Strona 1 z 1

the man in the fucking white hat

: śr sty 14, 2026 1:58 pm
autor: Maurice Santana
05.

Maurice Santana wygrażał z kanapy trenerowi Sirianniemu, który na ekranie telewizora właśnie tłumaczył się wszystkim kibicom Eagles z druzgocącej porażki w pierwszej rundzie playoffów.
To był pierwszy wieczór od bardzo, bardzo dawna, który przyszło mu spędzić w zaciszu swojego mieszkania. Po tym, jak pod koniec roku Dante Boucher wrócił wreszcie do miasta, pracował właściwie nieustannie. I to po obu stronach barykady. Okazało się bowiem, że udaremnieniem napadu na Albę zdobył kilka punktów dla obydwu zespołów. Butcher ze Śródmieścia – w akcie wdzięczności – powierzył mu ochronę nad bezpieczeństwem całej grupy (a nie tylko swoim, jak dotychczas), natomiast jego przełożeni z agencji byli pod wrażeniem zimnej krwi, którą zachował, stając oko w oko z sicario Ojedów i nieco poluźnili smycz, na której wprowadzili go do przestępczego półświatka Toronto. Moe Stakes zajmował się więc na co dzień tropieniem poszlak związanych z napadem na Albę, a także konsekwentnie poszerzał swoją wiedzę o zakulisowych mechanizmach działania narkotykowej szajki Bouchera. W końcu nic nie otwiera drzwi tak szeroko jak wdzięczność za uratowanie życia komuś bliskiemu.
No chyba, że pestka kalibru dwanaście ze strzelby przytulonej do ich zamka.
Ten wolny wieczór nie był mu tylko pierwszym od dawna, ale i okropnie potrzebnym. Santana, łagodnie mówiąc, nie znajdował się w najlepszej kondycji. Zbliżał się już do dwudziestej drugiej wiosny, odkąd zaczął żyć naprawdę szybko i ta intensywność coraz częściej mu o tym przypominała. Nie chodziło jednak o to, że czasem pobolewały go plecy, ten zoperowany triceps, którego nigdy do końca nie wygoił albo że miewał migreny; to emocjonalny bagaż grania „na dwa fronty” stawał się coraz cięższy i cięższy, i coraz śmielej odciskał piętno na jego codziennym funkcjonowaniu. Moe sypiał coraz gorzej, chętniej sięgał po alkohol (choć uczciwie trzeba przyznać, że zamienił drogą whisky z rezydencji Boucherów na tanie piwo) i jadał co popadnie, a w dodatku przepalał pieniądze u internetowych bukmacherów i trochę łatwiej ulegał urokom kobiet, w których towarzystwie czas spędzał jego szef czy wspólnicy. Ale to nie kilka dodatkowych kilogramów było problemem – problemem były krótkie stany lękowe, zalążki paranoi i pierwsze usterki pamięci, od której sprawności tak naprawdę zależało jego życie. Tymczasowo chodziło jeszcze o bzdury w stylu zapomnianych kluczy albo słów sprzed pięciu minut, a poza tym zdarzało się to naprawdę bardzo rzadko, ale powoli stawało się jasne, że Santana zaczynał igrać z ogniem. I chociaż zdawał sobie z tego sprawę, to jeszcze nie chciał panikować. W końcu było jeszcze tak wiele do ugrania.
Kolejny mecz miał się zacząć jakieś pół godziny później, a Moe postanowił wykorzystać tę krótką przerwę w byciu jaskiniowcem stereotypowym mężczyzną na zamówienie jedzenia i prysznic. Siedzenie na kanapie go zmęczyło i kolejną potyczkę zamierzał obejrzeć z sypialni, a ponieważ brzydził się wchodzić do łóżka bez kąpieli (to nic, że nie zrobił zupełnie nic), to wszystko ułożył tak, aby dostawca przywiózł mu pizzę i świeży sześciopak już po pierwszym kopnięciu. Nic dziwnego zatem, że kiedy dzwonek do drzwi zadzwonił już w momencie, w którym dopiero zmywał z twarzy piankę do golenia, Santana poważnie się najeżył. Minęło co prawda znacznie więcej niż półtora kwadransa, odkąd zamknął za sobą drzwi do łazienki, ale aplikacja śledząca dostawcę podpowiadała, że ten dopiero czekał na placek pod knajpą, więc to zdecydowanie nie mogło być jedzenie. Sytuacja była przejmująca tym bardziej, że jego dokładny adres znała zaledwie garstka osób – jego agent prowadzący z DEA, Dante i jego najbliższy przyboczny w grupie, a także Alba, Doug i najwyżej jedna albo dwie dziewczyny, z którymi spał w ostatnich kilku dniach. Poza tym był bardzo „higieniczny” i po zakończeniu swojej pracy dla gangu Bouchera po prostu „znikał w noc”. Na szali leżało przecież jego bezpieczeństwo i nie mógł sobie pozwolić na to, żeby ktoś mógł mu zagrozić właśnie tu. Zamiast prosto do drzwi, czmychnął najpierw do sypialni. Oprócz pistoletu, który trzymał w szufladzie nocnej szafki, stał tam jeszcze laptop, z którego miał podgląd na obraz kamery, zamontowanej w wizjerze drzwi wejściowych do mieszkania. Jak na złość – światło w korytarzu zdawało się odmówić posłuszeństwa i jedynie blada poświata ustawionych na zewnątrz latarni umożliwiała dopatrzenie się jakiegoś szczegółu w sylwetce stojącej po drugiej stronie postaci, ale mimo to – Moe szybko odgadł rebus. I sam nie wiedział, co z tym zrobić. W innych warunkach szerokokątny obiektyw pozwoliłby mu dostrzec, czy Alba przyszła sama, czy była z kimś; albo przynajmniej z jej twarzy odgadnąć emocje towarzyszące naciskaniu dzwonka (brzęczek w mieszkaniu właśnie rozbrzmiał drugi raz), ale o tym nie było mowy. W te styczniowe mrozy nie pozwalały o sobie zapomnieć szalik z czapką, a nawet okulary przeciwsłoneczne nie były czymś niecodziennym. W końcu nawet najbardziej doświadczeni kierowcy miewają problemy z zimowym słońcem. Cokolwiek tu robiła – prawdopodobnie nie powinien otwierać jej drzwi. Ale uznał, że nie miał innego wyboru.
Zanim nacisnęła przycisk po raz trzeci, Santana wciągnął dresowe spodnie, a potem sięgnął po pistolet i trzymając go za plecami, ostrożnie zbliżył się do progu. Tym razem starał się czegoś dosłyszeć – szeptu, drugiego oddechu, innych kroków; niestety – jak na złość dotarło do niego tylko przekleństwo, a potem rytmiczny stukot obcasa po posadzce korytarza. Wtedy otworzył drzwi.
Ej, zaczekaj! – Rzucił za nią, wychylając się za próg. Nie spoglądał jednak w jej stronę, tylko energicznie rozglądał się po korytarzu, ciągle spodziewając się towarzystwa albo nawet i ciosu. – No dalej, nie będę czekać w nieskończoność na tym zimnie – dodał z charakterystyczną, znudzoną manierą w głosie, gdy już na jej oczach zabezpieczał broń (było ciemno, ale kształt pistoletu był wystarczająco wyrazisty, żeby go rozpoznala), a pospieszającymi kiwnięciami głową wciągał ją do środka już nawet wtedy, kiedy przechodziła przez próg. Moe jeszcze raz wyjrzał na korytarz, a potem zamknął zamek i dopiero wtedy się odezwał, obrzucając ją pytającym spojrzeniem. – Co się stało?

