the man in the fucking white hat
: śr sty 14, 2026 1:58 pm
05.
Maurice Santana wygrażał z kanapy trenerowi Sirianniemu, który na ekranie telewizora właśnie tłumaczył się wszystkim kibicom Eagles z druzgocącej porażki w pierwszej rundzie playoffów.
To był pierwszy wieczór od bardzo, bardzo dawna, który przyszło mu spędzić w zaciszu swojego mieszkania. Po tym, jak pod koniec roku Dante Boucher wrócił wreszcie do miasta, pracował właściwie nieustannie. I to po obu stronach barykady. Okazało się bowiem, że udaremnieniem napadu na Albę zdobył kilka punktów dla obydwu zespołów. Butcher ze Śródmieścia – w akcie wdzięczności – powierzył mu ochronę nad bezpieczeństwem całej grupy (a nie tylko swoim, jak dotychczas), natomiast jego przełożeni z agencji byli pod wrażeniem zimnej krwi, którą zachował, stając oko w oko z sicario Ojedów i nieco poluźnili smycz, na której wprowadzili go do przestępczego półświatka Toronto. Moe Stakes zajmował się więc na co dzień tropieniem poszlak związanych z napadem na Albę, a także konsekwentnie poszerzał swoją wiedzę o zakulisowych mechanizmach działania narkotykowej szajki Bouchera. W końcu nic nie otwiera drzwi tak szeroko jak wdzięczność za uratowanie życia komuś bliskiemu.
No chyba, że pestka kalibru dwanaście ze strzelby przytulonej do ich zamka.
Ten wolny wieczór nie był mu tylko pierwszym od dawna, ale i okropnie potrzebnym. Santana, łagodnie mówiąc, nie znajdował się w najlepszej kondycji. Zbliżał się już do dwudziestej drugiej wiosny, odkąd zaczął żyć naprawdę szybko i ta intensywność coraz częściej mu o tym przypominała. Nie chodziło jednak o to, że czasem pobolewały go plecy, ten zoperowany triceps, którego nigdy do końca nie wygoił albo że miewał migreny; to emocjonalny bagaż grania „na dwa fronty” stawał się coraz cięższy i cięższy, i coraz śmielej odciskał piętno na jego codziennym funkcjonowaniu. Moe sypiał coraz gorzej, chętniej sięgał po alkohol (choć uczciwie trzeba przyznać, że zamienił drogą whisky z rezydencji Boucherów na tanie piwo) i jadał co popadnie, a w dodatku przepalał pieniądze u internetowych bukmacherów i trochę łatwiej ulegał urokom kobiet, w których towarzystwie czas spędzał jego szef czy wspólnicy. Ale to nie kilka dodatkowych kilogramów było problemem – problemem były krótkie stany lękowe, zalążki paranoi i pierwsze usterki pamięci, od której sprawności tak naprawdę zależało jego życie. Tymczasowo chodziło jeszcze o bzdury w stylu zapomnianych kluczy albo słów sprzed pięciu minut, a poza tym zdarzało się to naprawdę bardzo rzadko, ale powoli stawało się jasne, że Santana zaczynał igrać z ogniem. I chociaż zdawał sobie z tego sprawę, to jeszcze nie chciał panikować. W końcu było jeszcze tak wiele do ugrania.
