Strona 1 z 1

the anatomy of a lie

: ndz sty 18, 2026 4:34 pm
autor: Charlie Marshall
To był pierwszy raz w całej jego karierze, kiedy po prostu wstał i wyszedł w połowie zdania, które mogło kosztować Northland Power miliony. Telefon od asystentki ojca był krótki, suchy i przerażający. „Zawał. Stan krytyczny. Jadą do Mount Sinai Hospital”. Charles nie dopytał o żadne szczegóły ani nie poprosił o powtórzenie. Jednym ruchem ręki uciszył salę konferencyjną w Northland Power, rzucił krótkie polecenie swojemu zastępcy i pięć minut później już siedział na tylnym siedzeniu limuzyny, ignorując fakt, że zostawił na stole niedopitą kawę i otwarty laptop.
- Szybciej, Arthur - mruknął do kierowcy, zaciskając dłoń na telefonie tak mocno, że pobielały mu kłykcie. Wziął głęboki wdech. Musiał przejąć kontrolę, zanim wszystko się rozsypie. Musiał być odpowiedzialny. To była jedyna rzecz, którą potrafił robić w sytuacjach kryzysowych - zarządzanie chaosem. Był w tym dobry, więc miał szansę się wykazać. Matka była w samolocie nad Atlantykiem, całkowicie odcięta od świata przez najbliższe kilka godzin. Charity i Cora? Jak zwykle nie odbierały, pewnie zatopione w pracy lub własnych sprawach. Wysłał im tylko krótkie, niemal rozkazujące wiadomości na grupowym czacie: „Ojciec w szpitalu. Zawał. Mount Sinai Hospital". Kiedy wpadł przez szklane drzwi szpitala, wciąż wyglądał jak wiceprezes - nienaganny garnitur, chłodne spojrzenie, aura władzy, która zazwyczaj otwierała przed nim każde drzwi, ale... w środku Charles Marshall czuł dyskomfort, którego nie dało się ułożyć w żaden arkusz kalkulacyjny. Poinformowano go, że ojciec jest stabilizowany przed operacją i że ze względu na rzadki profil, potrzebują potwierdzenia grupy krwi od najbliższej rodziny na wypadek konieczności transfuzji. Oddał próbkę natychmiast, ledwo rejestrując ukłucie igły.
Siedział teraz sam na metalowym krześle, w sterylnym, białym świetle, które wydawało mu się nienaturalnie jaskrawe. Nagle drzwi oddziału otworzyły się i na korytarzu pojawiła się kobieta. Blondynka. Niska. Medyczny uniform utwierdził go w przekonaniu, że należała do personelu szpitala. Niestety, nie wyglądała jak ordynator, na którego czekał. Miała podkrążone oczy i ten rodzaj zmęczonego spojrzenia, który sugerował, że widziała dziś już zbyt wiele dramatów, by przejmować się kolejną losową osobą. Charles natychmiast wstał, prostując idealnie skrojoną marynarkę czysto odruchowym gestem.
- Charles Marshall. Gdzie jest ordynator? - rzekł, a jego głos, choć lodowato spokojny, wibrował od ledwo wyczuwalnego napięcia. - Potrzebuję pełnego raportu o stanie mojego ojca.
Po tych słowach gwałtownie wypuścił powietrze, którego nieświadomie nie wypuszczał od wejścia do budynku. Przez moment stał sam na sam z tą kobietą, czując, jak adrenalina powoli opada. Ten dyskomfort, który odczuwał - w końcu zrozumiał, czym był. To nie był błąd w systemie ani irytacja z powodu opóźnień. To był strach. Czysty, obezwładniający strach o bliską osobę, którego nie potrafił stłumić żadną logiczną analizą. Choć relacje z ojcem bywały sztywne, oparte na wymaganiach i chłodnym profesjonalizmie, a senior Marshall rzadko bywał ojcem roku, Charles uświadomił sobie z bolesną świadomością, że wcale nie życzył mu śmierci. Nie teraz. Nie w ten sposób. Charlie całe życie przygotowywał się do przejęcia imperium, na fuzje i kryzysy, ale na pustkę, którą zostawiłoby odejście ojca - nie był przygotowany w najmniejszym stopniu.

Ivy Harrison

the anatomy of a lie

: ndz sty 18, 2026 5:00 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Czasami zastanawiała się, czym dokładnie kierowała się w życiu, wybierając karierę chirurga. Dyżury potrafiły złamać ją doszczętnie. Sama nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało. Zmęczenie, brak snu oraz wieczne życie w stresie. Tak, momentami miała dosyć takiego życia. Z drugiej strony, gdy szła do pacjentów z dobrymi wieściami, robiło się jej lżej na sercu. Przede wszystkim liczyła się dla niej pomoc innym i to na niej się skupiała. Każdy założony szew, zrąbka od lekarza prowadzącego, miała doprowadzić ją do większego dobra. Do opanowania sztuki prawdziwego chirurga. Kiedyś będzie jak jej mentorzy, przeprowadzając skomplikowane operacje trwające nawet i kilka dób.
Ten przypadek był inny. Głównie przez wzgląd zebrania się wszystkich najlepszych lekarzy. Zawał. Standardowa procedura. Szybko mówiła ją krok po kroku, działając zgodnie z poleceniami przełożonych. Na szczęście serce po zatrzymaniu wróciło do swojej pracy, za to pan Marshall musiał trafić na serię badań, które sprawdzą, co dokładnie się stało. Po całej akcji Ivy została oddelegowana do powiadomienia rodziny. Badania zaczęli wykonywać ludzie z jej roku oraz inni rezydenci. Weszła na pusty korytarz, unosząc ku górze kąciki ust. Masz dobrą wiadomość Ivy, tego się trzymaj, powtarzała cały czas w swojej głowie. Mężczyzna ją przerażał. Był wysoki i miał w sobie ten charakterystyczny błysk w oku. Wystarczyło spojrzeć na jego garnitur, żeby wiedzieć... że był droższy od mebli w jej salonie. Albo mebli w całym wynajmowanym mieszkaniu.
Dzień dobry, nazywam się Ivy Harrison i jestem rezydentką chirurgii — próbowała wyglądać na opanowaną. Zacisnęła swoje pięści, wbijając paznokcie w środek dłoni, byle utrzymać na twarzy spokój. Nie mogła pokazywać rodzinie pacjenta, że jest nim przerażona — rozumiem, że Pan jest synem pana Marshalla? — dopytała, by mieć formalności za sobą. Nikomu nie mogła przekazać informacji o pacjencie spoza rodziny. Z tego doskonale zdawała sobie sprawę, dlatego czekała na potwierdzenie ze strony mężczyzny.
Ordynator w tym momencie zajmuje się pańskim ojcem — na poważnie czekał na wyniki badań od rezydentów i pił kawę w gabinecie. To był szpital kliniczny, rezydenci mieli się uczyć, a Ivy wśród nich wszystkich wykazywała się największą empatią i zrozumieniem — jego stan jest stabilny, ale prawdopodobnie będzie potrzebował by pass'ów — nie zejdzie z tego świata w ciągu najbliższych godzin. Medycy zdążyli go ustabilizować, teraz zostało jedynie ustalić przyczynę. Seria badań trwa.
Jest w dobrych rękach, przeżyje, panie Marshall — dodała, unosząc ku górze kąciki ust. Uspokojenie zdenerwowanej rodziny zawsze było trudne. Czasami wręcz niemożliwe. Nie wiedziałaby, jak powinna się zachować w podobnej sytuacji.