Alba Boucher

the man in the fucking white hat

: sob sty 17, 2026 12:01 pm
autor: Alba Boucher
05. outfit tw: przemoc
Jadąc taksówką, powstrzymywała z trudem cisnące się do oczu łzy, w milczeniu słuchała płynącej z radia melancholijnej piosenki, a zza ciemnych okularów obserwowała otoczenie i samego kierowcę, bo wiedziała, że tego typu samotne wypady nie były do końca rozsądnym wyborem. Ale nie sądziła, by starszy mężczyzna, który kierował pojazdem, wystukując przy tym palcami rytm melodii - mógł ją znać czy chociażby rozpoznać, a tym bardziej nie uznała go za jakiekolwiek zagrożenie.
Zagrożenie zostawiła za sobą w ogromnej willi, z której kilkadziesiąt minut temu wybiegła w popłochu, nie będąc pewną czego mogła się spodziewać po Dante, gdy ewidentnie kierowała nim furia, w którą niespodziewanie wpadł tuż po tym, jak wrócił do domu tego wieczora. Należy nadmienić, że Alba po raz pierwszy odważyła się od niego uciec po tego typu sytuacji, ponieważ w każdym z poprzednich przypadków pozostawała ze swoim oprawcą, przyjmując jego skruchę wraz z zapewnieniem o jego miłości, zaangażowaniu i o tym, że nigdy więcej tego nie zrobi… Dante Boucher miał wiele wad, ale z jej punktu widzenia istniała jedna, najgorsza - obsesja na jej punkcie. Ilekroć widziała jego obsesyjną zazdrość, tak chwilę temu w ich wspólnej sypialni doświadczyła nowej, nieznanej sobie dotąd porcji gniewu, która odbiła się na niej nie tylko psychicznie, ale niestety również fizycznie. Całe zmęczenie z ostatnich dni przestało mieć znaczenie - to zmęczenie, które nawarstwiało się w niej od momentu, w którym Boucher wrócił do miasta po swojej przedłużającej się nieobecności, która jej była wówczas bardzo na rękę. W całokształcie wszystkich zdarzeń i problemów, które miały miejsce od tamtego pamiętnego ataku w restauracji, to jednak obecność męża wprawiała ją w największe przerażenie i niepewność, Boucher nadal wzbudzał w niej strach i obrzydzenie, a chęć ucieczki kusiła jeszcze bardziej, gdy był blisko. Musiała jednak wrócić do udawania przykładnej żony, robiąc dobrą minę do złej gry, podczas, gdy Dante był podejrzliwy wobec wszystkich w kontekście nieudanego ataku na jego życie - i była skłonna sądzić, że ona w jakiś sposób również znajdowała się na liście podejrzanych. To dlatego spełnianie małżeńskich powinności stawało się jeszcze trudniejsze: mężczyzna bywał brutalniejszy i niecierpliwy, nadal traktował ją jak swoją własność, za którą tęsknił na tym przymusowym wygnaniu i ochoczo nadrabiał stracony czas. Alba natomiast częściej sięgała po środki uspakajające, wieczorami po swoje ulubione wino - ale sen niestety wciąż nie przychodził, a przecież miała na głowie jeszcze swoje rodzeństwo oraz kobiety, których kolejny transport miał pojawić się na dniach. Paradoksalnie do ataku miała więcej swobody i działalność na boku nie stanowiła już takiego wyzwania, chociaż była logistycznym labiryntem, jednak obecnie, po powrocie Boucher’a - musiała dmuchać na zimne i uważać niemal na każdy krok, czując nieustannie na karku jego oddech, jakby istotnie miał co do niej pewne podejrzenia. Mogła jedynie mieć nadzieję, że nie chodziło o działanie na jego szkodę za jego plecami, w związku z pomocą tym kobietom, a już tym bardziej, że nie chodziło o tą nieszczęsną taśmę z nagraniem, na której wina równomiernie rozkładała się na barkach jej oraz Moe. Miała poczucie, że każdy krok był stąpaniem po kruchym lodzie - ale musiała spotkać się ze swoim informatorem, by tym samym sposobem jak wtedy, gdy uciekła Santanie otrzymać informację o miejscu i czasie. Ponieważ bardzo rzadko widywała teraz Moe, a na pewno nie był już jej cieniem i pozornie odzyskała nieco swojej swobody, częściej wychodziła z domu, by umyślnie jak najdłużej unikać męża - spotykała się z rodzeństwem, organizowała imprezę sylwestrową w klubie, a koniec roku przyniósł również wiele towarzyskich spotkań, na których musiała odegrać u boku Dante przykładną żonę.
Ale ta gra zaczynała ją coraz bardziej męczyć. Być może popełniła gdzieś błąd, a może zadecydował o tym przypadek, ale tego dnia Dante dowiedział się o jej wizytach w hotelu - o tym, że uciekła Santanie podczas jego nieobecności w mieście, a także, że była tam ponownie kilka dni temu; co ważne, Alba jednak ani przez sekundę nie pomyślała o tym, że to Maurice wyjawił mu tę informację. Za to chorobliwa podejrzliwości Dante kazała mu przypuszczać, że miała więcej za uszami i Alba nie miała pewności co było gorsze - to, że poznałby prawdę o tych wizytach czy że istotnie uznałby, że go zdradzała. Dante jednak wmówił sobie to drugie, o czym oczywiście ją poinformował, a jego krzyk do tej pory odbijał się echem w jej głowie - zacisnęła