Kolejny mecz miał się zacząć jakieś pół godziny później, a Moe postanowił wykorzystać tę krótką przerwę w byciujaskiniowcem stereotypowym mężczyzną na zamówienie jedzenia i prysznic. Siedzenie na kanapie go zmęczyło i kolejną potyczkę zamierzał obejrzeć z sypialni, a ponieważ brzydził się wchodzić do łóżka bez kąpieli (to nic, że nie zrobił zupełnie nic), to wszystko ułożył tak, aby dostawca przywiózł mu pizzę i świeży sześciopak już po pierwszym kopnięciu. Nic dziwnego zatem, że kiedy dzwonek do drzwi zadzwonił już w momencie, w którym dopiero zmywał z twarzy piankę do golenia, Santana poważnie się najeżył. Minęło co prawda znacznie więcej niż półtora kwadransa, odkąd zamknął za sobą drzwi do łazienki, ale aplikacja śledząca dostawcę podpowiadała, że ten dopiero czekał na placek pod knajpą, więc to zdecydowanie nie mogło być jedzenie. Sytuacja była przejmująca tym bardziej, że jego dokładny adres znała zaledwie garstka osób – jego agent prowadzący z DEA, Dante i jego najbliższy przyboczny w grupie, a także Alba, Doug i najwyżej jedna albo dwie dziewczyny, z którymi spał w ostatnich kilku dniach. Poza tym był bardzo „higieniczny” i po zakończeniu swojej pracy dla gangu Bouchera po prostu „znikał w noc”. Na szali leżało przecież jego bezpieczeństwo i nie mógł sobie pozwolić na to, żeby ktoś mógł mu zagrozić właśnie tu. Zamiast prosto do drzwi, czmychnął najpierw do sypialni. Oprócz pistoletu, który trzymał w szufladzie nocnej szafki, stał tam jeszcze laptop, z którego miał podgląd na obraz kamery, zamontowanej w wizjerze drzwi wejściowych do mieszkania. Jak na złość – światło w korytarzu zdawało się odmówić posłuszeństwa i jedynie blada poświata ustawionych na zewnątrz latarni umożliwiała dopatrzenie się jakiegoś szczegółu w sylwetce stojącej po drugiej stronie postaci, ale mimo to – Moe szybko odgadł rebus. I sam nie wiedział, co z tym zrobić. W innych warunkach szerokokątny obiektyw pozwoliłby mu dostrzec, czy Alba przyszła sama, czy była z kimś; albo przynajmniej z jej twarzy odgadnąć emocje towarzyszące naciskaniu dzwonka (brzęczek w mieszkaniu właśnie rozbrzmiał drugi raz), ale o tym nie było mowy. W te styczniowe mrozy nie pozwalały o sobie zapomnieć szalik z czapką, a nawet okulary przeciwsłoneczne nie były czymś niecodziennym. W końcu nawet najbardziej doświadczeni kierowcy miewają problemy z zimowym słońcem. Cokolwiek tu robiła – prawdopodobnie nie powinien otwierać jej drzwi. Ale uznał, że nie miał innego wyboru.
Zanim nacisnęła przycisk po raz trzeci, Santana wciągnął dresowe spodnie, a potem sięgnął po pistolet i trzymając go za plecami, ostrożnie zbliżył się do progu. Tym razem starał się czegoś dosłyszeć – szeptu, drugiego oddechu, innych kroków; niestety – jak na złość dotarło do niego tylko przekleństwo, a potem rytmiczny stukot obcasa po posadzce korytarza. Wtedy otworzył drzwi.
– Ej, zaczekaj! – Rzucił za nią, wychylając się za próg. Nie spoglądał jednak w jej stronę, tylko energicznie rozglądał się po korytarzu, ciągle spodziewając się towarzystwa albo nawet i ciosu. – No dalej, nie będę czekać w nieskończoność na tym zimnie – dodał z charakterystyczną, znudzoną manierą w głosie, gdy już na jej oczach zabezpieczał broń (było ciemno, ale kształt pistoletu był wystarczająco wyrazisty, żeby go rozpoznala), a pospieszającymi kiwnięciami głową wciągał ją do środka już nawet wtedy, kiedy przechodziła przez próg. Moe jeszcze raz wyjrzał na korytarz, a potem zamknął zamek i dopiero wtedy się odezwał, obrzucając ją pytającym spojrzeniem. – Co się stało?
Alba Boucher
Maurice Santana wygrażał z kanapy trenerowi Sirianniemu, który na ekranie telewizora właśnie tłumaczył się wszystkim kibicom Eagles z druzgocącej porażki w pierwszej rundzie playoffów.
