Strona 1 z 3

I swear, I'm fine.

: ndz sty 18, 2026 9:47 pm
autor: Pilar Stewart

021.
I said I'm fine
when I'm not really fine.



Ostatnie dwadzieścia godzin było kurewsko ciężkie. Chociaż kurewsko to wciąż niewystarczająco słowo, by określić to wszystko, co się stało. Żadne słowo nie było odpowiednie. A przynajmniej dla Pilar, kiedy w końcu dowiedziała się wszystkiego, co się stało.
Kiedy obudziła się w środku nocy — już o wiele bardziej spokojna, też ze względu na leki — zaczęły do niej powracać poszczególne wspomnienia: Bar, drink, łazienka, Dalton, stacja, a potem przeklęty motel. Zaczynały wracać wspomnienie jego dotyku na jej nagiej skórze, jak całował ją, jak przygryzał i dotykał. Wszystko to, co ciało pamiętało cały czas, głowa odkrywała jak poklatkowy film, z którego ktoś wyciął poszczególne sceny.
A potem znowu dostała ataku paniki.
I znowu trzeba było jej podać leki nasenne.
Rano wcale nie było lepiej, bo jeszcze przed dziewiątą przyszła do niej Martinez i zaczęła przesłuchanie. Dobrze wiesz Pilar, że muszę spisać twoje zeznania. Widziała ból w oczach koleżanki po fachu, kiedy wypowiadała to zdanie, cały ten strach i cierpienie. I chociaż z początku nie chciała opowiedzieć Stewart o wszystkim, Pilar jasno określiła warunki, że zacznie gadać dopiero, kiedy dowie się absolutnie każdego, pojedynczego faktu w sprawie, niezależnie od tego, jak źle by nie było.
A było.
Było kurwa źle.
Bo kiedy Martinez zaczęła opowiadać jej o tym wszystkim co zrobił Dalton, o rzeczach, które miał w swoim mieszkaniu, o z d ę c i a c h, które robił jej po nocach w jej własnym, prywatnym mieszkaniu i domku nad jeziorem, Pilar nie mogła w to wszystko uwierzyć. Dosłownie. Jej głowa autentycznie odmówiła przyjęcia do świadomości tych wszystkich informacji.
Kiedy zaś dowiedziała się o Madoxie, tym jak jej szukał, o postrzale i tonięciu w lodowatym jeziorze… znowu nie mogła oddychać. Wpadła w kompletny szał. Chciałą zobaczyć go w trybie natychmiastowym, zaczęła rwać z siebie te wszystkie kable, krew puściła się z ręki, z której wyleciała igłą, kapała po podłodze… aż z n o w u nie dali jej zastrzyku.
Otumaniali ją, jakby była pierdolnięta.
Bo może była?
Jak człowiek mógł wrócić do normalności po czymś takim?
Odpowiedź była prosta: nie mógł.
I głowa Pilar chyba też nie mogła. A przynajmniej nie na razie, kiedy to absolutnie wyparła z siebie to wszystko, co się stało. Wszystko. Zebrała informacje, które dostała ale zamiast jakkolwiek je w sobie przetrawić, przemyśleć, ona po prostu zepchnęła je w jakiś odległy zakamarek własnego umysłu, zachowując się, jakby nie stało się absolutnie nic.
Wieczorem, kiedy w końcu chociaż raz nie podali jej leków nasennych — bo przecież była grzeczna i spokojna — i w końcu została sama, wyszła ostrożnie z sali. Dalton był już za kratami, więc nie potrzebowała ochroniarzy przed pokojem, a jej stan zdrowia był na tyle stabilny, że i pielęgniarki przestały zaglądać co piętnaście minut. Całe szczęście dowiedziała się wcześniej od Martinez w jakim pokoju leżał Noriega, dlatego od razu wiedziała gdzie się kierować. Po drodze zgarnęła jeszcze z automatu dwa batony czekoladowe, wciskając kit jakiemuś facetowi, że to dla jej chorej na raka siostry, a ona biedna zapomniała drobniaków i windą udała się na trzecie piętro.
Poczłapała w klapkach pod salę numer czterdzieści siedem i już chciała ostrożnie zajrzeć do środka, czy to aby na pewno dobry pokój, ale wtedy jakaś pielęgniarka wyszła z socjalnego i Pilar po prostu wparowała do środka, żeby nie dać się złapać. W pierwszej chwili opadła na drzwi plecami, oddychając ciężko, a dopiero po chwili jej spojrzenie padło na łóżko Noriegi.
Spał.
Jego twarz była cała poobijana, a klatka piersiowa unosiła się spokojnie w górę i dół, zachowując równy rytm. Wyglądał tak spokojnie. Jakby dwadzieścia godzin temu wcale prawie nie umarł pod zamarzniętym jeziorem. Coś ścisnęło ją w środku na samą myśl, jednak nim ciało zalała fala przerażenia, Pilar sukcesywnie zepchnęła wszystko w głąb umysłu.
Przecież wszystko było okej. Nic się nie stało.
Podeszła bliżej, delikatnie osadzając ciepłe palce na jego szorstkim, poklejonym od plasterków policzku.
Pssst! — syknęła mu zaraz przy twarzy, dokładając drugą dłoń, tym razem na jego klatkę piersiową. — Madox — dodała spokojnie. Jej głos był delikatny, ciepły, przepełniony dziwną czułością, a kiedy jego powieki w końcu drgnęły w górę na twarzy Pilar wymalował się szeroki uśmiech.
Hola, hermoso — przywitała się, bez pytania momentalnie wciskając się na jego łóżko i przysunęła bliżej. Oczywiście ostrożnie, bo chociaż własne traumy wypchałą na tyły świadomości, doskonale zdawała sobie sprawę stanu, w jakim był Noriega. — Widzę, że w końcu dostałeś swoją kroplówkę — rzuciła zaczepnie, przyglądając mu się uważnie, na nowo zatapiając się w jego pięknych, ciemnych oczach. — Jak się czujesz? Jesteś w stanie wchodzić? Bo jak tak, to zabieram cię na randkę. Możemy wziąć koleżankę kroplówkę z nami.

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: ndz sty 18, 2026 10:44 pm
autor: Madox A. Noriega
25
You always find me in the worst places.
You always stay anyway.


Kiedy tylko się obudził, kiedy tylko był w stanie cokolwiek powiedzieć, to próbował wypisać się na własne żądanie, bo on przecież musi jechać do Toronto. Cały czas o tym mówił, nawet nie pozwolił sobie robić jakiś badań, póki go nie wypiszą.
Cały czas słyszał tylko, że jeszcze nie mogą, że ledwo go odratowali, że temperatura ciała spadła poniżej 32 stopni, a to już poważna hipotermia. Ale czy Madox tego w ogóle słuchał? Nie, wcale.
On zresztą nigdy nie słuchał.
Ale jego też nie słuchali i dopiero Eliot, który przyszedł do jego sali o kulach zarządził, że jeśli pozwoli się sobą zająć, to załatwi mu transport do Toronto.
Pozwolił, kroplówki, badania akcji serca, jakieś testy i kolejne badania. Tylko, że przecież on czuł się już dobrze. No może jeszcze był trochę słaby, ale to nie przeszkadzało w niczym, żeby już go wypuścili, żeby on mógł jechać do Toronto. Musiał jechać do Toronto. Teraz on się trochę zachowywał jak ten psychopatyczny Nick Dalton, kiedy tak się uparł na to Toronto.
No i w końcu pojechał, w karetce, może nawet zrobiłby sobie w niej kolejne zdjęcia na pamiątkę, które później by pokazała Pilar, ale nie miał telefonu, bo utonął mu w jeziorze. Trzeci w tym tygodniu. Ale Eliot powiedział, że skoro stracił go na służbie, to dostanie nowy, w końcu jakiś plus. Nowy telefon, ciekawe czy będzie miał na sobie jakieś policyjne logo?