the anatomy of a lie

: ndz sty 18, 2026 9:57 pm
autor: Charlie Marshall
Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.

Charles powtarzał te słowa w myślach jak jakąś dziwną modlitwę, starając się opanować chaos we własnej głowie. Pod względem formalnym rodzina Marshallów była przygotowana na ewentualną śmierć ojca w stu procentach. Mieli spisane testamenty, ostatnie wole ojca spoczywały w bezpiecznych sejfach, a każdy fundusz powierniczy był zabezpieczony na lata. Prawnie - śmierć seniora rodu byłaby tylko kolejną formalnością. Ale... siedząc na tym twardym, metalowym krześle, Charles zrozumiał, że w tym całym planowaniu zapomnieli o najważniejszym. O uczuciach. Emocjonalnie nie był gotowy na śmierć ojca w żadnym stopniu, a żaden dokument nie potrafił opisać pustki, jaka zostałaby po człowieku, który był fundamentem jego świata.
Ta kobieta, która do niego wyszła, nie była ordynatorem, na którego tak wściekle czekał, ale paradoksalnie - to właśnie jej obecność go uspokoiła. Miała w sobie coś, czego Charles rzadko doświadczał w swoim świecie - szczere ciepło, a jej spokojny głos brzmiał jak obietnica, że koszmar w końcu dobiega końca. Kiedy usłyszał, że stan ojca jest stabilny i że „przeżyje”, poczuł, jakby z jego piersi nagle spadł ogromny ciężar, który nie pozwalał mu złapać tchu od czasu telefonu z biura. Choć ta sytuacja była emocjonalnie wycieńczająca nawet dla niego, nie zamierzał się na nią denerwować. Lata w biznesie nauczyły go trzymać nerwy na wodzy i rzadko bywał wybuchowy, a patrząc na zmęczenie wymalowane na twarzy rezydentki, wiedział, że nie jest ona niczemu winna. Wręcz przeciwnie - była teraz jedną z osób, które walczyły o życie jego ojca.
- Tak, jestem jego synem. Jedynym, który potrafi odebrać telefon na czas - odpowiedział, a w jego głosie, obok wielkiej ulgi, pojawiła się gorzka nuta wymierzona w nieobecne siostry.
Przez chwilę po prostu na nią patrzył. Był zbyt wykończony własnym strachem, żeby analizować jej gesty czy mowę ciała. Odnotował tylko nazwisko na identyfikatorze - Harrison. Uderzyło go, jak bardzo różniła się od ludzi, którymi otaczał się na co dzień. Była młoda, może nawet zbyt młoda na tak trudną pracę, a jednak bił od niej spokój, którego on nie mógłby teraz kupić za żadne pieniądze. Napięcie, które trzymało go od godziny, w końcu zaczęło puszczać.
- Dziękuję, panno Harrison. Naprawdę... dziękuję - powiedział cicho, a jego spojrzenie złagodniało. Wypuścił głośno powietrze, czując, jak dłonie przestają mu w końcu drżeć. By-passy. Słowo brzmiało poważnie i bardzo technicznie, ale w jej ustach nie brzmiało jak wyrok. Było planem działania, a Charles kochał plany. To pozwalało mu odzyskać choć odrobinę gruntu pod nogami. - By-passy. Okej. Rozumiem. Róbcie to, co konieczne.
Zapanowała cisza, którą przerywał jedynie stłumiony szum szpitalnego korytarza. Charles czuł, że musi jakoś rozładować tę gęstą atmosferę. Może wciąż targała nim adrenalina, a może po prostu pierwszy raz od lat poczuł potrzebę nawiązania kontaktu z kimś spoza swojego kręgu, bez żadnego interesu w tle. Jego twarz, dotąd sztywna i nieprzystępna, na moment całkowicie złagodniała.
- Skąd bierze pani cierpliwość do pracy w takim miejscu? - zapytał cicho, nieznacznie się do niej przybliżając. Rozejrzał się po białych ścianach, które zdawały się go przytłaczać, i uświadomił sobie, że on sam nigdy nie mógłby tu pracować. Zarządzanie miliardami dolarów było proste, ale zarządzanie ludzkim życiem w takim tempie wydawało mu się ponad jego siły.

