in the middle of the storm
: ndz sty 18, 2026 2:11 am
Trzy dni. Dokładnie tyle Alexander potrzebował, żeby wmówić sobie, że to, co znalazł w rękawie swojej kurtki, to tylko kawałek metalu, który nic nie znaczył. Siedemdziesiąt dwie godziny walki z własnym instynktem, który kazał mu wrócić pod ten sam adres, pod którym zostawił ją w sylwestrową noc. Wtedy wydawało mu się, że zamknięcie drzwi od strony pasażera było końcem przygody, na którą mu pozwalała już zbyt długo.
Mylił się. Cholernie się mylił.
Siedział w samochodzie pod jej kamienicą, wpatrując się w kierownicę. Światła miasta odbijały się w szybie, podkreślając jego zmęczenie. Wczorajsza walka wciąż dawała o sobie znać - każde głębsze nabranie powietrza drażniło obite żebra, a rozcięta warga, która dopiero co zaczęła się zrastać, pulsowała tępym rytmem przy każdym ruchu szczęki, ale to nie ból fizyczny był najgorszy. Najgorsze było to, że mimo upływu czasu, Lex wciąż czuł na swoich ustach smak jej pocałunku. To było jak fantomowy ból po czymś, czego nie powinien był dotykać - miękkość jej warg, ten desperacki żar i sposób, w jaki Madison na ułamek sekundy odebrała mu całą jego pewność siebie. Ten pocałunek nawiedzał go w nocy, mieszał się z zapachem potu na ringu i nie pozwalał mu skupić się na niczym innym. Cholera. Wyciągnął dłoń z kieszeni i spojrzał na bransoletkę. Srebrny łańcuszek oplótł mu palce, lśniąc w słabym świetle latarni. Bransoletka zapewne zaplątała się w jego kurtkę tamtej sylwestrowej nocy, jakby Maddie celowo zastawiła na nim sidła, z których nie mógł się wyplątać. Mógł ją wyrzucić. Mógł ją zanieść do baru, w którym pracowała Lennox. A jednak, zamiast tego, stał się zakładnikiem tego drobiazgu, który przypominał mu o tym, jak bardzo chciałby poczuć ten dotyk raz jeszcze. W końcu zdecydował się opuścić auto, nie dając sobie ani sekundy więcej na analizę tego, jak bardzo jest to głupie. Nie uprzedził jej, nie zadzwonił. Po prostu wszedł na górę, czując na karku ciężar każdej decyzji, która sprowadziła go pod te konkretne drzwi. Drzwi prowadzące do apartamentu Madison Lennox. Kiedy w końcu przed nimi stanął, przez chwilę po prostu patrzył na numer na drewnie. Numer jeden. Uniósł rękę i zapukał - trzy razy, krótko i konkretnie. Chwilę później zadzwonił dzwonkiem, bo dopiero wtedy ogarnął, że takowy się tutaj znajduje. Dźwięk dzwonka odbił się echem po korytarzu, który był dla niego zbyt jasny, zbyt czysty i zdecydowanie zbyt sterylny. Alexander rozejrzał się krótko, czując narastający dyskomfort. To nie była okolica dla kogoś takiego jak on. Fakt, że Madison była barmanką, kompletnie kłócił się z obrazem tej kamienicy - dobrej, prestiżowej dzielnicy, gdzie klatki schodowe lśniły, a powietrze nie śmierdziało tanim tytoniem i rozczarowaniem. Poczuł się jak... intruz. Wielki, poobijany facet w ciężkich butach i znoszonej kurtce, który wnosił do tego luksusowego spokoju zapach potu, adrenaliny i ulicznej walki. Przejechał wierzchem dłoni po ustach, a kiedy spojrzał na palce, zobaczył na nich świeży ślad krwi - warga znów pękła, pewnie z tego wszystkiego. Zaklął cicho pod nosem, czując, jak to miejsce niemal go onieśmiela. Co on tu robił? Stał pod jedynką z zakrwawioną twarzą, ściskając w kieszeni babską błyskotkę, jakby od tego zależało jego życie. Wyglądał raczej jak ktoś, kto przyszedł ściągnąć dług albo włamać się do środka, a nie jak gość, którego ktokolwiek chciałby zaprosić na herbatę. Już miał się odwrócić i po prostu zostawić tę bransoletkę pod wycieraczką, kiedy po drugiej stronie usłyszał stłumiony dźwięk kroków.