W szpitalu w Toronto, od razu poszedł do Pilar, ale ona spała. Bardzo mocno spała, była taka spokojna, posiedział przy niej chwilę, ale kiedy sam się zwinął na tym fotelu przy jej łóżku i prawie usnął, wrócił do swojej sali.
Zajrzał do niej jeszcze dwa razy, po drodze trafił na Eliota, który znowu wyraził swoją dezaprobatę do tych jego wycieczek, a później jeszcze oznajmił, że jak wydobrzeje to musi zdać raport.
I chociaż Madox w pierwszej chwili rozłożył ręce pytając jaki raport, to powiedział mu w końcu, że z nim pogada. Ale nie teraz, bo teraz on jest jeszcze taki chory...
Dla Eliota był chory, ale żeby się wypisać na własne życzenie i jechać do Pilar, całkiem zdrowy.
Spędził tu niecałą dobę, a już miał dość, już zagadywał wszystkich po kolei, kiedy on będzie mógł stąd wyjść. A w odpowiedzi dostawał, że jak wszystko będzie z nim w porządku. No przecież było, chociaż wciąż jeszcze ładowali w niego jakieś kroplówki wzmacniające, wciąż jeszcze rozgrzewali podwójnymi kocami, a Maddie przyniosła mu jakieś ubrania, w które kazała mu się przy niej ubierać, grube i ciepłe i te skarpetki w jakieś kociaki. Paskudne.
Ale poubierał to wszystko, dla świętego spokoju.
Dla świętego spokoju też, zawrócił na korytarzu, kiedy tuż przed drzwiami do sali Stewart spotkał pielęgniarkę, która oznajmiła mu, że ona śpi.
Znowu śpi.
Będzie próbował jutro, jutro zamieszka w jej sali, jeśli będzie trzeba, żeby w końcu się z nią zobaczyć. Z tymi myślami on też postarał się usnąć i nawet mu to wyszło.
Nawet mu się coś śniło, chociaż ten sen zaraz odpłynął od niego, kiedy poczuł dotyk na swoim policzku, zanim jeszcze otworzył oczy, to sięgnął do jej ręki.
- Pilar! - wypalił i zerwał się tak, że prawie wyrwał sobie kroplówkę, ale bardzo się tym nie przejął, bo zaraz rzucił się na nią, prawie ją zrzucając z łóżka. Nie zrzucił jej, przytrzymał przy sobie.
- Ja pierdole, myślałem, że masz śpiączkę, co do ciebie zaglądałem, to ty spałaś - przytulił ją do siebie, a zaraz się odsunął, zaraz przesunął szorstkimi, wciąż chłodnymi opuszkami po jej policzku - jak ty... - zaczął i już miał jej pytać jak ona się czuje, ale wtedy zwróciła uwagę na jego kroplówkę, on też na nią zerknął. Machnął ręką, chociaż chciał jej przez chwilę powiedzieć, że jest słaba, ta kroplówka.
- Ale jak ty... - znowu zaczął, ale ona znowu mu się wbiła w pół słowa, wywrócił oczami, ale zaraz utkwił je w niej - a ty? Jak ty się czujesz? - przysunął się do niej wbijając ciemne tęczówki w jej piękne, czekoladowe oczy. Te oczy, które mu się śniły i które mu się pokazywały, kiedy myślał, że to już koniec. Jej obłędne oczy.
- Na randkę? - uniósł jedną brew, ale przecież nie musiała mu mówić dwa razy, bo on już zaraz zrzucał z siebie te dwa koce - czyli trójkąt? - zapytał przechylając na bok głowę i przyciągając do siebie stojak od kroplówki. Sięgnął do niej jeszcze, żeby ją przyciągnąć do siebie, żeby się w nią wtulić - Maddie mi przyniosła skarpety, a wystarczyło przyprowadzić ciebie, i od razu zrobiło się cieplej - serce też mu od razu biło mocniej. Wysunął się z łóżka i spojrzał na Stewart.
- To gdzie ta randka? - zapytał znowu zawieszając na niej wzrok. Nie mógł odwrócić od niej spojrzenia, chłodne palce zacisnął na jej dłoniach - zamówić jakąś podwózkę? - zerknął na nią z ukosa, a już po chwili szarpnął w jej kierunku wózek, który stał przy drzwiach, na którym go wozili jeszcze rano na jakieś badania. Bo później to już chodził sam, a pielęgniarki nawet nie chciały z nim dyskutować.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: ndz sty 18, 2026 11:38 pm
autor: Pilar Stewart
Tak dobrze było go widzieć.
Kurwa, nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniła, dopóki go nie zobaczyła. Tych jego jasnych włosów, pełnych, różowiutkich warg, tatuaży zdobiących ciało i obłędnych oczu, w których mogłaby wpatrywać się całymi dniami. Non stop. Bez, kurwa, przerwy. Były chyba najpiękniejszą rzeczą, jaką Pilar widziała w całym swoim życiu.
I teraz te piękne oczy wpatrzone były tylko w nią. W końcu. Bo przecież Stewart przez ten cały czas miała przed oczami tylko ten krótki moment, jak przyszedł do niej z Martinez wieczór wcześniej i patrzył na nią taki zmarnowany, zmartwiony, jakby jego serce zostało złamane na milion kawałków. Widziała to cały czas, jak pieprzony zapętlony film, który odgrywał się w jej głowie… do teraz.
Bo teraz jego spojrzenie już było inne. Cieplejsze. Bardziej czułe. Wyrwał do niej, jakby nie widział jej całą wieczność, a ona również wtuliła się w niego, jak małe dziecko. Zacisnęła palce na materiałe jego piżamy, przyciągając się jeszcze bliżej.
Był chłodny.
Wcale nie biło od niego tak ogromne ciepło jak zawsze. I to sprawiło, że w głowie Pilar na krótką chwilę znowu przemknęła ta myśl, że mógł umrzeć. Że kilka sekund dłużej pod wodą i autentycznie by się utopił. Spięła się w sekundę, czując jak znowu zalewa ją fala paniki. Oddech przyśpieszył, ale głowa zadziałała w ułamku sekundy, tłumacząc sobie, że wszystko jest okej i nic tak naprawdę się nie stało.
Chyba trochę miałam — rzuciła na temat śpiączki. — Ciągle dawały mi jakieś prochy nasenne — ale już wcale nie powiedziała mu czemu. Kompletnie ominęła fakt, że to dlatego, że rzucała się jak wariatka, że nie mogła oddychać, że miała ataki paniki, wpadała w szał i dosłownie umierała na oczach lekarki. Bo po co o tym mówić? Przecież wszystko było okej. Już było z nią okej.
Tak okej, że ciągle mu przerywała tylko, żeby nie zadał pytania jak się czuła. Ale finalnie i tak je zadał. A do tego patrzył na nią tymi wielkimi, ciemnymi oczami. Wyczekująco. Jakby informacja o jej stanie zdrowia była dla niego aktualnie najważniejszą rzeczą na świecie.
Świetnie — rzuciła beznamiętnie, wzruszając ramionami. Świetnie się czuła. Przecież nic ją nie bolało, prawda? Wszystko było w jak najlepszym porządku. — Jest git — dodała jeszcze, zeczesując ciemne włosy za ucho. Dla niej najważniejsze było to jak on się czuł. Przecież Madox nienawidził szpitali, jakim cudem jeszcze się nie wypisał? Skoro tu był, to coś wciąż musiało być nie tak i Pilar czuła to w każdym dotknięciu jego palców… to jak zimny wciąż był. Chociaż może randka, którą zaplanowała Pilar nieco go rozgrzeje?
Na randkę — powtórzyła zaraz po nim, przysuwając się nieco bliżej, zaciągając jego zapachem, a zaraz potem spojrzała na koleżankę kroplówkę, kiedy Noriega zaproponował trójkąt. — Czyli trójkąt. Tylko, żebyś przypadkiem nie był zazdrosny — wyciągnęła dłoń w stronę metalowego kija, który Madox tak czule przyciskał do siebie i przejechała po niej palcami. Oczywiście równie czule. Oboje wyglądali jak pojeby… czyli wszystko wróciło do normy?