To był pierwszy wieczór od bardzo, bardzo dawna, który przyszło mu spędzić w zaciszu swojego mieszkania. Po tym, jak pod koniec roku Dante Boucher wrócił wreszcie do miasta, pracował właściwie nieustannie. I to po obu stronach barykady. Okazało się bowiem, że udaremnieniem napadu na Albę zdobył kilka punktów dla obydwu zespołów. Butcher ze Śródmieścia – w akcie wdzięczności – powierzył mu ochronę nad bezpieczeństwem całej grupy (a nie tylko swoim, jak dotychczas), natomiast jego przełożeni z agencji byli pod wrażeniem zimnej krwi, którą zachował, stając oko w oko z sicario Ojedów i nieco poluźnili smycz, na której wprowadzili go do przestępczego półświatka Toronto. Moe Stakes zajmował się więc na co dzień tropieniem poszlak związanych z napadem na Albę, a także konsekwentnie poszerzał swoją wiedzę o zakulisowych mechanizmach działania narkotykowej szajki Bouchera. W końcu nic nie otwiera drzwi tak szeroko jak wdzięczność za uratowanie życia komuś bliskiemu.
Ten wolny wieczór nie był mu tylko pierwszym od dawna, ale i okropnie potrzebnym. Santana, łagodnie mówiąc, nie znajdował się w najlepszej kondycji. Zbliżał się już do dwudziestej drugiej wiosny, odkąd zaczął żyć naprawdę szybko i ta intensywność coraz częściej mu o tym przypominała. Nie chodziło jednak o to, że czasem pobolewały go plecy, ten zoperowany triceps, którego nigdy do końca nie wygoił albo że miewał migreny; to emocjonalny bagaż grania „na dwa fronty” stawał się coraz cięższy i cięższy, i coraz śmielej odciskał piętno na jego codziennym funkcjonowaniu. Moe sypiał coraz gorzej, chętniej sięgał po alkohol (choć uczciwie trzeba przyznać, że zamienił drogą whisky z rezydencji Boucherów na tanie piwo) i jadał co popadnie, a w dodatku przepalał pieniądze u internetowych bukmacherów i trochę łatwiej ulegał urokom kobiet, w których towarzystwie czas spędzał jego szef czy wspólnicy. Ale to nie kilka dodatkowych kilogramów było problemem – problemem były krótkie stany lękowe, zalążki paranoi i pierwsze usterki pamięci, od której sprawności tak naprawdę zależało jego życie. Tymczasowo chodziło jeszcze o bzdury w stylu zapomnianych kluczy albo słów sprzed pięciu minut, a poza tym zdarzało się to naprawdę bardzo rzadko, ale powoli stawało się jasne, że Santana zaczynał igrać z ogniem. I chociaż zdawał sobie z tego sprawę, to jeszcze nie chciał panikować. W końcu było jeszcze tak wiele do ugrania.
Kolejny mecz miał się zacząć jakieś pół godziny później, a Moe postanowił wykorzystać tę krótką przerwę w byciu
Zanim nacisnęła przycisk po raz trzeci, Santana wciągnął dresowe spodnie, a potem sięgnął po pistolet i trzymając go za plecami, ostrożnie zbliżył się do progu. Tym razem starał się czegoś dosłyszeć – szeptu, drugiego oddechu, innych kroków; niestety – jak na złość dotarło do niego tylko przekleństwo, a potem rytmiczny stukot obcasa po posadzce korytarza. Wtedy otworzył drzwi.
– Ej, zaczekaj! – Rzucił za nią, wychylając się za próg. Nie spoglądał jednak w jej stronę, tylko energicznie rozglądał się po korytarzu, ciągle spodziewając się towarzystwa albo nawet i ciosu. – No dalej, nie będę czekać w nieskończoność na tym zimnie – dodał z charakterystyczną, znudzoną manierą w głosie, gdy już na jej oczach zabezpieczał broń (było ciemno, ale kształt pistoletu był wystarczająco wyrazisty, żeby go rozpoznala), a pospieszającymi kiwnięciami głową wciągał ją do środka już nawet wtedy, kiedy przechodziła przez próg. Moe jeszcze raz wyjrzał na korytarz, a potem zamknął zamek i dopiero wtedy się odezwał, obrzucając ją pytającym spojrzeniem. – Co się stało?
Alba Boucher