po zamiennik, który — jak sam stwierdził półgłosem — „i tak zrobi robotę”.
— Kurwa… — mruknął, dokręcając ostatnią śrubę. — Wystarczy.
Silnik odpalił równo, bez zająknięcia, co skwitował tylko krótkim westchnięciem, bardziej zmęczonym niż zadowolonym. Oryginalna część trafiła do torby, zabezpieczona, schowana na dnie, jakby nie była niczym więcej niż kolejnym elementem, który przypadkiem znalazł się nie tam, gdzie powinien. Nyx jednak nie zamknął maski od razu. Zamiast tego krążył jeszcze po warsztacie, poprawiał narzędzia, sprawdzał inne samochody, jakby potrzebował jeszcze kilku minut, by wyciszyć to napięcie, które zebrało się w nim w trakcie pracy. Co jakiś czas rzucał krótkie, ciche przekleństwa, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej frustracji, próbując w ten sposób zagłuszyć myśli, które zaczynały wracać do pytania, jak łatwo przyszło mu podjąć tę decyzję. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy był już pewien, że nic więcej nie musi robić, a jednak nadal nie miał ochoty wychodzić, spojrzał na zegar, który bezlitośnie przypominał, że noc zrobiła się późna. Warsztat wciąż był otwarty, światła nadal się paliły, a Nyx stał pośrodku tego wszystkiego z torbą zawierającą coś, co za kilka godzin trafi na czarny rynek, i z poczuciem, że to nie była ani ostatnia taka noc, ani ostatnia taka decyzja.
Mara Lakefield