Ivy Harrison

the anatomy of a lie

: ndz sty 18, 2026 10:22 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Ivy była przyzwyczajona do tych świateł na korytarzu, do pewnego rodzaju zmęczenia, którego nie dało się opanować. Nawet do rodziny pacjenta, która przeżywała jego stan. Rozumiała wszystkie emocje i starała się je porządkować. Czasami przez to popełniała błędy. Najgorszym możliwym jest obiecanie komuś życia. Parametry pana Marshalla były stabilne, na ten moment przeżyje, rodzina będzie mogła się z nim pożegnać. Dopiero po wynikach badań będą w stanie odpowiednio oszacować stan, w jakim się znajduje. Fakty jednak przemawiały za jego przeżyciem. Jedna operacja, a właściwie zabieg i będzie mógł wracać na spokojnie do domu.
Ale na pewno nie jedynym, który się o niego martwi — stwierdziła sucho Ivy, posyłając mu delikatny uśmiech — nie powinien pan wymierzać ataku w nieobecnych, bo i na nich zależy ojcu. Na pewno niedługo będą Panu towarzyszyć — Ivy była bardzo rodzinną osobą. Sama miała siódemkę kochającego się rodzeństwa. To im dałaby całe serce. Nawet jeśli nie wiedzieli, że znajdowała się w Toronto. Jej relacja z Dante była skomplikowana, a ona bałaby się... przedstawić go któremukolwiek z rodzeństwa.
Nie ma za co, to moja praca — odpowiedziała spokojnym, zawodowym tonem — mogę Pana zapewnić, że pana ojciec jest dla nas priorytetem — jak każdy pacjent, ale Ci bogaci zawsze byli specjalnie traktowani. Własna sala, własny zespół lekarzy, każde badanie wykonywane priorytetowo. Tu nie było żadnego zawahania, tylko czysta precyzja — dobrze się nim zajmiemy — zapewniła Ivy. Cokolwiek mu dolegało, opiekę będzie miał na najwyższym poziomie. Zresztą kiedy Ivy patrzyła prosto w oczy jego syna, chciała mu to zapewnić, że faktycznie tak się stanie, że nie miał, o co się martwić. Choć na konkretny wynik jej słów musieli poczekać, aż zostaną wykonane wszystkie badania — to czasu by-pass'ów będziemy potrzebowali trochę czasu. Badania same się nie wykonają — poinformowała go. Wszystko mogło wyjść w trakcie badań. Każde odstępstwo od normy mogło mieć wpływ na potencjalną operację. Już chciała spytać o historię leczenia ojca, otwierała usta, a on zadał pytanie, które ją zamurowało.
Słucham? — spytała lekko zdziwiona pytaniem Charlesa, zamrugała kilka razy oczami. Dosyć nerwowo jak na nią. Nikt nigdy jej oto nie spytał — ktoś musi ratować innym ludziom życia i dawać nadzieję — stwierdziła Ivy. Ona chciała ją dać, sprawiać, że ludzie będą widzieli sens. Przekazywanie złych informacji było dla niej trudne, ale... dawała sobie z nimi radę — jej pan potrzebuje, prawda? — zagadnęła, uśmiechając się szerzej. Chciała mu pomóc, dotknąć pokrzepiająco ramię, wypowiedzieć obietnicę, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że to byłoby nieprofesjonalne z jej strony.
Zna pan historię leczenia kardiologicznego ojca? — spytała jeszcze Ivy. Takie informacje były dla nich istotne, mogli dostać przyczynę bez przeprowadzenia badań — chodził do jakiegoś lekarza, z którym moglibyśmy się skontaktować? — dopytała spokojnym tonem, czekając na informację. Proste informacje potrafiły zmienić naprawdę wiele.

the anatomy of a lie

: pn sty 19, 2026 11:05 pm
autor: Charlie Marshall
Charles uniósł lekko brwi, a na jego usta przybłąkał się cień gorzkiego, choć tym razem cieplejszego uśmiechu. Pouczanie o rodzinnych wartościach przez niemal obcą osobę było ostatnią rzeczą, jakiej spodziewał się w tym sterylnym, szpitalnym korytarzu, ale dziwnym trafem w ustach panny Harrison nie brzmiało to irytująco. Brzmiało jak... przypomnienie o świecie, o którym w ferworze walki o życie ojca zdążył zapomnieć. Ta kobieta najwidoczniej miała w sobie niezwykle dużo wiary w ludzi.
- Dobrze, ma pani rację. Pewnie niedługo tu będą i pewnie zrobią większy raban niż ja - odparł i westchnął. - Po prostu... trudno jest być tym pierwszym, który odbiera taki telefon.
Słysząc zapewnienia panny Harrison o „priorytetowym traktowaniu”, skinął głową z aprobatą. To był język, który rozumiał - język konkretów i najwyższej jakości usług. Był do tego przyzwyczajony i, prawdę mówiąc, nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Zdziwiłby się, gdyby nazwisko Marshall nie otwierało tu wszystkich drzwi. Jednak gdy zadał jej pytanie o cierpliwość, a ona zamrugała nerwowo, poczuł, że na moment przebił się przez jej profesjonalną skorupę.
- Słucham? - powtórzył pod nosem jej zdziwienie, gdy zauważył jej nerwowość. Kiedy jednak rezydentka stwierdziła, że ktoś musi dawać ludziom nadzieję... Cóż, niespecjalnie to do niego przemawiało - przede wszystkim dlatego, że w życiu kierował się głównie suchymi faktami, a nie uczuciami. Nadzieja nie mogła nakarmić głodnego. Ani zarobić miliardów. Mogła to za to zrobić ciężka praca. - Nadzieja... hm... tak. To towar deficytowy w mojej branży, panno Harrison - odparł uprzejmie, uśmiechając się do niej po raz pierwszy tak szczerze. Czuł, że musi jakoś rozładować tę gęstą atmosferę. Zarządzanie ludzkim życiem w takim tempie wydawało mu się ponad jego siły. - Proszę mi wybaczyć tę poufałość, ale ja naprawdę bym nie potrafił. Dla mnie to wszystko... jest zbyt rzeczywiste.
Dopiero gdy panna Harrison wróciła do zawodowego tonu i zapytała o historię leczenia kardiologicznego seniora Marshalla, Charles poczuł nagłe, nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Jako wiceprezes Northland Power wiedział wszystko o tabelach zysków, ale uświadomił sobie z przerażeniem, że nie ma pojęcia, kiedy jego własny ojciec ostatni raz widział lekarza.
- Historia leczenia... - Charles powtórzył to z lekkim zawahaniem, a w jego głosie po raz pierwszy pojawił się cień konsternacji. Na szczęście potrafił szybko myśleć. - Obawiam się, że mój ojciec traktuje swoją historię medyczną niemal z taką samą uważnością jak tajemnice korporacyjne. Nigdy nie wspominał o żadnych problemach z sercem, choć podejrzewam, że jego regularne „wyjazdy na badania do kliniki w Szwajcarii” nie były jedynie profilaktyką.
Zrobił krótką pauzę, jakby w myślach układał listę osób, do których musiał natychmiast dotrzeć.
- Wiem, że korzystał z opieki osobistego lekarza rodziny, doktora Vaughana. Skontaktuję się z nim niezwłocznie i wydam polecenie, by przesłał pani pełną kartotekę, włącznie z listą przyjmowanych leków. Czy potrzebuje pani czegoś jeszcze poza tym? Może numerów do konkretnych specjalistów, z którymi konsultował się prywatnie? - spytał, a jego ton był teraz precyzyjny i rzeczowy, typowy dla kogoś, kto deleguje zadania w sytuacjach kryzysowych.
Wyjął telefon z kieszeni marynarki, chcąc od razu przekazać pannie Harrison numer do Vaughana. Jednak kiedy nacisnął przycisk, ekran błysnął tylko czerwoną ikoną baterii i zgasł, zostawiając Charlesa z widokiem własnego, zmęczonego odbicia w ciemnym szkle.
- To chyba jakiś żart... - mruknął pod nosem, czując falę irytacji, która była zupełnie nieproporcjonalna do problemu. Potrząsnął urządzeniem, jakby to mogło przywrócić mu życie, ale smartfon pozostał martwy. Spojrzał bezradnie na pannę Harrison, czując się przez ułamek sekundy niemal absurdalnie. Człowiek zarządzający miliardami, stojący w jednym z najnowocześniejszych szpitali, nie mógł wykonać jednego, kluczowego połączenia. - Czy ma pani może ładowarkę?
Nie wiedział, kiedy na horyzoncie planowały pojawić się jego siostry, ale w jego mniemaniu liczyła się każda minuta. Chciał mieć te papiery natychmiast i chciał być tym, który ma pełną kontrolę nad sytuacją, zanim w szpitalu wybuchnie chaos wywołany obecnością resztą rodziny.

