old ghosts came hunting
: pn sty 12, 2026 7:35 pm
Kto jak kto, ale Damon musiał wiedzieć, że spokój bywał zdradliwy. I nie dlatego, że zapowiadał katastrofę, ale dlatego, że pozwalał zapomnieć o czujności, o nawyku sprawdzania drobnych szczegółów i reagowania na nieznaczne odchylenia od normy, a ostatnie tygodnie właśnie takie były – zbyt przewidywalne, zbyt równe, rutynowe, niemal schematyczne. Bez jakiejkolwiek większej roboty dla Giovanniego, która wymagałaby długiej nieobecności. Dopiero ledwie kilka dni temu Włoch zlecił Koreańczykowi nieco bardziej skomplikowane zadanie, które wymagało od niego ledwie paru dni pracy w terenie, z dala od domu.
Te parę dób absolutnie wystarczyło, by zaszła jkakaś zmiana.
Drzwi od mieszkania nie były zakluczone, ale Senna tak robiła. Mimo świadomości, że Damon ma swój własny klucz, ten sam, który dostał od niej długie miesiące temu, na potwierdzenie tego, że jest w tej przestrzeni w pełni akceptowany, i tak zostawiała mieszkanie otwarte. Ryglowała je dopiero, gdy szła spać, ale to nie była pora, w której zwykle to robiła.
Po przekroczeniu progu również nic nie wykazywało żadnej anomalii. Wszystko stało tam, gdzie zawsze, nienaruszone i nieprzesunięte. Stała, schematyczna norma. Ze wszystkiego tylko cisza mogła wydawać się podejrzana, ale mieszkająca tu pilot też wybierała ciszę ponad wszystko inne. Logicznie więc powinno odrzucić to wszelkie niespokojne odczucia, bo nic nie zapowiadało, że coś mogło być nie tak.
Dopiero kiedy cisza miała się przeciągnąć, pomimo obecności Damona, coś mogło wydać się alarmujące. Szybko też okazało się, że lokatorki nie ma w całym mieszkaniu, a to zaraz wykluczało się z otwartymi drzwiami i brakiem telefonu. Urządzenie po jej stronie było głuche; brak odpowiedzi na otrzymaną jeszcze wczoraj wieczorem wiadomość może nie byłby taki złowróżbny, gdyby nie fakt, że nie została ona nawet odczytana.
I dopiero od świadomości tego, że rezydentki nie ma na miejscu, wszystko co do tej pory wydawało się być normalne, zaczęło nagle odsuwać się od znanej rzeczywistości. Nagle zaczynało okazywać się, że kanapa była minimalnie odsunięta, że roślina na szafce odwrócona nie ta stroną, co zawsze. Były to detale tak drobne, że jeszcze kilka chwil wcześniej nawet Damon pewnie nie zwróciłby na nie uwagi. A teraz jednak wszystko zauważał, a układało się w ciąg, który nie pasował do obrazu spokojnego wyjścia z domu.
W ciągu kilku krótkich chwil obraz ‘wszystko jest w porządku’ zaczął zmieniać się w definicję ‘nic nie jest w porządku’. Bo nic już nie pasowało, odchylenia od normy były już zbyt oczywiste, by je przeoczyć. Ślady z początku tak subtelne, że niewidoczne, nagle zrobiły się ciężkie. I nie mogła to być paranoja – nawet Senna miała swój rytm i swoją rutynę, a także rzeczy, których absolutnie nie robiła. Nigdy nie wychodziła z domu bez jego zamknięcia. I nawet jeśli nie odczytywała wiadomości, bo zdarzyło jej się zasnąć, to robiła to zaraz po przebudzeniu. Poza tym, po uważniejszych oględzinach, nawet jej portfel się znalazł. Ubrania treningowe były nietknięte, co wykluczało wyjście na zajęcia (a poza tym zrezygnowała z nich, bo najadła się wstydu tego jednego razu);
Ostatnia w oczy rzuciła się plama, która nie była widoczna na pierwszy rzut oka. Była ukryta częściowo pod niską szafką, przysłonięta dywanikiem, który ktoś przesunął starannie, zakrywając dowód. Zdecydowanie była to krew. Nie była świeża, bo zdołała już ściemnieć i wsiąknąć w tkaninę. Nie było jej zbyt wiele, na pewno nie jak po masakrze. Ale była. A jej obecność automatycznie wykluczała jakikolwiek logiczny i codzienny punkt odniesienia. Wyjście na trening, spotkanie z sąsiadką, wyjście do sklepu.