dłonie w pięści, a jedna łza spłynęła jej po policzku, gdy starała się ignorować ból w okolicy oka i prawdopodobne rozcięcie dolnej wargi. Nawet teraz nie wiedziała skąd znalazła w sobie tyle siły i samozaparcia, by wybiec z tej sypialni, a potem z domu - by się cieplej ubrać, by wsiąść do samochodu i tym bardziej by udało jej się wyjechać z terenu posesji nim ochrona dostała polecenie, by ją zatrzymać. Nie była jednak naiwna, wiedziała, że samochód, którym teraz podróżowała miał nadajnik, więc przejechała na drugą stronę miasta, starając się opanować przerażenie - zaparkowała go przy drodze w przypadkowym miejscu, a potem przeszła dwie ulice dalej i złapała taksówkę, którą właśnie podróżowała pod znany już sobie adres. Jego mieszkanie było pierwszym, co przyszło jej na myśl i jedynym, bo smutna prawda była taka, że kompletnie nie miała się gdzie udać, zważywszy na to, że wszyscy, których znała byli związani z Boucher’em. On też był. Ale coś kazało jej wierzyć, że mogła się u niego schronić - albo naiwnie wierzyć, że byłoby to ostatnim miejscem, w którym Dante mógłby jej szukać. Do drzwi jego mieszkania niemal biegła, czarne botki na obcasie wydawały charakterystyczny odgłos, więc nie było mowy o tym, by przemieszczała się całkowicie dyskretnie, ale czapka, szalik i okulary skutecznie maskowały jej twarz. Gdy zadzwoniła wreszcie dzwonkiem, modliła się w duchu, by był w mieszkaniu, jednocześnie nerwowo rozglądając się na wszystkie strony - co kilka sekund nachodziły ją jednak wątpliwości co do słuszności swojego wyboru: a co jeśli Maurice stanie po stronie Dante? Co jeśli poinformuje go o tym, że tutaj przyjechała? A co jeśli nie wpuści jej do środka? Czy powinna w ogóle zdradzać mu realia swojego małżeństwa? Pytań było więcej niż odpowiedzi, ale palec odruchowo nacisnął na dzwonek kolejny raz, bo drzwi nadal się nie otwierały, a z mieszkania nie dochodziły żadne odgłosy. W końcu przeklęła pod nosem i odwróciła się, zamierzając odejść, bo nie mogła dłużej koczować pod jego drzwiami, kiedy niespodziewanie drzwi jednak się otworzyły, a do jej uszu dobiegł znajomy głos. Jakiś bliżej nieokreślony ciężar mimo wszystko spadł jej z serca, gdy gwałtownie zatrzymała się w miejscu, by następnie obrócić się w jego stronę - było ciemno, ale dostrzegła zarys broni, którą właśnie zabezpieczył, gdy ruszyła niespiesznie w jego stronę. - To nie będzie konieczne, jestem sama - powiedziała cicho, zachrypniętym od płaczu głosem, po czym mimo wszelkich wątpliwości, przekroczyła próg, gdy tak bardzo ją już ponaglał. Rozumiała to, że wolał ją mieć przy sobie i nawet doceniała fakt, że był tak ostrożny, nawet jeśli w jakiś sposób oznaczało to, że jej nie ufał. Na nią również spłynęły teraz kolejne wątpliwości, gdy usłyszała przekręcany w drzwiach zamek, podczas kiedy sama obrzuciła wzrokiem znajome wnętrze mieszkania, jednocześnie nie mając jeszcze odwagi się do niego odwrócić. Zsunęła jedynie kaptur z głowy - okulary nadal zasłaniały podbite oko, z tej perspektywy nie mógł dostrzec rozciętej wargi, a szalik skrywał ślady na szyi, które najpewniej zostawiła tam męska dłoń. - Ja… nie wiem… to chyba nie był dobry pomysł, nie powinnam tu przychodzić… - zaczęła mówić, co prawda cicho, ale bardzo nerwowo i nieco chaotycznie, jakby już planując kolejną ucieczkę, chociaż ewidentnie nadal była w szoku, o czym świadczyły także jej nerwowo ruchy - Nie wiem, co ja sobie myślałam, po prostu… to działo się tak szybko, nie miałam gdzie pójść… - zmarszczyła lekko brwi, jakby automatycznie obracając się do niego przodem. Jej zamglone spojrzenie spoczęło na nim i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że nie było już odwrotu. Alba była cieniem samej siebie - była wycieńczona, chudsza o kilka kilogramów, a teraz również kompletnie przerażona i rozbita. Nigdy nie pozwalała sobie na podobne emocje, a już na pewno nie pokazywała ich w obecności innych osób, a teraz… Maurice cały czas na nią patrzył, a ona nie miała się gdzie schować, gdy do oczu cisnęły się kolejne łzy. Nienawidziła samej siebie za okazywaną słabość. - Nie wiem, czemu pomyślałam właśnie o Tobie. Przecież dla niego pracujesz… - mruknęła znowu cicho, kręcąc przy tym lekko głową. Zamilkła na moment, a potem westchnęła i uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Dostrzegła w jego oczach wyraźną zmianę - wystarczyło, że na nią spojrzał i... była pewna, że już wiedział. - Mogę… - przełknęła ślinę - …mogę u Ciebie przez chwilę zostać?
Spytała cicho. Z nutą nadziei w głosie, co do tego, że Maurice jej nie wyda i że jednak nie wystawi jej za drzwi, kiedy ona była już po prostu zmęczona – tym dniem, powtarzającym się schematem i swoim życiem.