Ivy Harrison

the anatomy of a lie

: pn sty 19, 2026 11:46 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Uniosła kąciki ust ku górze. W całym świecie pełnym kłamstw i ranienia się nawzajem, Ivy lubiła doszukiwać się w ludziach dobra. Dlatego była z Dante. Potrafił rozświetlić jej świat, zaledwie jednym uśmiechem, dać jej to, czego potrzebowała. Nigdy nie była w stanie skreślić ludzi. To oni tworzyli ją, jej światopogląd, wspierali ją.
Wiem... — mruknęła pod nosem. Jej wyraz twarzy był szczery, spokojny. Potrafiła go zrozumieć. Była w stanie wyobrazić sobie taką scenę we własnej rodzinie. Pierwsza stanęłaby na korytarzu, zastanawiając się i przeklinając własne rodzeństwo. Tylko wynikałoby to z niemocy, sama potrzebowałaby ich w takiej chwili — sama mam siódemkę rodzeństwa i na pewno nie byliby zadowoleni, gdyby wiedzieli, że tu jestem — stwierdziła spokojnym tonem. Przyjechała tu za facetem, a powinna za rodzeństwem. Wszyscy znajdowali się w Toronto, za to ona próbowała się przed nimi ukryć. Jak wytłumaczyłaby taki związek? Przecież nie miałoby to najmniejszego sensu — jednak zanim padną gorzkie słowa, będzie Pan ich potrzebował — chwilę później już dodawała — z rodziną trzeba się trzymać, nieważne, jak nieznośna by była — Harrisonów była ósemka. Wystarczyło przymknąć oczy, by wyobrazić sobie gwar panujący w ich domu. Kłótnie, ciągnięcie za włosy, kradzieże ciastek, ale nie byłaby sobą, gdyby nie oni. Nawet jej brat bliźniak był upierdliwy, nie obraziłaby go przy obcych ludziach.
Przechyliła delikatnie głowę, marszcząc brwi. Było jej... żal Charlesa? To było odpowiednie słowo. Westchnęła cicho, zbierając myśli.
Nadzieję trzeba mieć zawsze — stwierdziła finalnie, wpatrując mu się prosto w oczy — może pan w branży tego nie rozumieć, ale to silne uczucie pozwala nam żyć — każdy marzy o lepszym jutrze, lepszym kontrakcie, a ta siła powoduje działania, dzięki którym jesteśmy w stanie to spełnić. Ivy brzmiała jak marzycielka, poniekąd nią była, a szpitalny świat, dopiero zaczynał ją krzywdzić — tak samo jak ludzie, których spotykamy i o których się troszczymy — budują naszą historię, sprawiają, że zmieniamy się. Dojrzewamy, by świat był jeszcze lepszy — a jednak potrzebuje Pan nadziei. Tego że wszystko z Pana ojcem będzie w porządku — powiedziała wprost, marszcząc brwi. To mu właśnie dała, wypowiadając słowa: stan jest stabilny. Dała nadzieję, której on postanowił się trzymać.
Rozumiem... — mruknęła pod nosem, wpatrując się w Marshalla. Widocznie żadnych cennych informacji nie dostanie... ale pojawiło się światełko nadziei. Oczy jej zabłysnęły — gdyby pan mógł, byłoby świetnie. Potrzebujemy tych danych, z pewnością ułatwiłoby to nam leczenie — wtedy wiedzieliby, gdzie dokładnie powinni szukać, co zrobić. Szukanie błędu w całym ciele było żmudną pracą, a jakakolwiek wskazówka wydawała się cenna. Już była cała zadowolona, aż nie usłyszała pytania o ładowarkę. Przegryzła wewnętrzną część policzka, by się nie zaśmiać. Wielki biznesmen z rozładowanym telefonem? Nie tego się spodziewała.
Pójdzie Pan ze mną do socjalnego? Ktoś na pewno ma ładowarkę do iphone'a — spytała, obracając się na pięcie i idąc w stronę pokoju rezydentów. Chwilę szli, aż nie otworzyła małego pokoju, w którym znajdowało się łóżko piętrowe, kanapa, stolik i czajnik. Gdzieś stał wciśnięty przedłużacz z różnymi kabelkami — Proszę — uniosła odpowiedni kabelek. Nie spodziewała się, że człowiek jego typu będzie miał ładowarkę typu C dla plebsu — może zaparzę Panu melisę? — zaproponowała Ivy, kładąc sobie dłoń na klatce piersiowej — żeby serce się trochę uspokoiło — uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Na nią melisa działała cuda. Zwłaszcza gdy była wykonana przez najstarszą siostrę. Trochę jak kakao, czy mleko z miodem przygotowane przez mamę.

