snow starts to go, crashes steal the show
: śr sty 14, 2026 12:42 am
Nie oszukujmy się - marzeniem każdego małego chłopca była jakaś super fura. Wyidealizowana, błyszcząca, często piekielnie droga i bardzo poza zasięgiem, nawet gdy owy chłopiec wchodził już w dorosłe życie i zaczynał zarabiać. Joel nie był inny, z tą różnicą, że odkąd przeprowadził się do Toronto i podpisał kontrakt z Toronto Raptors, to było go stać na nie jeden samochód z dziecięcych marzeń, a co najmniej kilka.
Jechał więc teraz swoim nowiutkim porsche panamera w sportowej wersji. Czarny lakier błyszczał tak mocno, jakby grupa ludzi całą noc siedziała w garażu i na zmianę go polerowała różnymi fancy kosmetykami, ale nie to wprawiało bruneta w największy zachwyt, a jego środek. Ciemnowiśniowe fotele kubełkowe i wstawki na plastikach robiły robotę. Wszystko pachniało jeszcze nowością, czego Joel nie zamierzał, póki co, maskować żadnym odświeżaczem, napawając się autem, na które czekał długie, dłuuugie miesiące. Ale tak to już było, gdy chciało się zamówić swoją, niepowtarzalną konfigurację, zamiast auta dostępnego od ręki.
Z głośników leciał Kanye West z czasów swojej świetności, a Delaney bez pośpiechu przemieszczał się po mieście, mrucząc pod nosem tekst piosenki. Gdyby nie gęsty śnieg, który sypał nieprzerwanie od wczoraj, byłby idealny dzień na przejażdżkę. Jednak w obecnej sytuacji, brunet najchętniej nie wychodziłby ze swojego mieszkania, ale niestety - obowiązki go wzywały.
Parę razy zdążył się już przekonać, że na ulicach było bardziej ślisko, niż mogłoby się początkowo wydawać. Firmy porządkujące miasto nie nadążały zgarniać zalegającego puchu, którego z każdą minutą jeszcze przybywało. Ach, zima.
Sygnalizacja świetlna zaświeciła się na zielono, a ciąg samochodów powoli ruszył przed siebie. Szło to wyjątkowo wolno i miał wątpliwości, czy uda mu się przejechać w tej turze, które niestety zaraz okazały się prawdziwe. Światło zmieniło się na żółte, a w obecnych warunkach, Joel od razu zaczął powoli hamować, nie dociskając mocniej pedału gazu, jak to zwykle miał w zwyczaju. Był nawet z siebie dumny, że tak się zachował, ale jego zadowolenie nie trwało długo. Krótko po tym usłyszał klakson, a następnie uderzenie, które szarpnęło całym porsche. Odruchowo popatrzył w lusterko wsteczne i zobaczył, że auto za nim znajduje się zdecydowanie zbyt blisko, a za kierownicą siedzi jakaś kobieta.
- Kurwa mać! - ze złością uderzył dłońmi w kierownicę, by następnie zamaszystym, nerwowym ruchem odpiąć pas bezpieczeństwa. Wysiadł z auta i od razu powędrował na tył, nie zważając na to, że stali na środku ulicy, a dookoła nich dalej toczyło się życie.
Spojrzał na swój uszkodzony zderzak i palcami obydwu dłoni przeczesał ciemne, kręcone kosmyki włosów, biegnąc nimi aż do karku, gdzie splótł je na moment, szeroko rozstawiając łokcie na boki. `Miał to auto dwa tygodnie. DWA. I to wystarczyło, żeby jakaś pinda wjechała mu w dupę.
A propos…
Z wściekłością wymalowaną na twarzy odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi od strony kierowcy w samochodzie za nim.
