Strona 1 z 1

me, jealous? — hahaha — yes

: ndz sty 11, 2026 11:44 pm
autor: Laura Collins
#1
„Wychodzę” rzucone na szybko obojętnym tonem miało być po pierwsze krótkim stwierdzeniem, żeby na nią nie czekał, a po drugie – lekkim odgryzieniem się za jego wyjścia, z których się jej p r z e c i e ż tłumaczyć nie musiał. I tego nie robił. Problem polegał na tym, że Clyde uwielbiał opowiadać Laurze o swoich nocnych podbojach, od modelek po córki prezesów i inne dziane panie, które przy okazji stawały się łatwym celem. Ona podchodziła do tego nieco inaczej. Przede wszystkim zamiast ślicznych modelek, zwykle trafiali jej się faceci wiekiem przekraczającym co najmniej czterdziestkę, którym daleko było wyglądem do miana przystojnych, bo takich mogła zliczyć na palcach jednej dłoni. Mieli za to pieniądze, a o to się głównie rozchodziło.
Mogła mu powiedzieć od razu, że to „wychodzę” miało być przy okazji niewinną akcją. Szybkim łupem poznanym w holu, który sam zaproponował kolację. Ale po co, skoro równie dobrze mogła to przemilczeć, unosząc się zazdrością godną piętnastolatki, która chciała udowodnić, że też mogła spędzić noc z kimś, z kim faktycznie chciała.
Jebać, pomyślała jeszcze zanim faktycznie przekroczyła wyjście z The Ritz-Carlton, w towarzystwie mężczyzny, który przedstawił się jako Lenny Bellinger, co rzecz jasna zamierzała sprawdzić później, na jego dowodzie, a najlepiej karcie płatniczej. Lub kilku.
Jak bardzo durnym pomysłem było umówienie się z człowiekiem, który przebywał w tym samym hotelu, w którym oni zamierzali jeszcze trochę zostać? Bardzo-bardzo-bardzo. Ile razy przeszło jej to przez myśl? Z kilka na pewno. Ale zanim zdała sobie sprawę z tego, co robiła, było już odrobinę za późno. Zaczęła wierzyć w swoje szczęście i jakąś boską opatrzność losu, która za każdym razem ratowała ją od przyłapania na gorącym uczynku. Inteligentna Laura na tą noc najwyraźniej zamieniła umysły z głupią blondynką, którą zwykła grać.
Powrót do hotelu miał być wisienką na torcie, bo od początku wiedziała, na co liczył ten facet. Że ją nakarmi, upije i przeleci. Ona miała inny plan: najeść się, napić dobrego wina, odurzyć go i zwinąć fanty. Nic prostszego, prawda? Zwykła robota. W niewielkiej torebce, którą miała przy sobie, czekało foliowe opakowanie ze sproszkowanymi prochami, które pokonałyby każdego. Wrócili do jego pokoju – numer 156 od razu rzucił jej się w oczy. Jakiś taki… rozmazany?
A potem działo się to, co działo się zwykle; trochę wstępnego całowania, jeszcze więcej wina, zwinięty przez nią portfel i słodka prośba, żeby zamówił jakiś dobry deser na górę, bo zjadłaby dobrą bezę. Czuła, że kręci jej się w głowie. Zbyt mocno jak na wypitą przez nią ilość alkoholu. Nadszedł moment, by na chwilę ulotnić się do łazienki. Przymknęła za sobą drzwi, puściła wodę z kranu i usiadła na toalecie, od razu otwierając torebkę.
Przetrzepała całą zawartość w poszukiwaniu woreczka, który okazał się być…

…kurwa pusty.

Co… — rzuciła do siebie cicho, grzebiąc w środku jeszcze raz, bo pierwsza myśl była taka, że może woreczek się otworzył i wszystko zwyczajnie wyleciało.
Czysto. Żadnego śladu jakiegokolwiek proszku. Tylko pusta torebka. Wtedy do niej dotarło, wtedy połączyła kropki. Te dziwne zawroty głowy, mrowienie dłoni, przyspieszone bicie serca, jakby nagle wciągnęła kilka kresek koki.
Ja… pierdolę… — jęknęła, łapiąc za telefon.
Chciała wstać do lustra, ale opadła z powrotem na klapę od toalety; jak gdyby nogi jej odcięło. Clyde. Wystukała sms-a z taką szybkością, że prawie jej ten telefon wypadł. Trzęsące się palce wcale nie pomagały. Po kilku minutach czekania na odpowiedź czuła się już jak po wydudnionych na strzała kilku kolejkach czystej wódki. Nie widziała nawet w jakie literki trafia. Mrużyła oczy, starając się zobaczyć cokolwiek.
„Gdzie ty kurwa jesteś?”.
Wysłała kolejną wiadomość. I następną. 1576… Miało być 156. Usłyszała pukanie do drzwi. Aż podskoczyła, a razem z nią telefon, który finalnie spadł na kafelki.
— Wszystko w porządku? Czekam. — Męski, ledwo znajomy głos na takim haju zaczynał brzmieć jak diabelska przestroga. Spierdalaj przez okno. Opadła na podłogę, sunąc w kierunku telefonu, a gdy go wreszcie złapała, przez przypadek kliknęła zieloną słuchawkę, od razu się rozłączając.
„nnie odbierrak” – poszedł kolejny sms.
Położyła się na tej podłodze, na plecach, zerkając w stronę okna zasłoniętego zasłonami. Tutaj nawet w kiblu wieszali rzeczy droższe niż jej sukienka. Znajdowali się na jakimś czwartym piętrze.
Walnęła komórkę obok siebie, próbując się podnieść. Karuzela. Jakim cudem, i kiedy, ten gość zdążył ją wykiwać, zanim zrobiła to ona?
„kucxcwa nno… 15&” – napisała, oddychając nierównomiernie.
Dla niej to było jasne – numer 156. Podniosła się do pozycji siedzącej, pokracznie sięgając zamka od drzwi. Przekręciła go.
— Dobra, wyłaź. — Jedno szarpnięcie z zewnątrz, drugie, trzecie. Mocne kopnięcie. — Otwieraj!
Albo Clyde miał ogarnąć, co znaczyło 15&, albo…