the anatomy of a lie

: śr sty 21, 2026 10:52 pm
autor: Charlie Marshall
Nie doszukiwał się w ludziach dobra. Świat, w którym dorastał, nie promował altruizmu. Znaczy - teoretycznie promował. Oczywiście, Charles nieraz wspierał różne fundacje, pojawiał się na imprezach i balach charytatywnych, a Northland Power fundowało stypendia na kilku uczelniach, ale... to była kwestia jednego telefonu, jednego spotkania zarządu i jednego podpisu. No i należało to do jego obowiązków. Wystarczyło, że porozmawiał z dyrektorem fundacji charytatywnej, zapozował do zdjęcia, podpisał dokumenty, i już mógł odhaczyć dobry uczynek, mimo że sam w rzeczywistości nie kiwnął nawet palcem przy organizacji takiego przedsięwzięcia. Od dobrych uczynków po prostu miał ludzi. Oni za niego planowali, oni przekazywali budżety, oni odpowiadali za organizację od A do Z. On tylko wszystko zatwierdzał, siedząc wygodnie w swoim gabinecie, patrząc z ostatniego piętra Northland Power na Toronto i pijąc kolejną kawę. A dlaczego? Bo był realistą do szpiku kości. Wierzył w liczby, fakty i twarde dane - wiara w bezinteresowność wydawała mu się luksusem dla tych, co nie mieli nic do stracenia. Właśnie dlatego delegował wszystko, co mógł, a sam skupiał się na tym, co potrafił najlepiej. Na zarabianiu pieniędzy. Na pewno nie należał do osób, które pojechałyby do Afryki, żeby kopać studnie z UNICEFem (chociaż bardzo prawdopodobne, że jakaś została ufundowana przez Northland Power).
- Nie byliby zadowoleni? Dobrze panią usłyszałem? - zmarszczył brwi, posyłając jej zdziwione spojrzenie. Z rodziną trzeba się trzymać, nieważne, jak nieznośna by była. - Skoro z rodziną trzeba się trzymać to... dlaczego pani się nie trzyma? Proszę mi wybaczyć tę ciekawość, ale jestem... hm... ciekawy.
Zaintrygowała go, mimo że sytuacja była skrajnie nieodpowiednia na towarzyskie analizy. Powinien skupić się na ojcu, a nie rozpoczynać analizę psychologiczną przypadkowej rezydentki Mount Sinai Hospital, ale... cóż, wiele rzeczy był powinien zrobić, jednak Charles nie potrafił przejść obojętnie obok luki w logice. Radio, muzyka, fakty. Znaczy - Charles Marshall, Northland Power, fakty. Gdy przechyliła głowę na bok, również miał niewyobrażalną ochotę to zrobić, bo mimo że była poważną rezydentką poważnego szpitala, jej głos, aura i mimika go... hm... hipnotyzowały? Było w niej coś niesamowicie kojącego, co nie pasowało do tego miejsca. Nie pasowała do świata, w którym obracał się na co dzień. W świecie biznesu każdy gest był wyliczony, a każdy uśmiech miał swoją cenę. Panna Harrison tymczasem wydawała się autentyczna w każdym calu, nawet gdy próbowała ukryć swoje zmieszanie. Widział jej rozmarzone oczy i prawie uległ tej optymistycznej wizji świata.
- Może ma pani rację... - wymruczał jedynie pod nosem na jej słowa o nadziei. Poczuł, jak wewnątrz niego narasta znajomy opór. Choć słowa panny Harrison miały w sobie pewien poetycki magnetyzm, on sam nie czuł się dobrze w tym temacie - dla niego była to zbyt śliska kategoria, której nie dało się zamknąć w żadnym logicznym schemacie. Czuł, że rozmowa zaczyna niebezpiecznie „odlatywać” w niebezpieczne rejony, dlatego lepiej było zakończyć ten temat i kontynuować twarde stąpanie po ziemi. Szpital. Ojciec. Zawał. Radio, muzyka, fakty.
Gdyby pan mógł, byłoby świetnie. Potrzebujemy tych danych, z pewnością ułatwiłoby to nam leczenie. Wiedział to doskonale, a jednak rozładowany telefon pokrzyżował ich plany. Wewnętrzna irytacja Charlesa zaczęła rosnąć, jakby od tego jednego telefonu zależało życie jego ojca. Och, chwila - od tego jednego telefonu naprawdę zależało życie jego ojca! Na szczęście, panna Harrison bardzo szybko znalazła rozwiązanie sytuacji. Pójdzie pan ze mną do socjalnego? Ktoś na pewno ma ładowarkę do iPhone'a. Oczywiście, że pójdzie z nią do socjalnego! W końcu od tego zależało życie jego ojca. - Panie przodem - odparł, kiwając jej głową. Nie mając innego wyjścia, skierował swoje kroki za panną Harrison, dając się poprowadzić w głąb korytarza do tej części szpitala, która była przeznaczona tylko dla personelu. Wszedł do pokoju z typową dla siebie pewnością siebie, zupełnie jakby wkraczał na posiedzenie zarządu, a nie do pokoju, gdzie rezydenci pili kawę lub herbatę. Zauważył wysłużoną kanapę, łóżko, stolik, stos książek o tematyce medycznej. Poczuł też zapach kawy. Taniej kawy.
- Dziękuję - rzekł, przejmując od niej odpowiedni kabelek i podłączając swojego iPhone'a. Hm... No i co teraz? Stał tak przez chwilę, wpatrzony w pannę Harrison, nie bardzo wiedząc, czy powinien usiąść czy wyjść. Może zaparzę panu melisę? - Hmm... Tak, poproszę, to bardzo miłe z pani strony - przytaknął, po czym podszedł do okna i rzucił okiem na parking. Jego auto bardzo wyróżniało się wśród reszty pojazdów. Kierowca czekał, oczywiście, w środku. Odwrócił się od okna z powrotem do rezydentki, która zapewne już wstawiała wodę na herbatę. - Bardzo... przytulne miejsce - skomentował i uśmiechnął się do niej ciepło i szczerze. Był dobrze wychowany, więc nawet, jeśli sądziłby inaczej, panna Harrison nigdy by się o tym nie dowiedziała. - A więc to tutaj odpoczywacie? - zagadnął, ponownie rozglądając się wokół siebie. Takie miejsce wyobrażał sobie trochę bardziej... hmm... luksusowo.