- Jak jeździsz do chuja?! - nawet nie próbował się hamować. Doskonale pamiętał, ile czekał aż to auto wyjedzie z salonu. - Słyszałaś kiedyś o czymś takim jak bezpieczny odstęp? Hmm? - kontynuował, ani trochę nie przejmując się blondynką i tym, czy takie wrzeszczenie na ulicy było odpowiednie. Targały nim tak silne emocje, że gdyby miał coś odpowiedniego pod ręką, to pewnie by w to uderzył.
Mindy Montague
Jechał więc teraz swoim nowiutkim porsche panamera w sportowej wersji. Czarny lakier błyszczał tak mocno, jakby grupa ludzi całą noc siedziała w garażu i na zmianę go polerowała różnymi fancy kosmetykami, ale nie to wprawiało bruneta w największy zachwyt, a jego środek. Ciemnowiśniowe fotele kubełkowe i wstawki na plastikach robiły robotę. Wszystko pachniało jeszcze nowością, czego Joel nie zamierzał, póki co, maskować żadnym odświeżaczem, napawając się autem, na które czekał długie, dłuuugie miesiące. Ale tak to już było, gdy chciało się zamówić swoją, niepowtarzalną konfigurację, zamiast auta dostępnego od ręki.
Z głośników leciał Kanye West z czasów swojej świetności, a Delaney bez pośpiechu przemieszczał się po mieście, mrucząc pod nosem tekst piosenki. Gdyby nie gęsty śnieg, który sypał nieprzerwanie od wczoraj, byłby idealny dzień na przejażdżkę. Jednak w obecnej sytuacji, brunet najchętniej nie wychodziłby ze swojego mieszkania, ale niestety - obowiązki go wzywały.
Parę razy zdążył się już przekonać, że na ulicach było bardziej ślisko, niż mogłoby się początkowo wydawać. Firmy porządkujące miasto nie nadążały zgarniać zalegającego puchu, którego z każdą minutą jeszcze przybywało. Ach, zima.
Sygnalizacja świetlna zaświeciła się na zielono, a ciąg samochodów powoli ruszył przed siebie. Szło to wyjątkowo wolno i miał wątpliwości, czy uda mu się przejechać w tej turze, które niestety zaraz okazały się prawdziwe. Światło zmieniło się na żółte, a w obecnych warunkach, Joel od razu zaczął powoli hamować, nie dociskając mocniej pedału gazu, jak to zwykle miał w zwyczaju. Był nawet z siebie dumny, że tak się zachował, ale jego zadowolenie nie trwało długo. Krótko po tym usłyszał klakson, a następnie uderzenie, które szarpnęło całym porsche. Odruchowo popatrzył w lusterko wsteczne i zobaczył, że auto za nim znajduje się zdecydowanie zbyt blisko, a za kierownicą siedzi jakaś kobieta.
- Kurwa mać! - ze złością uderzył dłońmi w kierownicę, by następnie zamaszystym, nerwowym ruchem odpiąć pas bezpieczeństwa. Wysiadł z auta i od razu powędrował na tył, nie zważając na to, że stali na środku ulicy, a dookoła nich dalej toczyło się życie.
Spojrzał na swój uszkodzony zderzak i palcami obydwu dłoni przeczesał ciemne, kręcone kosmyki włosów, biegnąc nimi aż do karku, gdzie splótł je na moment, szeroko rozstawiając łokcie na boki. `Miał to auto dwa tygodnie. DWA. I to wystarczyło, żeby jakaś pinda wjechała mu w dupę.
A propos…
Z wściekłością wymalowaną na twarzy odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi od strony kierowcy w samochodzie za nim.
- Jak jeździsz do chuja?! - nawet nie próbował się hamować. Doskonale pamiętał, ile czekał aż to auto wyjedzie z salonu. - Słyszałaś kiedyś o czymś takim jak bezpieczny odstęp? Hmm? - kontynuował, ani trochę nie przejmując się blondynką i tym, czy takie wrzeszczenie na ulicy było odpowiednie. Targały nim tak silne emocje, że gdyby miał coś odpowiedniego pod ręką, to pewnie by w to uderzył.
Mindy Montague