Maurice Santana

the man in the fucking white hat

: sob sty 24, 2026 5:47 pm
autor: Maurice Santana

Zajęty swoimi sprawami Maurice ostatnimi czasy nie rozmyślał o Albie. Być może popełniał błąd, biorąc pod uwagę wspólną zbrodnię, którą zawinili Dante Boucherowi, natomiast nie sądził, żeby trzymać rękę na pulsie dało się w zupełnej dyskrecji. Prędzej czy później ktoś musiałby zwrócić uwagę na jego przesadne zainteresowanie monitoringiem, ale nawet jeśli nie, to codzienne zaglądanie do panelu sterowania nie mogło niczego zmienić. Tak jak herbata nie staje się słodsza od mieszania łyżeczką, tak i nagranie nie mogło magicznie zniknąć z dysku i chmury tylko dlatego, że Moe upewniał się, że nadal tam było. Abstrahując więc od braku czasu, uważał jeszcze, że tak było po prostu zdrowiej. Po tym wszystkim, co zaszło między nimi pod nieobecność jej męża, zdawało mu się, że powrót do starego, dobrego „profesjonalnego” dystansu wyjdzie na dobre im trojgu (a może nawet czworgu, jeśli doliczyć jego „drugie” życie). Alba miała wylizać rany po spięciach ze swoim tymczasowym ochroniarzem, Dante zapomnieć o wszystkich głupich pomysłach, które zakłębiły mu się w głowie w trakcie swojej nieobecności, Moe Stakes odpocząć od bycia niańką, a agent Santana odbudować w głowie barykadę, którą oddzielał dobro od zła i znów spojrzeć na otaczających go ludzi jak na kryminalistów. Na swojego szefa czekał zatem już wyłącznie w samochodzie, nawet ukradkowe spojrzenia rzucał Albie coraz rzadziej, a i w rozmowach o życiu bywał charakterystycznie powściągliwy, gdy te schodziły na tematy damsko-męskie. Wszystko po to, aby dać Boucherowi odczuć, że pod jego nieobecność nic się nie zmieniło i że wracając do Toronto, wszedł w dokładnie to samo środowisko, które opuścił po strzelaninie. I… Wiele wskazywało na to, że to działało – Dante harmonijnie wracał nie tylko do swoich obowiązków, ale i do dawnych nawyków, a w towarzystwie swojej żony zawsze sprawiał wrażenie faceta, który wygrywał życie – budzącego szacunek przywódcy, dobrego przyjaciela i męża, który nie musiał się zastanawiać nad tym, czy obrączka na palcu na pewno chroniła go przed wyrośnięciem rogów.
No, albo przynajmniej tak interpretował to Moe.
Błędnie.
Błędnie, bo stan, w jakim Alba przypałętała się do jego mieszkania, wskazywał, że w rezydencji Boucherów nie działo się „dobrze”. Dynamika relacji tego typu nie była mu obca. Santana już z dzieciństwa zapamiętał duże, przeciwsłoneczne okulary, w których matka odwiedzała go nawet tuż przed Bożym Narodzeniem. Potem, jako młody żołnierz, z bliska przyglądał się patologicznym, patriarchalnym społecznościom na piaszczystych pustyniach Afganistanu czy Iraku, a pracując dla DEA śledził kulisy życia przesiąkniętych przemocą i zwyczajnym złem narkoterrorystów. Jeśli zatem na czymś znał się naprawdę dobrze, to właśnie na takich małych-wielkich ludzkich dramatach, rozgrywających się za zamkniętymi drzwiami domów, w których ludzie są sobie bliscy przynajmniej pozornie. I wystarczyło mu jedno spojrzenie, żeby nie traktować jej jako dochodzeniowego „obiektu zainteresowania”, tylko jak ofiarę. Mimo więc, że sygnały aż prosiły się, żeby się nimi zainteresować, Santana zignorował je bez mrugnięcia okiem i jak gdyby nigdy nic, odwrócił spojrzenie i zajął się sobą, pozwalając jej mówić. Zbyt wiele razy był w podobnej sytuacji, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, jak uwłaczającym było przyznanie się do krzywdy czy prośba o pomoc. Nie zawsze rozumiał, skąd brały się te pokłady honoru, którego nie można było zbrukać okazaniem słabości (bzdura, żadna to słabość), natomiast szanował taką hardość. Nierzadko było w niej bowiem więcej charakterności niż u mężczyzn; zwłaszcza tych pozujących na samców alfa, którzy dopuszczali się tej przemocy.
Dzisiaj mam wolne. – Maurice odezwał się dopiero, kiedy Alba zauważyła, dla kogo pracował. Wówczas zresztą znów odnalazł jej spojrzenie, ale zamiast się jej przyglądać, pokiwał jedynie porozumiewawczo głową i znów odwrócił wzrok. – Mi casa, su casa – dodał krótko i obojętnie podrzucił barkami, a potem długim susem dobił do kuchennej części niewielkiego salonu. Kątem oka zauważył jeszcze, jak kot – w ramach inspekcji nowego gościa – przespacerował się między nogami Alby, ocierając się o nie grzbietem. – Nie planowałem mieć dzisiaj gości, więc musisz się przyzwyczaić do bałaganu, ale na pocieszenie powiem, że niedługo będzie pizza. Mam nadzieję, że ananas cię nie brzydzi. – Mówił, stojąc plecami do niej. Najpierw sięgnął po wiszący na wieszaku kubek (z nadrukowaną jakąś głupią mądrością o piciu kawy) i wlał do niego whisky ze stojącej na blacie butelki, a potem urwał sobie worek na śmieci i dopiero wtedy podał jej drinka. – Wypij. Dobrze ci zrobi – rzucił tak luźno, jakby miał na myśli mroźną, styczniową aurę, w której przyszło jej się zmierzyć z wieczornym Toronto, ale to przecież oczywiste, że w mniej lub bardziej dyskretny sposób nawiązywał do przyczyny jej wizyty. Zajął się sprzątaniem kawowego stolika – do worka wrzucał kilka puszek po piwie, papierowy kubełek z resztką nudli od pobliskiego „chińczyka” i pustą torebkę po chrupkach. – No nie stój tak – rzucił – niby zaczepnie – w międzyczasie. – Znasz zasady. Znajdź sobie coś do spania, a ja przygładzę w sypialni. I nie niańcz tak tego kota, bo się rozpuści – dodał, sztucznie uśmiechając się pod nosem. Mimo że bardzo starał się brzmieć naturalnie, to znaczy – ze swoją charakterystyczną zgryzotą i złośliwością, czuł, że obchodził się z nią znacznie łagodniej, niż potrafił i obawiał się, że mogłaby to wziąć za litość. Tymczasem Moe naprawdę się przejmował. I pierwszy raz poczuł autentyczną złość wobec Dante.