Clyde D. Welch

me, jealous? — hahaha — yes

: wt sty 13, 2026 3:45 pm
autor: Clyde D. Welch
dwa
This wasn’t part of the plan.
Nawet mu to pasowało, to jej wychodzę, rzucone gdzieś w eter, jakby zupełnie na to nie zwracał uwagi, ale zwracał. Właśnie wymieniał z Peach kolejne wiadomości i zaprosił ją tutaj, miał jej oddać psa, miał dowiedzieć się co wydarzyło się na Bali, a później może jakiś serial i chwila spokoju?
Zasłużony odpoczynek po tym męczącym tygodniu.
Mógłby zamówić do pokoju szampana i mieć wreszcie chwilę dla siebie, co prawda Laura nie kolidowała wcale z tymi planami na serial i szampana, on już się do tego nawet przyzwyczaił, że blondynka zawsze była gdzieś tam w tle, zawsze obok. Nawet kiedy on wymieniał kolejne pikantne smsy, albo kiedy robił kolejne zdjęcie klaty, żeby wysłać je jakiejś naiwnej idiotce.
Taki przecież mieli układ, on wodził za nos kobiety, którym kolana uginały się pod wpływem jego uśmiechu, ona mężczyzn, którzy długie spojrzenia zawieszali najczęściej na jej dekolcie lub kształtnym tyłku.
Teraz Clyde zawiesił tam wzrok, kiedy ubrana w krótką, dopasowaną sukienkę kierowała się do wyjścia.
- Napisz mi jak będziesz wracała, bo przyjdzie Peach, ta od psa - wszystko jej mówił, wiedziała o każdej jednej panience, którą on w danym momencie urabiał, tak na wypadek gdyby sprawa się sypła, gdyby musiał uciekać z miasta, a ona głowiła się czyja to wina. Chociaż przecież by jej tutaj nie zostawił. I gdyby mu powiedziała, że idzie na akcję, to też by jej tego nie pozwolił robić w pojedynkę.
Ale nie powiedziała mu nic, a on nie chciał zgadywać, czy to randka, wyjście do klubu, żeby się zabawić, czy jeszcze coś innego. Bo czemu miałby się tym interesować? To była jej sprawa, co robiła w wolne weekendy.
Chociaż skręcało go w środku, żeby się dowiedzieć.