Maddie Lennox
Mylił się. Cholernie się mylił.
Siedział w samochodzie pod jej kamienicą, wpatrując się w kierownicę. Światła miasta odbijały się w szybie, podkreślając jego zmęczenie. Wczorajsza walka wciąż dawała o sobie znać - każde głębsze nabranie powietrza drażniło obite żebra, a rozcięta warga, która dopiero co zaczęła się zrastać, pulsowała tępym rytmem przy każdym ruchu szczęki, ale to nie ból fizyczny był najgorszy. Najgorsze było to, że mimo upływu czasu, Lex wciąż czuł na swoich ustach smak jej pocałunku. To było jak fantomowy ból po czymś, czego nie powinien był dotykać - miękkość jej warg, ten desperacki żar i sposób, w jaki Madison na ułamek sekundy odebrała mu całą jego pewność siebie. Ten pocałunek nawiedzał go w nocy, mieszał się z zapachem potu na ringu i nie pozwalał mu skupić się na niczym innym. Cholera. Wyciągnął dłoń z kieszeni i spojrzał na bransoletkę. Srebrny łańcuszek oplótł mu palce, lśniąc w słabym świetle latarni. Bransoletka zapewne zaplątała się w jego kurtkę tamtej sylwestrowej nocy, jakby Maddie celowo zastawiła na nim sidła, z których nie mógł się wyplątać. Mógł ją wyrzucić. Mógł ją zanieść do baru, w którym pracowała Lennox. A jednak, zamiast tego, stał się zakładnikiem tego drobiazgu, który przypominał mu o tym, jak bardzo chciałby poczuć ten dotyk raz jeszcze. W końcu zdecydował się opuścić auto, nie dając sobie ani sekundy więcej na analizę tego, jak bardzo jest to głupie. Nie uprzedził jej, nie zadzwonił. Po prostu wszedł na górę, czując na karku ciężar każdej decyzji, która sprowadziła go pod te konkretne drzwi. Drzwi prowadzące do apartamentu Madison Lennox. Kiedy w końcu przed nimi stanął, przez chwilę po prostu patrzył na numer na drewnie. Numer jeden. Uniósł rękę i zapukał - trzy razy, krótko i konkretnie. Chwilę później zadzwonił dzwonkiem, bo dopiero wtedy ogarnął, że takowy się tutaj znajduje. Dźwięk dzwonka odbił się echem po korytarzu, który był dla niego zbyt jasny, zbyt czysty i zdecydowanie zbyt sterylny. Alexander rozejrzał się krótko, czując narastający dyskomfort. To nie była okolica dla kogoś takiego jak on. Fakt, że Madison była barmanką, kompletnie kłócił się z obrazem tej kamienicy - dobrej, prestiżowej dzielnicy, gdzie klatki schodowe lśniły, a powietrze nie śmierdziało tanim tytoniem i rozczarowaniem. Poczuł się jak... intruz. Wielki, poobijany facet w ciężkich butach i znoszonej kurtce, który wnosił do tego luksusowego spokoju zapach potu, adrenaliny i ulicznej walki. Przejechał wierzchem dłoni po ustach, a kiedy spojrzał na palce, zobaczył na nich świeży ślad krwi - warga znów pękła, pewnie z tego wszystkiego. Zaklął cicho pod nosem, czując, jak to miejsce niemal go onieśmiela. Co on tu robił? Stał pod jedynką z zakrwawioną twarzą, ściskając w kieszeni babską błyskotkę, jakby od tego zależało jego życie. Wyglądał raczej jak ktoś, kto przyszedł ściągnąć dług albo włamać się do środka, a nie jak gość, którego ktokolwiek chciałby zaprosić na herbatę. Już miał się odwrócić i po prostu zostawić tę bransoletkę pod wycieraczką, kiedy po drugiej stronie usłyszał stłumiony dźwięk kroków.
Maddie Lennox