Alba Boucher

the man in the fucking white hat

: ndz sty 25, 2026 9:41 pm
autor: Alba Boucher
W porównaniu do Alby - Dante wrócił płynnie do starych nawyków: korzystał z życia, na pełnej wtargnął w swoje środowisko biznesowe i rozdawał karty oraz polecenia, a ona nadal czuła się przytłoczona jego obecnością i chyba również przerażona tym, w jakim danego dnia będzie humorze. Dzisiaj to eskalowało do niewyobrażalnych rozmiarów - bywało, że Dante się wściekał, czasem nawet z pozornie błahych powodów, ale jeszcze nigdy nie podejrzewał jej wprost o zdradę, a gdy ktoś postanowił mu wyjawić jej niedawne ucieczki i miejsce docelowe jej podróży, coś w nim pękło. Jeszcze go takim nie widziała, a co więcej - nigdy nie skrzywdził jej w „aż” taki sposób. Sama była pod wrażeniem adrenaliny, która wystrzeliła w jej organizmie, bo gdy była pewna, że Boucher się nie powstrzyma i skrzywdzi ją o wiele bardziej, to coś w niej uruchomiło instynkt przetrwania i tylko to pozwoliło jej zebrać tyle siły, by naprawdę z tego domu uciec, czego sam Dante chyba również się nie spodziewał. A ten element zaskoczenia pozwolił jej zniknąć i wylądować pod drzwiami Moe.
Widziała wyraźne zdziwienie również w jego oczach - chociaż spoglądała na niego raczej dyskretnie, jakby pragnęła znowu uciec, zniknąć albo zapaść się pod ziemię, bo przecież nawet on nie wiedział co działo się za zamkniętymi drzwiami rezydencji. Ale to co zaszło było widoczne gołym okiem i Moe nie mógł tego przeoczyć, nawet jeżeli miała jeszcze szalik, który gdzieś tam subtelnie zakrywał te miejsca, które ucierpiały. Wyczekiwanie na wyrok dłużyło jej się w nieskończoność - wcale nie musiał się przecież zgodzić na jej obecność tutaj, mógł ją wystawić za drzwi, nie chcąc ryzykować gniewu Boucher’a albo najzwyczajniej w świecie okazać się kimś zupełnie przeciwnym do tego, za kogo go uważała i wówczas po prostu wezwałby tutaj jej oprawcę i wydał ją w jego ręce. Opcji było wiele, ale… podświadomie coś jej podpowiadało, że Moe nie zrobi żadnej z tych rzeczy, ale jego odpowiedź i tak sprawiła, że spadł jej kamień z serca. Hiszpański zwrot, którym się posłużył nawet ją odrobinę zaskoczył - a w zasadzie jego bezpośrednie znaczenie, ale doceniała to, że pozwolił jej się rozgościć w swoim mieszkaniu. Mimo, iż niemal zastygła w bezruchu, nie mając pojęcia co ze sobą począć - nadal była w szoku, nadal była przerażona i chyba nadal jeszcze niekontrolowanie drżała, nie mając siły nawet postawić kroku. Spojrzała w dół na futrzaka, który do niego należał i z jeszcze większym zdziwieniem przyjęła to, że stroniący od ludzi kot właśnie przechadzał się pomiędzy jej nogami i ocierał się o nie całkiem przyjacielsko. Jakby i on wyczuwał jej zły stan i pragnął dać jej wsparcie…
Nim jednak na dobre zareagowała na jego poczynania, podniosła ponownie wzrok na mężczyznę, gdy nalewał whisky do kubka. Doceniała to, że teraz nie wpatrywał się w nią oceniająco, że nie narzucał jej swojego spojrzenia i dawał jej przestrzeń do tego, by oswoiła się z sytuacją i jego obecnością. Potrzebowała tego. - Naprawdę nie przeszkadza mi bałagan, nie przejmuj się mną. Nie musisz tego sprzątać… - wydusiła z siebie cicho, gdy urwał worek na śmieci, a potem obserwowała jak się zbliża. Dopiero po krótkiej chwili sięgnęła po kubek i kiwnęła głową z wdzięcznością, bo Moe doskonale wiedział czego teraz potrzebował - nie czekając ani chwili dłużej upiła kilka łyków alkoholu, czując jego ostry posmak w ustach, ale ten był niczym w stosunku do innego rodzaju bólu, który odczuwała. - Nie brzydzi mnie ananas, wbrew wielu kontrowersyjnym opiniom w tym temacie, ja lubię pizze hawajską. Ale chyba i