Ivy Harrison

the anatomy of a lie

: czw sty 22, 2026 5:08 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Zmarszczyła obie brwi, wpatrując się pytająco w Charlie'go. Nie spodziewała się, że obcy dla niej mężczyzna będzie chciał przeprowadzać jej analizę rodzinną. Ledwo znała go kilka minut, a cała sytuacja wydawała się jej absurdalna. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Dlaczego nic nie powiedziała rodzinie? Odpowiedź była prosta. Bała się ich relacji na Dante'go. Typowy imprezowicz, bogaty dzieciak, nawet dla niej samej ta relacja momentami była śmieszna. Kochała go, ale nikt nie doprowadzał ją tak mocno do białej gorączki.
Tak, ale myślę — zaczęła Ivy, wpatrując się w niego niebieskimi tęczówkami — że to prywatna sprawa, panie Marshall — ona była rezydentką, on rodziną pacjenta. Znajdowali się w szpitalu, ktoś właśnie tracił życie w trakcie akcji reanimacyjnej. Za to on chciał rozmawiać o jej rodzinie. Miała pewne jasne granice, które były dla niej w żaden sposób nie do przekroczenia. Wchodzenie w relacje prywatne z rodziną pacjenta były jawnym przekroczeniem. Wystarczyłby jeden krok, jedno zwierzenie, a ona nie chciała do tego doprowadzić. Pierwszy rok rezydentury sprawiał, że miała problemy ze snem, ciało odmawiało jej jakiejkolwiek współpracy.
Mam rację, panie Marshall — stwierdziła spokojniejszym tonem, poprawiając nerwowo dłońmi scrubs. Wzięła głęboki oddech, porządkując sobie wszystko w głowie. Nadzieja była wszędzie, trzeba było tylko pamiętać, by zapalić światło w odpowiednim momencie. Ivy widziała lekarzy, jako osoby które je rozpalały, lub wręcz gasiły. Gdyby nie oni śmiertelność Toronto znacząco by wzrosła — inaczej by się pan po moich słowach nie uspokoił — dodała, unosząc oba kąciki ust ku górze. Chciała wierzyć w tę siłę. Ludzie zbyt często zamykali się w mrocznych myślach, wyrzucając sobie same gorzkie momenty. Za to Ivy chciała być ich słońcem. Rozświetlać dzień, sprawiać, że człowiek chciał się uśmiechać. Kiedyś robiła to dla swojego chłopaka, teraz... mogła dla obcych ludzi. Zbyt często kłóciła się z Levasseur'em.
Dziękuję — mruknęła, wchodząc pierwsza do pomieszczenia. Dalej zadziała się prosta kombinacja działań. Danie kabelka, krótkie spojrzenie na bogacza. Aż zaczęła się zastanawiać, czy dobrze, że gu to zabrała. Wyglądał na obrzydzonego. Ciekawe, co by powiedział na jej mieszkanie. Było tanie, ale własne. Nie stać jej było na luksusy, dodatkowo cały czas gdzieś pałętał się szczeniak przyprowadzony przez Dante'go.
Już robię — zaraz włączyła czajnik, który lata świetności, miał już za sobą. Chwyciła za pierwszy lepszy kubek, a z szafki wyjęła jeszcze melisę do zaparzenia. Truskawkową melisę jej ukochaną na zakończenie dnia.
Przywykł pan do większych luksusów? — spytała, słysząc jego słowa. Wyczuwała pewną nutę fałszu — gdy się ma szesnastogodzinny dyżur, nie ma większej różnicy, gdzie się odpoczywa — dodała finalnie, a jej wzrok utkwił w jego brązowych oczach. Chciała mu się w nie dłużej przyglądać. W jakiś sposób ją przyciągały do niego. Nie widziała bardziej bezbronnego mężczyzny, tak silnego jednocześnie. Biła od niego aura bogactwa, luksusu, władzy, a jednak też słabość. Jakby stan ojca naprawdę go złamał.
Proszę to pana melisa — a na kubku cudowny napis: jestem oazą spokoju. Gdy się go tylko obróciło, znajdowała się na nim kontynuacja napisu: pierdolonym kurwa, zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu, na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora. Jestem wręcz jak jebany wagon, pełen pierdolonych, medytujących tybetańskich mnichów. Gdzieś z przodu kubka znajdowała się jeszcze medytująca alpaka. Totalnie nie zdawała sobie sprawę, jaki kubek mu podawała. Jedynie uśmiechała się niewinnie.
Jakbym mogła jakoś pomóc — zaczęła jeszcze Ivy — to zna pan moje nazwisko — o ile zapamiętał. Po człowieku takiej klasy nie spodziewała się tego. Specjalnie odwróciła się bokiem, by nie mógł spojrzeć na identyfikator, pod którym kryły się jej personalia. Traumatyczna sytuacja była w stanie wszystko zamaskować, ale nie w stu procentach.
Zadzwoni już Pan? Chciałabym móc przekazać informację ordynatorowi — a najlepiej byłoby odejść od Marshalla. Po tym pytaniu o rodzinie czuła dziwną niezręczność. Małą oczywistą, bo o ile chciała mu pomóc jako lekarka, to nią chciała pozostać. Najlepiej było zająć się przypadkiem.