Przesunęła się na brzeg łóżka, spuściła nogi i obserwowała, jak Noriega wstaje. Przyglądała mu się uważnie, jakby chciała na własne oczy upewnić się, że wszystko było z nim dobrze. Na pytanie gdzie ta randka uśmiechnęła się tajemniczo.
Na onkologicznym — rzuciła pierwszą, lepszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy. — Mają tam zajebiście dużo chemii, to prawie jak driny, nie? — wcale nie, ale przecież rumu też tutaj nie dostaną. Zebrała się z materaca i nawet się nie wahając zasiadła na wózku, który podprowadził jej Madox. — A tak serio to jedziemy na dziesiąte. Chciałam ci pokazać jedno miejsce — tym razem podała mu już prawdziwe informacje i przy okazji zarzuciła kaptur na głowę. — Tylko trzeba to zrobić tajnie, bo nie powinno mnie tutaj być — ale to chyba wiedział. Komu jak komu, ale chyba Madoxowi nie musiała powtarzać, że coś trzeba było zrobić odpowiednio dyskretnie. Jako człowiek, który od wielu lat oscylował gdzieś między policją a półświatkiem wiedział najlepiej, jak działać, żeby pozostać niezauważonym. Chociaż z drugiej strony potrafił też robić wszystko, żeby rzucać się w oczy. Ale co zrobić, kiedy on po prostu był jedyny w swoim rodzaju.
Kierunek winda — poprawiła się na wózku, rozsiadając wygodnie. Z początku chciała zaproponować, że to może ona będzie go pchać, ale przecież znała Noriegę na tyle, by wiedzieć, że pewnie by się nie zgodził. Wyciągnęła jedynie rękę na bok, sięgając po kroplówkę. — Ja poprowadzę koleżankę — przysunęła ją sobie bliżej, uważając, by przypadkiem nie wyrwać Madoxowi tych wszystkich kabelków. A potem jeszcze ładnie poklepała ją po pleckach butelce.

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 12:59 am
autor: Madox A. Noriega
Nie wiedział o tych prochach, o niczym nie wiedział o tych jej atakach też nie. Bo kiedy pytał co z nią, to przecież dostawał tylko jakieś szczątkowe informacje, lepiej, dobrze, śpi. Bo nikt się nie przejmował, że on ją uratował, że on to wszystko dla niej zrobił, kiedy przecież on był dla niej nikim... A Eliot mu jeszcze cały czas powtarzał, żeby trochę wyluzował, żeby nie przychodził do niej cały czas, bo zaraz wszyscy się dowiedzą. A przecież nie mogli się dowiedzieć. Bo przecież Madox był bardziej półświatkowy, a Pilar bardziej po stronie prawa. No i jak oni by mogli być razem?
To za dużo komplikowało.
Jeszcze więcej komplikowało.
Ale Madoxa to nie obchodziło, bo on przecież i tak nigdy nie robił tego co powinien. Czekał tylko aż Eliot wyjdzie, żeby jednak znowu zajrzeć, żeby jednak znowu zapytać co z nią.
Świetnie - usłyszał w końcu odpowiedź na to pytanie. Od niej. Ale przecież wcale jej nie uwierzył.
Jest git - było git?
Zmarszczył brwi wpatrując się w nią. Nie chciał tego rozgrzebywać, nie chciał drążyć tego tematu, nie teraz. Przesunął palcami po jej policzku, a jakieś ciężkie westchnienie wyrwało mu się z płuc. Ale zaraz złapał ją za rękę i sięgnął, żeby oprzeć ją sobie na karku, wciąż jeszcze chłodnym, ale już przecież nie było tak źle.
Było świetnie, nawet git.
I może oni mogli sobie dzisiaj pozwolić, żeby tkwić w tej bańce, żeby nie wracać do tego co się wydarzyło. Nie dzisiaj.
Chociaż Madox wracał do tego myślami cały czas. Do tego, że ją zawiódł, że w ogóle pozwolił jej iść na ta imprezę. Ale przede wszystkim do tego, że zamiast jechać do Daltona, to on się z nią zgodził z tym jej nic, kiedy zapytał co ona z tym zrobi.
Czemu on nic nie zrobił?
A mógł, wtedy oszczędziliby sobie tego wszystkiego.
- To chyba pierwsza oficjalna randka, nie wiem, powinienem mieć kwiaty, czy coś? - objął ją jeszcze ramieniem, chociaż zaraz przechylił głowę na bok patrząc na kroplówkę - no nie wiem, wiesz jaki jestem. Bardzo zazdrosny - jeszcze wczoraj rano prowadzili na ten temat przecież rozmowy. Oni się nawet o to pobili, z zazdrości. Ale sobie tym sposobem wszystko wyjaśnili.
Znowu wrócił myślami do tego, że on się tak zgodził, żeby ona poszła na tą imprezę, bez żadnego gadania. A mógł przecież się zbuntować.
Poderwał się z łóżka, chociaż zrobił to dość wolno, wózkiem za to już podjechał do niej gwałtowniej. Nie był chory, był tylko zmęczony. Jeszcze jakiś taki zmęczony. Chociaż, kiedy powiedziała o tym onkologicznym, to parsknął, nie powinien się z tego śmiać, z chemii jak driny, ale jednak pocieszało go to, że Pilar odzyskiwała humor, bo chyba tak było?
- Wiesz co lubię, im więcej chemii tym lepiej - aż pociągnął nosem. Madox jakoś nigdy za specjalnie się przed nią nie ukrywał ze swoim zamiłowaniem do różnych specyfików. Różnych proszków i innych używek. Może nie popierała, ale też nigdy go za to nie skreśliła. A on też ze względu na nią starał się trochę ograniczać.
- A co jest na dziesiątym? - zainteresował się od razu, nie lubił szpitali. I teraz też nie czuł się tutaj wcale dobrze, chociaż z nią lepiej. Nawet tu było z nią lepiej.
- Jestem dobry w tajne misje - rzucił, coś w tym było. Całe jego życie to była tajna misja. Chociaż kaptura nie miał, ale on przecież w zasadzie nie miał żadnego zakazu przemieszczenia się. Miał...
Ale tak zagadał wszystkie pielęgniarki, że w pewnym momencie machnęły na niego ręką, tylko mu kazały pilnować kroplówek, żeby równo szły, a jak się będą kończyć, to, żeby je wołał. Ale ta jeszcze nie ubyła nawet w połowie. Sięgnął po nią i zdjął ją z drążka.
- No cóż, dzisiaj bez rury - rzucił tylko, a sam worek podał Pilar na kolana. Chyba kroplówką jednak powinna wisieć, no ale jak będą szli z tym kijem po korytarzu, to tajna akcja przebiegnie zdecydowanie mniej sprawnie. Musiała przez chwilę leżeć.
- Pilnuj jej, a na górze znajdziemy jej wieszak - nawet się schylił, żeby na moment wtulić twarz w jej kark, zaciągnąć jej zapachem, poczuć jej ciepło na policzku. Brakowało mu jej. Dwadzieścia godzin, a mu jej tak brakowało. Chociaż to też pewnie chodziło o to, że on się tak o nią zamartwiał.
Wyprowadził ją powoli na korytarz, który o tej porze był pusty...
Co w sumie nie było za dobre, bo na pewno się rzucą w oczy. Chociaż Madox ruszył przed siebie dość pewnie. Może jak tak pewnie przejdzie przez korytarz, to jednak nie będzie tak źle? Byli już w połowie drogi do windy, kiedy z jakiejś sali wyszła pielęgniarka, a właściwie to zamierzyła się do wyjścia. Ale Noriega stanął w miejscu. A pielęgniarka się cofnęła, czyli chyba znowu fart?