tak nie zdołam nic przełknąć... - stwierdziła spokojnie, zerkając na kota, który przyczłapał za nią i ponownie przechadzał się koło jej nóg. Kompletnie ją to rozczuliło, a że była tak emocjonalnie rozbita, to była gotowa nawet się rozpłakać z tak totalnie błahego powodu. Nie czekając wiele przykucnęła i spróbowała sięgnąć do futrzaka dłonią, a ten jak gdyby nigdy nic naprawdę pozwolił jej się pogłaskać, a nawet podrapać w miejscu, które najpewniej sprawiało mu przyjemność. Niemal wywołał tym uśmiech na jej twarzy, ale niemal - bo kąciki jej ust właściwie w ogóle się nie uniosły. Dopiero głos Moe sprowadził ją na ziemię, więc podniosła się i upiła jeszcze kilka łyków alkoholu, odnajdując go spojrzeniem. Zachowywał się - albo starał się zachowywać - dokładnie tak jak zawsze, co również bardzo doceniała, bo nie próbował okazywać jej w pierwszym odruchu litości, a przynajmniej wsparcia, które mogłaby tak odebrać. To znaczy to nie tak, że nie doceniłaby jego wsparcia, ale mimo wszystko kobiecie takiej jak ona strasznie trudno było prosić o pomoc i przyznawać się do słabości. Dlatego jego zachowanie wzbudzało w niej spokój i pozwalało jej się nieco rozluźnić. Odstawiła kubek na blat, po czym rozsunęła kurtkę i zsunęła ją z ramion - wycofała się do drzwi, gdzie odwiesiła ją na wieszak, a z nóg zsunęła buty, po czym niespiesznie wróciła do kuchennego blatu, cały czas w asyście kota. - Zasady nie mówiły, że nie mogę wchodzić do garderoby? - przypomniała sobie te, którymi uraczył ją, gdy była tu ostatnim razem, a które oczywiście niemal od razu złamała. Jednocześnie starała się zachowywać normalnie, udając, że wszystko było w porządku - a przynajmniej lepiej niż w istocie to wyglądało. - Wystarczy mi kanapa, Moe… naprawdę - dodała po tym, jak nawiązał do przygotowania sypialni, bo nie chciała mu odbierać przestrzeni, w której na co dzień obcował. Była gościem i to w dodatku nieproszonym, więc chciała zająć jak najmniej przestrzeni i nie wchodzić mu w drogę; nie wiedziała nawet czy i na ile chciał tu w ogóle jej obecności, a może tylko nie miał serca jej stąd tak po prostu wyprosić. Kiedy jednak wspomniał o kocie, kąciki jej ust mimowolnie zadrżały i spojrzała na zwierzaka, by ponownie go pogłaskać, skoro już przekroczyli tą niewidzialną granicę. - On tylko domaga się czułości. Wydaje mi się, czy poświęciłeś mu wreszcie nieco uwagi? Stał się nagle bardziej… przyjazny? - zagadnęła, rozwijając najbardziej bezpieczny temat, na jaki było ją obecnie stać - To nieprawdopodobne, sam do mnie przyszedł i dał się pogłaskać. Co mu zrobiłeś? - dopytała jeszcze, ponownie spoglądając na mężczyznę, gdy skończył zgarniać rzeczy ze stolika do niebieskiego worka. W międzyczasie sięgnęła do wargi, która ją zapiekła, a potem dostrzegła na palcach krew - znowu zaczęła się sączyć. Westchnęła cicho i ponieważ szalik również został lekko przybrudzony, ostatecznie zdecydowała się go zdjąć - niespiesznie odwinęła go z szyi, po czym zdjęła go całkowicie i złożyła go niedbale, odkładając na blat. Zacisnęła palce na kubku, a potem przechyliła go jednym, płynnym ruchem i wypiła całą jego zawartość. Skrzywiła się mocno i odetchnęła głęboko, odstawiając go ponownie na blat; przełknęła ślinę, czując palące piekło w przełyku, ale potrzebowała tego bardziej niż przypuszczała. Tym razem jednak nie odważyła się odwrócić w jego stronę, nie wiedziała więc co Santana robił ani gdzie dokładnie się znajdował. - Tak naprawdę to… bardzo chciałabym wziąć prysznic. Potrzebuję zmyć z siebie… - urwała na moment, nie wiedząc zbytnio jak dokończyć swoją wypowiedź, więc ostatecznie pozwoliła sobie zerknąć w jego stronę - Mogłabym?