the anatomy of a lie

: pt sty 23, 2026 11:56 pm
autor: Charlie Marshall
Pewnie nie powinien się tym przejmować, w końcu panna Harrison była przypadkową rezydentką ze szpitala, do którego akurat trafił jego ojciec, aczkolwiek - nie uszło jego uwadze, że była kobietą pełną sprzeczności. Nie chciał jej urazić, ale nie zamierzał też pozwolić, by robiła z niego kogoś wścibskiego, skoro sama rozpoczęła temat. Oparł się o krawędź stolika i uniósł nieznacznie kącik ust.
- Oczywiście, to pani prywatna sprawa, panno Harrison - zaczął, spokojnie obserwując jej reakcję. Tak, zapamiętał jej nazwisko. Zapamiętał również jej imię, ale to było na razie nieistotne. - Ale proszę mi wybaczyć szczerość: to pani pierwsza o tym wspomniała. Ja tylko pociągnąłem temat, który sama mi pani podsunęła pod nos. Myślałem, że skoro pani mnie ocenia, ja mogę zrobić to samo - dokończył, mierząc się z jej niebieskimi tęczówkami. Patrzył w nie sekundę za długo, by można to było uznać za zwykły uprzejmy gest. Były hipnotyzujące, choć Charles Marshall nigdy nie użyłby tak tandetnego słowa. Miały w sobie coś... z głębi oceanu tuż przed sztormem. Mam rację, panie Marshall. Słowa odbiły się echem w jego głowie, a on wciąż nie spuszczał z niej wzroku. Musiał przyznać, że nie tylko jej oczy były hipnotyzujące. Cała jej postawa - ta nagła stanowczość i niemal harda zadziorność - była czymś, z czym rzadko spotykał się na co dzień. W biurowcach Northland Power zazwyczaj słyszał potulne: „Oczywiście, panie Marshall”, „Tak jest, panie Marshall” lub „Ma pan absolutną rację, panie Marshall”. Ludzie bali się jego nazwiska, jego pieniędzy i jego chłodnego spojrzenia. Tymczasem ta drobna rezydentka, stojąca naprzeciw niego nad czajnikiem, właśnie postawiła mu wyraźną granicę i jeszcze bez mrugnięcia okiem wypunktowała mu jego zachowanie. Chwila, moment! Co on tutaj wyrabiał? Stał w niezbyt luksusowym pokoiku socjalnym - przydałoby się go wyremontować, musiał podrzucić zarządowi pomysł dofinansowania szpitala - analizując charakter rezydentki, podczas gdy kilkanaście metrów dalej jego ojciec walczył o życie, a interesy firmy wisiały na włosku. Powinien skupić się na lekarzach prowadzących, na wynikach badań, na ewentualnym przeniesieniu ojca do najlepszej kliniki w mieście... a nie na tym, jak światło odbijało się w błękitnych oczach panny Harrison. Poświęcał jej zdecydowanie zbyt dużo uwagi. A potem znów powiedziała coś takiego, że nie mógł przejść obok tego obojętnie. Gdy się ma szesnastogodzinny dyżur, nie ma większej różnicy, gdzie się odpoczywa. - Szesnaście godzin? - powtórzył. - Zmęczenie generuje ryzyko, a ryzyko to straty. Dziwi mnie, że system, który ma ratować życie, opiera się na ludziach, którzy ledwo widzą na oczy.
Na pytanie "Przywykł pan do większych luksusów?" nie zamierzał odpowiadać. Tak, kochał luksus i nie chciał tego ukrywać pod maską fałszywej skromności. Był on dla niego czymś naturalnym - widać to było w każdym elemencie jego osoby. Od nienagannie skrojonej marynarki, po sposób, w jaki poruszał się po korytarzach. Zresztą - informacja o szesnastogodzinnym dyżurze skutecznie zbiła go z tropu. Przez moment poczuł się niemal absurdalnie ze swoimi pretensjami do niewygodnej kanapy, stojąc naprzeciw panny Harrison, dla której luksusem był prawdopodobnie sam fakt, że mogła na niej na moment usiąść. Gdy wyciągnęła w jego stronę kubek z melisą, nawet nie zauważył napisu, który się na nim znajdował. Ich palce na moment zetknęły się ze sobą - a Charlie natychmiast ten krótki moment zignorował, choć jego mózg zarejestrował go gdzieś głęboko z chirurgiczną wręcz precyzją.
- Dziękuję - powiedział krótko. Uniósł kubek, pozwalając, by zapach ziół wypełnił jego nozdrza. Nagle poczuł coś jeszcze - autentyczność. Tu wszystko było autentyczne. Począwszy od panny Harrison, przez rozgardiasz panujący w tym pokoju, a na melisie skończywszy. Jakbym mogła jakoś pomóc to zna pan moje nazwisko. - Oczywiście, dziękuję - pokiwał głową, przestępując z nogi na nogę, z kubkiem w dłoni. Nie miał nic więcej do dodania. Jedynie lustrował teraz wzrokiem ekran swojego iPhone'a, czekając, aż się włączy. No i pił melisę. Nie była taka zła. Zadzwoni już Pan? Chciałabym móc przekazać informację ordynatorowi. - Oczywiście, już próbuję.
Odłożył kubek z melisą na stolik, wziął telefon do ręki i odczekał kilka sekund, aż na ekranie pojawiło się białe jabłko i system w końcu ożył. Bez chwili zwłoki wybrał numer do doktora Vaughana. Głos Charliego natychmiast uległ zmianie - stał się twardy, konkretny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Wydał kilka krótkich poleceń i rozłączył się, zanim rozmówca zdążył zadać jakiekolwiek pytanie. Odwrócił się w stronę panny Harrison.
- Doktor Vaughan osobiście dopilnuje wysyłki. Otrzymacie wszystko, od wyników ostatnich badań w Szwajcarii po pełną historię kardiologiczną - oznajmił, prostując się i odzyskując swoją pewną siebie posturę. Wskazał dłonią na pusty kubek. - Dziękuję za melisę. Dokumentacja powinna pojawić się w systemie w ciągu kilku minut. Mam nadzieję, że to ułatwi państwu pracę. Nie będę już pani przeszkadzać... dziękuję za ładowarkę. Do zobaczenia, panno Harrison.
Skłonił głowę w krótkim geście pożegnania i nie czekając na odpowiedź, skierował kroki w stronę wyjścia. Jego telefon zawibrował kilkukrotnie - najwidoczniej Cherry i Cora w końcu odczytały jego wiadomości. Gdy położył dłoń na klamce, telefon zaczął dzwonić. Odebrał go bez patrzenia na wyświetlacz. Był poza siecią zaledwie kilkanaście minut, a już okazywało się, że był niezbędnym ogniwem w wielu procesach. - Charles Marshall, słucham... - dalszych słów panna Harrison raczej nie usłyszała, chyba że wyszła z pokoju socjalnego tuż za nim.