Później szybko koło drzwi i byli przy windzie, Madox wcisnął przycisk przywołujący i wsparł się na wózku. Obyło się bez żadnych ekscesów. Wjechał z Pilar do windy, ustawił ją tyłem do wyjścia, a sam oparł się o lustro plecami. Byli na czwartym, więc do dziesiątego jeszcze kilka pięter przed nimi.
- Pamiętasz co mi obiecałaś? - zapytał, a te jego ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
Bo może teraz szli na tą randkę, ale on cały czas już myślał o tym, żeby wyjść stąd do domu. No i... że ona mu obiecała, że wprowadzi się do niego. Nie chciał, żeby teraz w ogóle wracała do swojego mieszkania.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 10:14 am
autor: Pilar Stewart
Faktycznie to była ich pierwsza oficjalna randka. I to kurwa w szpitalu. Świetnie. Chociaż z drugiej strony na tyle pojebana i niewłaściwa, że może właśnie w ich stylu? Bo przecież oni nigdy nie robili nic tak, jak wypadało. To co uważane było za normę, dla nich było po prostu nudne lub zbyt oczywiste. U nich musiało się dziać — czasami wszystko na opak, często nie po ich myśli, ale dziać.
Chociaż w przeciągu ostatniej doby to stało się już zdecydowanie za dużo. Do tego stopnia, że gorzej już chyba być nie mogło. Chociaż w sumie mogło; gdyby któreś z nich faktycznie się przekręciło i przypłaciło życiem.
Pilar nie chciała o tym myśleć. O niczym z tego wszystkiego nie chciała. Wmawiała sobie, że to wszystko tak naprawdę się jej przyśniło, że przecież była ućpana, mogła mieć halucynacje, mogła zaginać rzeczywistość. Taki zły sen, po którym budzisz się z niesmakiem i dziwnym uczuciem w ciele, ale jednak jesteś w stanie odizolować go od prawdziwego świata. I ona właśnie to robiła — świadomie wybrała złudne przekonanie, że cała sprawa z Daltonem nie wydarzyła się naprawdę.
Tylko w takim razie, co oboje robili w szpitalu? Przyszli pozwiedzać, na randkę? Może tak. I dlatego wzruszyła ramionami, kiedy zapytał co jest na dziesiątym.
Wszystko, czego potrzebujemy — rzuciła luźno, odbierając od niego butelkę z kroplówką. Nawet pogłaskała ją delikatnie po opakowaniu, tak, żeby w tym całym trójkącie nie czuła się odepchnięta. — Święty spokój — wyjaśniła po chwili. Bo chyba tego im brakowało najbardziej, a przynajmniej Pilar. Żeby nikt nie pytał się jej co dziesięć minut jak się czuła i czy było okej, a przede wszystkim, żeby znowu kazali jej iść spać. Już swoje odespała. W pokoju Madoxa też przecież nie mogli zostać, bo zaraz jakaś pielęgniarka wygoniłaby Pilr do siebie. A ona przecież tak desperacko potrzebowała spędzić z nim trochę czasu. Chociaż pół godziny. Dwadzieścia minut. Cokolwiek. Nie potrafiła już tak bez niego, kiedy był jedyną rzeczą, która trzymała ją w kupie. Na którą mogła przekierować całą swoją uwagę. Jak i trochę na kroplówkę, którą zacisnęła mocniej w dłoniach i podniosła na moment, by płyn mógł skapać do żył Noriegi.
Musimy jej dać jakieś imię — oznajmiła w końcu, przyglądając się jej przelotnie. — Jak mam jej świntuszyć na ucho, jak nawet nie wiem, jak się do niej zwracać? — skoro mieli się zabawiać wszyscy razem, musieli przecież dać jej jakąś osobowość. Przynajmniej imię, chociaż znając Noriegę to pewnie i zaraz wymyśliłby jej jakąś niestworzoną historię życiową, która poruszała serca.
I może nawet by się tym zajęli, ale przecież tu trzeba było jechać. Nogi Stewart wyjechały jako pierwsze, a zaraz potem reszta jej ciała. Rozejrzała się uważnie, a potem przytrzymała Madoxowi drzwi, by łatwiej mu się wyjebało.
Droga do winy poszła nawet gładko. Oczywiście jak na nich. Może razem z tą całą tragedią przyszedł jakiś dodatkowy fart? Przepustka na kilka lepszych chwil, by jakoś zrównoważyć doznania? Cokolwiek to było, Pilar miała zamiar brać to w ciemno.
Kiedy tylko drzwi rozsunęły się na boki, Stewart wcisnęła guziczek na samej górze panelu. Wyżej się już nie dało. Udawali się na ostatnie piętro. Pilar postukała kilkakrotnie palcami o podłokietnik, a kiedy Noriega zagadał o obietnicy, podniosła na niego ciemne spojrzenie.
Madox… — zaczęła spokojnie, ale tylko dlatego, że na samą myśl o powrocie do mieszkania jej ciało zalała fala gorąca. Potrzebowała złapać kilka głębszych oddechów. — Byłam naćpana, a nie jebłam się w głowę. Z pamięcią u mnie okej — chciała zażartować, rzucić uszczypliwością i może nawet nieco się jej udało, nawet przyprawiła to cwanym uśmiechem. Tylko że jej głowa już wracała do tego wszystkiego. Do myśli, że ona nie miała najmniejszego pojęcia, że ktoś kurwa wchodził do jej mieszkania pod jej nieobecność, że obserwował ją, robił zdjęcia… znowu było jej ciało. Znowu serce przyspieszyło niebezpiecznie, aż zacisnęła mocniej palce na metalowych elementach wózka.
Tak się zakręciła na tej myśli, że nawet nie zauważyła, kiedy na piątym dosiadła się jakaś rezydentka, a na szóstym do środka wszedł pielęgniarz ze starszym mężczyzną na wózku. Facet rzucił nawet jakimś tekstem, że fajnie być tak razem uziemionym na wózkach i nawet spytał, czy mogą sobie urządzić wyścigi, tylko Pilar nic z tego nie słyszała, bo kiedy jego dłoń spoczęła na jej ramieniu — wcale nie mocno, jedynie lekko zacisnęła — ciało Stewart wykonało tak niekontrolowany ruch, pełen przerażenia, że dosłownie wszyscy na nią spojrzeli. Odskoczyła tak mocno, że prawie przewróciła ten swój wózek i mimowolnie sięgnęła do dłoni Madoxa.
Kurwa.
Czy teraz to już tak będzie wyglądać?
Każdy dotyk innego mężczyzny będzie jej przypominać o Daltonie?
Serce zabiło mocniej w piersi, a na twarzy pojawił się pot. Oddychała ciężko przez kilka chwil, nim zdołała się uspokoić. Znowu wszystko zignorować.
Wszystko dobrze? — młoda dziewczyna, ubrana w biały kitel już nachylała się w jej stronę.
Tak, wszystko super — odpowiedziała jej praktycznie od razu, wymuszając na twarz szeroki uśmiech. — Po prostu złapał mnie skurcz i jakoś tak się złożyło — nawet nachyliła się do łydki i podarła ją delikatnie, by rudowłosa kobieta mogła zobaczyć, w którym dokładnie miejscu złapał ją skurcz mięśni.
Na pewno? — nie dawała za wygraną. — Gdzie wy właściwie jedziecie? — to pytanie skierowała już do Noriegi.

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 1:03 pm
autor: Madox A. Noriega
Święty spokój - brzmiał dobrze. Bardzo nawet. Bo Madox też jeszcze czuł się zmęczony. Może dlatego, że cały dzień łaził po tym szpitalu i jak nie pytał o Pilar, to o to kiedy będzie mógł wyjść? A może dlatego, że jeszcze tak całkowicie nie wrócił do siebie? Do tego stanu, kiedy oni się rano okładali na małej salce treningowej i krew buzowała w żyłach, gorąca, tak bardzo w ich stylu.