Zerknął na telefon, kiedy dostał pierwszą wiadomość. Bo chyba to miał być ten moment, kiedy on w końcu się dowie. Co zaplanowała Laura.
Tylko okazało się, że to nie było wcale takie proste, bo po pierwsze nie rozumiał nic z tych jej wiadomości, a po drugie nie pomagał fakt, że wciąż siedział w apartamencie w towarzystwie brunetki, którą przecież oszukiwał.
Szybko ją spławił, akurat nie grzeszyła inteligencją, dobrze, że była ładna. Tak ładna, że Clyde zawiesił na niej oko na dłużej, kiedy Laura do niego dzwoniła, a on zamykał drzwi za Peach.
Nie odebrał.
A powinien, od razu powinien odebrać i naskoczyć na nią, co ona najlepszego sobie wyobraża.
nnie odbierrak
Co kurwa? Usiadł na kanapie i szybko wszedł w jakąś aplikację na swoim telefonie, dobrze, że kilka miesięcy temu wgrał jej robaka i mógł teraz ją śledzić. Z Laurą było trochę jak z dzieckiem. Dzieckiem, które potrafi kraść, kłamać i oszukiwać na zawołanie, a do tego ma niezłe cycki, ale wciąż jak z dzieckiem.
Była w hotelu.
Zostawiła telefon? Ale przecież do niego pisała.
szybbdko
Zerwał się z miejsca i tylko wciągnął po drodze buty, a potem już wypadł na korytarz. Nie wyglądało mu to dobrze. Po obu stronach rozciągające się drzwi i cichy korytarz, o tej porze spowity już w półmroku.
15&
1576
156
To 156, czy 157? Zatrzymał się między drzwiami od tych pokoi, przesunął palcami po twarzy. Dobra kurwa.
Na czuja, na jakiegoś farta, a może wierząc, że jednak ta pierwsza wiadomość była jeszcze w miarę trzeźwa?
Podniósł rękę i zapukał do drzwi numer 156, najpierw lekko, później mocniej, aż w końcu w nie kopnął.
Stanął przed nim facet w jasnej koszuli, podwijał jej rękawy z pewną nonszalancją. Tylko co teraz miał mu powiedzieć Clyde? Przecież nie zapyta, czy przetrzymuje w łazience jego przyjaciółkę. Zatoczył się i oparł o framugę drzwi, zaglądając do środka.
- Co jest kurwa... to przecież mój pokój - wybełkotał jakby był pijany, nawalony w trzy dupy. Mężczyzna spojrzał na niego i kiedy Clyde chciał wejść do środka, to odepchnął go z jakimś nie wydaje mi się na ustach.
Welchowi też się to nie wydawało, że to jego pokój, za to zaczął mieć jakieś dziwne przeczucie, że może to o to właśnie chodziło Laurze, kiedy udało mu się zajrzeć do środka, damski płaszcz, torebka... Szkoda, że on nigdy nie przykładał za dużej uwagi do tego, co nosiła na sobie Laura.
- Zaraz... Mam gdzieś tutaj kartę - zaczął macać się po kieszeniach, ale facet już zamykał mu drzwi przed nosem - numer 156, wezwę ochronę! - rzucił Clyde i machnął mu przed nosem kartą, która miała zupełnie inny numer. Na tę ochronę jednak gość się jakoś obruszył, wyszedł na korytarz zamykając za sobą drzwi.

Laura Collins

me, jealous? — hahaha — yes

: wt sty 27, 2026 10:17 am
autor: Laura Collins
— Słyszysz?! Otwieraj! — Mężczyzna nie dawał za wygraną, szarpiąc za klamkę przez dłuższą chwilę, zanim za drzwiami zrobiło się podejrzanie cicho.
Przysunęła się bliżej i przyłożyła do nich ucho, starając się coś usłyszeć. Szmery z pokoju mieszały się z dźwiękiem wody, która wciąż płynęła z kranu. Zerknęła na niego, oddychając ciężko. Nagle droga do zlewu wydała się kilometrową wyprawą. Przyłożyła policzek do drzwi raz jeszcze; zatkała sobie dłonią drugie ucho.
Jakiś głos… a może dwa… a może wcale nikt nic nie mówił…
Później miała wrażenie, że gdzieś tam zza drzwi słyszy swój własny głos i aż się wzdrygnęła. Wciągnęła głośno powietrze ustami, raz i drugi. Powoli zaczynała panikować.

Lenny Bellinger wyszedł na korytarz z miną kogoś, komu właśnie przerwano coś bardzo ważnego. Nie miał czasu na takie głupoty, ale przy słowie „ochrona” zapaliła mu się czerwona lampka.
— To nie pana pokój — odburknął. — Zapewniam.
Patrzył na Clyde’a spod przymrużonych powiek, nawet dobrze nie spoglądając na tą kartę, którą mu wymachiwał przed nosem.
— Niepotrzebna ochrona, jesteś człowieku pijany, żegnam.
Złapał za klamkę, z powrotem otwierając drzwi do pokoju 156.

Czuła się tak, jakby serce miało jej zaraz wyskoczyć z piersi, a nierównomierny oddech wcale nie pomagał w jakimkolwiek uspokajaniu. Naprawdę wariowała. Chyba coś słyszała… nie, nikt nic nie mówił… przecież m ó w i ł.
„…zape-w… pokój… wezw-ochro… 156”.
Clyde? — jęknęła cicho pod nosem. Albo to jego głos słyszała, albo tylko sobie wmawiała.
Wymacała telefon leżący na podłodze, trzęsąc się niemiłosiernie. Ten odgłos lecącej z kranu wody doprowadzał ją do szału. Zagryzła wargę do tego stopnia, że ją sobie rozcięła.
Złapała za komórkę, starając się wystukać kolejnego sms-a.
„jessxtm tr… 14 6”.
Zamknęła jedno oko, patrząc na ekran, który wirował tak, że nie była w stanie zobaczyć co właściwie napisała. Oparła się o drzwi, z impetem uderzając w nie głową.
Auć…
„po m cy”.

Przytłumiony odgłos poniósł się po hotelowym pokoju, aż do korytarza. Facet momentalnie skierował wzrok w tamtą stronę, znowu przymykając drzwi.
— Idź pan spać, to nie ten pokój — rzucił jeszcze do Clyde’a i zaczął wchodzić do środka, ewidentnie nie chcąc z nim dyskutować. Ewidentnie się s p i e s z y ł.

Clyde D. Welch