zt

Ivy Harrison

the anatomy of a lie

: sob sty 24, 2026 10:16 am
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Charles Marshall był dla niej typowym przystojniakiem, posiadającym zbyt dużą ilość pieniędzy oraz władzy. Jeden z wielu członków rodziny pacjentów. Miał w sobie pewien błysk w oku, na którym Ivy byłaby w stanie zawiesić wzrok. Te ciemne tęczówki na pewno zasmakowały niejednej szminki. Wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć siłę nazwiska Marshall.
Dziękuję, panie Marshall — za zrozumienie i niedrążenie. Tylko wystarczyła chwila, by ponownie wbiła w niego intensywne spojrzenie. Tylko pociągnął? Ona nie respektowała tego w ten sposób. Uwielbiała całą siódemkę rodzeństwa, a jednak sam temat wydawał się być drażliwy. Nie byłaby to rozmowa o pogodzie, historii leczenia, samej kwestii przypadku, a wchodziłaby w dosyć prywatną sferę. Tą na którą nie mogła sobie pozwolić. O ile sama zaczynała mówić o kwestii rodziny, tak to ona decydowała, ile wypowie — temat dotyczący pana rodziny i wypowiadania gorzkich słów. Nie będę ich wypowiadała w stosunku do mojej rodziny, bo takich nie ma — sprecyzowała Charlesa, marszcząc brwi — wszystko jest moją winą — spuściła wzrok. Wstydziła się własnego partnera. Dlatego nikomu nic nie powiedziała. Dante był... cudownym facetem. Tylko w pewnym momencie ich drogi zaczęły się rozwidlać. Pojawiło się zdecydowanie więcej sprzeczności, niż sama by sobie na nie pozwoliła. Zbyt często się kłócili, za często padały gorzkie słowa, a ona i tak przyjechała za nim do Toronto. Mogła załatwić sobie rezydenturę w najlepszym szpitalu w Kanadzie. Utknęła tu.
Zgadza się — przeokropnie długi czas. Czasami musiała podpierać własne oczy zapałkami, by nie zasnąć — kiedyś rezydenci mieli dobowe dyżury. Zmniejszyli straty, panie Marshall. System zawsze opiera się o najsłabsze ogniwa, które można wykorzystać — przywykła do tego. Czarną robotę w szpitalu wykonywali rezydenci, a nie lekarze. Prowadzący spijali śmietankę sukcesu, czując się lepiej od nich. Nie miała im tego za złe. Mieli doświadczenie oraz wiedzę, kierowali pracą takich pionków jak ona — pewnie i pan nie zdaje sobie sprawę, ile pracują Pana pracownicy — wątpiła, by był to jedynie ustalony ustawowo czas pracy. We wielkich korporacjach ludzie często zostają po godzinach, by później nie zostać w żaden sposób docenieni — poza tym to dobry treningi do długich operacji — stwierdziła finalnie Ivy. Mogła być wyzyskiwana przez system, ale wszystko miało swój cel. Charlie pewnie nawet nie słyszał, ile potrafiły trwać skomplikowane operacje. Czasem kilka godzin, a niektóre ponad dobę. Wtedy chirurg musiał być maksymalnie skupiony, a rezydentura wydawała się być idealnym przygotowaniem.
Nie ma za co — mruknęła cicho pod nosem, tuptając nerwowo nogą. Potrzebowała jedynie informacji, by móc ruszyć dalej. Chociaż... przebywanie z Charlim wzbudzało w niej jakąś pozytywną energię. Nawet jeśli jego obraz nie wydawał się w stu procentach jasny i klarowny.
Dobrze — kiwnęła głową na informacje od prywatnego lekarza Marshalli. Widocznie rozmowa z rodziną pacjenta potrafiła dać jakąś nadzieję. Wszystko teraz było jedynie kwestią czasu, gdy postawią diagnozę.
Do zobaczenia, panie Marshall — rzuciła na odchodne, a chwilę później już dostała powiadomienie. W ciągu minuty miała znaleźć się na oddziale ratunkowym. Panował tam spory chaos. Kolejny wypadek samochodowy zbierał własne żniwo.
Harrison, zdejmij z niego ten skafander — usłyszała słowa lekarza, a gdy jej wzrok spadł na pacjenta, to aż się wzdrygnęła — jakiś idiota myśli, że lata po kosmosie — warknął, a Ivy zaraz weszła w wir procedur medycznych. Jeden pacjent, drugi, a pomiędzy tylko prosiła o przekazanie wiadomości o historii leczenia Marshalla.
Niby był to zwykły dzień, ale coś się zmieniło.

z/t