me, jealous? — hahaha — yes
: ndz sty 11, 2026 11:44 pm
#1
Mogła mu powiedzieć od razu, że to „wychodzę” miało być przy okazji niewinną akcją. Szybkim łupem poznanym w holu, który sam zaproponował kolację. Ale po co, skoro równie dobrze mogła to przemilczeć, unosząc się zazdrością godną piętnastolatki, która chciała udowodnić, że też mogła spędzić noc z kimś, z kim faktycznie chciała.
Jebać, pomyślała jeszcze zanim faktycznie przekroczyła wyjście z The Ritz-Carlton, w towarzystwie mężczyzny, który przedstawił się jako Lenny Bellinger, co rzecz jasna zamierzała sprawdzić później, na jego dowodzie, a najlepiej karcie płatniczej. Lub kilku.
Jak bardzo durnym pomysłem było umówienie się z człowiekiem, który przebywał w tym samym hotelu, w którym oni zamierzali jeszcze trochę zostać? Bardzo-bardzo-bardzo. Ile razy przeszło jej to przez myśl? Z kilka na pewno. Ale zanim zdała sobie sprawę z tego, co robiła, było już odrobinę za późno. Zaczęła wierzyć w swoje szczęście i jakąś boską opatrzność losu, która za każdym razem ratowała ją od przyłapania na gorącym uczynku. Inteligentna Laura na tą noc najwyraźniej zamieniła umysły z głupią blondynką, którą zwykła grać.
Powrót do hotelu miał być wisienką na torcie, bo od początku wiedziała, na co liczył ten facet. Że ją nakarmi, upije i przeleci. Ona miała inny plan: najeść się, napić dobrego wina, odurzyć go i zwinąć fanty. Nic prostszego, prawda? Zwykła robota. W niewielkiej torebce, którą miała przy sobie, czekało foliowe opakowanie ze sproszkowanymi prochami, które pokonałyby każdego. Wrócili do jego pokoju – numer 156 od razu rzucił jej się w oczy. Jakiś taki… rozmazany?
A potem działo się to, co działo się zwykle; trochę wstępnego całowania, jeszcze więcej wina, zwinięty przez nią portfel i słodka prośba, żeby zamówił jakiś dobry deser na górę, bo zjadłaby dobrą bezę. Czuła, że kręci jej się w głowie. Zbyt mocno jak na wypitą przez nią ilość alkoholu. Nadszedł moment, by na chwilę ulotnić się do łazienki. Przymknęła za sobą drzwi, puściła wodę z kranu i usiadła na toalecie, od razu otwierając torebkę.
Przetrzepała całą zawartość w poszukiwaniu woreczka, który okazał się być…
— Co… — rzuciła do siebie cicho, grzebiąc w środku jeszcze raz, bo pierwsza myśl była taka, że może woreczek się otworzył i wszystko zwyczajnie wyleciało.
Czysto. Żadnego śladu jakiegokolwiek proszku. Tylko pusta torebka. Wtedy do niej dotarło, wtedy połączyła kropki. Te dziwne zawroty głowy, mrowienie dłoni, przyspieszone bicie serca, jakby nagle wciągnęła kilka kresek koki.
— Ja… pierdolę… — jęknęła, łapiąc za telefon.
Chciała wstać do lustra, ale opadła z powrotem na klapę od toalety; jak gdyby nogi jej odcięło. Clyde. Wystukała sms-a z taką szybkością, że prawie jej ten telefon wypadł. Trzęsące się palce wcale nie pomagały. Po kilku minutach czekania na odpowiedź czuła się już jak po wydudnionych na strzała kilku kolejkach czystej wódki. Nie widziała nawet w jakie literki trafia. Mrużyła oczy, starając się zobaczyć cokolwiek.
„Gdzie ty kurwa jesteś?”.
Wysłała kolejną wiadomość. I następną. 1576… Miało być 156. Usłyszała pukanie do drzwi. Aż podskoczyła, a razem z nią telefon, który finalnie spadł na kafelki.
— Wszystko w porządku? Czekam. — Męski, ledwo znajomy głos na takim haju zaczynał brzmieć jak diabelska przestroga. Spierdalaj przez okno. Opadła na podłogę, sunąc w kierunku telefonu, a gdy go wreszcie złapała, przez przypadek kliknęła zieloną słuchawkę, od razu się rozłączając.
„nnie odbierrak” – poszedł kolejny sms.
Położyła się na tej podłodze, na plecach, zerkając w stronę okna zasłoniętego zasłonami. Tutaj nawet w kiblu wieszali rzeczy droższe niż jej sukienka. Znajdowali się na jakimś czwartym piętrze.
Walnęła komórkę obok siebie, próbując się podnieść. Karuzela. Jakim cudem, i kiedy, ten gość zdążył ją wykiwać, zanim zrobiła to ona?
„kucxcwa nno… 15&” – napisała, oddychając nierównomiernie.
Dla niej to było jasne – numer 156. Podniosła się do pozycji siedzącej, pokracznie sięgając zamka od drzwi. Przekręciła go.
— Dobra, wyłaź. — Jedno szarpnięcie z zewnątrz, drugie, trzecie. Mocne kopnięcie. — Otwieraj!
Albo Clyde miał ogarnąć, co znaczyło 15&, albo…