Maurice Santana

the man in the fucking white hat

: śr sty 28, 2026 7:32 pm
autor: Maurice Santana
Pojęcie Santany o psychologii kończyło się na szkoleniach, które odbywał w ramach przyśpieszonego kursu dla przyszłych agentów DEA, więc brakowało mu fachowej wiedzy, żeby Albę zdiagnozować, natomiast im dłużej się jej przyglądał, tym bardziej był pewny, że mogłaby być żywą ilustracją wielu pojęć z zakresu przemocy domowej, jej ofiar i tak dalej. Kobieta, na którą patrzył w tej konkretnej chwili, nie była już pewną siebie, bezczelną i charyzmatyczną twardzielką, oplatającą sobie wokół palca jednego z największych twardzieli podziemnego Toronto. Teraz była co najwyżej jej tanią podróbką – odartą z tej grubej powłoki, za którą chowała swoje faktyczne emocje, wrażliwą na wszystko to, co działo się wokół niej, zawstydzoną swoim położeniem i może nawet nim przerażoną. I kto wie – może to był pierwszy raz w jej króciutkim życiu, kiedy boleśnie docierało do niej, jak cienka była ta lina, po której balansowała, gdy zdecydowała się wejść do brudnego świata Dante Bouchera. Ale nawet jeśli tak nie było; to znaczy – jeśli Moe się mylił i mylnie diagnozował jej zachowanie (w całości albo w jego poszczególnych elementach), to co do jednej kwestii był absolutnie pewien. Alba znalazła się pod jego drzwiami, bo potrzebowała pomocy. Spokoju, bezpieczeństwa i może jeszcze odrobiny troski, i z jakiegoś powodu wierzyła, że to właśnie ochroniarz jej męża mógł jej to zapewnić.
I wbrew pozorom – otworzył jej Maurice, a nie agent Santana. To ważne dlatego, że z punktu widzenia zbierania informacji chyba nie mogła mu się przydarzyć lepsza okazja, żeby zacząć pracę nad „pozyskaniem” Alby dla biura. Znalazłszy się w być może najgorszym momencie swojego życia (Moe guzik o niej wiedział, dlatego tak zakładał), przynajmniej co do zasady powinna być znacznie bardziej podatna na manipulację i naiwniej reagować na próby obrzydzenia jej stylu życia, który obecnie prowadziła. Wiele rzeczy można byłoby o Santanie powiedzieć, bo był skomplikowanym człowiekiem, ale raczej nie można było mu odmówić, że potrafił wzbudzić zaufanie i że roztaczał wokół siebie aurę typu „czuję się przy tobie bezpiecznie”. Zwłaszcza odkąd zaczął się starzeć i nabrał tego ojcowskiego sznytu w tonie głosu albo spojrzeniu. Ale nawet jeśli na Albę to nie działało (bo nie działało, to przecież ona kontrolowała sytuację „garażową”), to był jeszcze jeden problem – Maurice autentycznie widział w tym wszystkim cień historii swojej matki i nie chciał sprawić Albie takiego samego zawodu, jakiego Clara Maria doznała ze strony otaczających ją mężczyzn.
Jak będę mieć ochotę, to będę się przejmować – bąknął obojętnie. Rozpoznawał ten motyw: brak pewności siebie, chęć bycia niewidzialną, wstyd. Mógł sobie tylko wyobrażać upokorzenie, z jakim się teraz zmagała. – Nie mogę zaryzykować, że zrujnujesz moją reputację w Shop, robiąc ze mnie bałaganiarza przed Honey – dodał luźno i nawet uśmiechnął się półgębkiem, dumny ze swojego żartu. Moe wszak podchodził do swoich wizyt w klubie wyjątkowo profesjonalnie i przynajmniej na pierwszy rzut oka nie spoufalał się