here comes the needle
: pt sty 16, 2026 11:30 pm
008.
trust me,
I do this for a living
Dobry lekarz pracy się nie boi — chyba jakoś tak brzmiało to powiedzenie. A nawet jeśli nie — bo przecież istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Abby coś przekręciła — Wallace faktycznie pracy się nie bała. Nie przeszkadzały jej dodatkowe zmiany w szpitalu, kiedy na intensywnej brakowało rąk do pracy, a ona powinna już kończyć, nie przeszkadzało jej to, że wszyscy lekarze zrzucali na nią pisanie raportów, bo podobno robiła to najszybciej, kiedy po prostu im się nie chciało, a już na pewno nie miała problemu z braniem prywatnych zleceń, żeby pogrubić nieco portfel, nawet jeśli nie jeden by powiedział, że umniejszały jej umiejętnościom.
Bo może faktycznie nie było nic wyjątkowego w pojechaniu do domu jakiegoś sportowca, do najbardziej fikuśnej okolicy w całym Toronto tylko dlatego, żeby pobrać mu krew. Ale przynajmniej dobrze płacili. I to właśnie ten aspekt przekonał Abigail, żeby zamiast grzać tyłek pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej czekolady, przedzierała się teraz śmierdzącą komunikacją miejską w okropnym mrozie, spóźniona już całe dziesięć minut. Wciąż w ramach studenckiego kwadransu. Oczywiście byłaby szybciej, gdyby samochód raczył jej odpalić, ale przecież nie mogło być za dobrze, prawda?
Wallace już tak miała, że jak coś zaczynało się sypać, to wywalało się wszystko. Lawinowo wręcz pech przyciągał do siebie kolejne to zdarzenia i kiedy myślała, że autobus, w którym zesrał się jakiś bezdomny było szczytem jej niedoli, tak jeszcze na ostatniej prostej dwa razy wywinęła orła na chodniku, za drugim razem lądując w zaspie. Świetnie. Po prostu, kurwa, świetnie. I teraz zamiast wyglądać jak profesjonalna, szanująca się pani doktor ze szpitala, przypominała bardziej bałwana, całego oprószonego śniegiem. I w takim stanie wyjechała na jakieś pojebanie wysokie piętro i stanęła pod odpowiednimi drzwiami, pukając, a potem czekając, aż pan sportowiec łaskawie zechce jej otworzyć, w międzyczasie próbując strzepać z siebie chociaż połowę tego przeklętego puchu.
Tak się na tym punkcie zakręciła, że nawet nie zauważyła, kiedy klamka poszła w ruch, a drzwi się otworzyły.
— Niby kurwa tacy bogacze, a nawet piasku na chodniku nie mają — mruknęła do siebie, strzepując śnieg z kolan, przy okazji robiąc facetowi na wycieraczce jeden wielki bałagan. — Ciekawe czy połamane nogi są w pakiecie z czynszem — dodała jeszcze, tupiąc butami, wciąż się otrzepując.
I to właśnie wtedy — kiedy skupiała się na czubkach swoich kozaków — zobaczyła kawałek dalej czyjeś kapcie.
Kurwa.
Uniosła powoli spojrzenie. I chociaż było to podyktowane tym, że chciała to zrobić o s t r o ż n i e, finalnie wyglądało to bardziej, jakby bezczelnie obczaja go sobie od dołu do góry.
Świetnie.
Wyprostowała się do pionu, poprawiając wielką torbę na ramieniu i odchrząknęła nieznacznie, osadzając spojrzenie na jego ciemnych oczach. A to wcale nie było takie łatwe, bo jego oczy były jakieś dwadzieścia pięć centymetrów jeszcze nad jej głową. Abby nie była niska, ale kurwa przy nim po raz pierwszy poczuła się jak krasnal.
— Joel Delaney? — dopytała, jakby jego wzrost WCALE nie sugerował, że trafiła w odpowiednie miejsce. — Abigail Wallace, przyszłam ci pobrać krew.
Joel Delaney