Randka w szpitalu też była w ich stylu, trochę niedorzeczna, można nawet powiedzieć, że pojebana, jak oni.
Kiedy Pilar powiedziała o tym imieniu dla kroplówki, to Madox uśmiechnął się pod nosem. Też niedorzeczne, ale on już jej dał imię. I pewnie tą całą historię też jej wymyślił.
- Ja już jej dałem, ale nie wiem czy będziesz zadowolona. Karen - rzucił i spojrzał na nią w dół, bo już pchał ten wózek do wyjścia z sali. Bo jakby nie Karen, to przecież on by wcale nie wiedział gdzie ma jej szukać. Chyba jednak musiał zadzwonić do tej Karen, ze stacji, i jej chociaż podziękować. Albo może razem powinni do niej jechać z jakimiś kwiatami? Tylko czy oni mogli robić coś razem?
Po kryjomu mogli, jakieś tajne misje, ale czy ta, która już nie była taka tajna, ta z Daltonem, o której już wiedział cały posterunek i Emptiness pewnie też, czy to już się nie rozniosło dalej? Czworo ludzi Noriegi siedziało wciąż pod szpitalem. A on chodził po mieście, chodził po szpitalu i wypytywał o Stewart. Może rzeczywiście powinien trochę wyluzować, tak jak mu powiedział Eliot?
Ale jak? Jak on już nie potrafił.
Kiedy on o niej cały czas myślał, kiedy się o nią tak martwił, kiedy gotowy był znowu oddać życie, żeby ona była bezpieczna. Może go też pojebało, jak Nicka Daltona, na jej punkcie?
Do tego stopnia, że teraz to nawet nie miała by nic do gadania, gdyby nie zgodziła się do niego wprowadzić. Madox od razu uśmiechnął się na jej słowa.
- To świetnie, muszę kupić więcej ręczników, bo teraz jest tam... - chciał powiedzieć, że jest tam pełna chata. Debbie, jego kuzynka, i jeszcze jego kuzyn. To wszystko wydarzyło się jakoś tak szybko, zwalili mu się na głowę, że Noriega nawet nie zdążył o tym poinformować Pilar. Ale kiedy miał to zrobić? Chciał teraz, tylko drzwi windy się otworzyły i wsiadła jakaś dziewczyna. Madox stanął za wózkiem Stewart podpierając się o niego lekko. Spojrzenie utkwił w tych zmieniających się numerkach. Chociaż zerknął na dół, kiedy facet na wózku zagadał Stewart. Nie spodziewał się takiej reakcji, kiedy jego dłoń wylądowała na jej ramieniu. A może powinien się spodziewać? Może to nie było nic dziwnego, po tym co przeżyła?
Przesunął jej wózek odrobinę w bok, zacisnął palce na jej dłoni, przejechał po niej kciukiem, może nawet coś by powiedział, ale już wszyscy się na nią patrzyli, a Pilar tłumaczyła się skurczem. Dotknął delikatnie jej ramienia, powoli, chłodnymi palcami przesunął po jej karku, jakby chciał jej dać znać, że jest obok. Będzie.
- Ach, znowu ten skurcz... - podłapał, bo przecież zawsze to robił, wchodził w rolę, prawda? I teraz też ciemne tęczówki utkwił w rudej, kiedy się odezwała, chociaż zerknął przelotnie na guziki windy, na te oddziały, które były wyżej...
- Na dziewiąte, na kardiologię - powiedział lekko, a kiedy dziewczyna otwierała usta, żeby coś jeszcze dodać, to Madox ją ubiegł - pół rodziny jest w szpitalu... - westchnął ciężko - samochód wpadł nam w poślizg i zatrzymali nas na obserwacji, a jakby tego było mało... to mamusia... teściowa - to ostatnie słowo rzucił bezgłośnie, tak żeby ruda czytała z jego ruchu warg - miała zawał, nie wiadomo czy nie umrze... - kto tak mówi w ogóle? Madox Noriega o swojej rzekomej teściowej. I Charity Marshall o swoim ojcu.
- I dzieci zostały w domu, z sąsiadką, żona się stresuje... - tutaj znowu musnął ręką ramię Stewart.
Madox za to spojrzał na rezydentkę. Potrzebowała więcej informacji? Więcej szczegółów? Może powinien dodać jakiegoś pieska?
Dziewczyna pokiwała głową, nawet widać było, że jej się trochę zrobiło smutno.
- Może... - zaczęła, ale winda zatrzymała się na siódmym.
- O, chirurgia - rzucił Noriega, to tutaj powinna wysiąść ruda. Chwilę walczyła ze sobą, jakby jeszcze chciała coś powiedzieć, ale w końcu życzyła im zdrowia i wysiadła. Zatrzymali się na dziewiątym i pielęgniarz z dziadkiem na wózku spojrzał na nich, ale Madox nawet nie ruszył się z miejsca. W końcu wzruszył ramionami i wyjechał z windy, jego w zasadzie chyba nie interesowało, gdzie oni jadą.
A wyszli z windy dopiero na dziesiątym. Noriega westchnął ciężko.
- Ale tutaj wszyscy są ciekawscy... - pokręcił głową, nie to, że rudowłosa przecież o nic go nie pytała, a to on jej sprzedał wymyśloną historię życia.
- No i gdzie teraz? - zapytał zerkając na Pilar. Rozejrzał się dookoła, puściusieńko, spokojnie. Może rzeczywiście uda im się tutaj złapać trochę tego świętego spokoju?

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 5:01 pm
autor: Pilar Stewart
Gdyby tylko Pilar wiedziała, że u Madoxa teraz zjechała się cała rodzina, w dodatku z cholerną Debbie na czele, z pewnością nie zgodziłaby się do niego przeprowadzić. Teraz ostatnie czego potrzebowała, to jeszcze więcej ludzi nad głową. Poza tym, chata Madoxa może i była większa niż ta jej, ale żeby pomieścić tam pięć osób? No przecież gdzie? Chyba na tych gazetach, które podobno Noriega rozkładał sobie na podłodze. Bo może skoro Madox będzie mia taką imprezę na chacie, może mogliby sie przeprowadzić jednak do niej? Sami? Może gdyby był obok jakoś przełknęła by to pieprzone mieszkanie? Chociaż na dłuższą metę chyba będzie musiała się przeprowadzić, żeby ciągle nie zastanawiać się, kto ma jeszcze wjazd do jej domu. A zamki zmieni zaraz po wyjściu ze szpitala.
I chociaż na tą sytuację były łatwe rozwiązania, tak Pilar nie mogła nic poradzić na nerwową reakcję, jaka wyszła z niej mimowolnie w windzie. Sama nie wiedziała, skąd to się wzięło. Przecież wiedziała, że to nie on. Że Daltona nie było w windzie, a jakoś jej ciało postanowiło zareagować samo, jakby już było o wiele bardziej wyczulone, podczas gdy głowa w sekundę przywołała obraz, jak Nick ściskał ją w ten sam sposób za ramię jeszcze w barze, zanim wymusił na niej ubranie kurtki.
Ogarnij się, Stewart.
Była na siebie zła. Nienawidziłą tracić kontroli, a tu czuła się oszukiwana przez własne ciało. Czuła, że wcale nad tym nie panuje — ani fizycznie ani mentalnie.
I całe szczęście, że Madox od razu podłapał temat i jak zwykle w mgnieniu oka potrafił wymyślić na poczekaniu ckliwą bajeczkę. Opowiadał ją tak realistycznie, że Pilar prawie sama mu uwierzyła, a przecież doskonale wiedziała, że była to bujda na resorach. Żeby ona chociaż matkę miała. Kiedy powiedział, że nie wiadomo, czy nie umrze, podniosła przelotnie wzrok na Noriegę. Serio? Kto tak kurwa mówi? No jak widać nowa persona Madoxa. Dlatego Stewart chcąc dołączyć do przedstawienia, chlipnęła kilka razy pod nosem i zacisnęła powieki.