z ludźmi, których zatrudniała Alba, tak że był przekonany, że wzmianka o jednej, konkretnej hostessie rozbudzi w niej ciekawość. Albo przynajmniej taką miał nadzieję; zdawało mu się, że Alba nie przyszła po głaskanie po głowie i kołysankę przed snem, i że więcej mógł dla niej zrobić, nie obchodząc się z nią jak z jajkiem. Dlatego zachowywał się tak, jakby spędzali czas parę tygodni temu – w czasie ich prywatnego zawieszenia broni. – To nie ma nic wspólnego z lubieniem. To taktyka. Hawajskiej nikt nie zamawia, więc nie mogą jej zrobić na zapas, a potem odgrzewać. Dlatego zawsze przyjeżdża świeża – rzucił i podniósłszy na nią wzrok, wymownie popukał się w skroń. – Ucz się. Ja wiecznie żyć nie będę. – Ostrzegł aż zbyt poważnie, ale porozumiewawczym uśmiechem szybko ostudził temperaturę. Mimo wszystko trochę się obawiał, że jego boomerskie poczucie humoru było zbyt przestarzałe jak na gust znacznie młodszej od niego Alby i że nie zawsze go zrozumie. – To prawda. – Kiwnął głową. – Ale w tym domu nie wchodzi się do łóżka w opakowaniu, więc udzielam dyspensy. Musisz sobie znaleźć coś do spania – oznajmił, podrzucając ramionami w geście obojętności. Miał przy tym nadzieję, że udało mu się zachować „bezpieczną odległość” od traumatycznych przeżyć, które ze sobą przyniosła, bo chociaż nie zakładał, że Dante posunął się aż tak daleko, to miał pełną świadomość, że na żarty ze spania nago było jeszcze zdecydowanie za wcześnie. – Tylko tym razem nie próbuj mnie zastrzelić. To podły dzień, ale jest wolny, a tacy ludzie jak ja nie umierają na urlopie – dodał więc średnio udany żart i ostrożnie zerknął w jej stronę, żeby na jej twarzy poszukać odpowiedzi na pytanie, czy przypadkiem niczego nie popsuł. Ale chyba szło nieźle. – To tylko zwierzę. Prawdopodobnie liczy na to, że nie wiesz, że już zjadł. I że go jeszcze raz nakarmisz – odparł jej z nadgorliwą wręcz ignorancją, jakby w jej słowach jednak coś było. Tego odczucia pewnie nie dałoby się zagłuszyć tym bardziej, że aż tak ostentacyjnie szukał sobie nowego zajęcia, kręcąc się po salonie, natomiast „uratowały” go jej słowa. „Uratowały”, bo ciężko szukać pozytywów w tym, co między wierszami zasugerowała Alba. Moe zamarł. Jej krzywda zabolała go niemal fizycznie, ale jeszcze mocniej uderzyła go związana z nią niemoc. Pierwszy raz od bardzo dawna był w sytuacji, w której nie miał żadnego dobrego ruchu. Mógł tylko chłonąć. I hodować w sobie nienawiść, jakby znów był rekrutem i oglądał w zapętleniu nagrania z 9/11 na małym telewizorze w wojskowej świetlicy.
Alba, wystarczy – odezwał się dopiero, kiedy otworzyła drzwi do łazienki. Wcześniej, rzecz jasna, przytaknął na pytanie o prysznic i od tamtej pory śledził ją uważnie wzrokiem, starając się zarejestrować wszystkie wskazówki, które wcześniej przegapił. – Wystarczy jedno słowo, żeby już nigdy więcej ci tego nie zrobił – powiedział chłodno, beznamiętnie i krótko, jakby chodziło o jakąś błahostkę. Waga jego słów była jednak tak ciężka, że sam był tym zaskoczony. Już dawno nie mówił o śmierci w ten sposób. – Ale jeśli po prostu nie chcesz o tym myśleć, to też w porządku. Jestem tutaj.

Alba Boucher