Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...
: ndz sty 11, 2026 11:43 am
Generalnie wolałbym być gdzieś indziej, te całe snobistyczne bankiety już mi się trochę znudziły, byłem na to za stary, miałem swoich znajomych i swoje plany, ale ojciec jasno dał mi do zrozumienia, że jeśli oleje sprawę to mnie wydziedziczy. Szantaż emocjonalny level milion dosłownie. Więc chcąc nie chcąc musiałem tu być. Miałem nadzieję, że może chociaż Galen będzie i pośmieszkujemy razem jak za starych, dobrych czasów kiedy byliśmy jeszcze gówniarzami, ale chyba miał inne plany, co wcale mnie nie dziwi. Jedno jednak musiałem przyznać - w tym roku całe to snobistyczne towarzystwo przeszło samo siebie, wynajęli cały jebany zamek. Cały, jebany, gotycki zamek na bankiet dla śmietanki towarzyskiej Toronto. Widok zapierał dech w piersiach, sale wyglądały przepięknie, goście mieli eleganckie suknie, idealnie skrojone garnitury i... karnawałowe maski zasłaniające pół twarzy, jak w bajce. Ja też miałem, prostą, ozdobioną kilkoma cekinami, bez szaleństw, żeby nie przeszkadzała w piciu i żebym nie musiał jej ciągle zdejmować.
Najpierw powitanie z piedestału, potem kieliszek szampana na rozruch i ciepły posiłek na dobry początek imprezy, a po części oficjalnej róbta co chceta, w końcu co się wydarzy w murach Casa Loma, zostanie w murach Casa Loma, byliśmy zbyt poważnymi ludźmi, by dzielić się swoimi grzeszkami poza zaufanym gronem. Przy stoliku siedzę z rodzicami i ich przyjaciółmi, jest nas piątka. Plotkują o kimś, kogo nie znam, więc pochylam się mamie nad uchem i szepczę, że idę zapalić. Najpierw jednak kieruję kroki do bufetu, gdzie polewam sobie pełny kieliszek białego wina, chociaż najchętniej zabrałbym od razu całą butelkę. Ściągam maskę idąc kamiennym, szerokim korytarzem, a moje kroki odbijają się uchem od zimnych ścian i nagle widzę ją. O nie, tylko nie to, z naprzeciwka, prosto na mnie zmierza cioteczka Janette, która gnębiła mnie od dziecka, zawsze zadaje milion krępujących pytań, całuje mnie w policzki i klepie po twarzy, jakbym nie skończył jeszcze dwunastu lat. Przez ułamek sekundy chcę uciec, ale jest za późno, już mnie widzi, na próżno zakładać maskę - macha ręką i krzyczy coś w rodzaju juhu! Billy! Chodź tu przywitać się z cioteczką! - a mnie dosłownie miękną kolana. Odwracam się na pięcie i ruszam szybko w drugą stronę, ale pech chce, że wpadam wprost na jakąś zamaskowaną dziewczynę. Zerkam prosto w jej oczy - Wybacz... - przepraszam, a potem bezceremonialnie oblewam jej dekolt swoim winem, mniej więcej w tym samym momencie podchodzi do nas ta stara raszpla i tylko szybki zwód i unik ratuje mnie przed jej szponami, które już wyciąga żeby wytarmosić mnie za policzki - Chodź zatańczyć ze swoją cioteczką - prosi, a ja łapię nieznajomą dziewczynę pod rękę i kręcę głową - Wybacz, Jan, ale dołączę do ciebie później, mieliśmy mały wypadek, jak coś rodzice siedzą przy szóstce - i najpierw powoli ciągnę za sobą dziewczynę, a gdy znikamy cioteczce z oczu, mówię - Jezu, przepraszam, spanikowałem, nie wiedziałem co mam zrobić, obiecuję, że to ogarnę, chodź ze mną do kibla - spróbuję jej to zaprać czy coś, dobrze, że wino było białe a nie czerwone, może nie będzie takiej tragedii.
Charlotte Kovalski
Najpierw powitanie z piedestału, potem kieliszek szampana na rozruch i ciepły posiłek na dobry początek imprezy, a po części oficjalnej róbta co chceta, w końcu co się wydarzy w murach Casa Loma, zostanie w murach Casa Loma, byliśmy zbyt poważnymi ludźmi, by dzielić się swoimi grzeszkami poza zaufanym gronem. Przy stoliku siedzę z rodzicami i ich przyjaciółmi, jest nas piątka. Plotkują o kimś, kogo nie znam, więc pochylam się mamie nad uchem i szepczę, że idę zapalić. Najpierw jednak kieruję kroki do bufetu, gdzie polewam sobie pełny kieliszek białego wina, chociaż najchętniej zabrałbym od razu całą butelkę. Ściągam maskę idąc kamiennym, szerokim korytarzem, a moje kroki odbijają się uchem od zimnych ścian i nagle widzę ją. O nie, tylko nie to, z naprzeciwka, prosto na mnie zmierza cioteczka Janette, która gnębiła mnie od dziecka, zawsze zadaje milion krępujących pytań, całuje mnie w policzki i klepie po twarzy, jakbym nie skończył jeszcze dwunastu lat. Przez ułamek sekundy chcę uciec, ale jest za późno, już mnie widzi, na próżno zakładać maskę - macha ręką i krzyczy coś w rodzaju juhu! Billy! Chodź tu przywitać się z cioteczką! - a mnie dosłownie miękną kolana. Odwracam się na pięcie i ruszam szybko w drugą stronę, ale pech chce, że wpadam wprost na jakąś zamaskowaną dziewczynę. Zerkam prosto w jej oczy - Wybacz... - przepraszam, a potem bezceremonialnie oblewam jej dekolt swoim winem, mniej więcej w tym samym momencie podchodzi do nas ta stara raszpla i tylko szybki zwód i unik ratuje mnie przed jej szponami, które już wyciąga żeby wytarmosić mnie za policzki - Chodź zatańczyć ze swoją cioteczką - prosi, a ja łapię nieznajomą dziewczynę pod rękę i kręcę głową - Wybacz, Jan, ale dołączę do ciebie później, mieliśmy mały wypadek, jak coś rodzice siedzą przy szóstce - i najpierw powoli ciągnę za sobą dziewczynę, a gdy znikamy cioteczce z oczu, mówię - Jezu, przepraszam, spanikowałem, nie wiedziałem co mam zrobić, obiecuję, że to ogarnę, chodź ze mną do kibla - spróbuję jej to zaprać czy coś, dobrze, że wino było białe a nie czerwone, może nie będzie takiej tragedii.
Charlotte Kovalski