I musiało wyjść im to całkiem nieźle, bo chociaż rezydentka przez moment się wahałą, finalnie wysiadła na siódmym i dała im żyć. Dobrze, że nie chciała ich odprowadzić na ten kardiologiczny do mamusi, bo dopiero by musieli improwizować. Chociaż z drugiej strony, co to dla Noriegi podbić do jakiejś randomowej baby i zapytać, czy nie będzie przez chwilę jego matką? Pewnie zrobiłby to z przyjemnością, dlatego kiedy w końcu zostali sami, Stewart tylko pokręciła rozbawiona głową.
Opowiadasz takie historie, to co się dziwić — wzruszyła ramionami, kiedy w końcu wyjechali na odpowiednie piętro. — Nawet ja chciałam wiedzieć, co z tą matką — skwitowała, bo to chyba nawet był komplement w stronę Noriegi? Tylko za co, że tak dobrze kłamał? Kwestia sporna, ale przecież na to i tak już nie było czasu, bo drzwi winy w końcu się rozstąpiły, a oni mogli znaleźć się na długim, przyciemnionym korytarzu.
Dawaj prosto — poinstruowała swojego kierowcę i znowu podniosła lekko kroplówkę, by nieco płynu spłynęło prosto do żył Madoxa.
Dziesiąte piętro różniło się od wszystkich innych w szpitalu — nie było tutaj niezliczonej ilości sal ani komórki dla pielęgniarek, w których spędzały swoje dyżury. Nie było nawet sprzętu medycznego rozstawionego przy ścianach, jedynie dwa szpitalne łóżka, tuż przy wielkich, szerokich drzwiach prowadzących na dach.
Pilar zatrzymała go gestem ręki, a następnie zeszła z wózka. Odstawiła kroplówkę Karen (brzmi jak jakiś gang słodziaków z Biedronki) i podeszła do jednego z łóżek, by popchnąć go dalej w głąb korytarza.
Wtedy jak mnie postrzelili… — zaczęła spokojnie, zaciskając palce na chłodnej belce. — Gniłam tutaj dokładnie trzy tygodnie i chociaż przez pierwszy wcale nie mogłam się ruszać, tak od drugiego już łaziłam po całym szpitalu i trułam ludziom dupę, aż jednak z pielęgniarek nie poleciła mi tego miejsca — bo nie dość, że było tutaj spokojnie i cicho, to jeszcze zaraz za zakrętem znajdowało się ogromne okno, z którego idealnie było widać panoramę całego miasta. — Tylko to było siedem lat temu, więc nie wiem czy… — nie dokończyła, bo okno wciąż tam było. — Podobno kiedyś przyjebali w ścianę helikopterem i łatwiej było im wstawić ogromne okno niż robić cały remont — ta cała historia była o wiele dłuższa i miała więcej szczegółów, ale czy to było istotne? Najważniejsze, że dalej tutaj było i oni mogli chociaż na chwile spojrzeć na miasto z góry. Może i dziesiąte piętro nie robiło tak wielkiego wrażenia jak widoczek z domu takiego Galena Wyatta, ale wciąż był śliczny.
Pilar ustawiła łóżko pod ścianą zaraz na przeciwko, zablokowała kółka i nie czekając na Madoxa wdrapała się na niebieski materac, siadając wygodnie po turecku.
Może być? — spytała głupio, bo przecież dla nich w tym momencie chyba ostatnią rzeczą, jaka by ich przejmowała to gdzie. — Tylko nie ma gdzie powiesić Karen — rozejrzała się jeszcze dookoła, ale nie było raczej żadnego punktu zaczepienia. No chyba, że wyłączona lampa którą mieli nad głową, chociaż tą decyzję już pozostawiła Noriedze, bo sama zajęła się wygrzebywaniem z kieszeni poodbijanych batowników.
Kolacja — rzuciła jednego w jego kierunku, łapiąc przy okazji obłędnie ciemne spojrzenie. — A deserem ty się zajmujesz — w końcu musiał być jakiś podział obowiązków, nie?


Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 6:30 pm
autor: Madox A. Noriega
Ta pełna chata to akurat były najmniejsza zmartwienia, bo jeśli Pilar stwierdziłaby, że chce być sama, to przecież Madox wszystkich by pogonił. Ale... może to też miało swój urok, że tych ludzi było więcej, że można było usiąść z kimś przy stole i zjeść... kanapkę?
Chociaż kuzyn Noriegi był kucharzem, to może on im nawet gotował coś lepszego? Jakieś jajka w koszulce na przykład, a nie zwykłe sadzone. Może kiedy oni w końcu wyjdą ze szpitala, to on im nawet jakiś rosół zrobi? Albo jakieś kolumbijskie jedzenie, bandeja paisa na przykład?
Madox by był zachwycony, Pilar pewnie też, więc może to nie będzie takie złe, a jak będzie, to... Madox coś wymyśli. Zawsze, z każdej sytuacji, on miał jakieś wyjście.
I teraz w tej windzie też, ckliwa historyjka, która sprawiła, że ruda stwierdziła, że chyba da im ten święty spokój, skoro oni i tak już mają tyle na głowie.
Mieli, tylko zupełnie inne rzeczy. Bo Madoxa trochę ruszyło to, co się stało w windzie, zresztą już dzisiaj słyszał od Martinez, że Pilar powinna porozmawiać o tym z jakimś terapeutą, psychologiem, ale on tylko machnął ręką mówiąc, że jak będzie chciała, lub potrzebowała, to to zrobi. Ufał jej.
Ale może nie powinien odpuszczać? Może nie powinien znowu tak łatwo odpuszczać, jak wtedy z Daltonem?
Zamyślił się i dopiero, kiedy wysiedli z windy, kiedy Pilar się odezwała, to utkwił w niej ciemne tęczówki.
- Pewnie umarła - wzruszył ramionami - ale moja teściowa, to był wrzód na tyłku, niech jej ziemia lekką będzie... czy coś - rozłożył ręce i pokręcił głową, ale zaraz puścił do Stewart oczko. W końcu te jego lata spędzone na aktorstwie też musiały się na coś przydać. Madox dobrze kłamał, dobrze grał i dobrze improwizował. Może to przede wszystkim, że on potrafił podchwycić każdy temat i się w niego wkręcić.
Popchnął wózek prosto, tak jak mu kazała, przy okazji rozglądając się po pustym korytarzu. Zatrzymał wózek w wskazanym miejscu, a kiedy Pilar z niego zeskoczyła, to odstawił go na bok, ale zaraz ruszył za Stewart, bo wciąż łączyła ich kroplówka Karen.
- Trzy tygodnie? - zdziwił się Madox, bo on by chyba przez te trzy tygodnie zwariował, on już dzisiaj truł wszystkim dupę. Zdecydowanie oni nie nadawali się do szpitali. Pomógł jej z tym łóżkiem, ale kiedy wyjechali już na ten korytarz z oknem, to zaraz do niego podszedł, spojrzał w dół, i w górę. Nawet z tego dziesiątego piętra światła Toronto wyglądały urzekająco. Może nie tak jak dolina w Medellin, ale podobało mu się. Odwrócił się do Stewart i oparł o to okno.
- Przyjebali w ścianę helikopterem? Musieli mieć chujowego pilota, albo był pijany - pokręcił głową, ale się uśmiechnął. W sumie Madox lubił takie absurdalne historie, może nawet wypytałby o szczegóły, ale Pilar już wpakowała się na łózko, a on zaraz oparł się o nie obok niej.
- Dla mnie świetnie - prawda jest taka, że on już nawet nie patrzył na ten widok, tylko znowu w te jej obłędnie piękne, czekoladowe oczy, chociaż zaraz się obejrzał dookoła, kiedy ona też to zrobiła. Oczywiście jego spojrzenie zatrzymało się na tej lampie nad ich głowami. Wysoko, ale z łóżka pewnie by dostał.
