yeah right, yeah right
: pt sty 16, 2026 9:37 pm
08
Ostatnie pięć dni spędziła za wszelką cenę próbując uniknąć zostania sam na sam z własnymi myślami, w efekcie stając się najbardziej zabieganą osobą w całym Toronto, nie, chuj, w całym pierdolonym Ontario. Nagle zajmowało ją wszystko, całe mnóstwo rzeczy, pilnych spraw i zobowiązań, każde jeszcze ważniejsze od poprzedniego. Na przykład... na przykład zaległe obowiązki sprzed miesiąca czy dwóch, którymi nigdy nie miała realnego zamiaru się zajmować, aż do teraz. Starzy znajomi, z którymi z jakiejś przyczyny bardzo pilnie musiała odnowić kontakt, teraz, zaraz, spotkać się jeszcze tego samego dnia, chociaż dwa dni temu nawet nie pamiętała ich imion. Wyjścia, którym tak mówiła jeszcze szybciej i chętniej niż zazwyczaj, nigdy nie czując potrzeby pytania o szczegóły; domówki, wycieczki, rundki po szemranych barach, urodziny nieznajomych, w grę wchodziło wszystko, naprawdę. Było jej na ten temat tak kurewsko wszystko jedno, że bez zawahania zgodziłaby się pójść nawet na stypę zupełnie obcej osoby, jeśli tylko znaczyłoby to, że mogła na przynajmniej kilka godzin zająć głowę czymś innym niż ostatnim weekendem.
Najbardziej zajmowały ją chyba jednak wypalane pomiędzy tymi licznymi zobowiązaniami skręty, zwijane najcześciej późną nocą na zagraconym biurku i wciśnięte pomiędzy papierosy w pomiętej paczce, tak, żeby następnego dnia zawsze były na podorędziu, nieważne gdzie była. Na wszelki wypadek, bo chwilowo niespecjalnie ciągnęło ją do chlania, na myśl o alkoholu robiło jej się trochę gorzej, ale bardzo potrzebowała jakoś pomóc sobie w zagłuszeniu wyrzutów sumienia i głosu nierozsądku, zdradliwie nakłaniającego do popełnienia tych samych błędów, od których to wszystko się zaczęło.
Bo nie mogła. Strasznie, kurwa, nie mogła teraz zniknąć.
Zresztą, chyba akurat wcale nie tego chciała. Nie zniknąć, tylko uciec — nigdy nie musieć dowiedzieć się, jaka była skala strat, ile spustoszenia nieumyślnie zasiała nie tylko we własnym życiu, ale też w cudzych. Marv nie miała zielonego pojęcia, jak ogromną przysługę wyświadczała jej kiedy osobiście upewniła się, żeby w najbliższym czasie nie dzielili z Lucasem zbyt wielu zmian. Pół godziny. Dokładnie o tyle przecinały się dzisiaj, po raz pierwszy od wyjazdu, ale szanse, że w tym czasie mieliby okazję nawet zamienić ze sobą słowo były znikome — weekendowy ruch był na tyle duży, że żadne z nich nie powinno mieć na to ani czasu, ani możliwości.
W tym przekonaniu tylko utwierdzał fakt, że Indie na kasie zastała dantejskie sceny: ktoś kłócił się o zniżkę dla bąbelka, ktoś domagał cudzych, już zajętych miejsc, ktoś odgrażał się pozwem o niewłaściwą temperaturę nachosów, a poza tym musiał zbliżać się pokaz ostatniego Avatara, bo w przydługiej kolejce naliczyła przynajmniej cztery różne osoby od stóp do głów pomalowane na niebiesko. Na domiar złego na jednej z kas skończył się papier, więc na dzień dobry wysłano ją w delegacji po kolejny karton, czym nie była specjalnie zachwycona, bo zaplecze Fox Theatre było równie zapyziałe, co stara tapicerka kinowych siedzeń, regularnie ozdabiana przez gości sosem serowym, rzygami i innymi wątpliwie miłymi niespodziankami. Wysłużone drzwi do schowka skrzypiały złowrogo, zamek dzwonił dźwiękiem poluzowanego metalu, stare półki uginały się pod ciężarem zaopatrzenia, a podłogę w znacznej większości pochłaniało to, co się na tych półkach już nie zmieściło. Szokująco, ta przymusowa pielgrzymka na drugi koniec budynku nie sfrustrowała Caldwell nawet w połowie tak mocno jak zazwyczaj — zawlokła się tam niechętnie, ale bez jakichkolwiek protestów. Co, tak nawiasem mówiąc, było tylko i wyłącznie zasługą trzech buchów z wczorajszego gibona, które m u s i a ł a strategicznie wziąć sobie tuż przed wyjściem do pracy, żeby przypadkiem nie zwariować już na samą myśl o możliwości natknięcia się na L... w sensie nieważne, w ogóle nawet nieważne. Wypierdolone miała przecież.
Wszystko. Kurwa. Jedno.
Schowek był otwarty, co było jej bardzo na rękę, bo nie musiała męczyć się ze starym zamkiem i od razu przecisnęła się najpierw przez próg, a zaraz potem przez krótki, wąski korytarz, ignorując nieprzyjemny huk, który wydały zamykające się za nią z impetem drzwi. I zrobiłaby dokładnie to, co miała zrobić, ale za rogiem, przy jednej z półek, zastała odwróconą plecami postać, więc zamiast tego... odwróciła się na pięcie. Szybko, ordynarnie, w milczeniu i bez cienia zawahania. Wcale nie chodziło o brak miejsca, zmieściłaby się tam spokojnie, ale to nie w tych pięciu metrach kwadratowych na krzyż tkwił problem, tylko w tym, że rzeczoną postać rozpoznała dużo, dużo szybciej, niż powinna.
To już chyba wolała sobie trochę poczekać.
Naturalnie, jedyną słuszną odpowiedzią było ekspresowe angielskie wyjście, więc zabrała się za nie z takim zaangażowaniem oraz energią, że w rekordowym tempie znalazła się z powrotem przy drzwiach. Może nawet miałaby realną szansę zniknąć za nimi nierozpoznana, gdyby nie to, że pociągnięta klamka ustąpiła dziwnie łatwo, wydając przy tym głuchy dźwięk obijającego się o deski metalu.
Drzwi ani drgnęły, ale klamka już jak najbardziej — Indie właśnie miała niepowtarzalną okazję przyjrzeć jej się z bardzo bliska, bo jak gdyby nigdy nic spoczywała sobie teraz jej w dłoni.
Wykurwiście.
Lucas Miller