Po bliższych oględzinach wyraźnym stało się, że miejscami plama nabierała zbyt regularnego kształtu na zwykłe chlapnięcie. Krople, które rozlewały się po materiale, układały się w coś, co przypominało cyfrę. Nierówną, nieregularną, chaotyczną, faktycznie jak stworzoną przez przypadek. Cztery, które powstało tak po prostu, wśród pociemniałych smug.
Damon Tae
Te parę dób absolutnie wystarczyło, by zaszła jkakaś zmiana.
Drzwi od mieszkania nie były zakluczone, ale Senna tak robiła. Mimo świadomości, że Damon ma swój własny klucz, ten sam, który dostał od niej długie miesiące temu, na potwierdzenie tego, że jest w tej przestrzeni w pełni akceptowany, i tak zostawiała mieszkanie otwarte. Ryglowała je dopiero, gdy szła spać, ale to nie była pora, w której zwykle to robiła.
Po przekroczeniu progu również nic nie wykazywało żadnej anomalii. Wszystko stało tam, gdzie zawsze, nienaruszone i nieprzesunięte. Stała, schematyczna norma. Ze wszystkiego tylko cisza mogła wydawać się podejrzana, ale mieszkająca tu pilot też wybierała ciszę ponad wszystko inne. Logicznie więc powinno odrzucić to wszelkie niespokojne odczucia, bo nic nie zapowiadało, że coś mogło być nie tak.
Dopiero kiedy cisza miała się przeciągnąć, pomimo obecności Damona, coś mogło wydać się alarmujące. Szybko też okazało się, że lokatorki nie ma w całym mieszkaniu, a to zaraz wykluczało się z otwartymi drzwiami i brakiem telefonu. Urządzenie po jej stronie było głuche; brak odpowiedzi na otrzymaną jeszcze wczoraj wieczorem wiadomość może nie byłby taki złowróżbny, gdyby nie fakt, że nie została ona nawet odczytana.
I dopiero od świadomości tego, że rezydentki nie ma na miejscu, wszystko co do tej pory wydawało się być normalne, zaczęło nagle odsuwać się od znanej rzeczywistości. Nagle zaczynało okazywać się, że kanapa była minimalnie odsunięta, że roślina na szafce odwrócona nie ta stroną, co zawsze. Były to detale tak drobne, że jeszcze kilka chwil wcześniej nawet Damon pewnie nie zwróciłby na nie uwagi. A teraz jednak wszystko zauważał, a układało się w ciąg, który nie pasował do obrazu spokojnego wyjścia z domu.
W ciągu kilku krótkich chwil obraz ‘wszystko jest w porządku’ zaczął zmieniać się w definicję ‘nic nie jest w porządku’. Bo nic już nie pasowało, odchylenia od normy były już zbyt oczywiste, by je przeoczyć. Ślady z początku tak subtelne, że niewidoczne, nagle zrobiły się ciężkie. I nie mogła to być paranoja – nawet Senna miała swój rytm i swoją rutynę, a także rzeczy, których absolutnie nie robiła. Nigdy nie wychodziła z domu bez jego zamknięcia. I nawet jeśli nie odczytywała wiadomości, bo zdarzyło jej się zasnąć, to robiła to zaraz po przebudzeniu. Poza tym, po uważniejszych oględzinach, nawet jej portfel się znalazł. Ubrania treningowe były nietknięte, co wykluczało wyjście na zajęcia (a poza tym zrezygnowała z nich, bo najadła się wstydu tego jednego razu);
Ostatnia w oczy rzuciła się plama, która nie była widoczna na pierwszy rzut oka. Była ukryta częściowo pod niską szafką, przysłonięta dywanikiem, który ktoś przesunął starannie, zakrywając dowód. Zdecydowanie była to krew. Nie była świeża, bo zdołała już ściemnieć i wsiąknąć w tkaninę. Nie było jej zbyt wiele, na pewno nie jak po masakrze. Ale była. A jej obecność automatycznie wykluczała jakikolwiek logiczny i codzienny punkt odniesienia. Wyjście na trening, spotkanie z sąsiadką, wyjście do sklepu.
Po bliższych oględzinach wyraźnym stało się, że miejscami plama nabierała zbyt regularnego kształtu na zwykłe chlapnięcie. Krople, które rozlewały się po materiale, układały się w coś, co przypominało cyfrę. Nierówną, nieregularną, chaotyczną, faktycznie jak stworzoną przez przypadek. Cztery, które powstało tak po prostu, wśród pociemniałych smug.
Damon Tae