- Myślisz, że Karen chciała by wisieć na lampie? - nawet nie poczekał na odpowiedź, bo zaraz wspiął się na łóżko, a później sięgnął do lampy, najpierw spróbował tym ramieniem, gdzie miał ranę postrzałową, nie wyszło, skrzywił się lekko. Ale drugim się udało. Chociaż kiedy się wyciągnął, żeby dostać, to podwinęła mu się koszulka. Był cały w siniakach, nie wyglądało to za dobrze. Tak go załatwili koledzy Pilar...
Z drugiej strony Madox liczył, że z Daltonem też się nie cackali, ale wolał chyba nawet o to nie pytać. Chociaż może kiedyś zagada Eliota. Usiadł na materacu i od razu sięgnął po batonik, nawet nie czekał na jakąś aprobatę, tylko już otwierał go zębami.
- Wreszcie coś dobrego, jak powiedziałem Martinez, że chcę coś słodkiego, to mi przyniosła galaretkę, rozumiesz, galaretkę? - aż się skrzywił, bo co to za pomysł? Już miał ugryźć batonika, ale wtedy Pilar powiedziała o tym deserze, to sięgnął do niej, zahaczył palcami o jej kolano.
- Deser już jest - mrugnął do niej jednym okiem, ale coś mu się przypomniało - czekaj... - zsunął się z łóżka i prawie sobie wyrwał kroplówkę, kiedy sięgał do kieszeni. Wyjął z niej kilka pogniecionych lizaków i wysypał je na materac.
- Dostałem, za pobieranie krwi, no i wiesz... igła - wywrócił oczami w stronę Karen, a zaraz znowu wpakował się na łóżko, tym razem bliżej niej, opierając się plecami o ścianę - ale naklejek nie mieli - wzruszył ramionami i wreszcie ugryzł tego batonika. Przymknął powieki i aż zamruczał, bo za nim naprawdę dzisiaj chodziła czekolada, a nie jakaś galaretka o smaku suszonej śliwki.
Po chwili jednak ciemne tęczówki znowu odszukały jej ślicznych, brązowych oczu. Przez chwilę chciał jej zapytać o to co się stało w windzie. Albo może zaproponować, żeby porozmawiali o tym, co się stało?
Ale to była tylko taka chwila, bo zaraz przysunął się do niej jeszcze bliżej.
- Dużą dziurę zrobił ten helikopter - stwierdził jakby nigdy nic i spojrzał w kierunku okna przeżuwając czekoladę.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 7:40 pm
autor: Pilar Stewart
Trzy tygodnie to nawet nie było dużo. To była jebana k a t o r g a. Przecież ona wtedy myślała, że oszaleje, zwariuje i wszystko inne, co tylko dało się zrobić. Tylko wtedy Pilar nie miała takiego szczęścia jak wtedy w Medellin — kula nie tylko musnęła jej skórę, że wystarczył mały bandażyk, szycie i po sprawie.
No długo byłam — westchnęła, aż przypominając sobie ten okropny czas. — Ale to dlatego, że miałam aż trzy operacje — czy o takich rzeczach rozmawiało się na r a n d c e? Pewnie niekoniecznie, ale z drugiej strony, kto normalny chodził na randki do szpitala, żeby sobie posiedzieć na szpitalnym łóżku? Ano właśnie. To skoro randka była już z góry spaczona, to i tematy do rozmowy mogłby być. — Kula nie wyleciała wtedy na wylot tylko przebiła mi płuco i zahaczyła o wątrobę. Straszne gówno. No więc pierwsza operacja ratowała życie, druga była konieczna bo pojawiło się jakieś krwawienie wewnętrzne bla bla, a trzecia coś tam jeszcze, chyba jakieś zakażenie się jeszcze odjebało — mówiła o tym jak o wczorajszej pogodzie, jakby to wcale nie było ważne, jakby wcale ledwo nie uszła z życiem. Ale przecież taką miała pracę. Codziennie ryzykowała własnym życiem na misjach… a po wczoraj nawet i poza pracą.
Ale akurat o tym nie chciała myśleć. Szczególnie, że już po chwili zaoferowali się tą lampą nad ich głowami, która miała stać się nowym domem dla Karen.
Myśle, że będzie jej tam zajebiście wygodnie — skinęła głową i przesunęła się nieco na łóżku, żeby zrobić mu odpowiednią ilość miejsca. Obserwowała uważnie, jak próbuje pierwsze zawiesić kroplówkę postrzelonym ramieniem. Słyszała dokładnie jak stęknął z bólu, aż zerwała się z miejsca i wskoczyła na kolana. — Może ja to zrobię? — zaproponowała, ale przecież on wcale jej nie słuchał, bo już brał ją w drugą rękę i znowu piął się w górę, żeby sięgnąć lampy.
Oczywiście uwadze Pilar wcale nie uszła ogromna ilość siniaków na jego brzuchu. Nawet w półmroku, jaki panował w korytarzu widziała te wszystkie krwiaki, które osadziły się na skórze.
Jezu, Madox… — wyrwało jej się. Z szalejącym w piersi sercu podniosła dłonie i już po chwili umieściła je na jego ciepłym brzuchu. Przejechała po nich delikatnie, a nim Madox zdążył opuścić ręce, Pilar przysunęła się jeszcze bliżej i złożyła na nich kilka pojedynczych pocałunków. Zabolał ją ten widok. Sama myśl, że to była sprawka pierdolonego Daltona sprawiała, że Pilar miała ochotę go zajebać. Pojechać do pieprzonego więzienia i wymierzyć mu kulkę prosto w łeb. Nawet nie za to co zrobił jej, ale za to, że prawie zabił Madoxa. I znowu poczułą tą nieprzyjemną falę ciepła, już tak bardzo znajomą, która wzbierała się w okolicy klatki piersiowej, aż musiała się na moment odsunąć i zepchnąć to wszystko na bok.
Zachowuj się.
Oddychaj
.
Dała ci galaretkę? — odwróciła się w jego stronę, już lepiej panując nad oddechem. — Obrzydlistwo — aż miała ochotę splunąć na podłogę, ale przecież nie będzie tutaj robić gnoju. Pilar nienawidziła szpitalnego żarcia. Uważała, że było to jawne znęcanie się nad ludźmi. Jakby już i tak nie mieli w życiu źle, że musieli tu siedzieć, to jeszcze trzeba ich było katować ohydnym żarciem? Kurwa skandal. — Chociaż mi nie przyniosła żadnej galaretki. Widać kogo bardziej lubi — fuknęła teatralnie i rozerwała opakowanie swojego batona. — Nawet nie zostawiła mi żadnych drobniaków na automat. Musiałam wcisnąć kit jakiemuś facetowi, że mam siostrę na onkologicznym i to dla niej, żeby mi kupił te batony — podzieliła się historią, po czym od razu wgryzła się w czekoladę. I również mruknęła. Bo była z a j e b i s t a. Aż Pilar pożałowała, że nie wzięła ich więcej. Mogła powiedzieć, że miała tam całą rodzinę albo w ogóle, że była jakąś nauczycielką i cała jej klasa była chora. Chociaż kto by jej w to uwierzył? Nie była aż tak dobrym bajkopisarzem jak Noriega.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy oznajmił, że deser już przecież był. Fakt, nic więcej do szczęścia nie potrzebowała. Tylko jego. Aż zatrzymała na moment spojrzenie na jego pięknych, pełnych ustach, których już tak dawno nie smakowała. Nawet nie zauważyła, kiedy mimowolnie oblizała wargi. A potem jeszcze chciała się do niego nachylić, skraść przelotny pocałunek, tylko wtedy on zaczął wyciągać lizaki.
Chyba muszę zacząć udawać, że boje się igieł — tak właśnie skwitowała ilość słodkości jakie dostał. Bo co to miało być? A kiedy ona sie czegoś bała, jedyne co dostawała dzisiaj w zamian to kurwa środki nasenne. I gdzie tu jakaś sprawiedliwość.
Chociaż miała jeszcze pół batona, otworzyła sobie jednego lizaka i władowała do ust. Zdecydowanie miała niedobór cukru po tej szpitalnej diecie. Przez moment przyglądała się, jak Madox delektuje się batonem. Wyglądali jakby nic nie jedli przez dobry miesiąc, gdzie minęły tak naprawdę dwadzieścia cztery godziny.
Jak stąd wyjdziemy, to koniecznie musimy iść na jakieś zajebiste jedzenie — rzuciła, również przysuwając się bliżej niego, tak, że stykali się teraz kolanami. Wzrok miała wbity w okno. W tą dużą dziurę, który zrobił helikopter. — Jezu wszystko bym teraz oddała, żebyś zjeść obiad od twojej ciotki — ta kobieta gotowała jak marzenie. Gdyby Stewart nagle została milionerką albo była Galenem Wyattem, pierwszą rzeczą jaką by zrobiła, to sprowadziłaby sobą taką ciotkę Katerinę do Toronto, do siebie na chatę, żeby gotowała. — Jakim cudem mają taką kucharę w domu nigdy nie nauczyłeś się gotować? — Pilar miała świetną wymówkę, bo przecież w bidulu wcale lepszego jedzenia niż ryż i tak się nie jadło, ale Madox? Przecież praktycznie mieszkał w domu Ticiano. Jak to było możliwe, że jego umiejętności ograniczały się do marnych kanapek? Nie żeby narzekała, po prostu była ciekawa. W końcu byli na randce!!

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 8:46 pm
autor: Madox A. Noriega
- Jakie operacje? - zainteresował się od razu. Chociaż może rzeczywiście takich tematów nie porusza się na pierwszej randce? Ale ta ich była nietypowa, a do tego, oni już tyle mieli za sobą, już na tyle się znali, że nawet takie nietypowe pytania były chyba na miejscu?
Przynajmniej według Madox były, ale zaraz się okazało, że chyba według Pilar też, bo mu zaczęła o nich opowiadać, a on słuchał jej z zainteresowaniem.
- Brzmi chujowo - stwierdził, i zerknął w dół, gdzieś na jej żebra - to ta blizna tutaj? - przesunął palcami pod swoimi żebrami. Doskonale widział tę jej bliznę, znał już jej fakturę, którą nie raz badał opuszkami swoich palców. A teraz jeszcze trochę poznał jej historię. Chociaż chyba chciał więcej, bo zaraz się odezwał.
- A jak ją zarobiłaś? Tą kulkę? - zapytał, stojąc już na łóżku. Na to jej może ja to zrobię, machnął ręką, oczywiście, że by jej nie pozwolił, nawet jakby mu się rana miała otworzyć i miałby się wykrwawić, bo to był Madox, a on nienawidził pokazywania jakiś słabości. Bo jak się siedzi w gangsterce, to nie można tego robić. Nawet jak cię pobiją, to udajesz, że jest w porządku. I on też udawał.
Kiedy Stewart oparła palce na jego brzuchu, na tych siniakach, a później musnęła je swoimi wargami, a on poczuł to jakoś tak dziwnie intensywniej na tej obolałej skórze, to spuścił na nią spojrzenie.
- To nic - wzruszył ramionami, no bo przecież to wszystko mu się zagoi, chociaż musieli mu porobić jakieś prześwietlenia, żeby posprawdzać czy nie ma jakiś obrażeń wewnętrznych. Nieźle go sprali. Ale przecież on by jeszcze i sto razy dał się tak pobić, za nią. Wbił ciemne spojrzenie w Pilar, kiedy się odsunęła i nawet miał zapytać, czy wszystko okej, ale ona wtedy zapytała o tę galaretkę.
- Ohydna, smak suszonej śliwki - skrzywił się wystawiając czubek języka, a na jej kolejne słowa uśmiechnął się delikatnie - ja ci przyniosłem, ale spałaś, więc... zjadłem ją, ale była niedobra - od razu się wytłumaczył. Kiedy powiedziała o tym kicie, który wciskała jakiemuś facetowi, uśmiechnął się szerzej.
- Ale z ciebie aktorka - spojrzał na nią z ukosa, na jej śliczne, brązowe oczy, na te pełne wargi, między którymi zaraz zniknął kawałek batona - to jutro powiedz, że masz matkę na kardiologii - ugryzł jeszcze kawałek tej swojej czekoladki, chociaż zaraz pokiwał głową - chociaż mam nadzieję, że jutro mnie puszczą do domu. To wtedy ci coś przyniosę, czekoladki i ciastka, albo może jakieś żarcie - już się trochę rozpędził, ale zaraz znowu utkwił wzrok w jej twarzy - chyba, że ciebie też puszczą, wtedy idziemy na kolację... - powiedział, tylko, że zaraz do niego dotarło, że oni przecież mieli nie chodzić na jakieś kolacje. Ale mogli zawsze coś zamówić i zjeść u niego, skoro Stewart i tak miała się do niego wprowadzić. Też fajnie.
Powyciągał z kieszeni wszystkie lizaki, a miał ich kilka, bo też nakłóć mu robili wiele. A to krew, a później jedna kroplówka, druga, już gdzieś indziej. Dużo dzisiaj było tych igieł, zwłaszcza, że on w pewnym momencie to prawie odpłynął i trzeba było powtarzać zabieg.
- Tak jak ja - powiedział i przysunął się jeszcze bliżej. Chociaż oboje doskonale wiedzieli, że on wcale nie udawał, tylko się tych igieł rzeczywiście bał. Nie bał się dostać, nawet nie bał się broni w rękach psychopaty, a bał się maleńkiej igiełki. Ale co poradzić? Każdy ma jakieś słabości.
A jego największa to jednak chyba była Stewart, bo znowu podsunął się do niej bliżej. On tego swojego batona to pochłonął w dosłownie kilku gryzach, chyba potrzebowali po prostu trochę czekoladowych endorfin? A może nie tylko czekoladowych, bo kiedy Pilar podsunęła się jeszcze bliżej, to on już zaraz objął ją ramieniem.
- A na co pójdziemy? Na bandeja paisa? Ale nie, nie robią dobrego w Toronto - aż się skrzywił, jak przypomniał sobie ten smak, ale za to zaraz się uśmiechnął, na wspomnienie żarcia jego ciotki, odwrócił się, żeby na nią spojrzeć - ja też - nawet przez myśl mu przemknęło, że może powinni zrobić sobie wakacje, jechać do Kolumbii? Przecież na to zasłużyli, na jakiś odpoczynek. A Medellin na pewno znowu powitało by ich z otwartymi ramionami.
Już nawet otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy Pilar zapytała o to gotowanie, a Madox znowu wbił ciemne spojrzenie w okno, ciężkie westchnienie wyrwało mu się z płuc.
- Ciotka chciała nas tego uczyć, wiesz, w Kolumbii każdy musi umieć zrobić chociaż bandejo paisa, Tio na przykład świetnie gotuje - znowu zwrócił twarz w jej kierunku - ale ja... ja tego nienawidzę - obsunął się trochę niżej krzyżując ręce na piersi. Bo Madox naprawdę nienawidził gotowania, nie mógł się nigdy na tym skupić, wyczekać, aż coś się zagotuje, aż coś będzie miękkie, dogotowane, dopieczone. A kanapkę robiło się raz, dwa.
- Ale... może kiedyś cię zaskoczę? - może jakby poprosił Richiego, to on by go czegoś nauczył? Może czegoś z kuchni kolumbijskiej na przykład? Jakiegoś szybkiego dania.
- A ty chciałabyś się nauczyć gotować? - bo on na przykład nie chciał wcale, lubił jeść, lubił próbować różnych rzeczy, ale gotowanie zawsze mu się wydawało takie nudne. Chociaż... mógłby się nauczyć czegoś, ale tylko po to, żeby ją zaskoczyć. Chyba dobra motywacja.

Pilar Stewart